Witaj w Hogwarcie

Sieć Fiuu

środa, 29 lipca 2015

20. Walentynki

 14. 02. 2013 r. CZWARTEK

    Ale oczywiście obrażalstwo Brendy nie trwało długo. W środę, po raz pierwszy od dwóch tygodni poszłyśmy do Cristal, czego nie robiłyśmy z powodu kiepskiej pogody i czego odradzałyśmy także Fiffie i Domie (chociaż i tak nas nie słuchały). I zgadnijcie, co znalazłyśmy w Kryjówce? Pufka Brendy! Więc oddałyśmy go jej, bo już miałyśmy dosyć tej ciężkiej atmosfery w dormitorium, gdzie Lisa ciągle czyniła nam aluzje do zgody, a Julia napełniała powietrze swoją pogardliwą obojętnością wobec wszystkiego, co nie wiązało się z pracą domową dla Flitwicka, którą zadał w zeszły wtorek.
   Swoją drogą, ciekawe co Brenda zrobiła Fiffie i Di, że postanowiły jej tak dopiec.
   Kiedy dzisiaj obudziłam się rano, Victoire jak zwykle już siedziała na swoim łóżku. Rozejrzałam się po sypialni by zobaczyć, kto jeszcze śpi. Julia już wstała i właśnie wykonywała swoją pierwszą czynność zaraz po przebudzeniu, czyli gruntownie sprawdzała, czy wczoraj wieczorem dobrze spakowała się na dzisiejsze lekcje. Lisa nadal spała, jak zwykle zawinięta w kołdrę jak w kokonie, natomiast Brenda usiłowała wywabić swojego pufka spod łóżka, który od wyjścia z Zakazanego Lasu popiskiwał ze strachu na wszystko naokoło.
   - No, to którego dzisiaj mamy...? - przeciągnęłam się i spojrzałam na kalendarz z ruchomymi jednorożcami, wiszący tuż nad wyjątkowo udaną karykaturą Booracka. - Co? To już czternastego?
- No - powiedziała Vicky tak pogodnym tonem, że jakby przenieść go teraz na dwór, to cały śnieg by stopniał.
- Co?! - Brenda wystawiła głowę spod łóżka. - Dzisiaj czternastego?!
- No - powtórzyła znowu Vi z promiennym uśmiechem, co na Brendę podziałało jak balsam.
- Jeju, dzięki, że mi przypomniałaś przyjaciółko! Zupełnie zapomniałam!
- Tak, to całkiem zrozumiałe, kiedy zaginie człowiekowi pufek i tak dalej... - Usiadłam na brzegu łóżka i spojrzałam na Victę. - A ty co się tak cieszysz? Ja na twoim miejscu już bym się chowała na dnie jeziora...
- Przecież jezioro zamarzło. - Victoire zachichotała. - Musisz wymyślić coś innego.
- No to ewentualnie pod łóżkiem - rzekłam, zerkając ukradkiem na Brendę, która wyciągała rękę po pufka, wciąż nie mogąc go dosięgnąć.
- Nie, po prostu miałam taki sen...
- Sen?! - Brenda znowu wystawiła łeb spod łóżka tak gwałtownie, że się walnęła. - Sny są prorocze! Kiedy w ogóle będziemy przerabiać sny na wróżbiarstwie...?
- Na poziomie Standardowych Umiejętności Magicznych - powiedziała automatycznie Julia, która wprawdzie nie chodziła na wróżbiarstwo, ale zdawała się wiedzieć wszystko na temat programu nauczania na całe siedem lat szkoły ze wszystkich przedmiotów.
- Czyli dopiero w piątej klasie? - jęknęła Brenda z rozczarowaniem, ale zaraz zamilkła, tak samo jak ja i Victa. Ponieważ Julia wyjęła teraz z kufra dwa ze swoich grzecznych sweterków i wybierała co włożyć, a był to widok tak niezwykły, że nie sposób było nie zaniemówić.
- Julia...? - zapytała, podejrzliwie mrużąc oczy Brenda. - Co ty właściwie robisz?
- Wybieram sweterek, a co?
- Ale dzisiaj ubieramy szaty szkolne - przypomniałam jej, a Julia z takim rozmachem złapała się za głowę, że aż chlasnęło.
- Ach, no tak! Jak mogłam zapomnieć...??
- Może się zakochałaś? - rzuciła Vika lekkim tonem piórka na wietrze.
- Cooo? - oburzyła się Julia, a jej twarz pokryła się ciemnym rumieńcem. - Ja nie mam czasu na takie głupoty!
- No, to tak samo jak ja - mruknęłam.
   Brenda tylko prychnęła z niedowierzaniem.
- A ja właśnie mam czas i co, założę się, że ja pierwsza będę mieć chłopaka! - zaperzyła się.
- Wiesz, chyba musisz trochę przeczyścić swoje Wewnętrzne Oko, bo coś ci się chyba pomyliło - zachichotałam cicho.
- Też coś! - Brenda chyba na moment zapomniała nawet o swoim pufku. - Jak chcecie, mogę wam wywróżyć, co czeka was w przyszłości...
- No to wróż - oświadczyła Vi, niedbale wystawiając rękę w jej stronę, a Brenda natychmiast przyskoczyła do jej dłoni.
- Hmmm... tak... tak... - zaczęła mruczeć. - Cóż... Masz bardzo zadbane paznokcie!
- Merci! - Victa wyszczerzyła zęby.
- Och, masz widoczny znak z linii papilarnych, dokładnie na Wzgórku Wenus! - podnieciła się Brenda. - Zaraz... Co to jest...?
   Ale w tym momencie Julia weszła między nie.
- Dość tych bzdur! - zarządziła tonem bardzo przypominającym głos profesor McGonagall. - Teraz Brenda łaskawie mi wywróży, gdzie jest moje wypracowanie dla Flitwicka?!
- A skąd ja mam wiedzieć, gdzie jest ta twoja durna praca?! - obruszyła się Brenda.
- Nie bądź idiotką, a kto wczoraj ją ukradł żeby spisać?!
- Przecież mi ją zabrałaś!
   I w tym momencie obudziła się Lisa i usiadła na łóżku z zaklejonymi oczami i cała potargana.
   Julia podeszła do niej dwoma długimi krokami.
- Gdzie jest moja praca na zaklęcia?!
- Co?... Jak?... Gdzie?...
- Świetnie! - Julia znowu spojrzała na Brendę cała rozwścieczona. - Przez ciebie będę musiała to pisać od początku, dziękuję ci bardzo! - Po czym porwała swoją kosmetyczkę i wypadła do łazienki, trzaskając drzwiami.
- Praca z zaklęć? - zamruczała Lisa, przecierając oczy. - Jaka praca?
- Ta na Walentego.
- A który dzisiaj?
- No... Walentego!
- Walentego?...! - Lisa jęknęła, po czym z powrotem padła na poduszki. - O, nie...!
   Ja i Victoire tylko spojrzałyśmy po sobie nic nie mówiąc, po czym poszłyśmy się umyć i ubrać.
   Potem ja, Victa i (oczywiście) Brenda udałyśmy się do Wielkiej Sali na śniadanie. Im dalej szłyśmy wzdłuż stołu, tym więcej głów obracało się za Vicky, o czym ja i Brenda mogłyśmy tylko pomarzyć za jej plecami. W końcu usiadłyśmy na samym końcu stołu, czyli najbliżej nauczycieli. Mimowolny dreszcz przebiegł mi po karku, kiedy wyczułam na sobie wzrok Booracka. Szybko zajęłyśmy miejsca, a Brenda od razu zaczęła przysuwać sobie wszystkie półmiski, które miała w zasięgu rąk.
   - Głupia Julia! - piekliła się, mówiąc do nas z pełnymi ustami, wciąż pochłaniając owsiankę i grzane parówki równocześnie. - To nie ja ukradłam jej durną pracę, a ta się drze...
- Brenda... - zaczęła ostrożnie Vi. - Naprawdę nie musisz jeść tak szybko!
- Muszę! - powiedziała Brenda, popijając szybko sokiem z dyni. - Bo jak przyleci poczta, to stratuje wszystko co jest na stole!
   Spojrzałam na nią, a potem na swój talerz. W sumie, Brenda ma rację... Zaczęłam więc jeść jajko sadzone trochę szybciej niż poprzednio.
- Hmmm... - mruknęła Vika, w zamyśleniu rysując widelcem po pustym talerzu. - W zasadzie nie jestem głodna... Chyba pójdę...
- Co? Dostrzegłaś już pierwszą sowę? - zażartowałam, ale w tym momencie ucichłam, bo... naprawdę dostrzegłam pierwszą sowę, która leciała prosto na nas!
- Och...! - wymsknęło się Brendzie, po czym prędko zabrała swoją owsiankę i talerz z kiełbaskami ze stołu, ale i tak na nic to się zdało, bo sowa przewróciła jej sok, wystawiając nóżkę z listem w stronę Victy.
- No? Od kogo to? - spytałam. - Kto wygrał w tym roku Konkurs Na Najszybszą Walentynkę?
- To... to... - Vika odwiązała kopertę od nóżki sowy i otworzyła ją. - To Puchon Kevin!
- Co?! - wrzasnęła Brenda.
- I popatrz, co napisał...! - westchnęła Vicky, ale już się nie dowiedziałam co takiego zawierało wyznanie Puchona Kevina, bo na stole wylądował właśnie spory puchacz i dwie szkolne płomykówki, z których jedna wylądowała w owsiance Brendy, dopiero co postawioną przez nią na stole.
- Mogę...? - spytałam, po czym wzięłam w ręce list doręczony przez puchacza. - Hej, to od Iva! Zaraz... Brenda, to do ciebie!
- Co?! - Brenda opluła się swoim sokiem.
- No! - rzekłam, podając jej kartkę, którą ona natychmiast zaczęła ze wszystkich stron oglądać.
   Tymczasem Victa wyjęła list płomykówki z owsianki.
- Ojej - powiedziała, podnosząc kopertę całą ociekającą mlekiem. - Chyba się rozmazało...
   Wyjęła różdżkę i zaczęła osuszać list. Po chwili udało jej się wydobyć ze środka kartkę, na której litery tańczyły przed oczami rozmazane w fantazyjne morze z wyschniętego mleka.
- Może uda się odczytać chociaż podpis? - podsunęła Brenda z nadzieją, skończywszy kontemplować kartkę od Iva.
- "S"... "g"...? Nie, chyba "p"...
- Spell! - krzyknęłam tak głośno, że kilka osób się na mnie spojrzało. Szybko ściszyłam głos. - To kartka od Spella!
- Nawet jeśli... i tak nic nie da się odczytać... - stwierdziła Vi, odkładając kartkę na bok. Teraz sprawdziła list drugiej płomykówki. - O, to od Quirke'a!
- Cooo?! - Brenda aż upuściła swój puchar, ponownie go wylewając.
   Victoire zaczęła czytać, a im dalej czytała, tym jej oczy robiły się większe i większe. Tymczasem wszystko zagłuszył szum skrzydeł i brzdęk naczyń tratowanych przez sowy, które przyleciały tu z kolejnymi kartkami.
   Wzięłam jedną z nich i otworzyłam ją. Pisało tam:

   Droga Victoire. 
    Przede wszystkim, co u Ciebie? Piszę ten list, bo Cię lubię. Ale tak bardzo Cię lubię. I jesteś świetna. Naprawdę świetna. No więc bardzo Cię lubię. A teraz muszę już kończyć, bo idę uratować Booracka z jeziora. Cześć.
   Peter Caldwell 

   "Uratować Booracka z jeziora"?! Cóż, chyba trochę go poniosło... Otworzyłam kolejną kopertę, a ona natychmiast wrzasnęła na całą salę ochrypłym śpiewem:
- MA OCZY NIEBIESKIE JAK WĄTROBA DROZDA 
JEJ WŁOSY SREBRNE JAK STARUCHYYYYY 
BYŁABYŚ DLA MNIE JAK DLA KOTLETA SOS
ALBO JAK SIERP DLA KOSTUCHYYYYY!!!
    Cała Wielka Sala ryknęła śmiechem. Najgorsze było to, że wszyscy gapili się na mnie, chociaż to nie ja miałam oczy niebieskie jak wątroba drozda, ni włosów staruchy.
   Victoire przerwała lekturę listu Quirke'a.
   - A to co miało być?! - wydyszała.
- Nie wiem - powiedziałam spłoszona, jak najprędzej wywalając śpiewającą walentynkę do stołu puchonów, gdzie natychmiast złapał ją Crister.
- Popatrz co pisze Quirke - rzekła Victa z posępnym uśmieszkiem, po czym podała mi list.

   Victoire, tak na początek żeby było jasne i abyś nie utwierdziła się w błędnej informacji, ponieważ bynajmniej nie piszę tego listu, bo się w Tobie COKOLWIEK. Piszę tylko dlatego, że to Seth w Tobie WIESZ i tak jakby stwierdziłem, że powinnaś być świadoma tego iż Twoje drobne zachowania mogą wywołać u niego stałe wahania i zaburzenia psychiczne, zwłaszcza, że ta nazwijmy to CHOROBA, w którą popadł, jest wbrew wszelkiej zrozumiałej dla ludzkości logice i et ceatera, et ceatera. Wprawdzie gdy to odkryłem niezawodną drogą dedukcji, Seth kazał mi nikomu tego nie wyjawiać, ale ponieważ nie napisałem Ci tego wprost i robię to tylko z przykrego obowiązku dla jego dobra, czuję się usprawiedliwiony i vice versa, Ty również czuj się usprawiedliwiona. 
   Quirke Simpson 

   - No nieźle - stwierdziłam, odkładając list, który natychmiast porwała Brenda. Ale już nic więcej nie powiedziałam, bo w czasie gdy czytałam, przyleciało jeszcze z jakieś dziesięć sów.
   - Od kogo to? - spytałam Vikę o list, który właśnie czytała.
- Phie! Posłuchaj: "Tak naprawdę się w Tobie nie bujam, ale założyłem się z kumplem o dziesięć galeonów, że napiszę walentynkę do najładniejszej dziewczyny w szkole, wiec dzięki, że mogłem się trochę wzbogacić"!
- A popatrzcie, co pisze ten! - zawołała Brenda, która dołączyła się do czytania kartek Vi. - "Zakochałem się w Tobie w zeszły wtorek i już oszalałem jak wariat"...
- A można oszaleć jak NIE wariat? - przerwała jej nieuważnie Victoire, przeglądając kilka różowych laurek.
- I zobaczcie, jak się podpisał! - podjarała się Brenda. - "Tajemniczy Wielbiciel"...
- Tsa, od zeszłego wtorku - mruknęłam.
- O, a ten napisał nawet własny wiersz!
   Victoire podniosła wzrok znad laurek.
- No to przeczytaj nam list tego poety!
   Brenda wzięła głęboki oddech.
- Twoje oczy są jak fiołki, 
Twoje usta jak maliny 
Od Ciebie nie kocham bardziej 
Żadnej innej dziewczyny! 
- No, już lepsze od tej piosenki - zachichotałam, zerkając na stół Hufflepuffu, gdzie Paczka Puchonów wyśpiewywała w niebogłosy Ma oczy niebieskie jak wątroba drozda, dopóki profesor Longbottom ich nie uspokoił.
- A to... to... Pocky, to do ciebie! - zawołała Vi.
- Co?! - krzyknęłam, upuszczając widelec na swój pusty talerz. - Jak to...
- A tak to! - zawrzasnęła Brenda, wlepiając we mnie swoje ciekawskie ślepia.
   Po prostu oniemiałam. Victoire podała mi zwykłą, pergaminową kopertę. Jeszcze nigdy, w całej swojej karierze szkolnej nic nie dostałam, a tu nagle... Szybko rozerwałam kopertę i wyjęłam list.
- No i od kogo to? - zakrzyknęła natychmiast Brenda.
- Brenda, uspokój się - powiedziała spokojnie Vi, z zadowolonym uśmieszkiem powracając do przeglądania swoich kartek. - Daj jej przeczytać!
   Spojrzałam na pergamin. Widać było, że jego treść była nabazgrana w pośpiechu, nawet nie było nagłówka.

   Doszedłem do wniosku, że ani ja nie powinienem się na Ciebie obrażać, ani Ty nie powinnaś bać się ze mną rozmawiać. Co było - minęło i nie wracajmy już do tego. 

   Podpisu nie było.
   - I co? - zapytała Brenda, gdy tylko podniosłam wzrok znad pergaminu. - Od kogo to?
- W zasadzie to... nie wiem...
   I wtedy podszedł do nas Spell Wood.
- Victoire, dostałaś mój list?
   Victa szybko omiotła wzrokiem mieszaninę listów, sów, ich pierza i jedzenia na stole. W końcu znalazła list Spella porzucony na podłodze.
   Prędko go podniosła.
- No tak... tylko, że... wpadł do owsianki Brendy...
   Spell wziął od niej list cały w mleku.
- Hm. - Wyraźnie się nachmurzył. - W każdym razie, chciałem cię przeprosić...
   No tak. Spell przecież już od poniedziałku był wkurzony na Vi za to, że najpierw zaprosiła go na swoje urodziny, a potem zamknęła się z nami w dormitorium, a on musiał być świadkiem awantury urządzonej przez Sherry Power. A teraz ją za to przepraszał, chociaż to ona przepraszała go już od początku.
- Ach, nie ma sprawy - mruknęła Vicky.
   Spell uśmiechnął się do niej, choć nie jestem pewna czy szczerze a nie wymuszenie, po czym wrócił do stołu gryfonów.
- No więc od kogo to? - dociekała Brenda.
- Już mówiłam, że nie wiem!
   Ale w tym momencie do Brendy podeszła Sandra, cała w gilach i łzach.
- P-P-Peter mi nic nieeeeeee daaaaaał!!!
   Po czym zaczęły płakać i się ściskać. Victoire, korzystając z hałasu jaki wciąż czyniła Sandra, nachyliła się w moją stronę.
- Nie ma podpisu?
- Nie.
- Ale może domyślasz się z treści listu?
   Zastanowiłam się. A jeśli Simon obraził się na mnie za to, że mu odmówiłam na Sylwestrze? W każdym razie jeśli to on mi to przysłał, to miał rację, bo bałam się z nim rozmawiać.
- Nie wiem - powiedziałam więc tylko, spoglądając na swoją kopertę z nabazgrolonymi literami "P.G." jak "Pauline Glam".
   Victoire wzruszyła ramionami, po czym odwiązała z nóżki sowy ostatni list.
- O! - zawołała, najwyraźniej po raz pierwszy szczerze ucieszona. - To od Teddy'ego!
- Dla ciebie?
- Eee... w zasadzie to nie wiem... - I otworzyła go.
   Szybko zajrzałam jej przez ramię.

   Victoire, piszę dlatego, że nie mogę spełnić dzisiaj Śniadaniowej Tradycji, bo od razu wszyscy zaczęliby gadać, zwłaszcza, że przy Twoim miejscu siedzi Brenda Pussycat, więc wolałbym nie ryzykować. Możesz uznać ten liścik za walentynkę, w każdym razie ja nie mam nic przeciwko temu. Pozwól jednak, że zamiast wyrazów miłości, prześlę Ci bardziej konkretną propozycję - skoro w ten weekend jest Hogsmeade, to mam nadzieję, że weźmiesz pod uwagę moją kandydaturę! Oczywiście Pocky może zabrać się z nami w roli przyzwoitki - naturalnie jeżeli nie ma już własnych planów, związanych ze świętem naszego drogieeeego Walentego. A więc. Jak chcesz. 
   T.

   - Świetnie! - powiedziała Vi. - To co, idziemy?
- No - przytaknęłam, po czym wstałyśmy. W czasie gdy Vika zbierała swoje kartki, ja rozejrzałam się po Wielkiej Sali. Nigdzie nie było takiego harmideru z sowami jak na naszym kawałku stołu, no, może poza jeszcze jednym miejscem przy stole krukonów, gdzie siedziała Dominique. Podeszłyśmy do drzwi Wielkiej Sali, gdzie jak zwykle zrobił się korek i trzeba było czekać na przejście. Kiedy w końcu udało nam się przedostać do sali wejściowej, zatrzymał nas jakiś krukon z czwartej klasy (chyba ten co mnie zaprosił na Sylwestrze), razem z kędzierzawą przyjaciółką Sary Croft.
   - Czy ty jesteś Pauline Glam? - spytał się mnie chłopak.
- No... tak - powiedziałam, zdziwiona.
- Czy dostałaś taki list z literami "P.G."? - zapytała przyjaciółka Sary. - Bo chyba zaszła jakaś pomyłka.
   Pomyłka? O, nie! To ja przez parę minut byłam prawie pewna, że to był list od Simona, a to była pomyłka? Teraz sobie przypomniałam. Przecież przyjaciółka Sary Croft nazywała się Pamella Goldson... A więc stąd te "P.G.". No i znowu klapa z Walentynek.... Jak zwykle.
- Tak, dostałam go - powiedziałam, zażenowana.
- A przeczytałaś go?
- No tak... Myślałam, że to do mnie.
- To możesz mi go oddać? - zapytała Pamella.
- Tak... Jasne...
   Podałam jej kopertę, na której cały czas mocno zaciskałam palce. Pamella wzięła go i zaczęła czytać, po czym rzuciła się chłopakowi na szyję.
- Och, Tim!
   Victoire, wyczuwając moje zakłopotanie, złapała mnie za rękaw i szybko się ulotniłyśmy. Po chwili wśród grupek uczniów wychodzących z Wielkiej Sali, dostrzegłyśmy zieloną czuprynę Teda.
- To co? - spytał się. - Idziemy w weekend do Hogsmeade?
   Ale w tym momencie drogę zaskoczył nam Peter, cały czerwony na twarzy i dziwnie zaaferowany. Co szczególnie nas zaskoczyło, niewiadomo dlaczego był cały mokry, a w ręku dzierżył... Poduchę Pierdziuchę należącą do Bacy,  którą wytrzasnął niewiadomo skąd.
- Vicky! - zawrzasnął. - Dostałaś walentynkę? Przeczytałaś ją? Pójdziemy razem do Hogsmeade?
- T-tak... - wyjąkała Vicky, chyba sama nie bardzo wiedząc, na które z jego pytań właściwie odpowiada.
   Peter o mało co nie skoczył w górę.
- Świetnie! Wiedziałem, że się zgodzisz!
   Po czym tak szybko jak się przy nas zjawił, tak też zniknął. Victoire powoli przechodziła do siebie.
- O, Mon Dieu... Co mu się stało? Dlaczego był mokry? I skąd wytrzasnął tą okropną poduszkę Bacy?
- Zdajesz sobie sprawę, że właśnie umówiłaś się z nim na randkę? - zachichotał Teddy.
- Ja? - spytała Vi oszołomiona, spojrzała na niego, po czym się zaczerwieniła. A ja pomyślałam, że już chyba zaczęła trochę żałować swojej szybkiej decyzji.
   
                                 


Muszę Wam wyznać, że ostatnimi czasy wszystko sprzymierzyło się przeciwko mnie, tak że nie wiedziałam nawet, czy wyrobię się z tym wpisem przed końcem miesiąca. 
Na szczęście udało się! 
Mam nadzieję, że nie daremny był mój trud. 
Piszcie! 

Nox/*

~ Tita Pocky 



czwartek, 23 lipca 2015

19. Tajemnica

   11. 02. 2013 r. PONIEDZIAŁEK 

   
   No i oczywiście! Brenda już od ponad tygodnia jest w mega depresji. A dlaczego? Bo jej pufek zaginął! Naturalnie chciała wywalić nam wszystkie rzeczy z szafek, ale w porę rzuciłyśmy na nie zaklęcia ochronne. Brenda jest oszalała z rozpaczy! Zaczęła szukać po całym Zamku, na lekcjach kiedy wchodzi do klasy od razu zagląda pod ławki i biurko, tłumacząc, że może tam go zostawiła (chociaż nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek przemycała swojego pufka na zajęcia), jak zobaczy jakąś dziewczynę z pufkiem od razu oskarża ją o kradzież, poszła nawet do kuchni, by spytać się czy skrzaty domowe nie widziały jej pufka podczas sprzątania. Sądzę, że jak tak dalej pójdzie, to skończy się na przesłuchiwaniu Filcha, przywiązanego do krzesła łańcuchami i szczutego dementorami.
    Stało się też coś niewiarygodnego i bynajmniej nie chodzi mi o to, że Harry Potter zmienił sobie oprawki w okularach. Wczoraj, kiedy ja i Victa siedziałyśmy w pokoju wspólnym przy kominku, odrabiając pracę na astronomię, podeszły do nas Fiffie i Domie, oznajmiając nam, że... przyznały się Boorackowi! Świetnie, po pięciu miesiącach. I fajnie, że to my przez połowę semestru zbierałyśmy Nędzne i teraz na półrocze mamy oceny niezbyt dobre, a one zarobiły tylko dodatkowy szlaban (tamte nasze skończyły się razem z semestrem). Super. I oczywiście to my mamy mu kupić te jego głupie składniki! Na szczęście w ten weekend będzie wypad do Hogsmeade (wreszcie), ale za to wciąż mamy problem z parściną i nektarem rzodkiewek słodkowodnych, które nie są przecież dostępne w aptece. No i ja i Teddy musieliśmy wziąć na swoje barki ten cały raban, jakim są urodziny Victoire. 
   Bo kiedy w zeszłym roku urządziliśmy jej imprezę w dormitorium, nie wiadomo jak połowa wielbicieli Vi z całej szkoły zleciała się i stratowała całe przyjęcie bardziej skutecznie niż armia rozwydrzonych niuchaczy. Tak więc kiedy spytaliśmy się Vicky co z jej urodzinami w tym roku, zapowiedziała, że kategorycznie niczego nie urządzi.
   - Co? - zdziwiłam się. - Ty nie jesteś Nickie, żeby nie obchodzić swoich urodzin! 
   Ale ona się zaparła i już. A kiedy Victa sobie poszła, Teddy spojrzał na mnie i powiedział:
- Jasne, jasne. Jak ona nic nie urządzi, to my jej urządzimy! 
   Aczkolwiek trochę trudno jest zorganizować coś tuż pod nosem węszących, zakochanych świrów. 
- Musimy to zrobić w tajemnicy - odparłam. 
   Tak więc rozpoczęliśmy akcję. Dyskretną akcję. Postanowiliśmy, że najbezpieczniej będzie zrobić imprę w naszym dormitorium, ale od razu problem zaczęła stanowić dla nas oszalała po utracie pufka Brenda.
- Przecież to oczywiste, że jak powie się jej tylko nie mów nikomu, to ona od razu poleci do Sandry... - powiedziałam.
   Zaczęliśmy się więc namyślać, jak pozbyć się Brendy na parę godzin z dormitorium. W końcu ustaliliśmy, że powiemy jej iż widzieliśmy jej pufka w łapskach Irytka, a ona natychmiast poleci gonić go po całym Hogwarcie, prawdopodobnie jeszcze z rozgrzanym do czerwoności pogrzebaczem, wyciągniętym z kominka w pokoju wspólnym. W każdym razie to powinno skutecznie ją zająć.
   Najtrudniej było też ustalić ścisłą listę gości. Przecież o tym wszystkim nie mógł dowiedzieć się nikt, a co jak jakaś Rosalie chlapnie przy jakimś chłoptasiu: "Nie mogę się z tobą umówić, bo idę na imprę do..." (bo wiadomo, że nawet jak zaprosimy samą Nickie, to Paczka Puchonów i tak za nią przyjdzie). Postanowiliśmy więc, że zaprosimy Paczkę najpóźniej przed urodzinami, żeby po prostu nie miała czasu się wygadać, a kwestia ich prezentu... Przecież oni zawsze rozdają tylko ziemniaki, więc to żadna strata...
   Był też problem z tym, jak przetransportować chłopaków do dormitorium dziewcząt, tak by nikt tego nie zauważył. To rozwiązaliśmy w miarę szybko; wystarczyło zaprosić ich, gdy wszyscy będą na kolacji.
   A zaraz pojawiło się nowe pytanie. Jak przenieść niepostrzeżenie z kuchni przez siedem pięter jedzenie? McGonagall po tej całej Booraczanej aferze nie zwróciła Teddy'emu peleryny niewidki, co znacznie utrudniało sprawę. Ale w tym przypadku również mieliśmy nadzieję, że podczas posiłku w Wielkiej Sali, nikt się nie będzie poza nią kręcił.
   A gdy już wszystko ustaliliśmy, rozpoczęliśmy operację Urodziny Vi.
   Kiedy obudziłam się rano, byłam wypoczęta, ale raczej niezbyt rześka. W ogóle nie chciało mi się ruszać z łóżka, ale czułam też, że nie chce mi się już spać. W końcu zdecydowałam, że jednak wstanę. Wyjęłam nogi spod ciepłej kołdry i usiadłam na łóżku. W poniedziałki nigdy się nie spieszyłam; od razu po śniadaniu miałam wolne, a dopiero potem godzinkę opieki nad magicznymi stworzeniami. A potem numerologia, na którą chodziły wszystkie dziewczyny oprócz mnie i Victy. Trochę głupio, że akurat gdy ja mam O.M.N.S., to Teddy ma wolne, a kiedy ja mam wolne, to on ma obronę przed czarną magią, więc dopiero na drugim śniadaniu możemy wziąć się do roboty. Fiffie i Dominique nam nie pomogą, to pewne, bo chociażby mogły, to Domie z jakiegoś nieokreślonego powodu obraziła się na Teda. Oczywiście są na liście zaproszonych, ale przy organizacji raczej nie możemy na nie liczyć... Za to teraz ja i Teddy na śniadaniu wybieramy się do kuchni, by przedstawić skrzatom nasze plany dotyczące urodzinowego poczęstunku.
   W momencie w którym usiadłam na łóżku, obudziła się zaspana Brenda. Podniosła się z poduszki, ziewnęła, przeciągnęła się, zamlaskała - po czym już była gotowa do działania. Z okrzykiem skoczyła na łóżku, jak zwykle budząc wszystkich.
   - Wstawać, wstawać! Dziś jest dobry dzień! - wrzeszczała, skacząc z posłania na posłanie.
- Dobry dzień?! - Julia zerwała się na równe nogi i spojrzała na nią ze złością. Brenda zatrzymała się by złapać oddech.
- W piątek na drugim śniadaniu byłam u Trelawney - wypaliła w końcu. - Powiedziała, że odnajdę swojego pufka w ciągu pięciu dni od jedenastego lutego. Rozumiecie? Dzisiaj jest jedenastego lutego!!
- Doprawdy? - wymamrotała Victoire, po czym zakryła twarz poduszką.
   Biedna. Z pewnością wrzeszcząca Brenda to najfatalniejszy początek urodzin.
   Julia założyła kapcie, po czym zaszastała jednym z nich ze złością.
- Brenda, uspokój się! - zażądała.
- Ani mi się śni! - Brenda zaczęła z zapałem skakać na swoim łóżku z przejmującym jękiem sprężyn. - Jak niby mam się nie cieszyć?!
   Ze swojego kokonu z kołdry głowę wychyliła Lisa.
- Co się dzieje? - zapytała zachrypniętym głosem.
- Brenda ma dobry dzień - wyjaśniłam.
   Potem zeszłyśmy na śniadanie. Julia jak zwykle poszła do Setha i Quirke'a by wszcząć z nimi "pogawędkę" na temat sposobu oceniania, a Brenda oczywiście musiała znaleźć sobie miejsce w pobliżu Victy.
   Normalnie sama podeszłabym do Teda by iść z nim do kuchni, ale przecież zwykle to on podchodził do nas na śniadaniu, co razem z Vi nazywałyśmy już Śniadaniową Tradycją, a nasze zachowanie nie mogło pozostawiać żadnych podejrzeń. Umówiliśmy się więc, że po piętnastu minutach śniadania spotkamy się w sali wejściowej.
   Zaczęłam mieszać w swojej misce z owsianką. Nie miałam ochoty na jedzenie, tak samo jak na karmienie gumochłonów w godzinę później, upierdliwego Booracka na eliksirach po drugim śniadaniu, test z obrony przed czarną magią i McGonagall, wyraźnie zmęczoną walką z Esme Blythe o różowe włosy. Podniosłam łyżkę do ust, wypatrując Teda przy stole gryfonów, ale nigdzie nie mogłam go dostrzec. Jak ja go w ogóle rozpoznam w sali wejściowej? Obok mnie, Brenda rozpowiadała o swoim szczęściu związanym z przepowiednią Trelawney.
   Kiedy w końcu pokonałam swoją owsiankę, wstałam od stołu.
- Skoczę jeszcze do pralni po swoje ubrania - oznajmiłam takim tonem, jakbym nie wymyśliła tej wymówki dopiero co na poczekaniu.
- Co? - zdziwiła się Vi. - Miałyśmy się uczyć na O.P.C.M. ...
- Zaraz do ciebie dołączę - odparłam szybko, po czym wybiegłam z Wielkiej Sali.
   No i gdzie ten Ted? Rozejrzałam się po sali wejściowej, aż w końcu dostrzegłam, jak w moim kierunku zmierza chłopak o brązowych włosach, raczej mało rzucający się w oczy. Uśmiechnęłam się na jego widok i pomachałam mu ręką.
- Hej, Pocky - powiedział.
- Idziemy?
- Idziemy.
   Zeszliśmy wąskimi schodkami do piwnicy.
- McGonagall nie oddała ci jeszcze niewidki? - spytałam, uważając by nie potknąć się na stopniach.
- Nie... - odparł Teddy.
- Demencja starcza...
   Stanęliśmy przed obrazem z martwą naturą, przedstawiającą niezwykle realistyczną misę z owocami. Połaskotałam gruszkę, a ona zaczęła chichotać i skręcać się, aż w końcu zamieniła się w klamkę, którą nacisnęliśmy, uchylając sobie wejście do kuchni. Ukradkiem zajrzałam za obraz, po czym ja i Teddy weszliśmy do środka -  i od razu podbiegło do nas z jakiś tuzin skrzatów domowych, kłaniając się nam do ziemi.
- Witamy, witamy! - popiskiwały jeden przez drugiego.
- Proszę, sir...
- Niech spróbują soku...
- Naprawdę to zaszczyt gościć tu paniczów...
- Ale pani dyrektor nie życzy sobie...
-...pani dyrektor zabrania wchodzić tu uczniom.
   Po czym zaczęły wypychać nas do wyjścia.
- Nie, zaczekajcie! - wrzasnął Teddy, ale one już wyrzuciły nas na zewnątrz i zatrzasnęły nam obraz przed nosem.
  - Cholera, tego to na pewno nie przewidzieliśmy!
- I co teraz?
   Zapanowała ponura cisza.
- Próbujemy jeszcze raz? - zaproponowałam.
- A coś to da? - zaoponował Teddy, ale ja już ponownie łaskotałam gruchę.
   Obraz odchylił się gwałtownie, ukazując nam małego skrzacika, stojącego tuż za progiem.
- Już mówili, że sir tu nie wchodzić! - zapiszczał, groźnie łypiąc na nas wielkimi oczami. - Czego chcą?
- Chcieliśmy tylko wziąć trochę przekąsek - wyjaśnił Ted.
- Pani dyrektor zabraniać brać jedzenie.
- Ale my chcieliśmy tylko tak minimalnie... - nie ustępował Teddy.
- W Wielkiej Sali być jedzenie dla ucznia - upierał się skrzacik.
- Daj spokój - zniecierpliwił się Teddy. - Chyba kilka ciastek możecie nam podrzucić!
- Nie. To być zabronione.
- A chcesz zostać uwolniony?! - palnął Ted.
   Skrzacik przełknął głośno ślinę, po czym odwrócił się.
- Goździk! - zaskrzeczał w stronę jakiegoś innego skrzata. - Są ciastka?
   Po chwili w naszych rękach pojawiła się taca z czarnymi, zwęglonymi ciastkami.
- Nic więcej my nie móc zrobić - oznajmił skrzat. - Do widzenia, sir!
   I zamknął nam wejście tuż przed nosem.
   Teddy przejechał ręką po twarzy.
- Od kiedy to nie można włazić do kuchni?! - Wyglądał na wyraźnie poirytowanego.
- Chyba od zawsze - mruknęłam. - Tylko że skrzaty o tym nie wiedziały.
- Mogliśmy załatwić to wcześniej... - powiedział Teddy ponuro, odstawiając niepotrzebne nam zwęglone ciastka pod drzwi kuchni. - A my nawet tortu nie mamy!
- Teddy...
- Co?
- Czy ty ostatnio nie przerabiałeś Zaklęcia Przywołującego?
   Spojrzałam na niego z szatańskim uśmieszkiem. Na jego twarz powoli wstąpiło zrozumienie.
- No jasne...! - zawołał, po czym zaciągnął mnie za róg korytarza i wyciągnął różdżkę. - Accio tort.
   Nic się nie wydarzyło.
- Może skrzaty akurat nie upiekły żadnego tortu? - podsunęłam.
- Accio ciastka - spróbował tym razem.
   Nastąpiła krótka chwila napięcia, podczas której ja i Teddy patrzyliśmy na siebie, nasłuchując jakiegokolwiek odgłosu, świadczącego o działaniu zaklęcia - aż nagle coś huknęło i ku nam nadleciała ogromna taca z mnóstwem ciastek i ciasteczek! Na ich widok nie powstrzymałam się i aż przełknęłam ślinę. Pachniały pysznie. Wyglądały pysznie. Prawdopodobnie po prostu były pyszne.
- Dobra, zwiewamy zanim skrzaty się skapną... - Teddy rozejrzał się za ewentualnymi możliwościami ucieczki.
- A jak zamierzasz ukryć, że uciekamy z wielką tacą niebiańsko pachnących ciachów?!
   I w tym momencie usłyszeliśmy zgrzyt otwieranych drzwi i tupot małych stóp na korytarzu.
- Skrzaty! - zapiszczałam.
- Szybko! - Teddy ostrożnie na tyle, na ile pozwalał mu na to pośpiech, odstawił tacę tuż za pobliskim posągiem, a mnie wepchnął prędko za gobelin, za którym było... Sekretne Przejście! Jednak jeszcze wiele muszę się nauczyć o tym Zamku.
   Kiedy skrzaty już przestały węszyć, wzięliśmy tacę z ciastkami i zaczęliśmy iść wąskimi schodkami do góry.
- Wiedziałeś o tym Tajemniczym Skrócie? - zapytałam oszołomiona.
- Nie - odparł Ted.
- A czy domyślasz się może, dokąd on prowadzi?
- Pewnie w jakieś miejsce parę pięter wyżej...
   W końcu wyszliśmy z Sekretnego Przejścia, które wychodziło na skrytkę za gobelinem, gdzie Simon uratował mnie przed Filchem w Noc Duchów. Jak mogłam go wtedy nie zauważyć? Nie mam pojęcia.
   - Wiesz co to może być za piętro? - spytał Teddy, wyglądając zza gobelinu. Z tą ogromną tacą w rękach wyglądał jak nierozgarnięty kelner.
   Pamiętałam aż za dobrze.
- Piąte - mruknęłam.
- Masz jakiś pomysł jak przejść te dwa piętra z tymi ciachami?
- Słuchaj - powiedziałam. - Wszyscy są teraz na śniadaniu, więc Zamek jest praktycznie pusty...
- Obyś miała rację.
   Wyszliśmy na opustoszały korytarz. Ponieważ Tedowi było już ciężko z tą tacą, zaczarował ją tak, by lewitowała przed nami i w ten sposób przemykaliśmy korytarzami z latającymi ciachami, kiedy nagle zza rogu wyłonił się profesor Flitwick!
   Nie było już ani czasu, ani sensu uciekać.
- O! - zawołał na nasz widok. - Glam, Lupin! Wspaniale, wspaniale!
- Co...? - zdziwił się ostrożnie Teddy.
- Mówię o tym wyśmienitym zastosowaniu Zaklęcia Rozmnażającego i Lewitującego! - powiedział Flitwick. - Które z was rzuciło które?
   Widząc, że nie odpowiadamy, machnął ręką.
- Nie ważne... Gryffindor i Ravenclaw otrzymują po pięć punktów! - Po czym odszedł, niezwykle z siebie zadowolony.
- No jasne! - uderzyłam się w czoło. - Zaklęcie Rozmnażające! Dzięki ci, Flitwicku!
- Jeszcze tego nie przerabialiśmy...
- Ale znasz formułę? - dociekałam.
- No tak...
- To leć do Wielkiej Sali i weź po jednym ciastku z każdego rodzaju, a ja odniosę te ciacha do naszego dormitorium...
    W milczeniu skinęliśmy sobie głowami, po czym każde z nas poszło w swoją stronę.
    Weszłam do dormitorium. Gdzie ja mam schować te ciacha? Pod swoim łóżkiem? Zajrzałam tam. Cóż, nie było pod nim za pięknie. Wyciągnęłam różdżkę i zaczęłam pod nim odkurzać, co udoskonaliłam sobie na szlabanie w bibliotece. W końcu wsunęłam tam tacę z ciachami. I w tym momencie zaczęły się lekcje.
   Wyszłam z salonu Ravenclawu. Teddy miał chyba teraz godzinę historii magii, czy czegoś równie nudnego, natomiast ja i Vika, które miałyśmy wolne, zamierzałyśmy iść do biblioteki, aby tam uczyć się na obronę przed czarną magią. A więc Ted nie zdąży donieść mi z Wielkiej Sali ciastek... Trudno, załatwimy to na drugim śniadaniu.
   W bibliotece Victoire już na mnie czekała.
- Coś długo byłaś w tej pralni... - zauważyła zwięźle.
- Byłam jeszcze w dormitorium, nie mogłam znaleźć podręcznika - skłamałam gładko. Po czym usiadłyśmy i zaczęłyśmy spisywać wszystko, co wiedziałyśmy na temat zwodników i druzgotków.
   A potem miałyśmy opiekę nad magicznymi stworzeniami. Esme, mimo próśb i gróźb McGonagall, jeszcze nie pozbyła się farby z włosów. Zdaje się, że ona i dyrektorka poszły na ugodę - jeśli Esme chce zachować swoje różowe włosy, musi podciągnąć się z transmutacji przynajmniej na Nędzny.
   Kiedy podeszłyśmy do chatki Hagrida, wszyscy już tam byli, za to Hagrid miał raczej posępny wyraz twarzy.
- Gdzie gumochłony? - zapytała Victa, drżąca od stóp do głów z powodu przenikliwego zimna.
- Pozdychały - odparł ponuro Hagrid.
   Ja i Victoire gwałtownie odwróciłyśmy się w swoją stronę, a nasze oczy zabłyszczały z niewysłowionej radości, zaraz jednak spoważniałyśmy i z trudem powstrzymałyśmy się przed podskokiem w górę.
- O-och... - powiedziałam. - W takim razie co będziemy teraz przerabiać?
- Żarolubne jaszczury.
- A co to takiego? - zapytała Vicky z niepokojem.
- Zaraz się dowicie... - wzruszył tylko ramionami.
   Po czym urządził nam najlepszą lekcję opieki nad magicznymi stworzeniami, jaką kiedykolwiek mieliśmy. Hagrid rozpalił największe ognisko jakie widziałam, a potem wypuścił w nie mnóstwo salamander, a my zbieraliśmy na skraju lasu suche patyki i wrzucaliśmy je do płomieni, w czasie gdy jaszczurki skakały i pełzły zwinnie po białych od żaru i trzaskających bierwionach. Oczywiście Orellia i jej kumpele nawet nie ruszyły się od ogniska, gdzie siedziały mocno ściśnięte ze sobą, grzejąc sobie paluszki, najwyraźniej bardzo z siebie zadowolone.
   Następnie trzecioklasiści z Ravenclawu znowu mieli godzinę wolnego. Tylko że oczywiście zachciało im się, żeby Teddy w tym samym czasie miał obronę przed czarną magią! Świetnie. Brenda, Julia i Lisa poszły na numerologię, a ja i Victa spędziłyśmy całą godzinę w pokoju wspólnym przed kominkiem w towarzystwie Mrukota.
   A potem zeszłam na drugie śniadanie, gdzie przed wejściem do Wielkiej Sali Teddy już na mnie czekał.
- Mam ciacha - oznajmił od razu. - A na historii magii ćwiczyłem trochę Zaklęcie Rozmnażające na paprochach pod ławką...
- I co?
- Może się uda. Jeśli na paprochach wyszło...
- Wiesz, paprochy to paprochy, a ciastka...
- Wystarczy sobie po prostu wyobrazić, że to wielkie paprochy - wzruszył ramionami.
- Oj, skończ już z tymi paprochami! - zniecierpliwiłam się. - Kiedy je zaczarujemy?
- Tuż przed urodzinami, a kiedy? - zdziwił się. - No dobra. Teraz trzeba zaprosić wszystkich tak, by nikt się nie dowiedział...
   Tak więc weszliśmy do Wielkiej Sali i rozpoczęliśmy akcję.
   Dominique i Fiffie już wcześniej zostały zaproszone, był jednak niemały problem z Paczką Puchonów, która stanowiła w końcu nieco hałaśliwą zgraję. Moglibyśmy ich wziąć w tej sprawie na stronę, ale Vic od razu zaczęłaby coś podejrzewać. Moglibyśmy osaczyć ich podczas wychodzenia z Wielkiej Sali, ale przecież Vicky by nam wtedy towarzyszyła. Moglibyśmy zgarnąć ich z pokoju wspólnego puchonów, ale co jeśli oni mają już własne plany na wieczór? Ja i Teddy ustaliliśmy, że zaprosimy ich dopiero w dzień urodzin Vi, ale woleliśmy już się nie zastanawiać jak to zrobić, a teraz nic nie przychodziło nam do głowy. Słyszałam kiedyś o Zaklęciu Język w Supeł, ale nigdy go jeszcze nie próbowałam...
   A nie było mowy, żeby powiedzieć im o tym w Wielkiej Sali, bo jakby taka Rosalie wrzasnęła na całą salę "IMPREZKA?!", to od razu dowiedziałaby się cała szkoła. Pomyślałam więc: "Dobra, zaproszę ich jak nadarzy się sposobność, a jak się nie nadarzy, to po prostu wyciągnę ich z pokoju wspólnego bez względu na ich plany".
   Ale zanim zdążyłam powiedzieć to Teddy'emu, on wpadł na pomysł:
- Może zapytamy ich jak będą w bibliotece? Tam nie można krzyczeć, więc...
   Spojrzałam na niego ciężkim wzrokiem.
- Czy ty widziałeś kiedyś Paczkę Puchonów w bibliotece?
- Czasami odpisują tam jakieś zadanie od Carrie i Scarlett...
- Oni przecież nie odrabiają prac domowych!
- Chodźmy się ich spytać.
   Podeszliśmy do stołu Hufflepuffu.
- Będziecie dzisiaj w bibliotece? - wypaliłam.
   Wśród nich rozległy się pomruki, które złożyły się w całość niby odgłosy wydawane przez zaspanego niedźwiedzia:
- Nooo...
- A cooo?...
- Musimy odpisać od Scarlett wypracowanie dla McGonagall...
- Niestety...
- Tak, będziemy w bibliotece panno Glam! - przerwał im wszystkim Crister, ich przywódca. - Dawno nie odwiedzaliśmy naszej drogiej pani Pince.... A co?
   Ale my już poszliśmy z zadowolonymi minami.
   Potem były eliksiry. Boorack, z zawziętą miną dowódcy oddziału, maszerował między stolikami, lustrując krytycznym wzrokiem wszystkich, którzy wrzucili choćby o ziarenko za dużo do kociołka i wrzeszcząc na tych co się obijali, tak jak niejaki Ivo Rogers. Na mnie i na Victoire natomiast wyżywał się jeszcze bardziej niż dotychczas, opróżniając nam kociołki jednym machnięciem różdżki za każdym razem, gdy zrobiłyśmy coś (jego zdaniem) nie tak. Ale najbardziej mnie zdenerwowało, jak Boorack po raz czwarty opróżnił mój kociołek pod pretekstem, że "ręka zadrgała mi podczas wlewania wyciągu z morszczynicy, co na pewno miałoby niekorzystny wpływ na działanie mojego eliksiru".
   - Nie martw się, za tydzień już to się skończy - pocieszyła mnie po lekcji Vi, ale raczej mało pokrzepiającym tonem. - Boorack po prostu wie o naszym wypadzie do Hogsmeade, więc chce wykorzystać ostatnie dni, kiedy jeszcze może się nad nami znęcać...
- A niech się udławi buraczanym sokiem - mruknęłam.
   Po przerwie poszłyśmy na obronę przed czarną magią, którą miałyśmy razem z gryfonami. Victoire jeszcze mówiła coś do mnie na temat Booracka, ale ja jej nie słuchałam, ponieważ nie chciało mi się o nim nawet myśleć, za to już bez reszty pochłonęły mnie plany organizacyjne jej urodzin. Nie składałam dzisiaj życzeń swojej przyjaciółce, ponieważ wciąż chciałam ją utrzymywać w przekonaniu, że nie obchodzimy jej urodzin, ale w duchu już się cieszyłam na myśl, jaką sprawimy jej z Teddy'm niespodziankę. Oj, szczęśliwa, nieświadoma z naszych niecnych knowań Victoire! Kiedy wyszłyśmy zza rogu korytarza, cała klasa już była pod salą.
   - VICKY! - zawołał Peter. - WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO Z OKAZJI URODZIN!
   Nie.
   Nienienienienie.
   W tym momencie miałam ochotę zamienić się w legendarnego bazyliszka i swoim śmiertelnym spojrzeniem umieścić go w jednej kabinie z Jęczącą Martą.
   Po pierwsze: skąd do jasnej ciasnej skarpety Brendy Peter wiedział o urodzinach Vicky, a po drugie: dlaczego musiał wydrzeć się o tym przy całej klasie?!
   - To ty masz dzisiaj urodziny? - zdziwił się Seth, który skrycie podkochiwał się w Vi i na moment zapomniał o udawaniu wieeelkiej obojętności.
- Nie wiedziałem... - mruknął Quirke, jakby obrażony samym tym faktem.
- Wszystkiego najlepszego! - zapiszczała Paris.
   I kiedy już myślałam, że skończy się na samych życzeniach, musiała odezwać się Sandra:
- To co, robisz imprezkę?!
   Julia wytrzeszczyła oczy, ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, pojawiła się Elfiatka - nasza super niziutka pani od O.P.C.M., z krótkimi szarymi włosami i białym czubem nad czołem - po czym otworzyła nam drzwi od klasy, a my już nic nie mówiąc, weszliśmy do środka.
  - Skąd ty wiesz, że Vika ma dziś urodziny? - syknęłam do Petera, gdy siadaliśmy w ławkach.
- Od Dominique...
- Cisza! - Elfiatka jak zwykle aż podskoczyła, aby nas uciszyć. Kiedy już się uspokoiliśmy, zaczęła recytować tym swoim hiperpoprawnym, wysokim głosem: - Proszę, wyjmijcie pergaminy, ten rząd to grupa A, ten rząd to grupa B, zaraz otrzymacie arkusze testowe, arkusze są zaczarowane przeciw ściąganiu, macie czterdzieści pięć minut.
   Po czym machnęła różdżką, a testy przeleciały przez klasę i wylądowały przed wszystkimi uczniami.
   Spojrzałam na pierwsze pytanie: "Wypisz co najmniej trzy cechy charakterystyczne dla zwodnika". Ale jak mogłam myśleć o zwodnikach w tym momencie? Obejrzałam się na Sandrę i Brendę, które rozmawiały ze sobą przyciszonymi głosami chichocząc, dopóki nie zostały uciszone. Julia już skrobała zawzięcie po pergaminie, ale założę się, że i ona nie zapomniała o niebezpieczeństwie imprezki dziś wieczorem w dormitorium. Peter również zaczął sprawdzian, tylko że co chwila zagapiał się na plecy Victoire i ciągle potrząsał głową, żeby się ocknąć. Patrick jak zwykle się nie nauczył i teraz siedział, martwym wzrokiem wpatrując się w swoje nazwisko na arkuszu, natomiast Simon z głębokim namysłem kreślił odpowiedzi, czasami tylko robiąc zupełnie takie same miny jak Sean, gdy coś mu się nie podobało, czym w tym przypadku było zachowanie Brendy, która kiwała się na krześle i swoim irytującym stukaniem rozpraszała wszystkich. Sandra wpatrywała się w swój arkusz wielkimi oczami, a Quirke pisał tak zawzięcie, że umazał sobie atramentem nos i paluchy. Seth zastanawiał się co napisać, obracając na ławce zakrętką od kałamarza, Conrad i Matt walczyli pod ławką na lipne różdżki, Paris czytała pytania ze zmarszczonym czołem i odpowiadała na nie swoim starannym pismem, Ivo smarował tak po kartce, że spod jego pióra ciągle wytryskiwały kleksy, Lisa gapiła się w pytanie na dole strony z przerażoną miną. A Elfiatka siedziała za biurkiem i wstawiała oceny siódmoklasistom.
   Kiedy lekcja się skończyła, krukoni zamiast namawiać gryfonów do omawiania testu, natychmiast naskoczyli na Victoire całą zgrają.
- To robisz tą imprezkę?! - zawrzasnęła Sandra.
- W naszym dormitorium?? - wtórowała jej Brenda.
- Zaprosisz nas? - pytali Patrick i Conrad jeden przez drugiego.
- My też możemy wpaść... - Quirke trącił łokciem Setha, a ten spojrzał na niego z wściekłą miną, po czym dodał:
- Jeśli można!
- Jaki chcesz prezent? - zapytała Paris.
- No właśnie? - odezwał się Peter.
- Jak mogłaś mi nie powiedzieć? - Brenda nagle się obraziła.
- To co, widzimy się wieczorem! - zawołał Conrad.
- Że niby gdzie się widzicie? - Nagle do wspólnego przekrzykiwania się dołączyła Julia.
- No... W naszym dormitorium - zdziwiła się Brenda.
- O nie! - krzyknęła Julia. - Co to, to nie!
- Przecież ty i tak będziesz siedzieć w bibliotece! - zdenerwowała się Brenda.
- Cooo? - Twarz Julii pokryła się ciemnym rumieńcem.
- No właśnie, nie masz nic do gadania - znów odezwała się Sandra.
- Jak to? - zaoponowała jak zwykle lojalna Paris. - Przecież to też jej dormitorium!
- Ty też się nie odzywaj! Jesteś po prostu pod jej wpływem!
   Teraz to Paris oblała się czerwienią.
- Peter, powiedz coś!
   Ale Peter paplał właśnie w stronę Victoire.
- Jak Julia wam nie pozwoli to zróbcie imprezkę u nas, a tak w ogóle to co chcesz dostać, bo dla mnie to wiesz, żaden problem...
- Co?! - wrzasnął Patrick. - W naszym dormitorium?! A skąd wiesz, że nie zaproszę właśnie Sandry...
- Ja będę na tej imprezce, pacanie - wysyczała Sandra.
- Nie będzie żadnej imprezki... - zaprotestowała Julia, ale w tym momencie przekrzyczała ich wszystkich Victoire:
- To jak już zdecydujecie czy będę mieć urodziny czy nie, to mi łaskawie powiedzcie, bo tak się składa, że chciałabym iść teraz na obiad jak normalny człowiek, tak?!
   Zapadła niemal grobowa po tych całych wrzaskach cisza. Wszyscy spojrzeli na nią najwyraźniej zdziwieni do granic możliwości, że zamiast dziękować za ich życzliwość, Victa wygląda na wyraźnie rozzłoszczoną. Uniosła głowę i przeszła przez tłumek krukonów i gryfonów, kierując się do Wielkiej Sali, a wszyscy oczywiście polecieli za nią.
   I cóż ja mogłam poradzić? Wystarczyło, że chłopaki z naszej klasy dowiedzieli się o wszystkim i już rozpowiedzieli o tym innym wielbicielom Vi. I tyle tego ukrywania, ustalania i wykłócania się ze skrzatami poszło na marne...
   Usiadłam przy stole Ravenclawu, ale nawet wyśmienity filet z kurczaka w serze i kukurydzy nie zdołał poprawić mi nastroju. Nie zauważyłam nawet, że miejsca tuż koło mnie zajmują Jake Pattinson i Nannah Stone, stanowiący jedyną parę na wszystkie pierwsze klasy, którzy siedzieli od siebie tyłem, najwyraźniej pokłóceni. Po chwili podeszły do naszego miejsca Fiffie i Dominique, przy nich wyglądające na ludzi niebywale zadowolonych z życia.
   - Co, znowu pokłóceni? - rzuciła Fiffie w stronę głów Nanny i Jake'a.
- A co cię to obchodzi? - warknął Jake.
   Fiffie przewróciła oczyma, po czym obie z Di usiadły naprzeciwko. Domie rzuciła się na jedzenie jakby nie jadła od dwóch dni, a moja młodsza siostra zaczęła nalewać sobie soku z dyni, nieuważnie rozlewając go wokół pucharu.
- Hej, Pocky - powiedziała do mnie Dominique pomiędzy jednym widelcem a drugim. - Ziemniaczków? A tak nawiasem, to jak tam... no wiesz... tajemnica?
   Zobaczyłam, że Nannah mimowolnie nadstawia uszu.
- Już nie jest tajemnicą... - odparłam smętnie, mieszając łyżką w swoim pucharze.
   Fiffie i Di wymieniły się spojrzeniami.
- A gdzie Vicky? - zapytała Fiffie, dokładając sobie kukurydzy.
   Nan prychnęła.
- Coś ci nie pasuje? - zwróciła się do niej Di.
- Dobrze wiesz, co sądzę o tej uwodzicielskiej Victoire...
   O, Merlinie. A więc i Nannah należy do tych dziewczyn, które nienawidzą Vi i podchodzą do niej na śniadaniu przynajmniej raz w tygodniu, tylko po to, aby "umilić" jej początek dnia. Domie spojrzała na nią wrogo.
- Wiesz co Nannah, lepiej odstaw róż do policzków, bo zaczynasz wyglądać jak Boorack Junior.
   Nannah wstała z oburzoną miną i odeszła. Jake odetchnął z ulgą.
- No! - zatarł ręce. - To co dziś jest daniem głównym?
   Di i Fiffie spojrzały na niego z niesmakiem.
- Co, Nannah jeść ci nie daje?
   Ale w tym momencie podeszła do nas Orellia Craig z Hufflepuffu. Kolejna dziewczyna, która dla samej Vic była pozornie miła, lecz za jej plecami stawała się jak rozjuszona pani Norris.
- Wiecie gdzie jest Nannah Stone? - zapytała, jak zwykle śpiesznie poprawiając czarne loczki.
- Co? Nie... - zdziwiła się Fiffie. - Chyba wyszła.
   Orellia wyszczerzyła do nas białe ząbki i odbiegła.
- Kto to był? - spytała się Dominique, ciekawsko odprowadzając ją wzrokiem.
- Taka puchonka z mojej klasy... - odparłam obojętnie, tym razem mieszając widelcem na swoim talerzu.
- A co Nannah ma z nią wspólnego?
- Obie są głupimi lalami - rzuciła Fiffie, a Domie parsknęła śmiechem w swój dyniowy sok.
- Może pójdziemy się dowiedzieć, o co chodzi? - zaproponowała.
- Okej - zgodziła się Fiffie szybko.
- To ja idę z wami! - zdecydował Jake.
- Po co? - zdziwiły się.
- W końcu Nannah to moja dziewczyna...
  Teraz to ja parsknęłam pod nosem.
- No dobraaa... Skoro tak ci zależy...
   Wyszłam razem z nimi z Wielkiej Sali. Właściwie powinno mi być obojętne, co mogą knuć Nannah i Orellia - ale podskórnie w jakiś sposób wiedziałam, że jeśli spotykają się gdzieś dwie dziewczyny ich pokroju, to mogą obgadywać one tylko jedną osobę... Tak jak się spodziewaliśmy, zastaliśmy je stojące w sali wejściowej. Nie zauważyły nas, ale i tak na wszelki wypadek schyliłam się, udając, że rozwiązał mi się but, Di, Fiffie i Jake stali nade mną, niby na mnie czekając, a chociaż Orellia i Nan były do nas tyłem, słyszeliśmy dokładnie każde ich słowo.
   - Ale... jesteś pewna? - mówiła Nannah.
- Jasne, że tak - zapewniła ją Orellia. - Dopiero co się dowiedziałam od Brendy Pussycat.
- Ale skąd ona to wie?
- Od Eleanor Smith. Gadała z Gigi Bulstrode i stąd wie. Bo wiesz, Gigi się z nim kumpluje...
   Mimowolnie podniosłam głowę by spojrzeć na Jake'a i zobaczyłam, jak zaciska szczęki. A i ja zaczynałam się domyślać, o kim jest ta rozmowa...
   Nannah prychnęła.
- Kumpluje?! Założę się, że ze sobą kręcą! Chociaż nie, bo gdyby Spell nie bujał się w tej dziuni Victoire, to by nie przychodził na jej urodziny...
   Co?! Spell Wood na urodzinach Vicky? Niby jak?
- E, tam. - Orellia tylko machnęła ręką. - Przecież ta lala jest dla niego za łatwa...
- Sądzisz? - spytała Nan niespokojnie. - Przecież to wila! Na pewno ma jakieś sztuczki... W końcu śpię już z jedną taką w dormitorium.
   Teraz to Dominique zrobiła się czerwona. Nannah ciągnęła dalej:
- A przecież wiesz, że ta Victoire ma na niego chrapkę! Widziałaś, jak się obściskiwali na Sylwestrze?!
   Co? Może jest coś, o czym nie wiem...? Ale zaraz pomodliłam się w duchu, by Nannah nie mówiła już nic więcej, bo jeśli zaraz wspomni o tym, że ja też tańczyłam ze Spellem...
- Nie...? - powiedziała tymczasem Orellia z ciekawością. - A co, całowali się?
- O, nie! Przecież bym im na to nie pozwoliła...
- Co, wpadłabyś między nich, że niby ktoś przez przypadek cię popchnął?
- Może - ucięła Nan. - Ale musisz się dowiedzieć, czy Spell będzie na tych urodzinach! Najlepiej spytaj się samej Victoire! Zrób to! Musisz! Zrobisz?
   Orellia przekrzywiła głowę.
- A... co mi za to dasz? - rzekła zdawkowo.
   Ach, ta Orellia.
- Dam ci krem z wyciągu z algi, okej? - zaproponowała Nannah śpiesznie. - Tylko to zrób! Bo inaczej to ty mi zapłacisz.
   Orellia otworzyła szeroko oczy, zaskoczona.
- Niby czym?
- Twój róż do policzków.
   Orellia przełknęła ślinę.
- No dobrzeeeee...
   Po czym przypieczętowały umowę i odeszły każda w swoją stronę.
   Spojrzałam na Fiffie, Dominique i Jake'a. Jake wyglądał tak, jakby właśnie napił się odorosoku, Fiffie była wyraźnie poirytowana, a Domie wpatrywała się w zamyśleniu w swoje buty, wciąż czerwona.
   - Co za Nannah! - powiedziała Fiffie. - Założę się, że jeśli Spell tam przyjdzie, to Nannah będzie chciała się wkręcić w imprezkę za naszą pomocą!
- Nannah tam nie pójdzie - zaprzeczył spokojnie Jake.
- Ani Spell Wood tam nie pójdzie - zaznaczyłam.
- Myślicie, że o mnie też za moimi plecami mówią, że jestem dziunią i lalą? - odezwała się nagle Dominique.
   Spojrzeliśmy na nią, ale zanim zdążyliśmy odpowiedzieć na jej pytanie, podszedł do nas Teddy. Na jego widok, Domie oczywiście zacięła usta, chcąc w ten sposób przypomnieć mu, że wciąż się na niego boczy, lecz on chyba w ogóle tego nie zauważył.
- Właśnie podeszła do mnie niejaka Brenda Pussycat i spytała, czy będę na wielkiej imprze w waszym dormitorium - oznajmił na przywitanie. - Pocky, co się dzieje?
   Spojrzałam na niego ponuro.
- Wydało się - odparłam krótko.
- Niby jak?!
- Przez Petera. Postanowił wywrzeszczeć Vicky życzenia przy całej klasie.
   Teddy przejechał ręką po twarzy, najwyraźniej tak samo jak ja nie mogąc uwierzyć, że nasze zatargi ze skrzatami poszły na marne.
- Czyli że będziemy mieć powtórkę z poprzedniego roku... - westchnął. - No chyba, że staniemy na warcie przy drzwiach z zaklęcioodpornymi maczugami...
- To Victoire ma aż tylu wielbicieli? - zdziwiła się Fiffie, mrugając szeroko otwartymi oczami.
- Nooo... - potwierdziłam. - I tyle samo zazdrośnic takich jak Nannah i Orellia, które z największą rozkoszą wsadziłyby jej twarz do tortu.
- No to "ooops" - podsumowała Fiffie.
- Nawet wielkie "ooops" - przytaknął Teddy.
- To co, stoimy na warcie przy drzwiach i wywalamy wszystkich wielbicieli, którzy przyjdą? - Fiffie zatarła ręce. - Ale fajnie będzie wywalić Petera...
   Ale już nie zdążyła wyjawić nam swoich radosnych marzeń o sposobie, w jaki to zrobi, bo tuż przy niej pojawił się ten ich znajomy ślizgon z drugiej klasy.
- Fiffie, Domie, Jake, idziecie?
   Wszyscy troje tylko skinęli głowami. Ja i Teddy pożegnaliśmy się z nimi i odprowadziliśmy ich wzrokiem, dopóki nie zniknęli na szczycie schodów, a wtedy drzwi Wielkiej Sali otworzyły się i stanęła w nich Victoire.
   - O, tu jesteście! - powiedziała znaczącym tonem. - Co wy tu robicie?
   Spojrzała na nas podejrzliwie.
- Nic, nic... - odpowiedział Teddy, chyba za szybko, by zabrzmiało to naturalnie. - To gdzie idziemy?
- Przede wszystkim: żadne "my", bo Gigi Bulstrode cię szuka.
- Co? - obruszył się Ted. - A po co ja jej?
- Cóż, to ty się z nią przyjaźnisz...
- Wcale się z nią nie przyjaźnię...
- Doprawdy? - Victa uniosła brwi.
- Tak, doprawdy - odparował jej Teddy. - Bo jakbyś nie zauważyła, ja i Gigi nie gadamy ze sobą od miesięcy...
- Ciekawe dlaczego - mruknęłam z przekąsem.
   Teddy spojrzał na mnie, ale przecież nie mógł wiedzieć, że znałam dokładny przebieg jego rozmowy z Gigi Bulstrode, przeprowadzonej w listopadzie, głównie dzięki wścibstwu Brendy Pussycat. Mimo to, Victoire wciąż wyglądała na nieprzekonaną, ale zanim zdążyła wyrazić swoje wątpliwości, z Wielkiej Sali prosto na nią wypadł nie kto inny jak Gigi Bulstrode we własnej osobie.
   Zachowując się tak, jakby kompletnie nie zauważyła, że potrącona przez nią Victoire o mało co się nie przewróciła, rozejrzała się najpierw na mnie, dopiero potem na Vi - aż w końcu jej wzrok zatrzymał się na Teddy'm.
   - Teddy! - Najwyraźniej sądziła, że tym sztucznie ucieszonym tonem zachęci go do rozmowy. - Musimy pogadać.
- Przecież jesteś obrażona - wymamrotał Teddy, nie patrząc na nią.
- Och, daj spokój, to było dawno i nieprawda! - Niedbale machnęła ręką. - Chciałam tylko spytać... Czy przemyślałeś sobie wszystko dokładnie?
- Nie - wycedził kwaśno Ted.
- Ale zdajesz sobie sprawę, że nie będę czekać wiecznie... - Tym razem w jej głosie zamiast uwodzicielskiej nuty, zabrzmiał z lekka obrażony ton. - Spell Wood wyraźnie się mną interesuje...
- Tak się składa, że wiem kim Spell Wood się interesuje - przerwał jej ostro Teddy, rzucając szybkie spojrzenie na Victoire, która się zaróżowiła. - Ale mimo wszystko gratuluję powodzenia.
   Po czym,  nie czekając już na odpowiedź, odszedł spiesznym krokiem.
   Gigi fuknęła ze złością, ale zaraz zmrużyła oczy w głębokim zastanowieniu i odwróciła się do Victy.
- Ty wyprawiasz urodziny, tak? I Teddy na nich będzie, tak?
- T-tak...? - odparła Vic ostrożnie.
- A będzie tam Spell?!
- Nie widzę powodu, dla którego miałabym go zapraszać - powiedziała Vi takim samym kwaśnym tonem co przed chwilą Teddy, ale spuściła wzrok.
- No co ty, przecież z nim kręcisz!
   Victoire gwałtownie podniosła głowę i obrzuciła ją tak ostrym spojrzeniem, jakby jej oczy były sztyletami. Gigi aż się cofnęła, zaskoczona. Co jak co, ale jak wila zasztyletuje wzrokiem, to na pewno nie jest miłe, nawet dla tak pewnej siebie osoby, jaką była Gigi.
- Ja z nikim nie kręcę! - krzyknęła Vi oburzona. - I nie wyprawiam urodzin!
   Gigi wytrzeszczyła na nią oczy, po czym odwróciła się na pięcie i - wbiegając z powrotem do Wielkiej Sali - wpadła znowuż na Orellię Craig, która chyba niezwykle się ucieszyła na widok Victoire.
   - O... tu jesteś! - (Niech zgadnę, o co się zaraz spyta). - Czy to prawda, że zaprosiłaś na swoje urodziny Spella Wooda?
 - Tak! - wykrzyknęła Victoire histerycznym tonem. - Tak!
    Po czym weszła do Wielkiej Sali i zaczęła iść szybkim krokiem wzdłuż stołu Gryffindoru, a ja i Orellia, wystraszone, potruchtałyśmy za nią.
    W końcu stanęła przy miejscu, w którym Spell kończył obiad.
   - Spell, przyjdziesz na moje urodziny? - zapytała,  wciąż tym samym piskliwym głosem przepełnionym histerią.
   Odwrócił się, zdziwiony.
- Vicky, co ci się...
- Nic, po prostu pytam się czy przyjdziesz na moje urodziny!
- No dobrze... To znaczy bardzo chętnie...
   Po czym wyszłyśmy z Wielkiej Sali. Orellia od razu poleciała do Nanny po swój krem z algi w nagrodę, a ja i Victa wróciłyśmy do Wieży Ravenclawu, ponieważ miałyśmy teraz czas wolny. Tam usiadłyśmy na kanapie przed kominkiem, a Victoire od razu przyłożyła sobie poduszkę do twarzy i zaczęła wyładowywać na niej swoje zszargane emocje, dosłowniej - po prostu się w nią wydzierając.
   Po chwili opuściła poduszkę, ukazując swoje zaczerwienione oblicze.
- Zaraz... Co ja właściwie zrobiłam?
- Zaprosiłaś na swoje urodziny Spella Wooda - uświadomiłam jej z uniesieniem brwi, na co ona jęknęła i opadła bezwładnie na oparcie fotela.
   Zanim jednak zdążyłam doprowadzić jej zwłoki do stanu używalności, obok nas usiadła Brenda Pussycat.
   - Wszystko już załatwione! - oznajmiła radosnym tonem, kręcąc tyłkiem, by wygodniej się usadowić.
- Ale że co załatwione? - dotarł do nas stłumiony głos Victoire, która w akcie rozpaczy ponownie zakryła twarz poduszką.
- Jak to: co?! Imprezka na twoje urki! Wszyscy zaproszeni!
- Ale... jacy wszyscy? - zapytałam ze zgrozą w głosie.
- O tu, zrobiłam z Sandrą listę gości... - Ale już nie skończyła, bo Victoire gwałtownie poderwała się z pozycji leżącej i dosłownie wyrwała jej karteluchę z rąk.
- O, nie... - jęknęła.
- No co?! - powiedziała Brenda obrażonym tonem. - Przecież musiałam zaprosić wszystkich...
- Zaprosiłaś cały nasz rocznik?!
- I kilka osób z roku wyżej...
- Co?!
- Brenda, zwariowałaś?!
- I tak wszyscy są już zaproszeni! - zawołała Brenda, błyskawicznie wracając do radosnego tonu.
- Zdajesz sobie sprawę, że cały nasz rok to około pięćdziesiąt osób?
- No...
- Więc jak pomieścisz pięćdziesiątkę osób w naszym dormitorium?!
- Nie ma problemu, powiedziałam im, że impra będzie w naszym pokoju wspólnym!
- Czyli zrobiłaś imprezę na cały Ravenclaw... - wyszeptała Victoire.
- No! - potwierdziła Brenda, z dumą Booracka, chwalącego umiejętności Booracka Juniora. - Kurka wodna, zawsze o tym marzyłam!
- I kiedy będzie ta impreza? - zapytała Vika słabo.
- Od razu po transmie! A teraz idę powiedzieć chłopakom!
   Po czym pobiegła do dormitorium chłopców.
   Cóż, na miejscu Vicky już teraz zaczęłabym zamurowywać się w sypialni, aczkolwiek moja przyjaciółka nie mogła tego zrobić, skoro czekały nas teraz zajęcia z dyrektorką...
   Poczłapałyśmy więc na lekcję.
   Nie była to środowa transmutacja, na której Minerwcia jest zawsze rozdrażniona tuż po lekcji z puchonami, więc w zasadzie nie mieliśmy się czego obawiać, ale mimo to, kiedy McGonagall wparowała do klasy, każdy począł mieć się na baczności. Mieliśmy zamieniać ozdobną cukiernicę w ropuchę - było to ćwiczenie przed trudniejszym zadaniem zamieniania porcelanowego dzbanka w żółwia błotnego, co (jak ostrzegła nas McGonagalla) będzie na egzaminie.
   - A kiedy zajmiemy się kręgowcami? - wyrwał się z pytaniem Quirke, który zawsze na transmutacji zgrywał kujona i pupila, chociaż jego osiągnięcia z tego przedmiotu były tylko troszkę lepsze niż żałosne. I chyba Minerwcia uznała tak samo, bo rzuciła tylko ostro:
- Nie interesuj się kręgowcami, Simpson, jeśli nie pamiętasz, jak na ostatniej lekcji postanowiłeś zabawić się we fryzjera i oskalpowałeś Caldwellowi głowę!
   Quirke zrobił się cały czerwony, tak samo jak Peter. Minerwa zaczęła:
- A więc dzisiaj... - Ale przerwało jej trzaśnięcie drzwi i do klasy wpadły Sandra i Brenda, całe zdyszane i spocone.
- Prze-prze-przepraszamy... - wykrztusiła Sandra, trzymając się za bok. - Ale...
- Dobrze, siadajcie - przerwała jej McGonagall.
- Ale tu nie ma miejsc! - zawołała Brenda.
- Nie ma miejsc? - powtórzyła profesor z irytacją. - Kench, siadaj przy Lariesonie, a Pussycat do Rogersa i proszę mi już tu nie jęczeć!
   Cóż, nie można było powiedzieć, by były zadowolone z takiego rozwiązania. Sandra wyglądała, jakby zaraz miała się rozpłakać; ławka Simona była na samym tyle klasy, więc strasznie oddalona od Petera, który siedział ma przedzie, by tam nie spuszczać oczu z Victy. Natomiast Brenda dla odmiany była chyba bliska zwymiotowania, zwłaszcza, że Ivo ciągle gapił się na nią, jakby była wielkim pieczonym wieprzem na półmisku z jabłkiem w pysku.
   - A więc dzisiaj będziemy zamieniać porcelanową cukiernicę w ropuchę, co będzie ćwiczeniem przed zadaniem na egzaminie końcowym. Jest to ważne, ponieważ po tym teście czeka was czwarta klasa, w której będę was przygotowywać do zdania Standardowych Umiejętności Magicznych z transmutacji, a musicie wiedzieć, że oceny z czwartej klasy są już brane pod uwagę przy zaliczaniu SUMa, więc lepiej nie zapuszczać się w nauce już na trzecim roku... W każdym razie, nie możecie bezmyślnie machać kijem, rozmyślając o deserze - jej wzrok mimowolnie spoczął na Ivie. - Ani nie podchodzić do tego zbyt nadgorliwie... - teraz spojrzała na Quirke'a. - Ani... - złowieszczo zawiesiła głos, po czym utkwiła świdrujące spojrzenie prosto we mnie i w Vice - zakłócać sobie czasu nauki imprezami!
   Ja i Victoire spojrzałyśmy po sobie, po czym równocześnie odwróciłyśmy głowy, by posłać oskarżycielskie spojrzenie Sandrze i Brendzie. Minerwa odchrząknęła:
- Więc zaczynajcie! - I machnęła różdżką, a przed każdym uczniem pojawiła się cukiernica.
   Otworzyłam swój podręcznik i zaczęłam szukać formuły zaklęcia, oraz wskazówek jak je akcentować i machać różdżką. Wokół mnie rozległ się szum głosów i przewracanych stron w książkach, wiele osób już zaczęło.
   W zaistniałej sytuacji pragnęłam, żeby transmutacja trwała, trwała i trwała, ale jak to bywa, gdy człowiek chce odwlec czas, on jeszcze bardziej przyspiesza, zupełnie jak Filch kiedy zobaczy Iryta. Do końca lekcji nikt nic nie wyczarował oprócz Julii, której udało się zmienić swojej cukiernicy kolor na zielony, Simonowi, którego cukiernicy wyrosły na pokrywce żabie oczy, no i Quirke'owi, chociaż w zasadzie jedyne co mu się udało, to roztrzaskać swoją cukiernicę tak, że cukier rozsypał się po całej ławce. Ale przynajmniej coś uczarował, za to ja i Vicky miałyśmy wrażenie, że tylko marnujemy czas, który mogłybyśmy wykorzystać na zabarykadowanie się w dormitorium przed balangą urządzoną tak gorliwie przez Brendę.
   Tak więc spakowałyśmy się na pięć minut przed końcem lekcji, a kiedy zabrzmiał dzwonek, pierwsze wybiegłyśmy z klasy i co sił w nogach popędziłyśmy do Wieży Ravenclawu. Oczywiście Victa biegła szybciej ode mnie, więc musiała trzymać mnie za rękę, żebym nie została w tyle. Tylko że na schodach pękła jej torba i wszystkie jej książki, zeszyty, pergaminy, kałamarze i fiolki na eliksiry wysypały się i potoczyły w dół po stopniach, by na dole się wylać, roztrzaskać i ogólnie porozwalać.
   Och, jak uciążliwie jest nie umieć zaklęcia Accio! Vi rzuciła się zbierać swoje rzeczy i w tym momencie, ni stąd ni zowąd pojawił się Peter i zaczął jej pomagać! O, Merlinie. Był to chyba tak stary chwyt jak ta szkoła. Klasyczny sposób na podryw: dobrze wycelować różdżkę, zaklęciem Diffindo rozwalić torbę dziewczynie, a potem usłużnie pomagać jej zbierać rzeczy. Tak chyba nawiązała się połowa znajomości damsko-męskich wśród uczniów ze wszystkich domów, ale akurat teraz?! Zwłaszcza, że Peter także nie znał innego sposobu pomocy niż po mugolsku.
   I kiedy Vicky podniosła z posadzki ostatni przedmiot, w korytarzu rozległy się głosy Brendy i ferajny z Gryffindoru, coraz głośniejsze i głośniejsze.
  - Szybko! - syknęłam.
   A ona złapała mnie za ramię i prędko pobiegłyśmy dalej, zapomniawszy nawet podziękować Peterowi za pomoc, co najwyraźniej bardzo go uraziło.
   W końcu wpadłyśmy do dormitorium, rzuciwszy uprzednio Protego na schody, używszy na nich Peruwiańskiego Proszku Natychmiastowej Ciemności, który Vic szczęśliwie miała w kieszeni, po czym posłużyłyśmy się jeszcze zaklęciem Coloportus na drzwi sypialni. To, że zrobiłyśmy te zabezpieczenia, zagradzając drogę nie tylko Brendzie i Sandrze, ale też wszystkim dziewczętom z Ravenclawu, raczej mało nas obchodziło w tej chwili. Przez chwilę leżałyśmy tylko na łóżku Victy, wciąż ciężko dysząc po przebiegnięciu połowy Zamku, aż w końcu Vika skoczyła na równe nogi i zaczęła biegać po całym dormitorium.
   - A tobie co? - zdziwiłam się. - Przecież jesteśmy już bezpieczne!
- O nie, nie do końca! - zakrzyknęła Vi, grożąc mi palcem przed nosem. - Musimy czuwać cały czas!
   Doskoczyła do swojego sekretarzyka i wygrzebała z niego dwie pary Uszu Dalekiego Zasięgu. Uklękłyśmy pod drzwiami i wsadziłyśmy sobie cieliste żyłki do uszu, a drugie ich końce wpełzły w szparę w drzwiach. Teraz słyszałyśmy wszystko co działo się na schodach.
  - Już są - powiedziałam, ale chyba całkiem niepotrzebnie, bo już po chwili drgnęłyśmy, gdy w naszych uszach rozległy się wrzaski Brendy, Sandry, Petera, Patricka, Matta, Conrada i Paris, tak głośno jakby stali tuż przy nas.
   - Nie da się przejść! - wrzeszczał Patrick.
- Może to jakaś nowa blokada przeciwko chłopakom? - zastanawiała się głośno Paris.
- A może ta blokada była tu zawsze, tylko jej nie zauważyliśmy? - dodała Sandra, która była totalną idiotką, ale Brenda, będąca w Ravenclawie i posiadająca jakiś dar myślenia, powiedziała:
- Nie, ktoś musiał ją teraz wyczarować!  To pewnie ta wredota Sherry Power chciała przeszkodzić nam w imprezie...
- Ja spróbuję - odezwał się Peter, który chyba miał nadzieję, że Victoire usłyszy jego popisy z odległości kilometra. - Bombarda...
- Nie!! - wrzasnęła Brenda. - Chcesz rozwalić nam dormitorium?! Trzeba zawołać Julię!
- Może Alohomora podziała? - podsunęła Paris.
- Jak ma podziałać, skoro tu nie ma drzwi? - przesądziła Sandra.
- No niech ktoś idzie po Julię, bo puchoni już przyszli! - wykrzyknęła Brenda histerycznym głosem.
   I rzeczywiście, nagle usłyszałyśmy głos Puchona Kevina i nieustanne chichotanie Orelllii i jej dwóch kumpeli.
- Co się stało? - zapytał Puchon Kevin, jak zwykle zaniepokojony.
- Właśnie nad tym myślimy!
   I wtedy to my się zaniepokoiłyśmy, bo nagle dotarły do nas głosy Pamelli Goldson i Sary Croft, dwóch czwartoklasistek z naszego domu. Sądząc po niespodziewanym miauknięciu, towarzyszył im kot Sary.
- Co tu się dzieje? - zapytała Sara.
- Ktoś zablokował przejście! - zakrzyknęła Sandra.
- To Zaklęcie Tarczy - stwierdziła Pamella, która była typową krukonką.  - Wystarczy proste zaklęcie by się go pozbyć, jeśli nie jest zbyt silne.
- A jeśli to nie jest Zaklęcie Tarczy? - zapytała zaciekawiona Paris.
- Wszystko wskazuje na to, że jest - powiedziała Sara pouczającym tonem, a jej kot miauknął potakująco. - Finite! O, i proszę!
   Podniósł się wrzask, kiedy wszyscy zaczęli dziękować Sarze i Pamelli, także na chwilę musiałyśmy wyjąć Uszy z uszu żeby nie ogłuchnąć. A kiedy wsadziłyśmy je z powrotem...
   - Coś tak ciemno tutaj! - zauważyła Orellia, chichocząc.
- Lumos! - zawołała Esme. - Nie działa...
- Incendio! - zawył Peter.
   Zaczęli próbować wszystkich zaklęć dających choć odrobinę światła, ale nawet Lacarnum Inflamare nie zadziałało.
- Incendio! - powtarzał ciągle Peter, dopóki Brenda nie krzyknęła:
- Och, skończ już z tym Incendio, po jeszcze kogoś podpalisz!
   Powoli dziewczyny zaczęły wspinać się po ciemnych schodach. Chłopcy oczywiście zostali na dole.
   - Dobra. Nasze drzwi są czwarte od wejścia - poinstruowała Brenda. - Musimy je znaleźć...
- Chyba właśnie minęłam trzecie - oznajmiła Claudia.
- Jak, jeśli ja minęłam dopiero drugie? - zapytała wybuchowa Esme.
- No co wy, nawet nie doszłyśmy do pierwszych! - wrzasnęła Sandra.
- Mi się wydaje, że jestem już na drugim półpiętrze... - stwierdziła nieśmiało Paris.
   Ja i Victoire ledwo co powstrzymałyśmy śmiech. Na schodach rozległ się mały rumor.
- AUAAA!
- To ty wlazłaś mi pod nogi!
- Raczej ty wpadłaś prosto na mój tyłek!
- Co zrobię, że zajmuje tyle miejsca...
   Teraz ja i Victa śmiałyśmy się już do rozpuku z zachwytu.
- Ej! - uciszyła wszystkich Brenda. - Słyszycie...?
   Natychmiast przestałyśmy się uśmiechać.
- Idźmy za tymi głosami! - krzyknęła Sandra.
- Jakbyś nie zauważyła właśnie ucichły, więc to raczej marna rada...
   I wtedy rozległ się rozdrażniony głos Julii:
- No i po co mnie wołałyście?!
- Może mogłabyś coś zrobić z tą... ciemnością??
- Z tą ciemnością nie da się nic zrobić, bo to Proszek z Peru! - odparła Julia zjadliwie. - A jak wiecie, jest to wyrób...
- Oj, daruj sobie kazanie! - przerwała jej Brenda.
- Chciałam tylko zaznaczyć - powiedziała Julia obrażonym tonem - że jest to wyrób z Magicznych Dowcipów Weasley'ów, a wiadomo kto ma najwięcej ich gadżetów w całym domu! Wszystko więc wskazuje na to, że to Victoire Weasley napuściła tu tego proszku, ponieważ chciała wam przeszkodzić w wyprawieniu imprezy urodzinowej.
   Czasami Julia naprawdę zadziwia mnie swoją domyślnością.
- No jasne! - sarknęła na to Brenda. - Przecież każdy mógł tu napuścić tego proszku z miliarda powodów! I kto by nie chciał obchodzić swoich urodzin?! Ty po prostu robisz wszystko, żeby nie dopuścić do imprezy!
   Ale zanim którakolwiek z nich zdążyła pociągnąć kłótnię dalej, z dołu dobiegł krzyk Patricka:
- ŚLIZGONI PRZYSZLI!
   I po chwili usłyszałyśmy serię wrzasków; najwyraźniej ślizgoni całą zgrają wpadli na schody, bo zamieniły się w zjeżdżalnię, co zmusiło Brendę, Sandrę, Paris, Esme, Claudię i Orellię do zjechania na sam dół w egipskich ciemnościach.
   Ja i Victoire wyjęłyśmy Uszy Dalekiego Zasięgu z uszu i zaczęłyśmy tańczyć po całym dormitorium w euforii. Zaraz jednak przestałyśmy, kiedy ze schodów dał się słyszeć okrzyk Petera:
- Ej, Proszek Ciemności przestaje działać!
   O nie! Ja i Victa przyskoczyłyśmy do drzwi. A jeśli Julia zna sposób na przełamanie zaklęcia Coloportus? No tak, przecież Alohomora załatwi wszystko... Chyba że Coloportus będzie bardzo silne. Wyjęłam więc różdżkę i zaczęłam szybko mamrotać:
- Coloportus, Coloportus, Coloportus...
- Wiem! - zawołała nagle Vika. - Rzućmy je równocześnie, to wtedy będzie silniejsze!
   Z pewnością podwójne zaklęcie to był dobry pomysł. Wystawiłyśmy więc różdżki przed siebie i powiedziałyśmy razem "Coloportus!" w chwili, gdy akurat zapadła klamka.
   Teraz to już nawet bez Uszu Dalekozasięgowych słyszałyśmy co dzieje się za drzwiami.
- Zamknięte!
- Victoire? - zawołała Brenda. - Vicky, jesteś tam?!
   Vika nie odezwała się. Znowu rozległ się głos Brendy:
- No co jest z tymi drzwiami?! Alohomora! Alohomora!
   Coś cicho kliknęło w zamku. Ja i Victa spojrzałyśmy po sobie, po czym znowu szepnęłyśmy równocześnie:
- Coloportus!
- No czemu to nie działa!
- Najpewniej ktoś musi rzucać przeciwzaklęcie z drugiej strony - orzekła chłodno Julia.
- Wiem! - wrzasnęła nagle Brenda. - To Pocky zatrzasnęła drzwi, bo jest zazdrosna! Vicky, jesteś tam?? Pocky, przestań ją więzić!
- To głupi pomysł - stwierdziła Julia. - Mówię, Victoire sama się zabarykadowała.
- Bo Pocky ją skonfundowała!
- W taki sposób działa zaklęcie Imperius, które jest nielegalne, natomiast Confundus powoduje jedynie dekoncentrację i...
- Dobra, dobra, wiemy! - przerwała jej Brenda. - To w takim razie co proponujesz?
- Proponuję zaniechanie wszelkich prób i odwołanie wszystkich gości.
   I wtedy rozległ się głos Lisy:
- Co się dzieje?
- Victoire i Pocky zamknęły się w dormitorium i nie dają znaku życia - poinformowała ją Julia beznamiętnym tonem. - Chyba będziemy musiały spać dzisiaj na dywaniku przed schodami.
- Ja chciałam tylko powiedzieć, że na dole czeka cała Paczka Puchonów z 5 kl., razem z dwoma ślizgonami z szóstej, Spellem Woodem, Tedem Lupinem i Boorackiem Juniorem.
- Co?! - wyszeptała do mnie Vika. - Boorack Junior? A nie ma z nim jego dziewczyny?
- A nie ma z nim jego dziewczyny? - podnieciła się Sandra.
- Nie...
- O, to szkoda - zauważyła Brenda. - Bo bardzo jestem ciekawa kto to!
- Zamilcz, Brendo Pussycat! - uciszyła ją Julia. - Chodźmy lepiej powiedzieć wszystkim, że urodziny się nie odbędą!
- Oczywiście, że się odbędą! - zaperzyła się Brenda. - Tylko najpierw musimy znaleźć Vicky! Może naprawdę nikogo tam nie ma? Może ktoś po prostu zatrzasnął drzwi, kiedy szedł na transmutację?
- Zatrzasnął tak, że nie działa Alohomora? - powiedziała Julia ironicznie.
   I wtedy usłyszałyśmy zdyszany głos Esme, która najwyraźniej dopiero co nadbiegła.
- Wszyscy już się niecierpliwią! A ślizgoni już sobie poszli!
- Nie! - zawołała Brenda, po czym prędko zbiegła ze schodów, a sądząc po innych krokach, reszta dziewczyn pobiegła za nią.
   Victa powiedziała;
- Może teraz im się znudzi i sobie pójdą... - I wtedy rozległo się cichutkie pukanie i nieśmiały głos zza drzwi:
   - Hej, jesteście tam?
- To Lisa - powiedziałam, a Victoire kiwnęła na mnie głową po czym zaczęłyśmy cofać wszystkie zaklęcia. Po chwili lekko uchyliłam drzwi, a Lisa wślizgnęła się do środka.
- Co wy wyprawiacie? - zapytała. - Brenda sprowadziła pół szkoły na twoje urodziny!
- I dlatego właśnie się zamknęłyśmy - wyjaśniła Victa, tym razem ograniczając się do rzucenia na drzwi dwóch Coloportusów i jednego Muffliato.
- Aż tak bardzo nie chcesz mieć przyjęcia? - powiedziała Lisa z niedowierzaniem, siadając na moim łóżku. - To chyba żadna przyjemność przesiedzieć urodziny w dormitorium, co nie?
- Ale ja wcale nie chcę mieć takich hucznych urodzin! - rzekła Vicky bezradnie. - Wolałabym je spędzić tylko z przyjaciółmi, nie potrzebuję zapraszać na nie pięćdziesięciu osób, które na dodatek wcale nie przychodzą tam dla mnie!
   Z dołu rozległa się nagle głośna muzyka, której po chwili zaczęły towarzyszyć wrzaski prefekciny Sherry Power, co świadczyło, że imprezka nieźle się rozkręca.
- Co, zaczęli bez ciebie? - zdziwiłam się, patrząc na Victę.
   Ale zanim któraś z nich odpowiedziała, ktoś głośno zapukał.
- Victoire? Jesteś tam? - To była Julia. - Halo? - Westchnęła. - W każdym razie jeżeli tam jesteś, to wiedz, że Brenda powiedziała wszystkim, że jeszcze się przebierasz i jeśli zaraz nie skończy się kłócić z Sherry Power, to przyjdzie i wyważy drzwi. I czy łaskawie byś mnie wpuściła, bo chciałabym skończyć wypracowanie w spokoju?
   Victoire doskoczyła do drzwi i znowu je otworzyła. Julia wpadła do sypialni w przekrzywionych okularach i cała potargana.
- Dziękuję - rzekła z godnością, poprawiając szkła na piegowatym nosie, po czym usiadła na swoim łóżku i wyjąwszy z szuflady pergamin zapisany drobnym maczkiem, zaczęła na nim zapalczywie pisać.
   I w ten sposób wszystko w jednej chwili powróciło do porządku dziennego. Julia zatopiona w nauce, Lisa siedząca bezczynnie na łóżku i nucąca pod nosem melodię dochodzącą z dołu, gdzie Brenda imprezowała. Ja i Vic zaczęłyśmy już nawet gawędzić sobie jak zwykle o mało istotnych sprawach, gdy po paru minutach do drzwi zaczęła dobijać się Paczka Puchonów, oczywiście bez Seana i Cristera, którzy zostali na dole.
   - Halooo, wychodzicie? - zawołała Florence śpiewnym głosem. - Bo jakoś tak długo się przebieracie, a prezenty czas dać!
- Tsa, przebieramy się! - parsknęłam. - W ogóle nie mamy zamiaru wychodzić!
- No i dobrze - powiedziała Laura, żując gumę, sądząc po odgłosach mlaskania. - Sherry Power drze twarz... A ta mała blond się z nią wykłóca...
- To wpuścicie nas? - zapiszczała Scarlett.
- Wchodźcie! - zawołała Lisa, a ja otworzyłam drzwi.
- No i ciekawe co macie niby za prezent! - powiedziałam. - Hmmm... ziemniaki? Próbkę śliny Booracka?
- A właśnie, Boorack Junior jest tam na dole! - oznajmiła Rosalie chichocząc, po czym rozłożyła się na łóżku Brendy.
- Po co ty go w ogóle wzięłaś ze sobą? - mruknęła Laura z niesmakiem.
- Bo myślałam, że przyprowadzi swoją laskę! - objaśniła żywo Rosalie. - Ale tego nie zrobił...
- I to naprawdę wielka szkoda - ziewnęła Florence, celując różdżką w radio i włączając je. - Bardzo chciałabym ją poznać, bo to pewnie jakaś świruska. Lubię świruski - dodała pogodnie.
- No, to widać... - stwierdziła Lisa, kiedy nagle Florence zeskoczyła z łóżka, podciągnęła rękawy, podkasała szkolną spódniczkę i zaczęła tańczyć do hinduskiego kawałka z radia, wymachując nad głową rękoma. I wtedy znowu ktoś zapukał.
   Były to Dominique i Fiffie. Wpuściłam je bez wahania.
- Niezła impra jest na dole - oznajmiła Dominique. - Wszyscy się na siebie drą...
- Ale widzimy, że tu jest lepsza - zauważyła Fiffie, gdy zobaczyły Florence wirującą po dormitorium w swoim dziwacznym tańcu.
   Wszystkie parsknęłyśmy śmiechem. Domie i Fiffie usiadły na łóżku Vicky.
- Oczywiście Nannah ani na krok nie odstępuje od Spella, więc Jake tak jakby troszkę się wściekł - dodała beztrosko moja młodsza siostra. - Ale to chyba nieważne.
- Więc są tu chyba już wszyscy? - rzuciła Domie.
- Nie - rzekła Vi. - Brakuje Seana, Cristera... No i Teddy'ego oczywiście.
- Ach, biedni przedstawiciele płci brzydkiej... - westchnęła Di. - Ale w końcu do czego przemyciło się miotłę do szkoły?
   Po czym wybiegły z dormitorium, a po chwili wróciły, a za nimi przylecieli Crister, Sean i Teddy. Na jednej miotle w trójkę wyglądali strasznie śmiesznie, zwłaszcza, że Sean siedział na samym ogonie i musiał trzymać Cristera w talii, więc wszystkie zaczęłyśmy się śmiać. A potem zabarykadowaliśmy się w dormitorium, wyjęłam spod łóżka zdobytą rano tacę z ciachami, sowa z Muszelki przysłała tort będący dziełem "cioci" Fleur, Domie i Fiffie wyciągnęły spod szat kilka butli kremowego piwa i dyniowego soku - i w ten sposób wyprawiliśmy Victoire Weasley wspaniałą imprę urodzinową.
   A kiedy już wszyscy wyszli, do dormitorium weszła Brenda. Była cała czerwona na twarzy i od razu położyła się na swoim łóżku bez słowa. Tak nawiasem mówiąc, to chyba jest na nas obrażona.

 

________________________________________


  

   
Dzień dobry.
Tak, macie pełne prawo potraktować mnie Cruciatusem.
To już trzeci rozdział pod rząd, który z pewnością wypalił, wysmażył i ugrillował wasze oczy ze zmęczenia... Ale przynajmniej dzięki niemu już wiecie, jak Victoire Weasley ma u mnie przerąbane!
Aby Was uspokoić, zaspojleruję, że dwa kolejne rozdziały będą naprawdę lajcikowe w stosunku do TEGO.
I w ogóle, że to już ostatni z tak tasiemcowych rozdziałów na dłuższy czas.
Ponieważ jest on tak długi, a jeszcze częściowo pisałam go na telefonie, pod koniec blogger odmówił mi współpracy i ogólnie się śpieszyłam z dodaniem go, żeby mieć te Wasze Crucia za sobą - Marto moja droga, pewnie nawet nie starczy Ci miejsca w komentarzu na wszystkie poprawki!
Także przepraszam za to - i w ogóle przepraszam Was za ten rozdział... Bo długi był i chaotyczny... Chociaż właściwie to chaos miał w nim być x"D
No nieważne, oddaję go w Wasze święte i czcigodne ręce.
A dedykuję go Wikkusi!
Z okazji niedawnych trzecich urodzin Twojego bloga... I oby Brenda nie wyprawiała Ci imprezy!
Nox /*
~ Tita Pocky