Witaj w Hogwarcie

Sieć Fiuu

środa, 30 maja 2018

2.14 Pełnia księżyca

   Ted Remus Lupin

  Coś szumiało nieznośnie jak we wrzącym kociołku. Szum pulsował mi bólem w skroniach, niemal oślepiał. Wpatrywał się we mnie rząd nieruchomych twarzy, niby galeria mugolskich portretów.
   — Co to znaczy? — zapytał ktoś, kogo nie znałem.
   Andromeda Tonks, moja babka, wpatrywała się we mnie wielkimi brązowymi oczyma wystraszonej sarny.
— Teddy...?! — wyrzuciła z siebie ochrypłym szeptem.
  — Co to znaczy? — powtórzył obcy głos. — Dlaczego... moja mama miałaby urodzić wilkołaka?
    Zdawało mi się, że blizny na moim przedramieniu pieką mnie żywym ogniem, a równocześnie czułem się jakby nieświadomy tego bólu, a może po prostu zbyt oszołomiony by w pełni go odczuwać — zupełnie tak jak wtedy, tuż po wyjściu z Zakazanego Lasu.
   Dlaczego moja mama miałaby urodzić wilkołaka? Przecież go zabiłem.
Zabiłem go! A oni mówią... że to ja miałbym nim być...?
   — Ted... — To był głos mojego ojca chrzestnego. Dochodził do mnie jakby z oddali, jak z dna głębokiej studni. — Ted, ty... nie miałeś tego usłyszeć...
— Ale usłyszałem...! — Nagle zdałem sobie sprawę z tego, że słowa te wydobyły się z moich ust, zupełnie jakbym po raz pierwszy w życiu usłyszał brzmienie własnego głosu. Dlaczego wszyscy wyglądają na tak przerażonych? Spojrzałem w dół na swoje ręce — drżały lekko, tak jak wtedy w lesie, tuż przed tym —
— Chodzi mi tylko o to... — Harry odetchnął płytko. — Nie miałeś się tego dowiedzieć... w ten sposób...
— W ten sposób — powtórzyłem głucho, zaciskając zęby, czując jak szum wzmaga się, potęguje, staje się nie do zniesienia. — Nie miałem się tego dowiedzieć... w żaden sposób.
   Ludzie, których dotąd uważałem za rodzinę, milczeli — i nagle z całym niedowierzaniem zrozumiałem, że w milczeniu tym tkwi bolesne potwierdzenie prawdy.
   Szum powoli ustawał, zmieniał się w ustawiczny ból. W jednej chwili stałem otoczony ludźmi — w drugiej znajdowałem się sam, na ciemnej polanie w Zakazanym Lesie. Coś wiło się u moich stóp — ohydne cielsko z dziwacznie powykrzywianymi kończynami, długi pysk zbroczony ciemną krwią, cienkie kły błyszczące czerwienią. I oczy, błyszczące i zwierzęce, a jednak wpatrujące się we mnie z dziwnym żalem, błaganiem...
— Więc dlaczego... — zatknąłem się jak mały chłopiec, który zaraz miał się rozpłakać! Boleśnie przełknąłem kulę, która utkwiła w moim gardle. — Dlaczego... dlaczego nic mi nie powiedzieliście?!
   Harry i Andromeda wymienili szybkie spojrzenia.
— Ale o czym mieliśmy ci powiedzieć? — zapytała Andromeda nienaturalnie wysokim głosem, na co krew uderzyła mi do głowy tak nagłą falą niedowierzania i furii, jakby strzeliła we mnie błyskawica.
— O TYM, ŻE MÓJ OJCIEC BYŁ WILKOŁAKIEM!
   Chyba jeszcze nigdy oczy mojej babci nie były tak ogromne — i chyba jeszcze nigdy nic nie obudziło we mnie większej wściekłości niż to.
   Bo właśnie zdałem sobie z czegoś sprawę — a świadomość ta zaatakowała mnie jak ostry nóż, boleśnie i zimno. Ona oszukiwała mnie przez całe życie, a teraz... teraz nadal usiłowała to robić! I nagle zacząłem czuć przemożną nienawiść do tej kobiety, palące pragnienie sprawienia jej bólu, zmuszenia jej do powiedzenia prawdy...
   Jej twarz wciąż była mokra od łez, jednak Andromeda Tonks już nie płakała — siedziała sztywno w swoim kącie, zaciskając ręce i spoglądając na mnie z tym szczególnym blaskiem w oczach, za który gotów byłem ją udusić. Jak ona kiedykolwiek mogła sądzić, że wyświadcza mi przysługę ukrywając prawdę... jak mogła twierdzić, że miała na celu moje dobro...?
— PRZESTAŃ! — wrzasnąłem tak głośno, że aż wszyscy drgnęli na swoich miejscach. — Przestań... przestań tak na mnie patrzeć, przestań kłamać...!!!
— Robiłam to tylko po to, żeby cię...
— Tylko nie mów, że chciałaś mnie CHRONIĆ!
  Powstała, wciąż jeszcze wysoka, mimo iż w życiu przygniotło ją tyle trosk. Na jej twarzy odmalowywał się teraz drażniący upór.
— Zrobiłam wszystko, żeby zapewnić ci szczęśliwe dzieciństwo. Chroniłam cię przed mugolami, którzy nie zrozumieliby twoich zdolności... i chroniłam cię przed prawdą o twoim ojcu, abyś nie musiał z nią żyć.
— A może to mugoli chroniłaś przede mną? — parsknąłem gniewnie. — Może bałaś się, że pewnego dnia zamiast mnie zastaniesz włochatego potwora z kłami?
— Ted, zastanów się co ty w ogóle wygadujesz...! — odezwał się Harry, a ja zmusiłem się by na niego spojrzeć — i pożałowałem tego prawie natychmiast. Jeszcze nigdy nie widziałem, by patrzył na mnie aż tak poważnie. — Jasne, masz prawo się na nas wściekać! Ja... nigdy nie zgadzałem się z tym, żebyś... Nie chciałem, żeby do tego doszło...
— I dlatego nagadałeś mi, że mój ojciec był świetnym człowiekiem — przerwałem mu. — Rozumiem.
— Harry nic ci nie nagadał! — To wuj Ron nagle jakby obudził się z transu. Spojrzał po wszystkich nerwowo, chyba celowo unikając mojego wzroku. — Tak właściwie, to on jako jedyny mówił ci prawdę...
— PRAWDĘ! — Miałem ochotę się roześmiać, a z drugiej strony rzucić się na Rona. — Tak! Rzeczywiście, Remus Lupin był wspaniały! Najlepszy nauczyciel jakiego mieliście! Wspaniały uczeń, prefekt naczelny i te wszystkie inne bzdury! TO nazywacie prawdą? A jak nazwiecie fakt, że porzucił mnie i moją mamę? Że co miesiąc zamieniał się w krwiożerczą bestię, która w każdej chwili mogła zranić moją matkę? A może powiecie mi, jak to się stało, że oni w ogóle się pobrali? Zagroził jej kłami?
— To wcale nie było tak! — zaperzył się Ron. — To Tonks chciała za niego wyjść, a on się opierał!
— Jasne! Znam mnóstwo kobiet, które tylko marzą o małżeństwie z wilkołakiem! — zadrwiłem.
— Patrząc w twoi kategorie, to ja nie wyszłabym za Billa! — oburzyła się Fleur. — A wyszłam, bo go kochala! I Tonks też kochala Remusa Lupina!
— Skoro go tak kochała, to czemu nie pozwoliła mu wypruć mnie ze swojego brzucha?!
Teddy! — zawołała babcia Molly, ale ja już kompletnie nie myślałem nad tym co mówię ani co robię — chciałem tylko... rozerwać samego siebie na kawałki, żeby nie musieć już w ogóle nic czuć...
— No co? Co?! Nie żyłoby się wam wtedy lepiej?! Mój ojciec nie chciał mieć tego problemu, więc może wy też...!
   Babcia Molly wyglądała, jakby miała się zaraz rozpłakać.
— Ależ Teddy, kochanie... Proszę, postaraj się uspokoić... Wszyscy jesteśmy trochę poddenerwowani... doskonale wiemy, co czujesz...
— WY... WY NIC NIE WIECIE! WY TYLKO MYŚLICIE, ŻE WIECIE, WY...
— Jasne, że wiemy! — przerwał mi Harry. Zielone oczy mojego ojca chrzestnego zdawały się przenikać mnie na wylot, jakbym stanowił przezroczystą materię. — Myślisz, że nigdy nie byliśmy młodzi?! I każde z nas musiało zmierzyć się z jakąś prawdą i kłamstwem! Ja w wieku trzynastu lat byłem święcie przekonany, że mój ojciec chrzestny zdradził moich rodziców i uciekł z Azkabanu by mnie zabić...
— NIE OBCHODZI MNIE TO! — wrzasnąłem tak głośno, że aż zabolało mnie gardło. — Twój ojciec nie porzucił twojej...
— Nie, ale był za to nędznym smarkiem, który znęcał się nad słabszymi od siebie! I czułem się tak samo jak ty, kiedy się o tym dowiedziałem... Ja też żyłem w przeświadczeniu, że mój ojciec był ideałem, nie potrafiłem zrozumieć, że przede wszystkim był człowiekiem, niedoskonałym tak jak my wszyscy...
— I dlatego... postanowiłeś wmówić mi, że mój ojciec był idealny, chociaż był sto razy gorszy od twojego?! — zawołałem drżącym głosem. — To jest ta twoja prawda?! Kłamałeś tak samo jak wszyscy...!
— Nie kłamałem...
— TAK?! — krzyknąłem. — Więc powiedz! Czy to wszystko prawda? Mój ojciec był wilkołakiem? Porzucił moją matkę? Nie chciał, żebym się urodził...?
   Na moment zapadła cisza — i dostrzegłem wahanie na twarzy mojego ojca chrzestnego.
— Tak... — powiedział powoli. — Twój ojciec był wilkołakiem. I w pewnym momencie odszedł od Tonks, ale... musisz zrozumieć, że to była tylko chwila słabości... Po prostu bał się, że...
   Urwał niespodzianie, ale ja wiedziałem, co chciał powiedzieć.
   Bał się tego, co powtarzano mi przez całe życie... że będę taki jak on.
   W milczeniu podszedłem do choinki, odwracając się od nich plecami. Nie wiedziałem, czy w tym momencie wolałbym ich wszystkich zabić... czy może raczej uciec od nich, wyjść stąd i biec przed siebie, daleko, daleko stąd... Krew wciąż buzowała w moich żyłach sprawiając, że miałem ochotę krzyczeć, krzyczeć na całe gardło, tak głośno, że wytłukłbym wszystkie szyby... albo zacisnąć zęby i oczy... ale wtedy znów znalazłbym się w Zakazanym Lesie, znów patrzyłbym na wilkołaka, który... wyglądał dziwnie znajomo... Nie, dłużej tego nie zniosę, zrobię cokolwiek, żeby to się wreszcie skończyło...
   Chwyciłem za choinkę i szarpnąłem ją z całej siły.
   Rozległo się kilka okrzyków. Drzewko runęło. Przez moment zdało mi się, jakby runął z nim cały świat — aż zatrzęsły się szyby w oknach, ściany i sufit. Tysiące ozdób roztrzaskało się na podłodze, rozsyłając w najdalsze kąty nieskończone odłamki bombek i zaczarowanych sopli lodu, co wszystko razem rozbrzmiało jak wystrzał armatni.
   Lecz nawet to nie było dźwięczniejsze niż cisza, która nastała w chwilę później.
  Stałem nad swoim dziełem zniszczenia, wciąż ciężko dysząc. Powoli gniew opadał ze mnie jak dym z wypalonej świecy, aż nagle poczułem coś o wiele, wiele gorszego. Wstyd.
   Nie, przecież... jeżeli ktoś tutaj powinien się wstydzić... to na pewno nie ja...
   Lecz powoli coraz głębiej docierała do mnie świadomość, że tak... to ja jestem największym powodem do wstydu. I było tak zawsze. Byłem czymś tak wstydliwym, że własna babka ukrywała mnie przed światem i nie chciał mnie nawet wilkołak... nawet mój własny ojciec.
   Zdawało mi się, że minęły całe wieki, zanim w końcu ruszyłem się z miejsca. Harry próbował chyba jakoś mnie powstrzymać... ale zachowałem się tak, jakbym kompletnie go nie słyszał. W uszach wciąż dudniły mi jego dzisiejsze słowa... "nawet nie wiesz, jaki jesteś podobny do swojego ojca"... jak on mógł powiedzieć mi coś takiego? Ale zrozumienie tego w tej chwili było niemożliwe, ból rozsadzał mi czaszkę... Nie, nie chciałem tego zrozumieć!
   Jakaś niewidzialna siła odrzuciła Weasley'ów, kiedy pomiędzy nimi przeszedłem — a przecież nie użyłem żadnych czarów. Coś do mnie krzyczeli, ale było tak, jakbym ich nie słyszał. Jedyne co teraz słyszałem to głos Andromedy: "Zostawił ją... nie chciał jej, nigdy jej nie chciał...! I nie chciał Teddy'ego..."
   A więc ja też go już nie chcę. Nikogo nie chcę.
   Rzuciłem proszek Fiuu w płomienie, które natychmiast stały się zielone. Po chwili cały świat zawirował w garstce popiołu.
 
 ***

   Samotna bahanka brzęczała smętnie w poszarzałych zasłonach. Po krawędzi materaca łaziła pluskwa — za pomocą różdżki oszołomiłem ją i przygniotłem podeszwą. Drugi but walał się gdzieś pod oknem — padała na niego blada plama światła. Reszta obskurnego pokoju pozostawała w cieniu.
    Leżałem na łóżku i gapiłem się w sufit — przez parę godzin, może lat — i nie mogłem zasnąć. W końcu noc zamieniła się w dzień, a ja wciąż leżałem — czynność tę przerywało jedynie okazjonalne zabijanie pluskiew, jedynych istot, których życie wydawało mi się w tym momencie nędzniejsze od mojego. Blizny przebiegały wzdłuż mojego przedramienia od samego łokcia, znacząc się na nim brzydkimi rysami — sweter Weasley'ów cisnąłem w kąt i gapiłem się na nie, zupełnie jakbym do tej pory nie miał dość czasu, by w końcu je zaakceptować. O piątej rano w mojej głowie uformowało się odkrycie, że jeszcze moment, a pazury przeorałyby mi tętnicę. Głupia myśl, ale zarazem dziwnie satysfakcjonująca.
   Gospodę Pod Świńskim Łbem prowadził niejaki Mundungus Fletcher — stary pijaczyna, dla którego bar był jedynie przykrywką dla załatwiania nieco ciemniejszych interesów. Więcej raczej o nim nie wiedziałem i zresztą nie potrzebowałem wiedzieć nic poza tym, że jest starą, zapyziałą szumowiną, która skąpi pokoju nawet w tak opłakanym stanie jak ten, w którym się znajdowałem. Na całe szczęście Hogsmeade było tak blisko szkoły, że Namiar tracił tu swój zasięg i bez problemu mogłem go skonfundować — był więc święcie przekonany, że zapłaciłem ile się należało. Raczej nie byłby zadowolony gdyby się dowiedział, że opuściłem dom bez grosza przy duszy — ba, nawet bez szczoteczki do zębów.
   Rzecz jasna, do Hogwartu nie mogłem od tak się dostać. Kominki w Zamku nie były podłączone do sieci Fiuu na czas Świąt, a brama szkoły pozostawała dla mnie zamknięta i jakoś nieszczególnie chciało mi się nawoływać przez nią Hagrida, by mnie wpuścił. Zresztą, tego właśnie potrzebowałem. Leżenia na wyleniałym materacu. Zabijania pluskiew. Odcięcia się od świata. Złośliwego rozmyślania o tym, jak czuje się rodzina, której zniszczyłem całe Święta... I jeszcze rozwaliłem im choinkę! Pewnie złamałem im serca.
   O dziewiątej rano stwierdziłem, że nie chce mi się o nich myśleć. Ale kiedy nie myślałem o nich, myślałem o mojej mamie... i ojcu. Zdawało mi się, jakby ktoś wbijał mi w klatkę piersiową ostry kolec... Nie chciałem tego, ale równocześnie nie mogłem przestać o nich myśleć — jakbym nie mógł się powstrzymać przed rozdrapywaniem świeżej jeszcze rany...
   Bo gdybym nie myślał o nich, pozostałoby mi już jedynie wspominanie tego, co wydarzyło się w Zakazanym Lesie — a chyba jeszcze nigdy nic nie napawało mnie większym strachem, niż to.
  I pomyśleć, że miałem poprosić Harry'ego o nauczenie mnie Patronusa…! Aż prychnąłem głośno, chociaż poza pluskwami i bahanką, nikt nie mógł tego usłyszeć. Jeszcze nigdy ojciec chrzestny nie wydawał mi się tak odległy — nawet wtedy, kiedy wiecznie nie miał czasu przez pracę w ministerstwie. Bo to wszystko... to była jego wina... i nic nie było już w stanie tego zmienić!
   Zawsze miałem dwóch ojców. Tego, którego nie znałem, ale którym żyłem przez cały czas — i tego, który zawsze był przy mnie, choć nie był tym prawdziwym. Myśl o jednym czy o drugim zawsze dodawała mi otuchy, była dla mnie dumą i dawała inspirację do stania się kimś równie wartościowym — a teraz skompilowała się w moim umyśle w jedną wielką mieszankę rozżalenia i rozczarowania, niosła ze sobą najgłębszą gorycz, jaką kiedykolwiek dane mi było przeżyć. Zawsze na równi uważałem ich za bohaterów — teraz nie wiedziałem nawet kim rzeczywiście byli. Kim naprawdę był dla mnie Harry Potter, skoro okazało się, że nawet nigdy nie był ze mną szczery? Kim był Remus Lupin, który tak jak ja był kiedyś prefektem? Kim był mój ojciec, który nauczał Obrony Przed Czarną Magią, a potem zginął w walce ze śmierciożercami Voldemorta? Kim był człowiek, który był wilkołakiem? Który poślubił Nimfadorę Tonks… i zostawił ją, gdy była w ciąży...
   Bahanka brzęczała bez ustanku. Sufit zmieniał się przez te wszystkie godziny — najpierw ciemny, potem coraz jaśniejszy i jaśniejszy. Próbowałem zdecydować która wina mojego ojca była cięższa — to, że był tym, kim był, czy może to, że mnie nie chciał...? Dziwna rzecz, ale im dłużej tak leżałem, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że nie winię już Andromedy, że jej zachowanie było całkiem zrozumiałe i że to Harry jest wszystkiemu winien. Bo to on sprawił, że to wszystko jest tak bolesne, takie trudne...
   Plama światła padała teraz wprost na moją twarz. Przymknąłem lekko powieki... jestem taki zmęczony... tak jak to zimowe słońce, które świeci ostatkiem sił, a jednak okrasza moje oczy krwistą czerwienią...
   A potem nastała ciemność — ciemność nieprzenikniona, a jednak coś w niej tkwiło... wokół mnie ciemne pnie drzew... i te wpatrzone we mnie oczy...
   Cały rękaw zbroczony miałem świeżą krwią. Mimo to unosiłem obie dłonie, w których trzymałem kamień. Najzwyklejszy w świecie, podniesiony spod jakiegoś krzaka... Wiedziałem, w które miejsce uderzyć, ale wciąż stałem, nie mogąc tego zrobić.
   Najdziwniejsze było to, jak cała podręcznikowa wiedza momentalnie uleciała mi z głowy, jak zostałem tylko ja, mój strach, nienawiść, wilkołak — i kamień.
   I ten nikły przebłysk, ta myśl, z której istnienia zdałem sobie sprawę dopiero teraz, choć wiedziałem, że powstała ona właśnie tam, że istniała przez cały ten czas pod moją skórą, choć ja nie miałem o tym pojęcia... Jak pełnia księżyca, która wykształca się powoli z cienkiego nowiu...
   A więc... to musiał być człowiek.
A ja...
    Puk, puk, puk!
   Otworzyłem oczy i zmrużyłem je boleśnie pod wpływem światła.
   W powietrzu unosiły się drobiny kurzu. Leżałem całkowicie nieruchomo, odrętwiały, nasłuchując uważnie jak zwierzę ścigane w lesie przez większego drapieżnika.
   Czy rzeczywiście ktoś właśnie zapukał do drzwi...?
   Nawet jeśli... nich ten ktoś nawet nie marzy, że go tutaj wpuszczę.
   Puk, puk, puk!
— Idź sobie... — powiedziałem głośno w przestrzeń i zdziwiłem się, jak bardzo zachrypnięty może być mój głos.
— Ted Lupin...? — Głos zza drzwi był niepewny i niewątpliwie należał do mężczyzny z lekką wadą wymowy. Raptownie usiadłem na łóżku.
   Czego mógł tutaj chcieć profesor Longbottom…?!
— Jesteś tam? — zapytał głos. — Mam odprowadzić cię do Zamku... twoje rzeczy już tam czekają, więc...
   Szybko przyskoczyłem do drzwi.
— Ktoś tam z panem jest? — zapytałem trochę za ostrym tonem. Mgliście przypomniałem sobie to, co kompletnie wyleciało mi z głowy — to co usłyszeliśmy, zanim Harry i Andromeda wszczęli swoją kłótnię... Przecież dzisiaj miał tu być ktoś z Zakonu! A teraz, po mojej ucieczce... może nawet był tutaj Harry...?
— Nie, nikogo ze mną nie ma... — odpowiedział lekko zdziwiony Neville. — Czy mógłbyś... eee… otworzyć te drzwi?
   O ile pan nie kłamie, pomyślałem.
   Szybko rzuciłem się po swoje buty i sweter, który wciągnąłem na głowę tył naprzód, równocześnie otwierając drzwi. Sądząc z miny profesora Longbottoma kiedy mnie zobaczył, popełniłem chyba błąd, nie spoglądając wcześniej w lustro. Musiałem wyglądać okropnie — i niewykluczone, że miałem też jakiś dziwny kolor włosów, nie chciało mi się nawet zgadywać jaki. Równie dobrze mógł być to czarny jak dementor, a równie dobrze biały jak inferius — co w obu przypadkach w połączeniu z nieprzespaną nocą odbijającą się na mojej twarzy mogło wywoływać niezbyt korzystny efekt.
— Mam tu ze sobą twój płaszcz... — Jakimś tajemniczym sposobem Longbottom wiedział, że znalazłem się tu zupełnie bez niczego... Pytanie tylko, kto mu o tym powiedział? — Reszta twoich rzeczy jest już w Wieży Gryffindoru… jak już mówiłem.
— Przepraszam, ale... kto tutaj pana przysłał? — zapytałem, równocześnie zastanawiając się, czy nauczyciel powie mi prawdę.
— Był tutaj Ron Weasley… — Neville zawahał się. — Zakłada w Hogsmeade filię swojego sklepu, więc... miał trochę spraw do załatwienia... W każdym razie, to on mi powiedział, że tu jesteś.
   Jasne! Doskonała wymówka. Ciekawe o czym jeszcze rozmawiali sobie z Ronem... zapewne przy kremowym piwie...
   Szyld Gospody Pod Świńskim Łbem dyndał smętnie nad drzwiami. Niebo było białe, zwiastujące kolejną warstwę śniegu, która niebawem miała przykryć ulicę. Zazwyczaj przyzwyczajony byłem do całych tłumów ludzi, teraz jednak wioska sprawiała wrażenie całkowicie opustoszałej — jakiś zmarznięty bezpański pies był jedyną żywą duszą, którą napotkaliśmy na swojej drodze.
   To takie dziwne, że ostatni raz byłem tutaj, kiedy Victoire miała randkę z Woodem. Wydawało mi się, jakby od tamtego czasu minęły całe wieki... Czy naprawdę wtedy to było moim najpoważniejszym problemem...? Teraz to wszystko wydawało mi się tak obojętne...
   Milczałem uparcie, pokonując grudy śniegu na drodze — profesor Longbottom wyraźnie nie czuł się w obowiązku do zadawania mi pytań. Nagle uderzyła mnie dziwna myśl — skąd właściwie oni wiedzieli, że będę właśnie tutaj? Równie dobrze mogłem być Pod Dziurawym Kotłem na ulicy Pokątnej, daleko stąd. Albo w jakiejkolwiek czarodziejskiej miejscowości, niekoniecznie w Hogsmeade…!
— Panie profesorze?
   Neville spojrzał na mnie, równocześnie potykając się o jakąś szczególnie zmarzniętą grudę na drodze.
— Skąd pan właściwie wiedział, że jestem właśnie Pod Świńskim Łbem?
   Po raz pierwszy lekki uśmiech pojawił się na okrągłej twarzy profesora Longbottoma.
— Och...! Musisz wiedzieć, że mam rozległe kontakty w Hogsmeade… a zwłaszcza w Gospodzie Pod Świńskim Łbem. Podczas Drugiej Wojny przez Świński Łeb prowadziło jedyne tajemne przejście z Hogwartu niestrzeżone przez śmierciożerców — wyjaśnił, kiedy wytrzeszczyłem na niego oczy. — Często wymykaliśmy się tam, żeby zdobyć coś do żarcia... przepraszam, do jedzenia... kiedy już nie wypadało pokazywać się w Wielkiej Sali.
   Przez chwilę trawiłem tę informację, zastanawiając się, czy sam mogłem to odkryć, kiedy tam byłem — może wtedy dostałbym się do Zamku bez pomocy Longbottoma.
— Nikt też właściwie wtedy nie wiedział, że gospodę prowadził brat Dumbledore'a — ciągnął Neville. — Aberforth. Oczywiście po jego śmierci wszyscy się o tym dowiedzieli i Ab stał się sławny... tylko jego bar został taki, jaki był.
   No cóż, jeśli to był cały dorobek jego życia, to raczej nie miał się czym chwalić, zostawiłem jednak tę uwagę dla siebie.
— Ale może ty nie chcesz o tym słuchać? — zaskoczył mnie nagle Neville. — Druga Wojna... to dla wielu osób bardzo trudny temat...
   Nie odpowiedziałem. Odwróciłem wzrok od Longbottoma i bezwiednie spojrzałem w niebo — niekoniecznie po to, by kontemplować niewidzialną obecność wojennych ofiar. Nagle zdałem sobie sprawę z tego, jak dziwnie jestem pusty w środku. A może byłem po prostu zmęczony...
— Może nie powinienem poruszać tego tematu... ale chcę ci coś powiedzieć. Nigdy nie przetrwałbym tego, co działo się w Hogwarcie podczas Drugiej Wojny, gdybym wcześniej nie nauczył się pokonywać swojego strachu. A tego nauczył mnie twój tata.
   Poczułem się tak, jakby na dno żołądka opadło mi coś ołowianego. Wciąż uparcie milczałem.
— A resztę zrobił twój tata chrzestny. Kiedy stawiał się Umbridge… na pewno o niej słyszałeś... to nauczyło mnie później przeciwstawiać się śmierciożercom. Naprawdę... wiele im zawdzięczam. Obu.
   Kiedy potem znalazłem się w Wieży Gryffindoru, rzeczywiście w dormitorium czekał już na mnie mój kufer.
   Stara, wysłużona walizka, w wielu miejscach poprzecierana, z zepsutym zamkiem, obwiązana sznurkami. I podpisana: "Profesor R. J. Lupin".
   Rzuciłem się na łóżko i zacisnąłem oczy, starając się zignorować pieczenie pod powiekami.

***
 

— Jak się czujesz? 
   Pauline Mary Glam wyglądała jakby siedziała przy łóżku kogoś umierającego.
   Nawet ubrana była na czarno, a konkretniej w czarną sukienkę w srebrne gwiazdki — w sam raz na Nowy Rok i poprzedzającą go sylwestrową noc. Za oknem niebo ciemniało coraz bardziej, co jakiś czas rozjaśniał je jakiś samotny, przedwczesny fajerwerk. Trudno było oczekiwać nie wiadomo czego — zakończenie tego roku gwarantowało równie beznadziejny początek nowego. Po raz pierwszy czułem wobec tego taką obojętność.
   Być może odwiedziny Pocky powinny nieco przywrócić mnie do życia. Niestety jej widok psuł fakt, iż za jej plecami stał Larieson, opierający się o kolumienkę sąsiedniego łóżka z taką miną, jakby od dwóch godzin stał w jakiejś poczekalni. Siedziałem na swoim posłaniu, trzymając na kolanach książkę, którą zawsze zasłaniałem się, gdy ktokolwiek śmiał tu wejść, a z której w rzeczywistości nie przeczytałem jeszcze nic poza tytułem. A więc jednak Victoire coś napisała... problem w tym, że bynajmniej nie do mnie! Podejrzewałem, że moi obecni goście byli tu z powodu jakiegoś listu od niej, w którym zapewne polecała im zaopiekować się mną w obliczu mojego obecnego stanu psychicznego... Szkoda tylko, że w ciągu ostatnich dni sam w zupełności poradziłem sobie z wyzbyciem się wszelkich uczuć.
   I jedynym co zaprzeczało temu, że dementor wyssał ze mnie duszę było to, że tam gdzie brakowało mi wszystkich innych odczuć, tam stale trwało znużenie podszyte irytacją.
   Odczuwałem to również w tej chwili.
— Czuję się świetnie — powiedziałem zamiast tego, jednak Pocky nie wyglądała na zbyt przekonaną — wciąż spoglądała na mnie tak jakby bała się, że zaraz rzucę się jej na szyję wybuchając płaczem.
— Nie wyglądasz... — poważyła się na ostrożne stwierdzenie. — No chyba, że mówisz w imieniu jakiegoś inferiusa…!
— Może to przez oświetlenie... — rzuciłem wymijająco, na co ona uniosła brwi. — Zresztą, ty też nie wyglądasz najlepiej...!
— To dlaczego tak wcześnie wróciłeś ze Świąt? — zastrzeliła mnie celnym pytaniem, ignorując moją wcześniejszą uwagę. Spojrzała na mnie spod ciemnych rzęs — Pokłóciłeś się z kimś...?
— Nie, nie pokłóciłem się...
— To w takim razie... co się stało...?
— Victoire ci nie napisała?
   Pokręciła przecząco głową. Wzruszyłem ramionami.
— W takim razie nic się nie stało...
— Skoro tak, to dlaczego wróciłeś...
— Może zmieniłem zdanie.
— Nikt normalny nie ucieka z Wigilii, żeby iść do szkoły!
— A mogłabyś się tak z łaski swojej odwalić? — nie wytrzymałem, pocierając czoło dłonią aby jak najdobitniej okazać jej, jak bardzo jestem tym wszystkim zmęczony. — Jeżeli Victoire kazała ci tu przyjść, to oficjalnie cię z tego zwalniam...
— Ale ja... ja sama tutaj przyszłam...! — Jej ciemne oczy rozszerzyły się, pełne wyrzutu. — Może to głupie, ale jednak trochę się o ciebie martwię!
— Tylko czy ja cię o to prosiłem? — Spojrzałem na nią beznamiętnie. — A teraz Szczęśliwego Nowego Roku. I życzę dobrej zabawy.
   Przez moment myślałem, że się rozpłacze, albo rzuci we mnie jakimś zaklęciem — jednak nic z tego się nie wydarzyło.
   Pauline zacisnęła usta, odwróciła się na pięcie i wyszła z dormitorium, nie oglądając się ani na mnie, ani na Lariesona, który dopiero teraz przestał wyglądać, jakby był uczestnikiem jakiegoś śmiertelnie nudnego pogrzebu.
   Być może powinno mnie zaniepokoić to, że jej wyjście nie zrobiło na mnie prawie żadnego wrażenia.
   — Wiesz co, Lupin... — odezwał się Larieson. — Ty to jednak jesteś dupkiem.
   Nie zareagowałem. Zmarszczył czoło, jakby nagle coś mu się przypomniało.
— Pamiętasz tamtą noc, kiedy wyszliście z Zakazanego Lasu? Nie, nie pamiętasz... totalnie odleciałeś.
   Na chwilę zapomniałem o jawnej niechęci i spojrzałem na niego zaskoczony. Larieson uniósł lekko brwi na ten widok.
— No więc leżałeś wtedy jak jakaś glizda, na łóżku tak samo jak teraz. Na moim łóżku. I to ja polazłem po maść do Skrzydła Szpitalnego, żebyś przypadkiem nie zdechł. — Patrzył na mnie z góry, chłodno. — Nie zrobiłem tego, żebyś pomiatał Pauline Glam.
— Doprawdy? — wysiliłem się na ironiczny ton. — Od kiedy to jesteś takim wielkim przyjacielem Pauline? Myślałem, że to raczej ja nim jestem.
   Jego oczy zwęziły się w wyrazie odrazy.
— W takim razie czemu nie zachowujesz się tak, jakbyś nim był?
   Zamilkłem, nie znajdując na to odpowiedzi — i zresztą, Larieson wcale jej ode mnie nie oczekiwał. Na progu odwrócił się jeszcze w moją stronę.
— Szczęśliwego Nowego Roku... i życzę dobrej zabawy.
   Po chwili i za nim zamknęły się drzwi.
   Zacisnąłem oczy i wypuściłem głośno powietrze z płuc — książka ześlizgnęła się z moich kolan i huknęła o podłogę. Jeszcze przez moment gapiłem się w baldachim i zastanawiałem się nad tym, co właściwie takiego zrobiłem, że wszyscy się na mnie obrażają...? Przecież ja chcę tylko odrobiny spokoju, samotności i ciszy... nie żądam niczego więcej...!
   BUM!
   Omal nie podskoczyłem, kiedy do dormitorium wpadło coś, co ze spokojem raczej niewiele miało wspólnego.
   Stworzenie owo, dość okrągłe, owinięte było flagą Gryffindoru, w łapie dzierżyło płonący zimny ogień, na pucołowatej, piegowatej twarzy miało coś, co wyglądało jak Omnikulary Pomyluny obramowane cekinami, a na nasprężynowanej głowie czapeczkę, przypominającą nieodłączny element stroju Poltergeista Irytka. Z braku lepszego środka prewencyjnego, odruchowo sięgnąłem po swoją poduszkę i narzuciłem ją sobie na twarz — niestety nadaremnie, bo Warwick wyrwał mi ją prawie natychmiast.
   — A ty co tutaj jeszcze robisz?! — wydarł się, wywalając ją za siebie. — Impreza już się zaczęła, nawet Jackson pytała, gdzie jesteś...
— Ta...? — rzuciłem nieuważnie, bo właśnie schylałem się po wcześniej upuszczoną książkę, choć marne były szanse na to, by to właśnie ona miała mnie ocalić, skoro nawet poduszka zawiodła... Tymczasem Warwick również zanurkował pod moje łóżko.
— Gdzie ty masz te swoje super-zarąbiste fajerwery ze sklepu Weasley'ów…?
   W normalnych okolicznościach prędzej odciąłbym mu łapy, niż pozwolił mu tknąć moją najcenniejszą własność — teraz jednak spoglądałem obojętnie na to, tak samo jak wcześniej na wychodzącą Pocky, jak Pickering taszczy za sobą błyszczącą skrzynkę w stronę drzwi.
— A ty co się tak wylegujesz?! — wysapał. — Może byś tak ruszył ten swój tyłek i mi pomógł...!
— A może byś tak ruszył tym swoim zakutym łbem i użył czarów...?
   Warwick zatrzymał się tuż pod drzwiami, zdjął cekiniaste okulary i otarł pot z czoła.
— Tak czy siak, chyba musisz wstać! — parsknął. — No chyba nie zamierzasz tutaj zostać...
— A jeśli zamierzam, to co?
   Spojrzał na mnie, jak na jakiegoś totalnego czubka! A to przecież nie ja miałem na sobie kretyńską czapeczkę.
— Jaja sobie robisz?! — wydarł się z wyraźnym oburzeniem. — Jesteś prefektem! Musisz przecież pilnować porządku!
— Niech Jackson pilnuje porządku.
   Teraz Warwick nie był już nawet wzburzony — tylko po prostu zaniepokojony. Jego zimny ogień wypalił się w tej samej chwili, w której jego usta uformowały się w okrągłe "o" wyrażające taką grozę, jakbym nagle oświadczył, że Sylwestra chcę spędzić w towarzystwie Filcha i pani Pince.
— Co jest z tobą?! — wydukał. — Przecież ty się w ogóle nie ruszasz z tego zapierdzianego łóżka...
— Bo nie chcę.
— Nie chcesz?! — wykrzyknął takim tonem, jakby ziściły się wszystkie jego najgorsze obawy. — Ty po prostu za dużo zadajesz się z tymi cholernymi krukonami!
— A co to ma do rzeczy? — zdziwiłem się mimowolnie. Nagle znalazłem nazwę dla dziwnego pozornego braku emocji po wizycie Pocky i Lariesona — to był po prostu niesmak. Zakryłem twarz otwartą książką z myślą, że jednak wolałbym nie nazywać tego uczucia...
— Widziałem tych twoich krukońskich kolesi, jak stąd wychodzili! — zawołał Warwick oskarżycielsko. Zdjął mi książkę z twarzy i ją również wywalił za siebie — uderzyła o ziemię z głuchym tąpnięciem. — Zrobili ci wodę z mózgu...!
— Oni... oni nic mi nie zrobili, ja po prostu... — usiadłem na łóżku i spojrzałem na niego, znowu czując coś nowego: złość! — Ja po prostu mam to wszystko totalnie gdzieś, czaisz?! Mam w dupie Nowy Rok, tę zasraną imprezę i was wszystkich!
   Przez chwilę gapił się na mnie, najwyraźniej porażony tym wybuchem. A potem zacisnął usta i założył swoje wystrzałowe okulary na nos.
— Dobra... skoro tego chcesz.
   Wyciągnął różdżkę, w moim mniemaniu po to, by użyć jej wobec skrzynki z fajerwerkami — lecz kiedy zorientowałem się w sytuacji, było już za późno.
— LEVICORPUS! — Huknęło, błysnęło i nagle coś gwałtownie poderwało mnie w górę — i już po chwili wisiałem w powietrzu, zawieszony pod baldachimem za kostkę u nogi, dyndając do góry nogami jak jakiś zdechły nietoperz w chacie Hagrida…!
   Tymczasem Warwick jak gdyby nigdy nic uniósł skrzynkę z moimi fajerwerkami i odwrócił się w stronę drzwi.
— No to do zobaczenia w 2014 roku!
— C-co... — wydukałem, huśtając się w powietrzu jak totalny debil! — Czekaj! PICKERING!
— Tak? — Spojrzał na mnie, unosząc brwi z chłodną uprzejmością.
— Powaliło cię?! — wykrztusiłem, czując jak krew coraz bardziej napływa mi do twarzy. — Wypuść mnie...!
— Coś mówiłeś? — udał, że nie dosłyszał.
— NO DOBRA! — wydarłem się. — PÓJDĘ Z TOBĄ NA TĘ DURNĄ IMPREZĘ, TYLKO OPUŚĆ MNIE NA DÓŁ...!
— I oficjalnie zapoznasz mnie z Vickes?
— Vi... JEJ NAWET NIE MA W SZKOLE, KRETYNIE!
   Westchnął z rezygnacją, spoglądając ponuro na moje zmagania z niewidzialnymi pętami.
— Dobra... ale puszczę cię pod warunkiem, że wyrwiesz mi jakąś laskę...
— Sam... sobie wyrwij — wyrzuciłem z siebie, czując jak z każdą chwilą czynność oddychania staje się dla mnie coraz trudniejsza. — Masz przecież te swoje oksy zarąbistości...
— W takim razie obiecaj, że złamiesz przynajmniej trzy punkty regulaminu szkolnego...
— DOBRA! Dobra, zgadzam się na wszystko...!
   Ale dopiero w pokoju wspólnym dotarło do mnie, jak wielki popełniłem błąd.
   A mianowicie tak wielki, jak... pustka i cisza w tym pomieszczeniu, co najmniej jakby cały dom Gryffindoru wymarł z powodu epidemii smoczej ospy! Zdezorientowany, spojrzałem na Warwicka.
— To... niby gdzie jest ta cała impreza?
— No jak to gdzie... — żachnął się, najwyraźniej oburzony moją niewiedzą. — Na Wieży Astronomicznej, chyba cała szkoła to wie!
— Cała... cała szkoła?! — wykrztusiłem, a moja wyobraźnia już popędziła jak szalona, wyświetlając w mojej głowie szereg przerażających obrazów: całe tłumy pijanych i obściskujących się uczniaków, gwar, ścisk, pisk i wrzask, pierwszaki wypadające z wieży i lecące w dół...
— Nie no, całej szkoły tam nie ma! — uspokoił mnie Warwick,. — Tylko Gryffindor, Hufflepuff i pół Ravenclawu…
   Ledwie skończył, już odwróciłem się w z powrotem w stronę dormitorium — niestety zdążył złapać mnie za kołnierz i dość brutalnie przepchnął mnie przez dziurę pod portretem Grubej Damy, tak, że o mało co nie wybiłem o nią zębów.
— No, ej! Miałeś nie zmuszać mnie do przemocy...
   Uważaj tylko, żeby role się zaraz nie odwróciły...
— A gdzie... gdzie reszta? — zapytałem, kiedy byliśmy już na ruchomych schodach.
— Jaka reszta?
— Reszta krukonów i ślizgoni!
   Warwick zrobił pobłażliwą minę.
— A kogo to obchodzi? Pewnie na Wieży Północnej...
— Ale dlaczego nie jest tak jak zwykle?!
   Wzruszył ramionami, krzywiąc się lekko.
— A skąd mam wiedzieć? Ktoś to zorganizował... pewnie jakiś puchon, bo tych kujonów-krukonów to nie podejrzewam... Może ten cały Crister Welch i jego banda...? W końcu to w Hufflepuffie zawsze są najlepsze imprezy... A zresztą, co to za różnica, gdzie i z kim się nawalimy...
   Ale ja już go nie słuchałem, bo właśnie zacząłem się zastanawiać, na której wieży będą znajdować się Pocky z Lariesonem… Czy jest szansa, że na Wieży Północnej? Fiffie miała chyba jakiegoś kolesia ze Slytherinu, tylko czy mogło to mieć jakiś wpływ na to, gdzie siostry Glam będą świętować Nowy Rok...? Nie, na pewno będą na Wieży Astronomicznej, tam gdzie Paczka Puchonów… niech to szlag!
   Dziwna rzecz, ale jakoś wolałem unikać myśli, że spotkam je jeszcze w tym roku.
   I im bliżej celu się znajdowałem, tym bardziej przeklinałem siebie, że jednak nie zostałem w dormitorium, chociażby wisząc do góry nogami, chociażby przez całą noc! Już nawet to nie wydawało się takie złe w obliczu tego, co czekało mnie przez kilka kolejnych godzin...
   Udawanie, że wszystko jest w porządku i że świetnie się tam bawię!
    Wszystko to jednak momentalnie wywietrzało mi z głowy, kiedy w końcu znaleźliśmy się na schodach Wieży Astronomicznej.
   Pierwszym skojarzeniem była bardzo długa kolejka do toalety. Całe schody prowadzące do Wieży, jak długie i szerokie, zapełnione były uczniami.
   Z samej góry docierało do nas głośne dudnienie, od którego drżały wszystkie poręcze — jednak nikomu zdawało się to nie przeszkadzać. Kiedy ja i Warwick pokonywaliśmy drogę po kręconych stopniach, mijaliśmy wiele ładnych dziewczyn i po raz pierwszy od kilku dni zacząłem żałować, że sam nie zadbałem lepiej o swój wygląd. Większość ludzi tylko gadała, pewien procent obściskiwał się, sprawiając wrażenie obojętnych na to iż przebywają w miejscu bądź co bądź publicznym — a wszyscy bez wyjątku trzymali butelki kremowego piwa, lub szklanki z innymi kolorowymi napojami. Zdarzało się też, że na mój widok cichły głośne śmiechy i rozmowy. Spojrzałem na Warwicka.
— O co im chodzi...? — dyskretnie zasięgnąłem jego opinii, kiedy odkleiła się od siebie już druga mijana przez nas para. Powoli coraz bardziej zaczynałem się martwić, że naprawdę wyglądam jak jakieś straszydło, jednak mój towarzysz tylko parsknął pod nosem.
— To chyba jasne! Jesteś prefektem, boją się, że zafundujesz im Pocałunek Minerwy...
   Raptownie przystanąłem na stopniach.
— Pocałunek Minerwy?!
— Pocałunek Minerwy! — powtórzył, wyraźnie zdziwiony. — Pocałunek Dementora — Pocałunek Minerwy... Minerwa.... dementor… czaisz...?
   Ale ja już ruszyłem dalej, kręcąc głową nad głupotą tego żartu.
   I w końcu dotarliśmy na sam szczyt Wieży Astronomicznej — stanowiący również szczyt hałasu, ścisku i sylwestrowego szaleństwa. Całkiem oszołomiony, rozejrzałem się dookoła, nagle czując się jak totalny mugol.
   Widok był piorunujący. I jeżeli wcześniej miałem jakieś obawy, że spotkam tu kogoś znajomego, to rozwiały się one w ułamku sekundy — tłum był tutaj tak wielki, że kompletnie nikt nie zwracał na nas uwagi.
   Na błoniach śnieg zapewne iskrzył pięknie w blasku księżyca, jednak na Wieży Astronomicznej nie było chyba żadnej osoby, która miałaby ochotę na tego typu kontemplacje. Impreza trwała dopiero od dwudziestu minut, a wszyscy już szaleli jak dzikie małpy w gaju. Panowała tam całkowicie pokojowa temperatura, na co szczególnie wskazywały stroje większości dziewczyn. Muzykę musiano słyszeć chyba aż w Hogsmeade — tak samo jak zapewne doskonale widoczne były tam fajerwerki, które co jakiś czas rozpryskiwały się na ciemnym niebie tysiącem kolorowych iskier, następnie dryfując ponad całym Zamkiem — ogniste smoki, koła, rakiety... W powietrzu unosił się zaczarowany brokat — dopiero po chwili zorientowałem się, że jest to magiczna iluzja. Pośród uczniów dryfowały tace wypełnione jedzeniem i napojami, często całkiem wyskokowymi — był taki ścisk, że niosących je skrzatów domowych nawet nie było widać. A więc nie dość, że ktoś wydębił pozwolenie na imprezę w tym miejscu, to jeszcze załatwił z kuchni domowe skrzaty?! Ale przecież organizatorami tego Sylwestra nie mogli być prefekci... Boorack Junior nigdy nie sprzeciwiłby się tatuśkowi, a nawet Kaitlyn była po prostu zbyt leniwa, by urządzić wydarzenie na taką skalę...
   Z transu wybudziło mnie dopiero szturchnięcie Warwicka, wymierzone łokciem niezbyt umiejętnie w moje żebra.
   — Idziemy się nawalić — zakomenderował, odważnie wkraczając w niebezpieczny tłum. — Widzę stary, że tego potrzebujesz!
   I ledwie to powiedział, tuż przy nas pojawił się cherlawy chłopak, którego nigdy wcześniej nie widziałem na oczy.
— Jak chcecie po fajce, to po dwa galeony... — nagle ogarnął, do kogo mówi, po czym jego oczy rozszerzyły się. — Ups… sorry...
   I już miał się wycofać, kiedy chwyciłem go za kołnierz.
— Co to jest? — wyjąłem mu z ręki jednego ze skrętów. Chłopak wyglądał na wyraźnie przerażonego.
— To... nic! — wyrzucił z siebie. — Sproszkowane odchody bahanek i trociny! Sprzedaję to dla jaj!
— Ta? — uniosłem brwi. — A czy to przypadkiem nie są tęczowe fajki?
— Ale za to jakie zajebiste! — Chłopak szybko się poddał. — Podobno Dumbledore wypalał takich dziesięć razy dziennie...
   Cóż, Harry dużo czasu spędzał w gabinecie dyrektora i jakoś nigdy nie wspominał o tym, by Dumbledore miał palić jakieś tandetne fajki... Skrzywiłem się jednak na myśl o ojcu chrzestnym, szybko wyrzucając ją z głowy. Chłopal zachwalający skręty chyba odebrał to jako wyrok na siebie, bo zaczął się zaklinać:
— Przysięgam, że oddam ci pieniądze, tylko nie każ mi ich wyrzucać!
— Wyrzucać? — uniosłem brwi. — Po co miałbym marnować taki dobry towar, skoro mogę go skonfiskować?
— Co?! — Chłopak wytrzeszczył gały. — Ale to tylko gówno bahanek…!
— Lepiej ciesz się, że za to gówno bahanek nie odjąłem ci żadnych punktów! — oświadczyłem, wyjmując mu wszystko, co miał w rękach. — Szczęśliwego Nowego Roku!
   Po czym razem z wyraźnie zachwyconym Warwickiem zwinęliśmy się na bok, aby zbadać naszą zdobycz.
— I co? — zapytał. — Prawdziwe?
— Na to wygląda...
— No to dawaj! — Wyciągnął różdżkę, na co ja spojrzałem na niego jak na wariata.
— Zwariowałeś? Ja naprawdę to skonfiskowałem!
   Zmarszczył brwi, jakby nie zrozumiał.
— No tak... żeby zajarać, no nie?
   Spojrzałem na niego, zastanawiając się nad tym co powiedział. Potem mój wzrok spoczął na skrętach.
   Nie wyglądały szczególnie groźnie.
   Uniosłem głowę i znów zobaczyłem tłum ludzi. A w tym tłumie — całkiem nieoczekiwanie — multum zupełnie nowych możliwości. Mogłem zaprzeczać lub nie, ale prawda była taka, że właśnie użyłem swojej władzy by zdobyć całe naręcze fajek, z których aż wstyd było nie skorzystać. Bo właściwie, czemu nie? Skoro już wpadły w moje ręce...
   Od początku tego roku szkolnego byłem wzorowym prefektem. Ludzie wciąż powtarzali mi, że jestem prawdziwym synem swojego ojca, że podążam jego śladami. Ale co jeśli on nie chciał być moim ojcem? Pomyślałem, że ja również nie chcę już być jego synem.
   I podpalając skręta, poszedłem dalej — stwierdziłem, że w ogóle nie chcę już być Tedem Lupinem. Czy przynajmniej na czas tej nocy nie mogłem się stać kompletnie kimś innym? Kimś, kto po raz pierwszy w życiu nie przestrzega zasad, kto nie jest grzecznym prefektem i wzorowym uczniem? Kimś bezmyślnym, a dzięki temu wolnym i szczęśliwym...?
   Wybuch kaszlu, który nastąpił w chwilę później, nie był zbyt przyjemny. Oczy zaszły mi łzami od dymu, którym się zakrztusiłem, lecz po chwili kasłanie przerodziło się w śmiech. Jakie to jest głupie, że Jackson tyle razy proponowała mi szluga, a ja do tej pory nie nauczyłem się, jak to robić! A mogłem korzystać z lekcji, póki był na to czas!
   Kolejne zaciągnięcie się było już lepsze — i wtedy dostrzegłem, że dym snujący się z końca fajki rzeczywiście jest tęczowy. Znowu parsknąłem śmiechem i zwróciłem wzrok na Warwicka, który wytrzeszczał na mnie oczy.
   — Ziom, ja tylko żartowałem z tym jaraniem! — Gapił się na mnie, jakby mnie zobaczył po raz pierwszy w życiu. — Nie wierzę, że w końcu widzę na własne oczy, jak łamiesz szkolny regulamin!
   Złośliwie wypuściłem na niego tęczową chmurę dymu. Chwycił mnie za rękaw i pociągnął w stronę większego tłumu.
— Chyba aż muszę się napić. — Jakimś cudem wyhaczył wśród szalejących uczniaków wyraźnie zbłąkanego skrzata domowego, chyba nie do końca świadomego co spoczywa na niesionej przez niego tacy. — Ognista?! — Warwick skrzywił się. — Ja chciałem tylko kremowe piwo...
Kremowe piwo...! — powtórzyłem, jakby to była najśmieszniejsza rzecz, jaką dzisiaj usłyszałem. Szturchnąłem go łokciem w bok, tą ręką, w której trzymałem szluga. — Dawaj, tylko jeden toast za Nowy Rok! — Sięgnąłem do dryfującej w tłumie tacy i wyłowiłem z niej do połowy pełną butelkę.
   I kiedy łyk whisky zapiekł mnie w gardło, z prawdziwym zdumieniem odkryłem, iż z tęczowymi skrętami stanowi ono najlepsze połączenie w moim życiu. Tymczasem Pickering coraz bardziej wyglądał tak, jakby już żałował, że jednak mnie tu przyprowadził. W jednej ręce wciąż taszczył moją skrzynkę z fajerwerkami Weasley'ów i pomyślałem, że najwyższy czas, by zrobić z niej jakiś użytek.
   Z blanków Wieży Astronomicznej można było dojrzeć Wieżę Północną, na której całkiem widoczna była konkurencyjna impreza. Spojrzałem wzdłuż murów — stało przy nich wiele nietańczących acz flirtujących ludzi, lecz czynność wypuszczania w niebo sztucznych ogni, potencjalnie najniebezpieczniejsza, prawie całkowicie spoczywała na maluchach. Wywaliłem wypaloną fajkę za blanki i wydarłem się na cały głos:
   — PIERWSZOROCZNI! DO MNIE!
   Prawie natychmiast znalazło się przy mnie kilka bachorów z Gryffindoru. No proszę, jak je wytresowałem...!
   Ślizgoni z całą pewnością mieli o wiele mocniejszą grupę uderzeniową — już po chwili nad Wieżą Północną rozjarzył się ogromny fajerwerk, posyłając w niebo różnobarwne iskry. Był piękny. Wyciągnąłem palec w jego stronę.
— Widzieliście to?! — wrzasnąłem. — Chcą wojny, to będą ją mieli!
   Dzieciary wydały z siebie wojenne okrzyki. Mój wzrok padł na Warwicka — wpatrywał się we mnie jak w jakiegoś pomyleńca.
— Można wiedzieć, co ty odwalasz z tymi dzieciarami?!
— Prowadzę je na wojnę! — odparłem, mocując się ze skrzynką, na co mina Pickeringa nabrała jeszcze więcej niedowierzania.
— Dobra, chcesz się bawić w przedszkolankę, to nie przeszkadzam! Ja idę wyrwać jakąś laskę...
   I jak gdyby nigdy nic, zniknął w tłumie! Pożegnałem go z uśmieszkiem pełnym powątpiewania — już widziałem, jak on będzie "wyrywał laskę" w tych swoich kretyńskich okularach...
   Wypiłem jeszcze trochę whisky, tak na szczęście, i ku uciesze gówniarzy, wypuściłem w niebo pierwszego fajerwerka, który wybuchł, mieniąc się miliardem czerwonych i złotych iskier. Ślizgoni najwyraźniej przyjęli wyzwanie, bo już po chwili ku Wieży Astronomicznej dryfował wielki, zielono-srebrny wąż, który później zaczął okręcać się wokół niej. Następnie odpłynął ponad ciemny Zakazany Las i zasyczał na nas w powietrzu. Pierwszaki aż pootwierały buzie — gdybym chciał, mógłbym policzyć wszystkie ich plomby, a nawet by tego nie zauważyły.
   — Na co się gapicie! — krzyknąłem na nie, aż podskoczyły. — Bierzcie! — Wskazałem na skrzynkę z fajerwerkami. Dzieciarnia rzuciła się na nie ochoczo. — Na "trzy, czte i ry"...
   Wszyscy podrzuciliśmy swoje fajerwerki wysoko do góry.
   Połączyły się, wybuchając w powietrzu — i już po chwili ponad szkolnymi błoniami unosił się wielki złoty lew. Otoczył cały Zamek i zatrzymał się tuż przed Wieżą Północną — otworzył paszczę i zaryczał tak, że niemal wszyscy, którzy się tam znajdowali, poupadali na ziemię jak kręgle. Spojrzałem na swój oddział, zadowolony:
   — I właśnie tak się to, do cholery, robi! — Uniosłem butelkę z whisky, niczym trofeum. — Wasze zdrowie...!
   Prawie nikt nie zwrócił na mnie uwagi.
   Zostawiłem skrzynkę w ich rękach, a sam zanurkowałem w tłum ludzi. Upiłem jeszcze trochę whisky i stwierdziłem, że czuję się wcale a wcale świetnie. I kiedy zapaliłem kolejną tęczową fajkę, o mało co nie parząc sobie placów końcem różdżki, jednak na kogoś wpadłem — był to na moje nieszczęście Cal Collins, który natychmiast uśmiechnął się szyderczo, gdy tylko zobaczył, z kim ma do czynienia.
— Lupin, ty tutaj?! — Nagle zobaczył co trzymam w ręku i uśmiechnął się jeszcze szerzej. — Ależ prefekcie...! Bardziej pedalskiego zioła nie mogłeś wytrzasnąć, co?
— Smakuje truskawką — wzruszyłem ramionami i już miałem odejść, kiedy chwycił mnie za ramię i powiedział mi wprost do ucha:
— Chcesz skonfiskować coś lepszego?
   Zmarszczyłem brwi.
— Niby co?
— Słyszałem, że mają tutaj Kadzidło.
   Kadzidło... zaraz, zaraz! Czyżby chodziło o to coś z domieszką Amortencji, za które w zeszłym roku Vi i Pocky omal nie wyleciały ze szkoły...?
— I to ma być twoim zdaniem niby mniej pedalskie? — zadrwiłem, na co Collins puścił moje ramię.
— Ja ci tylko dobrze radzę, jeśli chcesz się ostro nawalić... a widzę, że chcesz.
   Po czym jak się pojawił, tak zniknął w tłumie.
   Wciąż marszcząc brwi przyłożyłem butelkę do ust, kiedy zorientowałem się, że jest już pusta. Ale... kiedy to się stało?! I od kiedy to Cal Collins czuł się w obowiązku do udzielania mi tak mądrych porad...
   Ale właściwie, czemu nie? Może warto się przekonać, czy rzeczywiście opłaca się wylecieć za to ze szkoły? W łokieć uderzyła mnie kolejna taca niesiona przez skrzata — nie było na niej whisky ani kremowego piwa, ale dziwny dzban z niebieskim płynem i cała misa bąbocuksów. Sięgnąłem po dziwny napój — był słodki, ale niewątpliwie zawierał jakiś tam alkohol. Wziąłem jednego bąbocuksa, ale po chwili namysłu zamiast go zjeść, rzuciłem go do jakiejś dziewczyny, która ledwo co go złapała. Puściłem do niej oko, co w tej chwili wydało mi się szalenie zawadiackie — ale ona tylko spojrzała na mnie jak na zdechłego karalucha i wróciła do tańczenia. Wzruszyłem ramionami.
   Nie wiadomo kiedy wypiłem jeszcze dwie szklanki niebieskiego płynu i jedną zielonego. Zacząłem rozglądać się za czymś, co jeszcze mógłbym wypić i zobaczyłem Cristera Welcha unoszonego na ramionach chyba dwudziestu osób. Pomyślałem, że to szalenie zabawne, ale wtedy ta jedyna znajoma postać zniknęła mi sprzed oczu i znów pozostałem sam — całkiem sam w wielkim tłumie obcych, groźnych stworzeń. I powoli zacząłem odczuwać, jak wciąga mnie ta czarna dziura, w której nie ma nikogo poza mną...
   Gdzie jest Victoire?!
   Przecież cała szkoła wróciła już ze Świąt! Dlaczego jeszcze jej nie ma?
   Wyszedłem z Wieży i wypadłem na schody — wciąż jeszcze było tam dużo ludzi. I wtedy to zobaczyłem. Jakaś dziewczyna o kręconych włosach trzymała w ręku flakonik.
— Jestem... prefektem! — Zanim zdążyła się zorientować, wyrwałem go jej z rąk. — Konfiskuję...!
   Dopiero po chwili zorientowałem się, że moje słowa ledwo co do niej dotarły — już była nawalona.
   Do flakonika przytwierdzona była mała rurka — podejrzewałem, że należy umieścić ją w dziurce od nosa. Wytarłem jej koniec rękawem. Oparłem się o ścianę drżącą pod wpływem dudnienia muzyki i przymknąłem oczy.
   Trudno mi opisać to, co nastąpiło później.
   A było to coś takiego, jakbym nagle znalazł się w zupełnie innym świecie.
   I zrozumiałem, że teraz już naprawdę mogę zapomnieć... zapomnieć o tym, kim jestem, co tu robię... Zapach wypełnił mnie całego, jak spływające do żołądka lekarstwo... Zapach pergaminu, starej skóry, morskiej wody... i czegoś słodkiego, a zarazem kwaśnego... może to jakiś kwiat, albo owoc...?
   Różowy grejpfrut.
   Otworzyłem oczy i pierwsze co zobaczyłem, to dziewczynę o kręconych włosach, której skonfiskowałem flakonik — zajęta była wymiotowaniem w kąt schodów. Chyba jeszcze nigdy żadna nieznana mi osoba nie wydała mi się aż tak piękna. Przez chwilę gapiłem się na jej kręcone, brązowe włosy, które zakrywały jej twarz, kiedy pochylała głowę. Naprawdę nigdy nie widziałem, żeby ktoś rzygał tak niesamowicie.
   A potem wróciłem na Wieżę Astronomiczną.
   Wydawało mi się, że kolory są jakby jaskrawsze niż zwykle. Fajerwerki wciąż dryfowały nad głowami ludzi, brokat mienił się na ich głowach. Kłębowisko ludzkich ciał wiło się w moich oczach leniwą falą... Och, gdybym mógł, objąłbym ich wszystkich! Objąłbym cały świat, bo jestem taki szczęśliwy, że mogę na nim być, właśnie z nimi...
   I wtedy ją dostrzegłem! To była Pocky, siedziała pod blankami, gapiąc się na ludzi z miną, jakby raczej niezbyt podzielała mój zachwyt. Przecisnąłem się do niej i porwałem ją w objęcia.
   — Pocky!!! Pocky… tak bardzo cię przepraszam! Przepraszam!
   Odsunęła się ode mnie i rozbawił mnie wyraz szoku na jej twarzy.
— Ted, ty... ty jesteś kompletnie nawalony!
Och...! Naprawdę?
— Naprawdę? Wcale... nie, może trochę...
— Co to jest?! — krzyknęła, wskazując na flakonik, który wciąż ściskałem w spoconej dłoni.
— To? — Postarałem się zrobić niewinną minę. — To tylko... taki... tonik na nerwy...
— Tonik na nerwy?! — Spojrzała na mnie z wyraźną złością. — Przecież to Amortencyjne Kadzidło!
— Nie, naprawdę? — udałem zdziwienie, co zniszczył nieco fakt, że mój głos drżał od tłumionego śmiechu. — To niemożliwe...
   Ale Pauline nie wyglądała, jakby również miała ochotę się śmiać. Jednym ruchem, który mnie wydał się błyskawiczny, wyrwała mi z ręki flakonik i już po chwili buteleczka mignęła za blankami. Momentalnie przestałem się uśmiechać.
— Pocky, co... coś ty zrobiła?!
— Jeszcze będziesz mi za to dziękować... — poklepała mnie po ramieniu z czymś, co mógłbym nazwać chyba tylko współczuciem... tylko że ja nie potrzebowałem współczucia, potrzebowałem z powrotem mojego flakonika..!. — I błagam cię, nie dotykaj już więcej tych świństw. Szczęśliwego Nowego Roku, Ted.
   Uśmiechnęła się smutno i odeszła. Wciąż stałem nieruchomo, jakbym oberwał obuchem w głowę.
   Jak ona mogła mi to zrobić?! Podzieliłbym się z nią! Od razu zaczęłaby się bawić lepiej... Dlaczego, dlaczego odebrała mi jedyne źródło szczęścia...?!
   Jak w ogóle mógł istnieć ktoś tak okrutny...!
   Oparłem się o zimny mur i odetchnąłem niematerialną chmurą brokatu.
   Dziwna rzecz, jak bardzo rozdarty może czuć się człowiek. Jakby był zrobiony z papieru... przymknąłem powieki i przypomniałem sobie cudowny zapach pergaminu... starej, skórzanej walizki po ojcu... pod palcami czułem kamień... kamień...
   Kamień drżał w moich uniesionych dłoniach.
   Krew kapała z rękawa na ziemię, krople uderzały o kałużę krwi tego drugiego... W ciszy lasu brzmiało to jak armatnie wystrzały. Głuchy warkot wydobył się z gardła wilkołaka... on już wiedział, że to zrobię... dlatego obnażył kły...
   Uderzyłem, tylko jeden raz. Ale to wystarczyło — kamień wypadł mi z rąk i potoczył się po ziemi.
   Kamień zbroczony ciemną krwią.
   Zrozumiałem, że płaczę. Stoję pod blanką, wokół mnie jest pełno ludzi, a mi z oczu ciekną łzy i spadają na koszulę. Czym prędzej wytarłem twarz rękawem, żeby nikt tego nie zobaczył — i postarałem się przypomnieć sobie pozostałe zapachy... morska woda... i ten ostatni... ten, na myśl o którym uderzała mnie tak wielka tęsknota, że odczuwałem ją niemal jako fizyczny ból...
   Och, do cholery jasnej, weź się w garść!
  Zacisnąłem usta i z poczuciem jakiegoś szczególnego znaczenia tego momentu, wkroczyłem pomiędzy bawiących się uczniów.
   Moje zmysły wariowały coraz bardziej. W jednej chwili od ostrości wzroku łzawiły mi oczy, w drugiej miałem wrażenie, że nie widzę nikogo ani niczego, że wokół mnie są tylko poruszające się, kolorowe plamy. Nogi plątały mi się — dziwiłem się, w jaki sposób wszyscy wokół tak dobrze trzymają się rytmu. Tłum napierał na mnie, ale mi przestało już to przeszkadzać. Chciałem odnaleźć Vi... ale równocześnie sam chciałem się zgubić. Nie... nie wiem już, czego chciałem.
   A może już nic nie mogło mi pomóc...?
   Może to był człowiek. Może zabiłem człowieka... Może jestem mordercą, którego również powinno się zabić. Mój ojciec był nim na pewno... Ale co jeśli nie będąc wilkołakiem, i tak jestem większym potworem niż on?
    I nagle wpadłem na kogoś z impetem — tak gwałtownie, że Kuchenna Sherry, którą ta osoba trzymała w ręce, chlusnęła wprost na moją koszulę. Chyba tylko cudem odzyskałem równowagę — i wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że patrzę na Gigi Bulstrode.
   — Ted...! — wyrzuciła z siebie zaskoczona, po czym słodki uśmiech tak błyskawicznie pojawił się na jej ustach, że omal nie poczułem się jak na kolejce w podziemiach Gringotta, zjeżdżającej ostro w dół... tylko co to ma właściwie ze sobą wspólnego...? Nie odpowiedziałem jej, tylko bezceremonialnie objechałem ją wzrokiem. Miała na sobie krótką i bardzo, bardzo obcisłą czarną sukienkę na cieniutkich ramiączkach, w wycięciu której widoczne były bardzo przyjemne dla oka rzeczy. Przez chwilę gapiłem się na nie jak jakiś totalny troll. Uniosła mój podbródek dłonią, zmuszając mnie, bym oderwał od nich wzrok — w jej migdałowych oczach igrało rozbawienie i dopiero wtedy do mojego otępiałego mózgu dotarło, że ona doskonale wie, co tak bardzo przykuło moją uwagę.
— Czy mi się zdaje, czy ty jesteś kompletnie naj**any...!  
   Skoro tak mówisz Gigi, to chyba rzeczywiście musi być prawda...
— Ja... wcale nie... — wybełkotałem zamiast tego, ale prawie natychmiast urwałem.
   Gigi była jakoś dziwnie blisko, bliżej niż kiedykolwiek. Tak blisko, że prawie odbierało mi dech.
   Za blisko.
   Coś stało się z dźwiękiem. Uszy jakby wypełniła mi woda — i jedyne, co teraz do mnie docierało stanowiło głuche dudnienie i słodki zapach jej włosów. Ledwo zauważyłem, kiedy jej ręce oplotły moją szyję... Zastanawiałem się tylko, dlaczego ta woń wydawała się tak dziwnie znajoma...? Chyba już ją gdzieś czułem... Zapach z Nory, może Muszelki...
   Tylko dlaczego Gigi miałaby pachnieć Muszelką...?
   Przytłoczony tym wszystkim, zamknąłem oczy.
   Ból wypełniający moją klatkę piersiową zniknął. Przez chwilę już całkiem nie wiedziałem, co się ze mną dzieje — aż nagle uderzył mnie całkiem realny dotyk jej warg na moich. To było takie dziwne... zupełnie jakby całe moje cierpienie z tych ostatnich dni było tylko dymem, mgłą, która momentalnie ulatywała na wietrze, kurczyła się, zanikała... to było lepsze niż jakikolwiek narkotyk... i całowałem ją, nie dbając już o to, że ociekam Kuchenną Sherry, że wokół jest pełno ludzi, nawet o to, że jeszcze nigdy tego nie robiłem... Skupiłem się tylko na swoich zmysłach i na tym, jak chłoną jej pocałunek, niczym balsam na ranę, czując jak robię się lekki, wolny, unoszę się bezwolnie wraz z nią...
   Jeszcze raz delikatnie pocałowałem jej usta i spojrzałem na Victoire.
   Kolorowy blask fajerwerków kładł się miękko na jej srebrzystych włosach. Jej wielkie, ciemnoniebieskie oczy wpatrywały się we mnie ze zdziwieniem.
   — Ted...? — Jej głos był cichy i niepewny, tak jak wtedy w śniegu, ale jednak jakoś inaczej... jakoś bliżej, bardziej intymnie...
   A ja wciąż patrzyłem na nią, nie mogąc wyrzec słowa.
To naprawdę była Victoire!
A ja właśnie ją pocałowałem.
Dlaczego to zrobiłem...?
— Victoire…
— Ted! 
   Szybko zamrugałem powiekami — i momentalnie poczułem się tak, jakby ktoś chlusnął we mnie lodowatą wodą.
   Srebrne włosy i niebieskie oczy Victoire zniknęły. Zamiast nich pojawiły się złote loki okalające twarz Gigi Bulstrode, która świdrowała mnie spojrzeniem zielonych oczu, wyraźnie wściekła. 
— Gi… Ginger…? — wyjąkałem, całkowicie zbity z tropu.
— Tak, to ja...  — wysyczała, wciąż patrząc na mnie wzrokiem bazyliszka pełnym żądzy mordu. — Zawiedziony...?
   W tym momencie całkiem trzeźwo pomyślałem, że wolałbym się chyba nigdy nie urodzić.
   Ginger wyglądała jak rozwścieczona samica rogogona — i jedyne co powstrzymywało ją od popełnienia na mnie krwawego morderstwa był brak umiejętności zionięcia ogniem. Jeżeli chodzi o pazury, to je akurat miała, jestem pewien, że swoim tipsami rozszarpałaby mi gardło bez trudu.
   Chyba oczekiwała jakichś wyjaśnień, od których zapewne zależało moje życie — jednak ja wciąż stałem, nie będąc w stanie wykrztusić ani słowa. Nie pocałowałem Victoire… Po prostu śliniłem się z Gigi Bulstrode! Ale... jak mogło do tego dojść...?
   To w ogóle nie powinno się wydarzyć!
   I zamiast zrobić cokolwiek innego, po prostu potrąciłem ją, rzucając się w tłum. Uciec od niej, uciec od tego tłumu, uciec jak najszybciej! I uciec od widma Victoire… z każdą chwilą stawało się coraz bardziej realne... To co się stało, było takie rzeczywiste! Ale przecież Vi była oddalona o tysiące mil, daleko stąd... To nie mogła być ona.
   I nagle poczułem dziwne pragnienie — aby ktoś uderzył mnie w twarz, bardzo mocno.
   Księżyc przyglądał mi się obojętnie, nic nie mówiąc.
 
 



 
No tak.
Jeżeli ten rozdział zrył Wam banię, to bądźcie pewne, że mi bardziej.
Wybaczcie! Tak jakoś w trakcie pisania umknęło mi to, że w sumie mogłabym ten rozdział podzielić... Ale w sumie i tak nie bardzo wiedziałabym jak.
Miałam wyjaśnić, czemu tak późno (jak zwykle).
Nie będę jakoś rozwlekle się na ten temat rozpisywać, a więc krótko:
Po pierwsze, miałam wernisaż swojej wystawy w szkole, a to wymagało ode mnie naprawdę wiele zaangażowania i niewiele miałam czasu na cokolwiek innego.
Po drugie: zgubiłam telefon. I nie byłaby to jakaś straszna tragedia, gdyby nie to, że miałam tam wszystkie notatki odnośnie tego bloga, łącznie z całym planem fabuły i wieloma już skończonymi scenami... których kopii oczywiście zapisanej nigdzie nie miałam, bo po co.
(O telefon się nie martwcie, był zepsuty i nie miał karty, więc był raczej bezwartościowy).
Myślałam, że się załamię... No, ale patrzmy na pozytywy, może od nowa napiszę to wszystko jeszcze lepiej...
Miejmy nadzieję.
Pozdrawiam serdecznie i życzę udanego weekendu!
 
Nox /*
 
~ Tita