Witaj w Hogwarcie

Sieć Fiuu

niedziela, 7 lipca 2019

2.17 Rady nie od parady

   Ted Remus Lupin



   Podobno każdy człowiek prędzej czy później musi przetrwać choć jeden wielki zgon w swoim życiu.

Podobno też największe życiowe błędy popełnia się właśnie w młodości, aby później już ich nigdy więcej pod żadnym pozorem nie powtarzać. Tak czy siak, kłopoty były nieuniknione — i niestety żadne czary nie były w stanie zmienić ogólnie znanej i bolesnej prawdy — a mianowicie takiej, że dojrzewanie to największe szambo, jakie istnieje.

Tak więc nowy rok rozpocząłem właśnie od zgonowania. I od żałowania za swoje grzechy.

A jak wielkie musiały one być, skoro przyniosły tak przykre konsekwencje! Kiedy jakimś cudem w końcu się ocknąłem — a nie mam pojęcia, ile mogło minąć godzin! — nie bez przebłysku pewnego zaskoczenia skonstatowałem, że mózg w mojej głowie jest jakiś inny niż zwykle, odrętwiały i okropnie ciężki, jakby w nocy przybyło mu chyba z tonę — a przecież zdecydowanie nigdy się tak nie zachowywał. Na domiar złego atakował go taki ból, jakby ktoś ustawicznie uderzał w niego młotkiem, na co moja głowa reagowała bolesnym gongiem mosiężnego, starego dzwonu. Kończyny miałem dziwnie słabe i sflaczałe, w ustach czułem okropny, gorzki posmak, a na dodatek dręczyło mnie nieodparte, dość niepokojące wrażenie, że z moją twarzą jest coś nie tak jak powinno. Czy w przeciągu minionej doby coś się stało z moim nosem? Tylko kiedy? Gdybym tylko zdołał to sobie przypomnieć…

Ale przede wszystkim sucho, jak strasznie sucho w gardle!

Nie otwierając oczu, zwiesiłem bezwładnie rękę z łóżka, jakbym oczekiwał, że dzbanek z wodą sam się w niej zmaterializuje — po chwili jednak znów znieruchomiałem, jakby ten żałosny ruch ramieniem stanowił dla mnie najwyższy możliwy wysiłek fizyczny. Gdzieś między przebłyskami białego bólu mignęła mi myśl o różdżce — ale to oznaczało, że musiałbym po nią sięgnąć aż do szafki nocnej, co w tym momencie graniczyło chyba z niemożliwością!

A więc tak czuje się robal… kiedy zostanie zmiażdżony przez czyjąś podeszwę i na ostatek przywiercony do ziemi.

Czas w dormitorium stał w miejscu — chyba było już jasno, ale powieki miałem zbyt ciężkie, aby to sprawdzić. Świadomość zdawała się powracać do mnie bardzo powoli, przez co na małą wieczność mój umysł pogrążył się w chorym półśnie, a tępy ból w czaszce zaczął generować w niej dziwaczne wizje… Gigi Bulstrode, nie wiedzieć czemu, chciała rozszarpać mnie swoimi tipsami, ale zanim zdążyła to zrobić, zamieniła się w Pocky, która patrzyła na mnie takim wzrokiem, jakbym był największym rozczarowaniem w jej życiu… Już chciałem jej powiedzieć, że to wszystko nie moja wina, kiedy i ona rozpłynęła się we mgle, by zmienić się w mojego ojca chrzestnego — „Twój tata byłby z ciebie dumny”… A potem pojawiła się cała rodzina, która zaczęła powtarzać po nim w kółko to samo, aż ich głosy zlały się w moich uszach w nieznośne brzęczenie — i tylko Andromeda stała nad grobem Narcyzy nic nie mówiąc… A może to wcale nie był grób Narcyzy? Zanim jednak zdążyłem odczytać imię…

Victoire! Siedziała na moim łóżku, a w ręku trzymała małą, mokrą szmatkę. Wyglądała dokładnie tak okropnie jak wtedy, kiedy wyszliśmy z Zakazanego Lasu — a jednak na jej widok odniosłem wrażenie, że w mojej głowie rozległy się chóry anielskie.

Ale po chwili zorientowałem się, że to wcale nie była Victoire, bo włosy miała brązowe.

O, Merlinie. Do tego już doszło, że fantazjuję o własnej ciotce!

— Całkiem nieźle się urządziłeś!

Mimo, że jeszcze przed chwilą nie byłem w stanie ruszyć nawet palcem, nagle poderwałem się z pościeli — i prawie natychmiast poczułem się tak, jakbym z całej siły rąbnął czołem o betonową ścianę.

— Co… t-ty tu jesteś…?! — Chyba zardzewiałe drzwi w samym sercu Starych Lochów nie zabrzmiałyby bardziej chrypliwie niż mój głos w tym momencie! Hermiona Granger-Weasley rzeczywiście siedziała na skraju mojego łóżka i po raz pierwszy od kilku godzin naprawdę nie była żadną halucynacją, ani fatamorganą. Tylko w takim razie, co ona robiła w Hogwarcie, na gacie Merlina?! Mój zbolały mózg z trudem wygrzebał w pamięci, że ostatni raz widziałem ją, kiedy teleportowała się z Nory… zanim wydarłem się na całą rodzinę i rozwaliłem wszystkim Święta. Niestety marne były jednak szanse, że do tej pory nie dowiedziała się, co wydarzyło się po jej wyjściu… w końcu to Hermiona, ona zawsze wszystko wiedziała.

Teraz spoglądała na mnie, lekko unosząc brwi. No cóż, może rzeczywiście… bardziej niż mnie dziwiła jej obecność tutaj, ją zapewne szokował mój opłakany stan.

— Tak, wyobraź sobie, że naprawdę tu jestem i to wbrew pozorom wcale nie po to, żeby prawić ci kazanie! — zastrzegła szybko, lecz rzecz jasna, ani na sekundę w to nie uwierzyłem. — Choć oczywiście mogłabym ci zwrócić uwagę, że zachowałeś się szalenie nieodpowiedzialnie i powinieneś nieco się nad tym zastanowić, zanim złamiesz kolejne pięćdziesiąt punktów regulaminu… nawet nie chcę wiedzieć, ile już ich złamałeś!

Poprzedniej nocy…? Zapewne więcej, niż w całym swoim życiu. Nie skomentowałem tego jednak, tylko padłem z powrotem na poduszki, czując, że głowa pęka mi jeszcze bardziej niż przed chwilą.

To chyba jakiś koszmar! Dlaczego akurat w tym momencie mojego życia, los zesłał mi Przewodniczącą Wizengamotu?!

Nie wyglądało jednak na to, by Hermiona szybko miała zniknąć z Wieży Gryffindoru —skądkolwiek się w niej nie pojawiła…! Wyraźnie czuła się tutaj jak druzgotek w wodzie.

— Mam tylko nadzieję, że nie zdążyłeś wiele narozrabiać — ciągnęła tym swoim wkurzająco-moralizatorskim tonem, zupełnie jakby nie widziała, że w tym momencie nie mam szczególnej ochoty nie wysłuchiwanie tego typu uwag. — Swoją drogą, musisz mieć naprawdę dobrych przyjaciół, widzę, że całkiem nieźle cię poskładali… Choć chyba muszę poprawić ci nieco ten nos. — Nawet nie zdążyłem zarejestrować, w którym momencie wyciągnęła różdżkę, kiedy wycelowała ją prosto w moją twarz. — Episkey! — Coś chrupnęło w moim nosie i krzyknąłem z bólu. — Od razu lepiej… Ale zajeżdża tu gorzej, niż w schowku z Kuchenną Sherry profesor Trelawney! — Kolejny zawijas różdżką i dormitorium zalała fala świeżego powietrza. Hermiona patrzyła teraz na mnie z wyraźnym wyrzutem — Mogłeś się pożegnać z odznaką prefekta…!

— Tylko że ja już nie chcę odznaki prefekta.

Zignorowała mnie. Nic dziwnego, skoro zabrzmiało to tak, jakbym znowu miał dwanaście lat i przechodził zaawansowane stadium mutacji.

Jak to możliwe, że czułem się teraz jeszcze podlej, niż przed swoją decyzją, by zalać wszystkie smutki…?

Ach, no tak. Na tym właśnie polega kac moralny.

— Harry wkrótce się z tobą skontaktuje — oznajmiła, jakby naprawdę łudziła się, że ta informacja poprawi mi humor! Tylko jęknąłem i zakryłem twarz poduszką.

— Nie chcę, żeby Harry się ze mną kontaktował!

— Oczywiście, jak tylko będziesz na to gotów — uzupełniła. — Wiem, że to trudne… ale musisz się z tym w końcu zmierzyć. Życie czasami niestety tego wymaga…

— Jasne, dzięki za tę światłą życiową mądrość, tylko co ty tu w ogóle robisz?

Złożyła ręce na podołku i wyprostowała kręgosłup, jakby przygotowywała się do wypowiedzi ustnej na Sumach.

— Jeśli już musisz wiedzieć, to za piętnaście minut mam spotkanie z profesor McGonagall — poinformowała mnie zdawkowo. — No i wygląda na to, że zostanę w Hogwarcie… eee… na jakiś czas.

Aż zrzuciłem z twarzy poduszkę. Było to wciąż jedyne na co mogłem się zdobyć — głowy nie podnosiłem, bo leżenie w bezruchu było najlepszą linią obrony przed nieustającymi falami bólu i mdłości.

— Że co…? — wymamrotałem, pocierając czoło i przy okazji czochrając sobie włosy, pod którymi czułem jak moja czaszka rozłupuje się niczym smocze jajo.

Nie odpowiedziała jednak od razu, tylko  ponownie wyciągnęła różdżkę, po czym wykonała perfekcyjną Leviosę z perfekcyjnym akcentowaniem, wymierzoną w dzbanek z wodą. Płynnie przelewitował nad moim łóżkiem i zawisł mi tuż nad głową.

— Może pozwól, że doprowadzę cię do minimalnego stanu używalności.

Cóż, nie zaszkodziłoby, chociaż od wody wolałbym raczej rozsławiony wśród uczniów eliksir na kaca. Nie powiedziałem tego jednak, tylko z ociężałością dziesięciu tysięcy słoni i trolli uniosłem się na łokciach i zacząłem chłeptać wodę wprost ze dzbanka, jakbym ostatni tydzień spędził na pustyni. O ożywczy napoju bogów, krynico życia! Przysięgam, że już nigdy, ale to absolutnie przenigdy nie tknę ani kropelki alkoholu!

Tymczasem Hermiona przyglądała mi się z dość pobłażliwą miną — zupełnie jakby słyszała te wszystkie uroczyste obietnice, które właśnie sobie czyniłem. Po chwili sięgnęła za pazuchę — i wyciągnęła mały, kryształowy flakonik, na widok którego błyskawicznie zapomniałem o wszystkich nieprzebranych wodnych źródłach całej planety.

— Cóż… miałam nadzieję, że nie wystąpi taka konieczność…

Nieomal wyrwałem jej flakonik z rąk i wlałem sobie do gardła jego zawartość.

I dopiero teraz prawdziwe błogosławieństwo spłynęło na moją duszę.

Natychmiast cudowna jasność i ulga rozlała się po całym moim ciele. Wciąż czułem się jeszcze trochę słaby — ale za to ból głowy zniknął całkowicie, nie miałem już mdłości i mogłem się normalnie ruszać. Przez chwilę trwałem z zamkniętymi oczyma, celebrując ten doniosły moment, jakby właśnie uchyliły się przede mną wrota do przedsionka niebios, a małe aniołki unosiły mnie do rajskiego ogrodu na skrawku tęczy…

A potem uniosłem powieki i z całą brutalnością przykrej rzeczywistości zdałem sobie sprawę z tego jaki w istocie jestem ohydny!

Wciąż miałem na sobie ubrania z wczoraj, które lepiły mi się do ciała nieprzyjemnie — i nawet nie zauważyłem, że przez cały ten czas spałem w butach! Już całkiem prosto usiadłem na posłaniu wśród skołtunionej i wilgotnej pościeli, po czym mój wzrok padł na lustro po drugiej stronie dormitorium — było to akurat zwierciadło przy łóżku Wooda, obklejone dookoła ruchomymi fotkami niezbyt skromnych panienek. Szkoda tylko, że na mój widok każda z nich schowała się za ramkę zdjęcia! I w sumie niezbyt się temu dziwiłem — twarz miałem bladą jak papier, oczy podkrążone i zacienione, a moje włosy przypominały teraz bardziej zgniłozielone glony, niż cokolwiek innego. Reasumując — prezentowałem się jak jakiś pieprzony topielec!

To był chyba najżałośniejszy widok w całym moim życiu!

— Dzięki… — powiedziałem głucho do Hermiony, oddając jej flakonik — wciąż jednak gapiłem się na swoje odbicie, które również wytrzeszczało na mnie oczy z całkiem zaszokowaną miną. Kim jest ta żałosna kreatura?! Bo to na pewno nie byłem ja! — Chyba właśnie… — powiedziałem tym samym bezbarwnym tonem —…przeżywam mały kryzys tożsamości…

Hermiona tylko pokręciła na to głową jak typowa ciotka.

— Niezbyt się temu dziwię! — stwierdziła dość przemądrzałym tonem. — Choć na twoim miejscu aż tak bym się tym nie martwiła… To dość typowe zjawisko dla twojego wieku! Tak samo zresztą jak skłonność do pławienia się w cierpieniu i niezdolność do samokontroli.

Mimowolnie oderwałem wzrok od swojego odbicia.

— Tak? — spojrzałem w jej kierunku ze złością. — A więc twoim zdaniem nic takiego się nie stało?!

Wcale nie wyglądała na zmieszaną. Poprawiła fałdy szaty na swoich kolanach — najwyraźniej naprawdę wpadła do mnie tylko przy okazji, bo wciąż miała na sobie podróżny płaszcz.

— Tego nie powiedziałam — odparła spokojnie, zupełnie jakby nie widziała mojego zdenerwowania. — Twierdzę tylko, że bez sensu popadasz w przekonanie, jakoby cały świat cię nie rozumiał…

— Ja nie popadam w żadne przekonanie, po prostu taka jest prawda!

Westchnęła, nie bez pewnego znużenia.

— Teddy, ja naprawdę nie jestem twoim wrogiem! Ani Harry nim nie jest, ani twoja rodzina…

— Ja nie mam rodziny — wypaliłem, zanim zdążyłem chociażby pomyśleć. Chyba to wyczuła, bo uniosła brwi tak wysoko, że zniknęły pod brązową szopą włosów.

— Gdybyś jej nie miał, to byś teraz nie cierpiał! — skontrowała i to całkiem celnie, bo na dźwięk tych słów spuściłem wzrok zmieszany, choć wciąż jeszcze pod skórą odczuwałem wrzący bunt. — I naprawdę, nie odtrącaj wszystkich ludzi wokół siebie wtedy, kiedy najbardziej ich potrzebujesz!

Milczałem, zaciskając zęby i nie patrząc na nią. Musiałem teraz wyglądać jak jakieś duże, obrażone dziecko.

— Przyznaję… popełniliśmy wobec ciebie masę błędów — podjęła łagodnie. — I wiem, że nie tak łatwo jest to wszystko teraz naprawić. Naprawdę cię rozczarowaliśmy… — zawiesiła głos i nagle zrobiła minę, jakby rzeczywiście było jej przykro. — Niestety ani ty, ani my już tego nie zmienimy, dlatego teraz chcemy dać ci trochę czasu, żebyś mógł ochłonąć po tym wszystkim i… ostatecznie nam wybaczyć. Nie chodzi w tym jednak o to, żebyś szukał zapomnienia w używkach! Nie możesz zachowywać się tak niedojrzale!

Wciąż nic nie mówiłem, mocno zagryzając wargę. I nagle coś całkiem nowego spadło na moje ramiona, jak lawina kamieni.

A mianowicie wielki, wielki, wielki wstyd.

Hermiona przyglądała mi się wciąż z zatroskaną miną.

— Teddy, jestem pewna, że już niedługo zobaczysz wszystko w całkiem innym świetle!

Mimowolnie prychnąłem pod nosem. Spojrzała na mnie nie bez lekkiego zaskoczenia.

— Chcesz powiedzieć — odezwałem się, już nie mogąc się dłużej powstrzymać — że kiedykolwiek zaakceptuję prawdę o swoim ojcu?

— To co usłyszałeś nie do końca jest prawdą.

Przez chwilę gapiłem się na nią z niedowierzaniem. Czyżby właśnie próbowała sprzedać mi kolejne kłamstwo…?!

— Wybacz... ale w tych okolicznościach jakoś niezbyt ci wierzę!

— Sądzisz, że twój ojciec był potworem — bardziej stwierdziła fakt niż zapytała, równocześnie patrząc na mnie z niezwykłą powagą. — Nie rozumiesz tylko, co to właściwie oznacza. Wiesz, że Wrzeszczącą Chatę wybudowano specjalnie dla niego? — Na moment zapomniałem o złości i spojrzałem na nią z autentycznym zdziwieniem. Czy ona naprawdę miała na myśli najbardziej nawiedzony dom w całej Wielkiej Brytanii?! — Musisz wiedzieć, że wtedy nie wynaleziono jeszcze Wywaru Tojadowego. Przyjęcie twojego ojca do Hogwartu stwarzało sytuację bez precedensu... sam Dumbledore specjalnie zaaranżował odosobnione miejsce do jego przemian tylko po to, żeby twój tata mógł normalnie uczęszczać do szkoły. Wierzba Bijąca również została posadzona z tego powodu... został pod nią umieszczony tunel, który prowadzi wprost do chaty.

Zawiesiła na moment głos, dając mi chwilę czasu na przetrawienie tych wszystkich całkiem nowych dla mnie informacji. W tym momencie sam przyłapałem się na tym, z jakim napięciem zacząłem nagle spijać każde nowe słowo z jej ust — omal nie wstrzymałem przy tym oddechu…!

Przez całe życie szukałem w swojej świadomości jakichkolwiek śladów po moim ojcu, które Andromeda skrywała przede mną skrzętnie... i nawet nie miałem pojęcia, że są one cały czas obecne w moim codziennym otoczeniu, i to w miejscach tak oczywistych, że nawet nie przyszłoby mi do głowy, by tam szukać. Wierzba Bijąca, mimo swej stosunkowo krótkiej bytności na szkolnych błoniach w skali istnienia całej szkoły, stanowiła jednak już całkiem znaczący i przy okazji dość krwawy wątek w historii Hogwartu — jak i w świadomości kilku pokoleń uczniów. Z kolei Wrzeszczącą Chatę znali chyba wszyscy. Ruiny starego domu, które o zmroku zdawały się ożywać, były chyba najbardziej unikanym przeze mnie miejscem w całym Hogsmeade — zawsze napawały mnie jakimś irracjonalnym niepokojem…

A teraz już wiedziałem dlaczego.

— Sam więc pomyśl — podjęła Hermiona, przerywając zawrotny szum oszalałych myśli w mojej głowie. — Tyle problemów wokół chłopca, który naprawdę był zdolny i jedyne czego kiedykolwiek chciał, to być normalnym. Tak, przemieniał się co miesiąc w potwora, ale to nie znaczy, że naprawdę nim był.

Przez moment mrugałem zawzięcie powiekami, jakby coś wpadło mi do oka.

— Ale moja mama...

— Tonks kochała Remusa! — zawołała Hermiona zapalczywie, nie dając mi dokończyć. — Bez względu na wszystko chciała z nim być...

—...i przez to umarła — dokończyłem pustym głosem.

Spojrzała na mnie z dziwnym błyskiem w oczach.

— Ja też straciłam rodziców.

Był to temat, którego nigdy nie poruszano w Norze — a przynajmniej nie przy młodocianych członkach rodu. Właściwie to wiele takich rzeczy w rodzinie Weasley'ów pozostawało przykrytych grubym kurzem wieloletniego przemilczenia, jakby czasy wojny nigdy się nie skończyły i wciąż ciążyło nad nami mroczne, magiczne tabu. Śmierć Freda, atak wilkołaka na Billa, zaginięcie rodziców Hermiony… prawda o moim tacie. Nie mówiąc już o tym, że najmłodsze dzieciaki nie miały nawet pojęcia o dokonaniach swoich dorosłych krewnych!

Oczy Hermiony wciąż podejrzanie błyszczały, kiedy zmarszczyła brwi, najwyraźniej bezskutecznie próbując odegnać nagłe poruszenie.

— Jak zapewne wiesz... kiedy wybuchła druga wojna, byłam zmuszona wymazać im pamięć ze względu na ich bezpieczeństwo. I zniknęli gdzieś na drugim końcu świata, nie pamiętając o tym kim byli… ani o tym, że kiedykolwiek mieli córkę. — Mówiła do swoich kolan, ręce zaciskała mocno na szacie. — Do dzisiaj ich nie odnalazłam. Mimo, że według niektórych, mam pod sobą ponad połowę ministerstwa…! — jakaś straszliwa gorycz wybrzmiała w tych słowach. Błyski zadrżały chybotliwie w jej źrenicach. — I może nie ma to dla ciebie większego znaczenia... ale dosłownie codziennie borykam się ze świadomością, że prawdopodobnie żyją gdzieś daleko i nie mają pojęcia o moim istnieniu… — głos jej się załamał i przez krótką chwilę również mrugała powiekami. — Za to twoi rodzice... Nie żyją, a jednak cały czas są przy tobie. Nigdy nie przestali cię kochać. Paradoksalnie są bardziej żywi, niż moi.

 W gardle miałem teraz tak wielka gulę, że aż bolało.

Nie przestali mnie kochać… no, może moja mama. Co do taty, to przecież nawet za życia mnie nie chciał!

Nie wypowiedziałem jednak na głos tej gorzkiej myśli — Hermiona właśnie ocierała oczy wierzchem rękawa i raczej nie wyglądała na osobę, która wytrzymałaby kontynuację tematu. Zresztą, co jeszcze mogłem jej powiedzieć? To, że kilka miesięcy temu sam zabiłem wilkołaka, takiego samego, w jakiego przemieniał się mój ojciec? Że do dziś nie mam pojęcia, czy miałem wtedy do czynienia z pozbawioną świadomości bestią, czy może z człowiekiem, najzwyklejszą ofiarą…?

I że mimo tego, iż nie odziedziczyłem likantropii po swoim ojcu, prawdopodobnie jestem większym potworem niż on był kiedykolwiek, nawet wtedy kiedy zostawiał moją matkę?

Nie, nie mogłem tego powiedzieć ani jej, ani nikomu… Nigdy.

Wstała z mojego łóżka i poprawiła swoją szatę, najwyraźniej szykując się do wyjścia. Obserwowałem w milczeniu, jak przechodzi przez dormitorium, przy okazji machając różdżką i usuwając ze swojej drogi poszczególne rzeczy chłopaków, które walały się po całej sypialni. W drzwiach odwróciła się jeszcze w moją stronę.

— Posłuchaj chociaż jednej mojej rady — powiedziała już nieco bardziej opanowanym tonem. — Nie odwracaj się przynajmniej od swoich przyjaciół. Naprawdę, z doświadczenia wiem, że lepiej jest zawierzyć przyjaciołom, niż płakać samotnie w łazience...!

Po czym wyszła, a ja zostałem, biedny i skołowany. I nagle straszna świadomość przygniotła mnie brutalnie mieszaniną wstydu, poczucia winy i nagłego strachu...

 Chyba już tysiąc razy bardziej wolałbym płakać samotnie w łazience, niż po tym wszystkim spojrzeć w twarz Warwicka, Pauline, Domie i Fiffie —  Victoire — a nawet Lariesona…!


*

Kolejne tygodnie spędziłem zatem na specjalnym ignorowaniu rady Hermiony — czyli na odwracaniu się od swoich przyjaciół.

  Pierwszego dnia lekcji postanowiłem wyjść na światło dzienne zachowując się w taki sposób, jakby zamiast mnie, wszystkie te rewelacyjne popisy na Sylwestrze popełnił mój zdemoralizowany brat-bliźniak — co właściwie nie było aż tak dalekie od prawdy, jeżeli postrzegać to w metaforycznym sensie. Moja strategia była dość prosta — przede wszystkim, musiałem prezentować się bez zarzutu, po drugie — jak najmniej rzucać się w oczy, szczególnie mając na uwadze te ciemnoniebieskie. Oddałem więc wszystkie swoje szaty hurtem do prania i krochmalenia, aby następnego dnia na śniadaniu wyglądać jak najbardziej wzorowo w wyprasowanej na kant koszuli i starannie zawiązanym krawacie — odznaki prefekta jednak nie założyłem, tylko schowałem ją głęboko do szuflady. Poza tym posprzątałem na błysk swój kawałek dormitorium, posegregowałem wszystkie Wybitne, Powyżej Oczekiwań i Zadowalające wypracowania (innych z tego roku nie miałem), powywalałem zbędne śmiecie, uregulowałem stare biblioteczne długi i zaciągnąłem z dziesięć nowych. W Wielkiej Sali i w klasie prawie się nie odzywałem, a kiedy wracałem z lekcji, natychmiast barykadowałem się za murem książek w Pokoju Wspólnym gryfonów, zatapiając się po uszy w zbawiennej nauce i jawnie ignorując obowiązki prefekta w postaci pilnowania, by biegające wszędzie bachory z pierwszej klasy się nie pozabijały — przez co tacy smarkacze jak Harper Higgins mogli cieszyć się pełną wolnością z tego względu, iż Jackson również miała ich życie gdzieś.

   Rzecz jasna Warwick stawał na głowie, żeby podnieść mnie jakoś na duchu. A robił to tym zapalczywiej, im bardziej dawałem mu do zrozumienia, że nie zależy mi szczególnie na innym towarzystwie, niż starych zakurzonych ksiąg i odrobiny świętego spokoju.

— Stary, weź wyluzuj! — trajkotał, próbując zrobić wyłom między Teorią transmutacji transsubstancjalnej a Podręcznikiem psychologii jednorożców, omal nie przewracając przy tym kałamarza na moje dłużące się nieco notatki z numerologii. — Mógłbyś już skończyć z tą pokutą, ludzie odwalali na tej imprezce o wiele gorsze rzeczy…

— Na przykład? — mruknąłem dość nieuważnie, bo właśnie pieprzyły mi się wszystkie obliczenia związane z wpływem Liczby Wewnętrznej na Ekspresję Zewnętrzną. Warwick z całkiem dużym wysiłkiem jak na zawodowego pałkarza odwalił na bok wielkie zakurzone tomiszcze Azjatyckich antidotów przeciwko truciznom.

— Na przykład Crister Welch! — wypalił, przysuwając się bliżej stolika. — W ciemności położył łapsko na tyłku jakiejś dziewczyny! Żebyś ty to widział… zamieniła mu ręce w macki!

— Ta…? To rzeczywiście pasjonujące… — stwierdziłem, ze znużeniem przekreślając na pergaminie całą kolumnę obliczeń. Po czym, wciąż nie podnosząc głowy, dodałem takim tonem, jakbym komentował pogodę: — Swoją drogą dziwię się, że mnie Bulstrode nie zamieniła w jakiegoś gluta…

— No właśnie! Wszystkie dziewczyny to jakieś wariatki. Nawet ja się ledwo wywinąłem…!

Na moment przerwałem wściekłe wypisywanie dziesiątek tysięcy cyfr.

— Że co? — zapytałem, autentycznie zaintrygowany.

Jego piegowate oblicze przyoblekło się w niezwykle twarzowy odcień świńskiego różu.

— Ech… bo widzisz. Eeee… bo ja tak właściwie to wyrwałem Ciarę… w pewnym momencie.

— Że co? — powtórzyłem z coraz większym niedowierzaniem. Ciara była to jedna z bliźniaczek z naszego roku. I chyba zaczynałem już domyślać się finału tej historii. — No bez jaj! — zaśmiałem się. — Wybacz, ale chyba nawet ty nie jesteś aż takim palantem, żeby...

Teraz Warwick był już purpurowy na twarzy.

— Było ciemno! — zawołał z mieszaniną złości i żałości. — One są do cholery identyczne

— Jasne — uniosłem ironicznie brwi. — Crister pewnie też powiedział tamtej lasce, że było ciemno…

— Weź daj spokój! — Warwick najwyraźniej całkiem pogrążył się w wizji samego siebie z wielkimi mackami zamiast rąk, bo na moment zamarł z dość przerażoną miną. — Ale przysięgam! Polazłem tylko po jakieś picie… Nie mam pojęcia, zamieniły się miejscami, czy co?!

— Nie zauważyłeś, że były inaczej ubrane?

Uderzył się w czoło z tak głośnym plaśnięciem, że aż obejrzało się na nas kilka osób.

— No tak! Ale ze mnie kretyn… tylko kto zwraca uwagę na takie pierdoły?!

Cóż, z pewnością ani Ciara, ani jej siostra Coral nie byłyby zadowolone, gdyby po dwugodzinnych przygotowaniach do tego Sylwestra, usłyszały coś takiego.

A Ginger jak to Ginger — wprawdzie nie pokusiła się na to, by zamienić mnie w pierwotniaka, lecz to nie oznaczało, że zamierzała się do mnie odzywać. Byłem więc zmuszony mijać ją na korytarzach i znosić jej obecność w klasie — najgorzej było na eliksirach, bo siedziała tuż przede mną, więc przez całe dwie godziny w obślizgłym lochu mogłem jedynie starać się ignorować jej złote kręcone włosy i to, że cała jej postać zdaje się aż wydzielać w moim kierunku przeszywające promienie nienawiści.

Jednak poza tymi krytycznymi momentami, nie miałem zbytnio na co narzekać w tej sytuacji. Oczywiście poza tym, że cała klasa doskonale wiedziała o całym incydencie.

— Lupin!

Odwróciłem się z torbą przewieszoną przez ramię — właśnie szedłem w stronę klasy od obrony przed czarną magią i niezbyt spodobał mi się fakt, że akurat w tym momencie mojego żywota Wood postanowił zaczepić mnie na korytarzu pełnym spieszących na lekcje uczniaków.

—  No brawo! Moje gratulacje! — Rąbnął mnie w plecy, tak że o mało co nie upuściłem podręcznika. — Właśnie usłyszałem, że poleciałeś w ślinę z Bulstrode...!

Mimo woli spojrzałem na niego jak na totalnego świra. Wood szczerzył się od ucha do ucha — ciekawe tylko od kiedy traktuje mnie jak takiego zarąbistego kumpla!

— I co z tego? — wypaliłem marszcząc brwi, zanim zdążyłem choćby pomyśleć, by ignorować tego typu komentarze, a już zwłaszcza ze strony palanta pokroju Spella Wooda. — Co cię to w ogóle obchodzi?

— Nic właściwie! — przyznał beztrosko Wood, najwyraźniej tryskając wyśmienitym humorkiem. — Poza tym, że chyba nie jesteś aż takim frajerem, na jakiego wyglądasz! — Cóż, nie powiem by zbytnio mnie połechtał ten jakże wyrafinowany komplement. Wood zrobił minę specjalisty od polowań na kołkogonki — Bulstrode jest mega trudna do zdobycia… a przynajmniej o wiele trudniejsza od twojej słodkiej przyjaciółeczki Victoire.

Tylko zmierzyłem go chłodnym spojrzeniem. 

— Skoro Victoire jest taka łatwa, to ciekawe dlaczego jeszcze jej tutaj nie widzę.

Nie wyglądało jednak na to, by ta jakże celna uwaga zbiła go z tropu.

— O to już się nie martw, to tylko przejściowy etap bardziej długofalowego planu.

— Długofalowego planu? — powtórzyłem z najbardziej szyderczym uśmiechem jaki byłem w stanie sprezentować. — Wybacz, że ci to powiem Wood, ale to wygląda tak, jakbyś całkiem wychodził z wprawy!

    Po czym, nie czekając już na jego reakcję, odwróciłem się na pięcie i pierwszy wszedłem do klasy. Długofalowy plan... Też coś. Zazdroszczę optymizmu!

Nie był to jednak koniec dziwnych dialogów.

   W drugi poniedziałek po Nowym Roku, podczas przerwy obiadowej zawezwał mnie na audiencję do stołu Slytherinu Jego Ekscelencja Prefekt Naczelny, niejaki Credence Paddington, który jak najdobitniej postanowił wyrazić mi swoje oburzenie faktem, iż od czasu Świąt nie otrzymał ode mnie ani skrawka nawet najnędzniejszego raportu. Na całe dziesięć minut zmusił mnie do sterczenia jak kołek przy swoim miejscu i wysłuchiwania kazania, co też uczyniłem nie bez pewnej dozy niedowierzania i podskórnej irytacji. Koleś ani słowem nie nawiązał do sylwestrowej imprezy — a jednak czynił mi takie wyrzuty, jakby moją największą zbrodnią w karierze było niedostarczenie mu na czas sprawozdania ile pierwszorocznych nosów wytarłem, ile szlabanów wlepiłem za obściskiwanie się w miejscach publicznych i ile punktów odjąłem za używanie niegroźnych zaklęć na korytarzach. Najgrzeczniejszym tonem na jaki było mnie stać wyjaśniłem swemu jaśnie oświeconemu przełożonemu, że najzwyczajniej w świecie nie wymierzałem żadnych kar, ani nie odnotowałem ani jednej negatywnej uwagi względem sytuacji w moim domu — i że to nie moja wina, iż wszyscy w Gryffindorze zachowują się bez zarzutu. 

— Mógłbyś przynajmniej udawać, że coś robisz! — ziewnęła Kaitlyn, kiedy po tym incydencie powróciłem do stołu gryfonów. Jeszcze nigdy odznaka prefekta nie wyglądała tak drażniąco w jej miedzianych włosach - usiadłem na swoim miejscu bez słowa, starając się za wszelką cenę na nią nie patrzeć. — Podobno mamy jakąś górę statystyk do wypełnienia, która zalega od miesiąca...

— Ciekawe, że od miesiąca to cię w ogóle interesuje — zauważyłem dość kąśliwym tonem.
  
— A co? — obruszyła się. — Jakoś wcześniej nie kazali nam wypełniać żadnych durnych karteluch...

Tylko spojrzałem na nią, unosząc brwi najwyżej jak potrafiłem.

— Jackson... jakby ci to powiedzieć! Od września wypełniamy te karteluchy.

— Serio? — zmarszczyła czoło, jakby naprawdę po raz pierwszy o tym usłyszała. — To czemu od miesiąca już tego nie robimy...?

Nie odpowiedziałem, tylko bezceremonialnie dziabnąłem pieczonego ziemniaka na swoim talerzu. Kaitlyn wstała i podparła się obiema rękami o stół, nachylając się w moją stronę tak, że jej krawat zachybotał niebezpiecznie nad półmiskiem pieczeni z gotowaną marchewką.

— Lupin! Masz wrócić do świata żywych! — odezwała się natarczywie, świdrując mnie spojrzeniem. — A jak nie chce ci się nic robić, to noś chociaż tę cholerną odznakę...

— Tylko po co? — na chwilę przerwałem przypuszczanie szturmu na swój obiad, podnosząc głowę znad talerza jakbym zapomniał, że miałem się już przecież nie odzywać. — Nie jestem już prefektem.

Na jej twarzy odmalował się ten rodzaj niedowierzania, który ostatnio najczęściej mogłem podziwiać chyba tylko na absurdalnych lekcjach z Luną Lovegood.

— Szanuję twoje rozterki moralne — wycedziła przez zęby. — Ale zdajesz sobie sprawę, komu przypadnie twoja odznaka, kiedy zrezygnujesz? — zniżyła głos i pochyliła się jeszcze bardziej, tak że koniec jej krawata zniknął w półmisku. — Naprawdę chcesz obdarzyć Wooda pełnią władzy?!

Nie musiała mi tego dwa razy powtarzać. Następnego dnia definitywnie odrzuciłem wszelkie wyrzuty sumienia i pojawiłem się w Wielkiej Sali, dosłownie oślepiając wszystkich odznaką prefekta wypolerowaną na wysoki połysk —  po czym rzuciłem Credence'owi cały plik raportów wprost do jajecznicy.

   Jednak ostateczne rozliczenie się z przeszłością nastąpiło w ciemny i dość ponury czwartkowy poranek, w którym to wydarzyły się dwie dość zadziwiające rzeczy — to jest śnieg przestał padać po raz pierwszy w tym roku — a mnie na śniadaniu zaczepiła osoba, którą najmniej bym o to podejrzewał — a mianowicie Brenda Pussycat, która aż osobiście pofatygowała się do stołu Gryffindoru, byleby tylko mnie dorwać (pomijając ten drobny szczegół, że wcześniej zaczepiła o Sandrę Kench i Petera Caldwella). Brenda zazwyczaj raczej unikała bezpośrednich konfrontacji z moją personą z tego względu, iż jako prefekt ani ogólnie człowiek, nie darzyłem jej gazetki przesadnym entuzjazmem — moje zaskoczenie było więc tym większe, kiedy w jej ramionach ujrzałem cały plik egzemplarzy znienawidzonego pisemka, czego chyba po raz pierwszy w życiu Brenda nie starała się przede mną ukryć w obawie przed konfiskatą.

 — Siemka!!! —  wręcz zamachała mi Accio Plotą przed nosem i chyba tylko cudem w ostatniej chwili uchyliłem się od oberwania błyszczącą gazetą prosto w twarz. — To ja, Brenda Pussycat, w razie jakbyś nie pamiętał! Chociaż chyba mnie kojarzysz, w końcu ja i Victoire jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami i to od lat dziecięcych!

Cóż, nie powiem, bym cokolwiek takiego sobie przypominał.

— Taaaa… — odezwałem się, czochrając sobie włosy, które tego ranka miały jakiś dziwnie fioletowawy kolor. — Coś tam kojarzę…

— No właśnie! — przekrzyczała mnie Brenda, po czym zaczerpnęła głęboko tchu, jakby zamierzała zanurkować. — Bo widzisz, ja mam taką delikatną sprawę, że tak to nazwę, wagi super-top-top-secret-osobistej łamane przez mega-ważne i dotyczące ciebie!!! — dźgnęła mnie w ramię swoim jadowicie różowym piórem, równocześnie szczerząc zęby i mrużąc do mnie oczko, co raczej nie wzbudziło we mnie zbyt dobrych przeczuć. — Bo widzisz — przycisnęła do siebie papiery, które wyślizgiwały jej się z ramion. — Otóż ja i Sandra… powinieneś ją kojarzyć, bo ona też jest w Gryffindorze i baaaardzo blisko przyjaźni się z Peterem Caldwellem, jeśli wiesz co mam na myśli, no dobra, nie będę ukrywać, oni kręcą ze sobą… W każdym razie skończyłyśmy wczoraj najważniejszy, najdonioślejszy i najbardziej angażujący projekt całego naszego życia!!! I w ogóle to sobie nie myśl, że jestem jakaś nieskromna czy coś, ale po prostu noworoczne wydanie specjalne Accio Ploty to… to… to jest, ja serio nie mam pojęcia jak to inaczej nazwać, ale to jest po prostu jakieś… arcydzieło!!!

— Ach… serio? — Aż cofnąłem się o krok ze zgrozą, podczas gdy Brenda wpatrywała się we mnie z wypiekami na twarzy, jakby właśnie oferowała mi świeże bajgle własnej roboty. I chyba zdałem sobie z czegoś sprawę… a mianowicie z tego, czym w istocie te bajgle były.

Moje dowody zbrodni!

Przez chwilę gapiłem się na Accio Ploty, jakby sam połysk ich szalonych okładek w zasięgu mojego wzroku był w stanie mnie spetryfikować.

— No już nie bądź taki zdziwiony! — Brenda przybrała poufały ton, tym samym spełniając wszystkie moje najgorsze wyobrażenia. — Zarąbistość tego numeru to głównie twoja zasługa! A raczej BYŁABY, gdyby tylko nie jeden taki drobniuśki, maluśki tyci-szczególik…

— Jaki? — zapytałem dość nieuważnie, bo właśnie wyobrażałem sobie, jak Brenda każe mi składać autografy na zdjęciach przedstawiających mnie samego, leżącego w kałuży krwi, potu i wymiocin. Zaczęła wwiercać się piętą w podłogę — i przez chwilę wyglądała trochę jak skrzat domowy, który waha się przed wypowiedzeniem straszliwych słów o swoich pracodawcach.

— No bo… widzisz! — wyszczerzyła się nerwowo, jakby instynktownie przytulając Accio Ploty jeszcze bliżej serca. — V-Vicky… ona powiedziała, że koniec z naszą przyjaźnią, jeżeli je opublikuję!

Zmarszczyłem brwi, dość poruszony tą informacją.

Victoire tak powiedziała…? Czyli ona… WIEDZIAŁA?

— No i teraz nie mam zielonego pojęcia, co robić! — podjęła Brenda żałośnie. — Bo wiesz, przyjaźń Vi to… to przyjaźń Vi!!! Najcenniejsza i najdrogocenniejsza rzecz dla mojej duszy! — Na moment wbiła wzrok w niebiosa. — Ale z drugiej strony, ten materiał o tobie jest zbyt boski, żeby tak po prostu go zmarnować, przynajmniej ja nie mam do tego serca, wyrzucać coś takiego w błoto to po prostu grzech śmiertelny… Więc pomyślałam, że dam to po prostu tobie! — Zamaszyście wyciągnęła cały plik luźnych karteluch w moją stronę, o mało co znów nie chlastając mnie nimi po nosie. — Możesz być pewien, że niczego z tego co tu skompletowałam, nie znajdziesz w Accio Plocie… choć nawet nie wiesz, jakie to poświęcenie z mojej strony!!!

— Dzięki… — powiedziałem powoli, odbierając od niej karteluchy. Spojrzała za nimi co najmniej tak, jakbym właśnie na jej oczach zabierał jej dzieci.

— Taaak… możesz je sobie zostawić na pamiątkę, jak chcesz! — zawołała z nagłym i dość rozpaczliwym entuzjazmem.  Zresztą, ty pewnie nawet nic nie pamiętasz z tego Sylwestra, a teraz przynajmniej dzięki mnie masz niewyczerpane źródło informacji…

— Jasne — odrzekłem, uśmiechając się krótko. — Dzięki, Brenda… to naprawdę w porządku z twojej strony.

Wciąż wpatrywała się we mnie wielkimi oczami, najwyraźniej dumna jak i przerażona tym, co właśnie zrobiła. Nawet nie spojrzałem na żadną z kartek. Po prostu podszedłem do najbliższego kominka — i zanim Brenda zdążyła choćby rzucić się w płomienie — cisnąłem wszystko do ognia. Potem wróciłem do niej — i nawet poklepałem ją pocieszająco po ramieniu!

— Jak chcesz… mogę przyznać piętnaście punktów dla Ravenclawu za twoją… eee… obywatelską postawę…!

Ale Brenda chyba nawet mnie nie usłyszała. Przez chwilę stała tylko, gapiąc się na kominek i poruszając bezgłośnie ustami, jak plumpka z zaplątanymi nóżkami unoszona wraz z prądem nurtu, a po chwili wróciła do stołu Ravenclawu, gdzie przesiedziała resztę śniadania z taką miną, jakby po tym jednym poranku potrzebowała długotrwałej terapii. I jakkolwiek nie byłem jej wdzięczny za ten jakże szlachetny gest nie obrzucania mnie błotem — raczej trudno było mi jej z tego powodu współczuć. Jedno wiedziałem na pewno — wiszę Victoire naprawdę dużą tabliczkę czekolady za to, że wyperswadowała Brendzie umieszczenie mnie w wydaniu specjalnym Accio Ploty, którego specjalność sam miałem stanowić… Zaraz jednak przypomniałem sobie, że przecież ja i Victoire ze sobą nie rozmawiamy.

I raczej nie miało się to zmienić w najbliższej przyszłości, skoro właśnie się dowiedziałem, że ona wiedziała…! Nawet nie chciałem sobie wyobrażać, co musiała sobie o mnie teraz myśleć. A zresztą, niech sobie myśli co chce, wcale nie musi mnie to obchodzić…

Ale wbrew temu, co chciałem sobie wmówić, obchodziło mnie to — i to bardziej, niżbym chciał.

Co z tego, skoro codziennie była zbyt daleko, żebym mógł odczytać jej myśli…

Zresztą, z nikim z Wtajemniczonych We Wszystko nie zamieniłem słowa w przeciągu tych dwóch tygodni.

Na Dominique raz wpadłem w Sali Wejściowej, kiedy pędziła rano ku dębowym wrotom wraz ze swoją miotłą — nawet nie powiedziała mi „cześć”, tylko rzuciła mi szybkie spojrzenie i pobiegła dalej. Zresztą, na śniadaniach nigdy jej nie widywałem właśnie z tego względu, iż co rano urządzała sobie samobójcze treningi quidditcha, jakby odmrażanie sobie tyłka na kiju od szczotki było dla niej szczytem frajdy. Fiffie również jakoś nie kwapiła się, by do mnie zagadać, choć raz całkiem niedaleko minęliśmy się na schodach, a jeśli mowa o Lariesonie, to bywał rzadkim gościem w Wielkiej Sali — poza nią natknąłem się na niego może z kilka razy, ale o dziwo, zawsze był w towarzystwie, którego celebracji wolałbym mu raczej nie zakłócać.

Najczęściej widywałem więc Pauline, która widocznie wciąż była na mnie obrażona za to, jak beznadziejnie ją potraktowałem w Sylwestra — i Victoire, na której obserwowaniu wkrótce zaczęła mi schodzić większość czasu spędzanego w Wielkiej Sali. Podczas gdy Warwick beztrosko paplał mi nad uchem, podczas gdy Kaitlyn ziewała i zrzędziła, podczas gdy Wood opowiadał głośno o swoich najsłynniejszych wielkich obronach — ja patrzyłem na nią, jak wchodzi do Wielkiej Sali, jak czeka na sowią pocztę, odbiera Proroka Codziennego, kryje się za nim na parę minut, a potem znów wyłania się zza gazety — jak zwykle poważna i śliczna. Czasami przyłapywałem się nawet na tym, że uśmiecham się głupio pod nosem. Vi zawsze tak mało jadła! — zwłaszcza rano — i jej suche, żałosne grzanki czyniły ze śniadaniem Pocky tak rozczulający kontrast! Jakoś nigdy tego w niej nie rozumiałem. Będę musiał wreszcie porządnie ją nakarmić, kiedy pójdziemy następnym razem do Hogsmeade… mogę wykupić nawet pół Miodowego Królestwa w tym szczytnym celu, jeśli będę musiał.

I tak mijał dzień po dniu — każdy bardziej milczący od poprzedniego. Co rano Victoire chowała się za gazetą, podczas gdy Pocky zasypiała nad swoimi goframi z dżemem wiśniowym — za to na obiedzie gadały już jak najęte. O czym mogły tak rozprawiać? O tym, że o dziwo Boorack wcale nie wygląda, jakby przytył w te Święta? A może o tym, że od Nowego Roku nie odbyła się żadna lekcja transmutacji — podobno McGonagall zaniemogła i do tej pory nie znaleziono żadnego zastępstwa... A może o tym, jak często można zobaczyć Lunę i Neville'a spiskujących za Żonglerem

Dzisiejszego ranka w uszach Vi dyndały nieodłączne kolczyki-muszelki, zresztą tak samo jak i każdego poprzedniego. Jak zwykle, kiedy miała do pokonania dystans między drzwiami a swoim miejscem przy stole Ravenclawu, udawała, że absolutnie nie widzi nikogo w swoim otoczeniu, nie musiałem się więc nawet zbytnio ukrywać z tym, że na nią patrzę…

I nagle z całą mocą zdałem sobie sprawę z tego, jaka Victoire Weasley w istocie jest atrakcyjna. Jak to możliwe, że dopiero teraz naprawdę to dostrzegłem? Oczywiście zawsze wiedziałem, że jest ładna, ale jakoś nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się tego zdefiniować... Jej figura rzeczywiście była idealna. Zresztą, już nie po raz pierwszy zwracałem uwagę na jej smukłe nogi, ale za to dopiero teraz odkryłem, jak bardzo przyjemny jest dla oka sam ruch jej bioder i towarzyszące mu lekkie falowanie spódniczki, gdy przechodziła... Jej zgrabna talia aż prosiła się, żeby umieścić w niej ręce... zresztą, podobne magnetyczne właściwości wykazywały także dwie urocze krągłości zarysowane pod jej koszulą...

   Nie zdążyłem jednak zagłębić się dalej w świat wyobraźni, gdyż w jednej chwili ktoś szturchnął mnie mocno, tak że o mało co nie wylałem na siebie soku z dyni. Zamrugałem szybko, po czym nagle w polu mojego widzenia jak przez morze mgły dostrzegłem Warwicka, z piegowatym obliczem okraszonym dość ironicznym wyrazem. Od kiedy on tu w ogóle siedział? I jak długo trzymałem puchar w ręku, nie podnosząc go do ust...?

 — Gapisz się na nią! — stwierdził oskarżycielskim tonem, jakbym sam jeszcze nie zorientował się w sytuacji. — Postanowiłeś dołączyć do tych wszystkich frajerów?!

   Jak na komendę rozejrzałem się wokół — rzeczywiście, już w promieniu kilku metrów od nas można było dostrzec co najmniej z tuzin kolesi, którzy maślany wzrok mieli utkwiony w Victoire.

— Nie gapię się... — zaprzeczyłem bezmyślnie oczywistym faktom, na co Warwick tylko uniósł brwi.

— Doprawdy? A wiesz, jak wyglądasz? O tak. — Wytrzeszczył oczy, wywalił jęzor i zaczął ślinić się, jakby przestał panować nad swoimi śliniankami. Zaraz przestał, kiedy z pięści walnąłem go w żebra, na co skrzywił się z bólu. — A twój zakuty łeb wcale nie jest czerwony...!

   Szybko spojrzałem w dół na swój pusty talerz, który odbijał jaskrawą czerwień. Zakląłem cicho pod nosem i prędko zmieniłem włosy na pierwszy lepszy obojętny kolor.

— Zabujałeś się! — zawołał triumfalnie Warwick, jakby chciał się podzielić tym odkryciem z całą Wielką Salą. — W końcu zajarzyłeś, co masz tuż pod nosem! A już myślałem, że ta twoja spostrzegawczość to tylko piękna plotka...!

— A mógłbyś się tak z łaski swojej przymknąć? — wycedziłem lodowatym tonem, na co on rozpromienił się jeszcze bardziej.

— Prefekcik w końcu znalazł sobie dziewczynę... A już bałem się mieszkać z tobą w jednym dormitorium!

   Ale ja zignorowałem te słowa, wiedząc, że tylko winny się tłumaczy.

   Resztę śniadania spędziłem na opróżnianiu wszystkich półmisków w zasięgu moich rąk, głównie w celu udowodnienia Warwickowi, że wcale się nie zabujałem. Bo przecież człowiek zabujany nie ma apetytu... a skoro ja jadłem normalnie, to chyba powinien zaczaić aluzję.

   Lecz, jak to z Warwickiem bywa, używając eufemizmu, moje starania gówno dały. Kiedy tylko wyszliśmy z Wielkiej Sali, odciągnął mnie na bok, z dala od przepływającego przez wrota strumienia uczniów, po czym szepnął konspiracyjnie:

— Zaraz pewnie wyjdzie.

Wyrwałem rękaw z jego uścisku.

— Że co?! — zdenerwowałem się. — Powaliło cię czy co?!

— Chyba ciebie powaliło… romantyczne uczucie! — zrobił rozanieloną minę mrugając przy tym powiekami, co miało chyba wyobrażać dziewczęcy trzepot rzęs, choć rozszyfrowanie tego wymagało od widza nie lada domyślności. Mimo wszystko zebrało mi się na lekkie mdłości. — No co? — obruszył się. — Nie gadaliście ze sobą chyba odkąd wróciła! Najwyższy czas, żeby zrobić ten pierwszy krok… chyba że mam zrobić to za ciebie!

Aż się roześmiałem.

— Serio? I ty uważasz, że ci się to uda?

— Skoro ty jesteś taką pizdą…

— Co, czatujecie na Victoire?

Ja i Warwick odwróciliśmy się błyskawicznie — ale któż inny mógłby to powiedzieć, jeżeli nie Larieson, który opierał się o ścianę i spoglądał na nas z typowo krukońską miną — czyli tak, jakby patrzył na totalnych debili?

— A ty tu czego? — warknął Warwick raczej niezbyt przyjaznym tonem. — Niby skąd wiesz, że na nią czatujemy?

— On gapił się na Victoire, ty zachowywałeś się jak kretyn, a teraz obaj sterczycie tu jak jakieś napalone rogogony. Czysta obserwacja.

— To może czyść tę swoją obserwację gdzieś indziej — zdenerwował się Warwick ale Larieson profesjonalnie go zignorował. Odbił się od ściany i zbliżył się w naszą stronę.

— Lupin, ty chyba dysponujesz jakimś tam pokładem inteligencji — Nagle zrobił śmiertelnie poważną minę. — Cokolwiek ten debil ci nagadał, pod żadnym pozorem tego nie rób.

— Jeszcze nawet nic mu nie powiedziałem! — oburzył się Warwick.

— I bardzo dobrze! — skwitował Larieson. — Lepiej się zamknij, bo już to jest bardziej wartościowe niż twoje wypowiedzi!

Warwick aż otworzył usta, ale prawie natychmiast je zamknął.

— Jak dla mnie obaj możecie się zamknąć, bo nawet nie wiem o co wam chodzi! — odezwałem się najchłodniejszym tonem, na jaki było mnie stać.

Raczej nie spodziewałem się tego, jak zgodnie uniosą brwi w tym momencie.

— No wiesz… chyba nawet trytony na dnie jeziora to widzą — parsknął Larieson.

— Niby co?

— To, że bujasz się w Vickes! — Oczy Warwicka zaświeciły się jak żaróweczki. —  Więc lepiej do niej podbijaj, póki masz czas… Wiem! Może zamień się w Wooda, wtedy na pewno na ciebie poleci…

Zaraz zwinął się, kiedy po raz drugi oberwał ode mnie w żebro.

— Dobra, stary! Tylko żartowałem! Chociaż mógłbyś to rozważyć… Bądź co bądź, w końcu to wila.

— Victoire to porządna dziewczyna — stwierdził Larieson.

— Taa, zwłaszcza tu i tu. — Pickering krągłymi ruchami zaznaczył w powietrzu miejsca, gdzie Victoire jego zdaniem jest szczególnie porządna, za co oberwał ode mnie po raz trzeci. — Uch, aż wylewają się z ciebie hormony... to stąd ta agresja!

Nie zdążyłem mu jednak odpowiedzieć, ponieważ w tym momencie Vi wyszła z Wielkiej Sali — rzecz jasna w towarzystwie Pocky. Przez chwilę ja, Pickering i Larieson  zgodnie odprowadzaliśmy je wzrokiem, dopóki wreszcie nie weszły na schody.

— Teraz, albo nigdy! — powiedział Warwick, w jego mniemaniu konspiracyjnym tonem. — No dawaj, jesteś gryfon czy nie! Wysil nieco elokwencję i leć wyznać jej swoją mi…

Urwał, kiedy tylko na niego spojrzałem.

— Lepiej tego nie rób — poradził z przekąsem Larieson, jakbym niczego innego nie planował. — Tylko niepotrzebnie ją spłoszysz, a przecież chyba nie o to ci chodzi...

— Jasne! — prychnął Warwick, jakby nie usłyszał dzisiaj niczego śmieszniejszego. — Kiedy szukałeś info o dziewczynach w bibliotece, chyba pomyliły ci się działy, krukoniku. — Odwrócił się z powrotem w moją stronę. — Olej frajera, on nie ma żadnego pojęcia o laskach…

— Na pewno ma większe niż ty — odezwałem się, bo nagle coś przyszło mi do głowy. — To jak tam ta twoja kruczowłosa puchoneczka? Ta, z którą przeprowadzasz eksplorację wszystkich zakamarków tego zamku?

Nawet nie drgnęła mu powieka.

— Czy mi się zdaje, czy to nie twój zasrany interes? — odparł z lodowatą uprzejmością.

— On ma jakąś puchoneczkę?! — oburzył się Warwick.

Larieson tylko zmarszczył brwi, wciskając ręce do kieszeni.

— W każdym razie jeżeli chodzi o Victoire, to dobrze ci radzę po starej znajomości, lepiej sobie odpuść.

— No nie! Poddasz się, bo jakiś żałosny krukon wydał ci taki przepis na życie? — Warwick oburzył się jeszcze bardziej. — Stary, ty jako jedyny możesz trzymać Vickes za rączkę i nie być posądzonym o molestowanie! Uderzaj do niej, póki Wood czy jakiś inny palant tego nie zrobi... masz u niej największe szanse w całej szkole do cholery!

— Albo paradoksalnie nie masz ich wcale — Larieson wychynął zza świetlanej sylwetki Warwicka niczym zły duch. — Bycie przyjacielem dziewczyny, która ci się podoba to najgorsze, co mogło cię spotkać, bo to znaczy, że ona w ogóle nie myśli o tobie w tych kategoriach.

— Nie słuchaj go! — Warwick wypchnął się przed Lariesona. — Znalazł się pieprzony znawca. Ja mam wykute Dwanaście Niezawodnych Sposobów Oczarowania Czarownic na pamięć! Laski kochają takie zaskoczenia. A jak Vickes będzie mieć jakieś niepożądane obiekcje, to chyba masz na tyle wyobraźni żeby wiedzieć, jak ją uciszyć!

— Co, mam rzucić na nią Silencio? — nie zrozumiałem, na co Warwick przejechał ręką po twarzy.

— No nie... Lupin, ty cholerna sieroto! Czy naprawdę trzeba ci tłumaczyć, że masz przelizać się z laską?!

— Co?! — wrzasnąłem.

— Babcia cię nie uświadomiła, czy co?! Rach ciach, zatykasz jej twarz i jest twoja, za pomocą języka, ale bez tego całego pitolenia! Co masz do stracenia?

— Co najwyżej zaryzykujesz regularność szczęki — parsknął Larieson.

— I co z tego? Jesteś metamorfomagiem, w sekundę możesz poprawić sobie szczękę, nos i jakikolwiek organ, w który Vickes ewentualnie cię rąbnie...

— Lepiej nic nie rób, bo zniszczysz to, co już masz.

— Albo znacznie to poprawisz...!

— ZAMKNIJCIE SIĘ!

Równocześnie zamilkli, jakbym rzeczywiście rzucił na nich Zaklęcie Uciszające. Nawet nie zauważyłem, kiedy zacisnąłem ręce w pięści — nie mówiąc już o tym, że wydarłem się chyba na całą Salę Wejściową, co spowodowało, że obejrzało się na nas blisko tuzin osób.

— Ja... ja nie... — wydukałem, czując, że popadam w niemały popłoch. Jakim cudem nagle straciłem zdolność do skonstruowania pojedynczego zdania?! — Ja wcale... nie bujam się w Vi! — wybuchłem w końcu, cedząc słowa przez zęby. — I nie będę... nie zamierzam... Zresztą, nawet jej już tutaj nie ma! — Wskazałem na schody, które już dawno zapełnili nowi uczniowie opuszczający Wielką Salę. — Nie będę specjalnie do niej łaził... nawet nie chcę z nią gadać!!!

Było to rzecz jasna ewidentne kłamstwo, bo o niczym innym nie marzyłem chyba od tygodnia — trudno jednak było stwierdzić, czy Warwick i Larieson zdołali je rozszyfrować.

— Cóż... obawiam się, że i tak będziesz musiał się z nią spotkać — rzekł ten drugi z dość przepraszającą miną, a kiedy spojrzałem na niego bez zrozumienia, uzupełnił: — Dzisiaj po południu, w tej samej klasie co zwykle... będzie spotkanie naszego... klubu.

Tylko wytrzeszczyłem na niego oczy.

Spotkanie... z Vi i całą resztą... właśnie dzisiaj?!

Tylko o czym niby będziemy rozmawiać! Jeżeli o mnie chodzi, już nawet nie pamiętałem, o czym Zakon Feniksa rozprawiał w Święta, zanim wybuchła awantura — po minie Lariesona mogłem jednak wnioskować, że najwyraźniej Vi i Di dysponują jakimiś całkiem nowymi informacjami. Tylko w takim razie, dlaczego zwołują nadzwyczajny wiec dopiero teraz...?

— Klubu? — powtórzył Warwick, chcąc nie chcąc, wdzierając się w moje myśli. — Ale jaki klub?

Na twarzy Lariesona pojawił się uśmiech pełen wyrozumiałości.

— Koło Miłośników Trytońskiej Poezji — te słowa spłynęły z jego ust tak gładko i naturalnie, jakby naprawdę należał do czegoś tak absurdalnego. Warwick zrobił minę wyrażającą pewne obawy o nasz stan psychiczny.

Trytońska poezja? — wyartykułował.  Ale... czy trytoński to nie jest przypadkiem ten język, który brzmi jak charki rzygającego trolla...?

— Właśnie ten — odpowiedział rezolutnie Larieson, wciąż się uśmiechając. — Ale nie martw się, że tego nie rozumiesz... — Chwycił swoją torbę leżącą pod ścianą, po czym ruszył w stronę strumienia uczniów. — To tylko dla prawdziwych koneserów sztuki.

Warwick rzeczywiście nie rozumiał.


*

   Gdybym nie znał Dominique Weasley, z pewnością nie uwierzyłbym, że jest kociarą — było to jednak całkiem uzasadnione zjawisko, skoro jej kot Mrukot wyraźnie dorównywał jej ognistym temperamentem. Najdobitniej przekonałem się o tym w momencie, w którym Domie jako pierwsza wparowała do nieużywanej klasy — i po prostu wcisnęła mi go w ramiona, szczerząc się przy tym od ucha do ucha i krzycząc coś do mnie o tym, że kotki są najlepszym lekarstwem na depresję. Jeżeli o mnie chodzi, to miałem poważne podejrzenia co do tego, iż ten zabieg miał jedynie zamaskować jej zakłopotanie okolicznością, w której nie mogła udać, że miotła zasłania jej cały widok... Oczekiwanie na resztę członków Koła Miłośników Trytońskiej Poezji minęło mi zatem na dość pochłaniającym zajęciu unikania kocich pazurów, gdyż szary zwierzak darzył mnie widocznie jeszcze mniejszym zaufaniem, niż ja jego.

— Sam widzisz, że w takich warunkach po prostu nie da się myśleć o problemach! — stwierdziła niezwykle uradowana Di i naprawdę trudno było mi z nią nie zgodzić, skoro Mrukota chyba właśnie olśniła ambicja, by po ramionach wspiąć mi się na głowę.

   Na resztę nie musieliśmy długo czekać. Po chwili do klasy wparował Larieson, w biegu poprawiający poluzowany krawat — i na powitanie rzucający mi spojrzenie pełne złowróżbnych zapowiedzi co do tego, w jaki sposób skręci mi kark, jeśli tylko zrobię z siebie przy Victoire palanta. Niestety chyba jednak nawet on nie zdołał oddać tego zbyt obrazowo, bo kiedy tylko Vi pojawiła się w drzwiach — a Pocky i Fiffie za nią — natychmiast zerwałem się na równe nogi, aż Mrukot wydał z siebie niezadowolone miauknięcie w moich objęciach, najwyraźniej niezbyt zachwycony tak gwałtownym poderwaniem się w górę. Tak czy siak, musiałem chyba wyglądać bardzo głupio, bo przez ułamek sekundy Vi wpatrywała się we mnie z totalnym osłupieniem.

— Cześć...! — powiedziałem do niej na jednym wydechu.

Jej oczy błyskawicznie ześlizgnęły się ze mnie na resztę towarzystwa.

— Cześć — odpowiedziała, poprzez brak kontaktu wzrokowego zapewniając sobie ten komfort, że nie byłem w stanie stwierdzić, czy mówi bezpośrednio do mnie. Podążyłem za jej spojrzeniem i mój wzrok ponownie natknął się na Lariesona, który wyglądał jak osoba totalnie zażenowana. Odpowiedziałem na to dość wyzywającym wyrazem twarzy, po czym nic już nie mówiąc, usiadłem razem z Mrukotem, któremu wyczarowałem mały kłębuszek wełny, aby w końcu zajął się czymś innym niż próbami wydrapania mi oczu – był to zdecydowanie dobry pomysł, bo dzięki temu znacznie się uspokoił, czego nie można było powiedzieć o moich wnętrznościach. Właściwie mogłem być nawet rad z obecności kota na moich kolanach — dzięki temu mogłem udawać, że jestem zbyt zajęty, aby patrzeć na kogokolwiek z obecnych — zwłaszcza, że Pauline wciąż zerkała na mnie tak, jakbym zaraz miał przy wszystkich na nią nakrzyczeć.

   Jak zwykle utworzyliśmy mały, sześcioosobowy krąg po środku klasy – po czym zapadło kilka sekund boleśnie kłopotliwego milczenia. 

Mogłem mieć niestety tylko nadzieję, że to nie z mojej winy... 

— No? I co tam nowego? — jako pierwszy odezwał się Larieson i to takim tonem, jakby sam był leniwym, czarnym kotem, który właśnie umówił się z kolegami na mleko. Odpowiedziała mu rzecz jasna Victoire:

— Uzbierało się trochę rzeczy. — Głos miała niezwykle opanowany i chyba nikt nie był w stanie zgadnąć, czy zwiastuje on złe, czy dobre wieści. — Może zacznę od tego, co wydarzyło się w Święta...

Zawiesiła głos i mógłbym przysiąc, że oczekuje po mnie jakiejś reakcji, choć wciąż uparcie nie podnosiłem głowy, machinalnie drapiąc Mrukota za uszami.

— To może zacznę od tego... bo chyba Simon jeszcze tego nie wie!... — Nabrała oddechu, po czym wyrzuciła z siebie:  No więc przed wyjazdem na Święta, Luna zaczepiła mnie na dworcu i przekazała mi ukrytą wiadomość dla Zakonu...   

— Wiadomość? — zainteresował się Larieson, jakby mimowolnie. — Jaką?

— A taką, że mugolaki znikają i to już jest fakt! — wypaliła Dominique, zanim Vi zdążyła ponownie otworzyć usta. — Widzicie, nie bez powodu szyfr Luny brzmiał Komnata Tajemnic! Teraz historia się powtarza, ludzie znikają już nie tylko z domów, ale nawet w Hogwarcie nie jest już bezpiecznie...

— Jakby kiedykolwiek było — mruknąłem, ale chyba nikt mnie nie usłyszał, bo Domie ciągnęła dalej:

— Luna ukryła w Żonglerze całą listę...

— Listę?! — powtórzyła Fiffie, a jej oczy zrobiły się okrągłe.

— Kilkuosobową — sprostowała Victa. — Ale tak, mowa jest o liście. Liście osób ze szkoły, które zniknęły...

— Czy jest wśród nich Sophie Lynch? — zapytałem głośno.  

Victoire spojrzała na mnie krótko.

— Nie wiem — odpowiedziała szczerze. — A kto to?

— Moja koleżanka z klasy — wyjaśniłem, spoglądając na całą resztę. — Zniknęła kilka miesięcy temu... wszyscy myśleli, że z jakichś względów wróciła do domu, ale sprawa zrobiła się dziwna, kiedy jej rodzice przyjechali do szkoły... Pisałem o tym do Harry'ego! — przypomniałem sobie nagle. — Prosiła mnie o to druga prefekcina, przyjaźniły się z Sophie...

— I co, coś ci odpisał? — zapytała Dominique, nie bez ciekawości.

— Nic konkretnego, z tego co pamiętam.

— I ta dziewczyna... była mugolaczką? — upewniła się Pocky.

— Nie wiem, chyba tak — wzruszyłem ramionami. — Skoro zapadła się jak kamień w wodę...

— Czyli kto oprócz niej jeszcze zniknął...! — zniecierpliwił się Larieson, którego kocie rozleniwienie nagle rozpłynęło się jak za dotknięciem różdżki, ustępując miejsca nagłemu zdenerwowaniu. — Widziałyście w ogóle tę listę...?

Dominique i Victoire wymieniły dość posępne spojrzenia.

— Niestety, Zakon raczej nie uznał za stosowne dzielenie się z nami aż tak poufnymi danymi... — westchnęła Domie z żalem. — Ale zastanówcie się! Może sami zauważyliśmy jeszcze czyjeś zniknięcie, tylko po prostu nie wiedzieliśmy o co w tym chodzi...

   Zapadła chwila krótkiego milczenia, podczas której słychać było tylko brzęczenie bahanek w starych kotarach przy tablicy — oraz bardzo głośne mruczenie Mrukota, najwyraźniej zupełnie obojętnego na problemy poruszane w jego obecności. Każde z nas znieruchomiało z dość nieobecnym wyrazem twarzy, grzebiąc sobie w pamięci — trochę tak, jakbyśmy równocześnie poddali się zbiorowemu Legilimens.

— Ja chyba wiem... — odezwała się Victoire nagle, wciąż wpatrując się w popielate kafelki, którymi wyłożona była podłoga  niegdyś musiały być niebieskie, ale już dawno temu wyblakły. — Kiedy byłam w Hogsmeade z Woodem... — Aż wzdrygnąłem się w środku na samo wspomnienie, choć Vi na szczęście tego nie zauważyła. — ...zaczepiła nas taka jedna dziewczyna, mówiła, że jej kolega zniknął... chyba Cody Jakiśtam...

— A ja słyszałam coś jeszcze innego — rzekła Pocky powoli, z namysłem dłubiąc końcem różdżki w przerwie między płytkami. — Tydzień temu Brenda mówiła, że chyba w szkole jest gdzieś stara Szafka Zniknięć, do której wszyscy wpadają...

— Tak, tylko od kiedy rozpatrujemy wypowiedzi Brendy pod względem logicznego sensu? — parsknął ironicznie Larieson, na co różdżka Pocky zgrzytnęła o podłogę, wystrzeliwując z siebie czerwoną iskrę.

— Może od wtedy, kiedy zaczyna podawać konkretne nazwiska! — odparowała z pewną dozą poirytowania. — Zresztą możesz się śmiać, ale Brenda naprawdę wie o wiele więcej, niż myślimy! 

— A najwięcej dowie się, kiedy wreszcie i ją porwą! — skontrował Larieson. — Przecież w końcu też jest mugolaczką, tak czy nie...?

Ale Pocky nie odpowiedziała, tylko nagle pobladła jak papier. Larieson chyba zbyt późno spostrzegł swój błąd, bo mina mu zrzedła i już otwierał usta by jeszcze coś dodać, kiedy uprzedziła go Domie:

— A więc koleżanka Teda, koleś z Hogsmeade i jeszcze trzy inne osoby, o których mówiła Brenda! — podliczyła na palcach. — No, to już rzeczywiście robi się z tego Komnata Tajemnic! Pięć osób zniknęło z rzekomo najbezpieczniejszego miejsca na świecie i nikt nawet nie wie, jak to się mogło stać...

— Nie zapominaj, że dwie osoby są teraz w Skrzydle Szpitalnym — tę dziwną uwagę wypowiedziała Victoire, na co Fiffie aż podniosła głowę  do tej pory siedziała z lekko nieobecnym wyrazem twarzy, jakby ledwo powstrzymywała się od zaśnięcia.

— Co? — zapytała teraz całkiem trzeźwo, patrząc na Victę w poruszeniu. — Jak to w Skrzydle Szpitalnym?

— Bo widzicie... — Vicky westchnęła. — Chodzi o to, że...  wszystko wskazuje na to, że zanim mugolaki znikają to dzieją się z nimi... no nie wiem, jak to nazwać. Dziwne rzeczy.

Pocky i Fiffie wymieniły błyskawiczne spojrzenia.

— Dziwne rzeczy? — powtórzył wolno Larieson.

— Tak — odparła Victoire. — W sensie... to wcale nie wygląda, jakby ktoś ich porywał, tylko... jakby mugolaki same po prostu... wychodziły z Zamku.

Jej słowa zawisły w powietrzu, niczym złowrogi omen w kryształowej kuli – i na ułamek minuty każde z nas wpatrywało się w jego mroczny cień. 

— Ale co masz przez to na myśli... — Larieson zmarszczył brwi, jakby rzeczywiście skupiał się na zrozumieniu jakiegoś trytońskiego poematu. — Chcesz powiedzieć... że to działa jak jakiś Imperius, czy coś takiego...?

Vi tylko milcząco pokiwała głową. Pauline i Fiffie już nie patrzyły na siebie — siedziały tylko z identycznymi zmartwiałymi twarzami, jakby każda z nich myślała o tym samym.

— I wygląda na to, że teraz chcą objąć mugolaki jakimś specjalnym nadzorem — Victoire podjęła temat. — Teraz kiedy już wiadomo co się dzieje... nie dość, że wszystkie tajne wyjścia z Zamku obstawili aurorzy, to jeszcze gdy dwie nowe osoby zaczęły zachowywać się dziwnie, od razu zamknęli je w Skrzydle Szpitalnym, po prostu żeby nigdzie nie wyszły... może nawet wyślą je do świętego Munga.

— Ale chyba nie będą teraz wszystkich wysyłać do szpitala...! — wydusiła z siebie Pocky zdławionym głosem. — Przecież... chyba nie na wszystkich działa ta klątwa, czy... cokolwiek to nie jest za cholerne świństwo! 

— Nie wiem! — Vi pokręciła bezradnie głową  po czym spojrzała nagle na Pocky ze śmiertelnie poważną miną. — Ale jeżeli wy... zaczniecie odczuwać coś niepokojącego... nie wiem, po prostu zauważycie cokolwiek dziwnego... musicie obiecać, że koniecznie nam o tym powiecie!

Przez moment Pauline wpatrywała się w nią zupełnie okrągłymi oczami, najwyraźniej całkiem osłupiała. Tymczasem Fiffie wciąż gapiła się w podłogę z martwym wyrazem twarzy.

— Ale... — wyjąkała Pocky. – Ja... 

— Pauline, to nie żarty – odezwał się Larieson ostro, na co spojrzała na niego wciąż z tym samym przestrachem. 

— Wyobraź sobie, że wiem! — zaperzyła się, nagle oblewając się rumieńcem. — Tylko że... nic się nie dzieje! Naprawdę.

Victoire i Larieson wciąż wbijali w nią tak intensywne spojrzenia, jakby chcieli przedziurawić jej głowę na wylot.

I wszyscy aż drgnęli, kiedy Dominique głośno klasnęła w ręce.

— Skoro tak, to chyba możemy przejść do meritum! — oznajmiła, jakby zapraszała wszystkich do deseru. — A mianowicie potrzebujemy szpiega!

Aż upuściłem kłębek wełny, który potoczył się po podłodze wprost pod kolana Fiffie.

— No bo wiecie! — podjęła żywo Di, która chyba jako jedyna z całej grupy wykazywała taki entuzjazm w tym momencie  zupełnie jakby za parę minut czekał ją rozstrzygający mecz quidditcha, do którego miała wystawić nas jako drużynę. — Chyba tylko my zdajemy sobie sprawę z tego, że to Boorack w tym wszystkim jest najbardziej podejrzany...! A skoro nie możemy stale kontrolować tego co robi, to chyba jasne, że potrzebujemy pomocy kogoś ze Slytherinu... Teddy? — nagle nie wiedzieć czemu, spojrzała na mnie wyczekująco.

Nie dałem się jednak wytrącić z równowagi — a przynajmniej nie całkiem. Dość flegmatycznie sięgnąłem po kłębek wełny, który Fiffie odepchnęła w moją stronę.

— Co?

— Chyba wiesz: co! — Di uśmiechnęła się słodko, jak i niewątpliwie złowróżbnie. — Słyszałam, że ostatnimi czasy bardzo zacieśniły się twoje więzy przyjaźni z Gigi Bulstrode...?

Teraz patrzyli na mnie już wszyscy — rzecz jasna oprócz Victoire, która jako jedyna poza mną, spoglądała wciąż na Dominique, dziwnie kamiennym wzrokiem. Odchrząknąłem lekko, po czym zmarszczyłem brwi.

— Nie wydaje mi się, byśmy się tak świetnie przyjaźnili...

— Serio? — udała zaskoczoną minę. — To ciekawe, bo chyba odebraliśmy w tym względzie nieco przeciwne sygnały...

— A mogłabyś już z łaski swojej przestać?...!

Tym razem Domie spojrzała na Vi z autentycznym zdziwieniem.

— No co? — obruszyła się, wyraźnie urażona tym jawnym sabotażem jej misternego planu wbicia mi szpili. — Staram się tylko ustalić coś konstruktywnego... 

— To świetnie, tylko że wcale nie potrzebujemy do pomocy Gigi Bulstrode! — zawołała Victoire ze złością. 

— Tak? — odpaliła Di. — A niby kogo?

Vicky mimowolnie spojrzała w jedną stronę, a potem w drugą — zupełnie jakby spodziewała się, że odpowiedź na to pytanie znajdzie wypisaną na starej, popękanej tablicy, albo na wyblakłych, poplamionych makietach przedstawiających etapy transmutacji międzygatunkowej. 

— A ten wasz cały kolega? — wyrzuciła z siebie wreszcie. — Ten cały Teodor? Kiedyś już nam pomógł...

— Jasne, ale to był chyba jednorazowy przypadek — odezwała się Fiffie, co zabrzmiało dość ponuro jak na kogoś, kto najbliżej przyjaźnił się z rzeczonym Teodorem. — W każdym razie wątpię, czy teraz zrobi dla nas cokolwiek, o ile nie dysponujemy skrzynią złota z Gringotta... a najlepiej kilkoma skrzyniami i goblinem, który by się nimi zajął.

— No to wybaczcie, ale obawiam się, że ostatnio miałem nieco drobne wydatki — parsknął Larieson. — A za goblina możemy wystawić Pocky, na upartego.

Ale Pauline już nawet nie marnowała swojej energii na to, by posłać mu jakiekolwiek spojrzenie, co najwyraźniej jednak go uraziło, bo jakoś szybko stracił zadowolenie z własnego żartu.

— No właśnie... Pocky! — wykrzyknęła Dominique takim tonem, jakby doznała nagłego olśnienia. — Słuchajcie, może... wcale nie potrzebujemy nikogo ze Slytherinu...!

Przez chwilę gapiliśmy się na nią wszyscy, jakby naprawdę odezwała się właśnie po trytońsku, znajdując się ponad powierzchnią wody — czyli według słów Warwicka, jakby po prostu wydała z siebie nieartykułowane odgłosy zepsutej mugolskiej wiertarki. A potem nagle Larieson zrobił przerażoną minę.

— Nie... — wykrztusił. — No chyba sobie kpisz...!

Co do samej Pocky, to raczej trudno było stwierdzić, by ona również odczuwała jakąś szczególną euforię w tej chwili.

— Ale... — powiedziała powoli, robiąc minę wyrażającą pewien niepokój o dalszy rozwój tej wymiany zdań. — Ty mówisz o...

— Tak! — wpadła jej w słowo Di, chyba jako jedyna z całego towarzystwa tak zachwycona  Pauline i Larieson oboje wyglądali teraz tak, jakby ich twarze zamieniły się w kawałki starej plasteliny. — Mówię właśnie o Booracku Juniorze...!

Ja i Victoire automatycznie zerknęliśmy na siebie, jakbyśmy nagle zapomnieli, że przecież nie porozumiewamy się już wzrokiem — cóż jednak z tego, skoro zaistniałe okoliczności wyraźnie wymagały nawet niewerbalnego komentarza. Czy Dominique naprawdę wierzyła, że Boorack Junior kiedykolwiek pójdzie na współpracę?! Przecież ten koleś był w pełni oddany swojemu tatuśkowi! Fakt faktem, że zaczepiał mnie po każdym zebraniu prefektów aby zagaić o Pauline, choć na lekcjach udawał, że w ogóle mnie nie zna — ale nawet jeśli coś takiego byłoby możliwe, to typek był po prostu za głupi, żeby sprostać takiemu zadaniu! Najwyraźniej Larieson podzielał moje myśli, bo wwiercał się teraz w Dominique takim wzrokiem, jakby jego oczy zamieniły się w świdry.

— No chyba sobie żartujesz! — wykrzyknął z wyraźnym niedowierzaniem. — I niby jak to sobie wyobrażasz! Żeby Boorack Junior cokolwiek zrobił, musielibyśmy najpierw załatwić mu przeszczep mózgu, albo jakiś eliksir na inteligencję... a nawet nie wiem, czy coś takiego w ogóle istnieje!

— No chyba, że po prostu rzucimy na niego Confundusa... — podsunęła Fiffie.

— Albo Imperiusa — mruknąłem, na co Domie rozpromieniła się jeszcze bardziej:

— Nie musimy! I to jest właśnie najlepsza część tego planu!

Teraz Larieson nie był nawet zaszokowany — on był po prostu oburzony!

Nie nie nie... — Nagle zaczął się uśmiechać, co sprawiło podwójnie niepokojące wrażenie. — Chyba nie myślisz, że naprawdę się na to zgodzę.

— Zgodzisz się? Ty? — Dominique spojrzała na niego z wyraźnym politowaniem. — Nie wiedziałam, że to w tobie buja się Boorack Junior!

Twarz Pocky wyglądała teraz tak nieruchomo, jakby była wyrzeźbiona w lodzie. Jeżeli zaś chodzi o Lariesona, to w tym momencie nie wyglądał raczej jak ktoś, kto jeszcze dzisiaj rano sam radził mi opanowanie i nie ujawnianie się z uczuciami — o czym szczególnie świadczył fakt, że nagle zrobił się różowy na twarzy, jakby to rzeczywiście o jego osobę chodziło.

— I co z tego! — wycedził przez zęby. — Pocky nie będzie się aż tak poświęcać...

— Jasne — Dominique uniosła brwi. — Tylko może pozwól, że to ona o tym zadecyduje...!

— To chyba oczywiste, że się na to nie zgodzi!

— Pocky...! — Domie zignorowała Lariesona. — Wolisz iść z Boorackiem Juniorem do Hogsmeade na Walentynki, czy może zostać porwaną i prawdopodobnie torturowaną psychicznymi klątwami i eksperymentalnymi zaklęciami?

Ale Larieson usłyszał tylko jedno z całej tej wypowiedzi.

— WALENTYNKI? Z BOORACKIEM JUNIOREM?!

Di przejechała oczyma po suficie, pod którym jak zwykle plątał się zdziczały chochlik kornwalijski.

— Cóż... — powiedziała Pocky, chyba wszystkich zaskakując spokojem w swoim głosie, zwłaszcza po spektakularnych wrzaskach Lariesona. — Rzeczywiście... plan sam się układa...

— Że co proszę?! — Larieson aż wybałuszył na nią oczy.

— To, co słyszałeś! — odpaliła Pocky, nie wiedzieć czemu uśmiechając się dość jadowicie na ten widok. — I wyobraź sobie, że mam w głębokim poważaniu twoje zdanie w tym względzie!

— Doprawdy?! — wrzasnął Larieson, który chyba już naprawdę wpadł w furię  a przynajmniej zachowywał się tak, jakby napił się Wywaru z Czerwonych Owoców. — Pocky, nie możesz iść do Hogsmeade z trollem tylko po to, żeby zrobić mi na złość!

Ale najwyraźniej popełnił kardynalny błąd, bo w tym momencie Pauline Glam zerwała się na równe nogi, aż Larieson odchylił się odruchowo do tyłu.

— Tobie na złość?! — wyparskała tak szyderczo, że każdy inny na miejscu Lariesona już chyba spaliłby się ze wstydu. — Mogę zostać porwana! Fiffie i Nickie mogą zostać porwane! Być może tylko Boorack Junior wie coś, co może temu zapobiec, a ty naprawdę sądzisz, że w tym wszystkim chodzi o ciebie?!

Na moment Lariesona chyba zatkało — i raczej trudno było się temu dziwić. Pocky mierzyła go teraz takim spojrzeniem, jakby patrzyła na zdechłego karalucha.

— Ty jesteś po prostu... jakiś... niereformowalny!

Po czym odwróciła się na pięcie i opuściła klasę, trzaskając drzwiami tak efektownie, że aż kurz osypał się z kątów pomieszczenia. Przez całe trzy sekundy ja i dziewczyny usilnie staraliśmy się nie patrzeć na siebie, podczas gdy Larieson gapił się na drzwi z otwartymi ustami — i jakby coś nagle zaskoczyło w jego mózgu, w końcu wstał i sam wypadł na korytarz.  

Dopiero wtedy Dominique pozwoliła sobie na to, by spojrzeć na mnie, Fiffie i Vi.

— No cóż... drobne efekty uboczne tego planu były chyba nieuniknione...!

I jak zwykle trudno było się z nią nie zgodzić.

   Ściany wciąż zdawały się drżeć, niemniej niż my wstrząśnięte całym incydentem, choć jeżeli o mnie chodzi, to raczej nie znajdowałem tego przedstawienia jako szczególnie wyrafinowanego — zwłaszcza jeżeli chodziło o występ Lariesona. I on naprawdę jeszcze śmiał czynić mi jakieś nauki, skoro sam zachował się przed Pauline jak ostatni bałwan?! Zadziwiające, jak rady Warwicka nagle nabrały wartości w moich oczach — choć nie miałem pojęcia, czy rzeczywiście działało to na moją korzyść.

A zresztą, chrzanić to. Właśnie przesiedziałem z Victoire w jednej klasie chyba przez pół godziny, a odezwałem się do niej może raptem z dwa razy...!

I niech Larieson gada sobie co chce — znalazł się autorytet. Ciekawe tylko o co się tak wścieka, skoro jego nowa znajomość wydawała się być tak obiecująca... nie mówiąc już o tym, że niezaprzeczalnie puchoneczka była o wiele bardziej atrakcyjna od Booracka Juniora!

— To co... — powiedziała Victoire powoli. — To by było chyba na tyle...?

Ale nikt jej nie odpowiedział, bo w tym momencie Fiffie i Domie rzuciły się w stronę drzwi, jakby liczyły na to, że jeszcze dogonią Pocky i Lariesona — już po chwili szuranie ich butów po śliskiej posadzce ucichło w głębi korytarza. Ja i Victoire wstaliśmy równocześnie, po czym ona uśmiechnęła się do mnie dość blado na pożegnanie — i nawet nie wiem ile silnej woli musiałem w tym momencie wykazać, żeby zawołać za nią:

— Vi!

Odwróciła się w moją stronę, stojąc już w otwartych drzwiach.

— Widzimy się zaraz? — zapytałem, siląc się na jak najbardziej zdawkowy ton, a kiedy zrobiła pytającą minę, uzupełniłem szybko — Na jedenastym dziedzińcu.

Czy to tylko wyobraźnia płatała mi figle, czy naprawdę się zawahała?

— Jasne — odparła, marszcząc lekko brwi, trochę tak jakby naturalne brzmienie głosu również dla niej stanowiło trudność. — Tylko daj mi Mrukota, to odniosę go do naszej wieży.

W dość niezgrabny sposób podałem jej kociaka, który wyraźnie się ukontentował, gdy znalazł się w delikatniejszych ramionach.

— No to do zobaczenia… — powiedziała na odchodnym.

— Ta… do zobaczenia.

Usłyszał mnie jednak tylko pusty korytarz.




*

   Kiedy dotarłem na jedenasty dziedziniec, już na mnie czekała.

Siedziała na kamiennej balustradzie pod arkadą, spod której łuku zwieszały się błyszczące sople lodu, niby wystawa kolekcji rogów jednorożca . Dzień był dość mroźny, choć nie aż tak jak mógłby być — za plecami Victoire spływały na dziedziniec wielkie mokre zlepki śniegu, wirując w powietrzu jak białe, lśniące piórka — trochę z nich osiadło już na jej ramionach i perłowych włosach. Przez moment stałem w przejściu, czekając aż mnie zauważy — i mimo woli ciesząc się tą krótką, jakby skradzioną chwilą, w której mogłem po prostu na nią patrzeć.  W tym ustronnym miejscu cisza wydawała się być nieco inna niż w Zamku — jakaś bardziej uroczysta, nastrojona oczekiwaniem. Wypełniała przestrzeń między nami jak miękka, aksamitna mgła.

Na mój widok Vi poruszyła się lekko, ale nie odezwała się. Nie uszło mojej uwadze, że policzki miała ślicznie zaróżowione — choć pomyślałem, że to pewnie tylko z winy zimna... Również nie wyrzekłem ani słowa, tylko usiadłem obok niej i przez chwilę oboje milczeliśmy jak zaklęci, bojąc się nawet zerknąć w swoją stronę. Wśród tej krępującej ciszy, przez myśli wirujące w mojej głowie jak śnieg, wpadłem nagle na odkrycie, że może ona czeka, aż ja odezwę się pierwszy… Ale od czego by tu zacząć?! Tak bardzo chciałem się z nią spotkać… a teraz jakby wywiało mi z głowy wszystkie rzeczy, które mógłbym jej powiedzieć! I chyba przez cały ten czas, kiedy nie było jej w Zamku, jak i przez ostatnie długie i nudne tygodnie, kiedy mogłem spoglądać na nią tylko z daleka, nie tęskniłem za nią tak bardzo jak teraz, kiedy siedzieliśmy tak blisko siebie, że aż stykaliśmy się ramionami.

Gdybym tylko mógł… tak po prostu… Och, nie, znów te niedorzeczne myśli!

— Słuchasz?

Kilku sekund zabrała mi konstatacja, że w ogóle się odezwała.

— C-co? — zapytałem, na moment zapominając nawet o tym, że boję się na nią jawnie spojrzeć. Otworzyła usta, żeby nabrać tchu.

— Właśnie mówiłam, że chyba będziemy musieli pójść sami do…

— Czy ty właśnie zapraszasz mnie do Hogsmeade? — spojrzałem na nią z nieukrywanym zdziwieniem.

Uśmiechnęła się w dość nerwowy i zakłopotany zarazem sposób, o czym świadczył dobitnie fakt iż równocześnie zmarszczyła lekko brwi.

— A co w tym takiego dziwnego…?! — obruszyła się, odwracając wzrok w stronę zaśnieżonego dziedzińca za nami.

— No nie wiem, na przykład to że będą walentynki?

— Raczej moje spóźnione urodziny! — sprostowała z naciskiem, a rumieniec na jej gładkiej twarzy nieznacznie się pogłębił.

Postarałem się zbytnio nie pochłaniać wzrokiem tego zjawiska.

— Myślałem, że umawiasz się do Hogsmeade tylko z wrednymi kolesiami — te słowa spłynęły z moich ust, zanim zdołałem ugryźć się w język.

Nie wyglądało jednak na to, by ta uwaga ją uraziła. Westchnęła lekko, spuszczając oczy na powoli pokrywającą się śnieżynkami kamienną płytę.

— Cóż, ostatnimi czasy zmodyfikowałam nieco priorytety.

Znów zaległa minuta milczenia, podczas której ja wykręcałem sobie ręce, a ona spoglądała w górę, jakby nagle niezwykle zainteresowała ją zamkowa architektura.

Walentynki w Hogsmeade razem z Victoire Weasley! Już wyobrażałem sobie zachwyconą minę Warwicka, gdyby tylko o tym usłyszał. Wciąż jednak miałem jeszcze w pamięci dość ponury wyrok Lariesona… Jesteś jej przyjacielem, nie masz u niej szans! A raczej masz największą szansę na to, że zrobisz z siebie palanta i Vi znienawidzi cię do końca życia…

Nie po raz pierwszy tego dnia słowo przyjaciel wydało mi się jakieś przeklęte!

— To… chciałeś pogadać, tak?

Delikatnymi ruchami rysowała coś palcem po cienkiej warstewce śniegu. Znów patrzyła przy tym w dół, więc mogłem przyglądać się jej bezkarnie — patrzeć na jej jasną głowę, ładne czoło i brwi. Na twarz nachodził jej niesforny, połyskliwy kosmyk włosów i nagle poczułem przemożną, acz bolesną pokusę, by założyć go jej za ucho… Dlaczego to się wydawało takie niewykonalne…?

— Nie — zaprzeczyłem, nagle jakimś cichszym głosem. — Chciałem cię tylko zobaczyć.

Jej palce zwolniły nieco nad rysunkiem przedstawiającym dość fantazyjne zawijasy. Coś pojawiło się w obrębie jej ust — jakiś nowy wyraz, który chyba za wszelką cenę starała się przede mną ukryć, bo wciąż nie obdarzyła mnie spojrzeniem.

Ja tymczasem gapiłem się na nią jak na jakiś obraz.

— Zobaczyć? — powtórzyła dość spokojnie i może tylko wydało mi się, że pod tym spokojem kryło się jakieś szczególne poruszenie. — Widzisz mnie codziennie, za to od tygodni w ogóle się do mnie nie odzywasz…

— Ty też się do mnie nie odzywałaś…

— Bo nie wiedziałam, czy tego chcesz! — zawołała, podnosząc nagle głowę i patrząc mi prosto w oczy, na co ja aż drgnąłem, przyłapany na gorącym uczynku. — Myślałam, że teraz… porozmawiamy o tym, co się wydarzyło… i…

— Tylko dlaczego wszyscy myślą, że ja chcę o tym rozmawiać! — przerwałem jej dość poirytowanym tonem, po czym odwróciłem się od niej, ucinając kontakt wzrokowy. — Nikt mi nic nie mówił przez całe moje życie, ale teraz nagle wszyscy tak strasznie chcą ze mną gadać! Tylko jakoś nikomu nie przychodzi do głowy, że ja nie chcę o tym nawet myśleć, a co dopiero mówić o tym…

— Ale dlaczego? — zapytała nieco unosząc głos. — Przecież wiem, że nie chciałeś się ze mną spotkać bez powodu! Musi być coś, o czym w głębi duszy chcesz porozmawiać, nawet jeśli udajesz, że tak nie jest! Przecież wiesz, że możesz mi powiedzieć wszystko…

Jakiś dziwny żal ścisnął mi gardło, kiedy to powiedziała.

Właśnie w tym tkwi problem, Vi… Ja już nie mogę mówić ci wszystkiego!

Na przykład tego, że wśród tego śniegu wyglądasz jak jakaś zimowa elfka. Albo tego, że zaraz umrę, jeżeli nie odgarniesz tego kosmyka z twarzy.

Albo: Wiesz Vi, chyba zaczynam coś do ciebie czuć… ale to naprawdę nic takiego, nie zwracaj na to uwagi, to samo mi przejdzie…!

I z miejsca ogarnęło mnie dziwne wrażenie — jakby wszystko we mnie aż drżało, choć przecież prawie nie odczuwałem mrozu. Wciąż czułem na sobie jej spojrzenie, choć sam usilnie starałem się na nią nie patrzeć. Widocznie rozmowy o moim fantastycznym ojcu nie stanowiły dla niej aż takiego problemu — ale ciekawy jestem, jakby zareagowała na takie rewelacje! Twój ojciec był wilkołakiem? Spoko, wszystko gra! Zaczynasz coś do mnie czuć? Spieprzaj z mojego życia!

Jak na złość, w mojej głowie znów pojawili się Pickering i Larieson z dzisiejszego poranka.

Lepiej nic nie rób, bo zniszczysz to, co już masz…
…albo znacznie to poprawisz!

W tym miejscu moja wyobraźnia pognała jak szalona i zobaczyłem samego siebie jak odgarniam kosmyk z czoła Vi, dotykam jej twarzy, obejmuję ją…

Pieprzeni Pickering i Larieson!!!

Nagle coś musnęło wierzch mojej dłoni. Spojrzałem w dół — w samą porę, żeby zobaczyć jak jej delikatne palce zakrywają moje. Przez chwilę patrzyłem na to w milczeniu, jakbym potrzebował nieco czasu, by zarejestrować to całkiem zaskakujące doświadczenie. Jej dłoń była nieco zimna — a jednak jej dotyk sprawił, że gdzieś w środku odczułem zagadkowe ciepło.

Równocześnie podnieśliśmy wzrok znad naszych rąk i spojrzeliśmy na siebie.

I śmieszna rzecz, bo chyba na kilka sekund całkowicie zapomniałem, jak się oddycha.

Zaraz… czy właśnie w ten sposób rozpoznaje się tę odpowiednią chwilę…?!

 Co najwyżej zaryzykujesz regularność szczęki.

O, Merlinie, O, Merlinie, O, Merlinie.

Ten kosmyk włosów jest nie do zniesienia!

Patrzyłem na nią  jakby mnie zamurowało, wciąż tocząc w myślach zaciętą bitwę — posłuchać rady Warwicka, czy też Lariesona? Dziwne, bo w tej chwili nie tylko miałem ochotę ją pocałować, ale też naprawdę mogłem to zrobić…! Szkoda tylko, że nawet nie byłem pewien, czy rzeczywiście to potrafię… Gigi Bulstrode była chyba jedyną osobą, którą mógłbym o to zapytać, szkoda tylko że przecież nie mogłem!

Mogłem za to liczyć na to, że Vi nie potraktuje mnie Furnunculusem... chyba.

Odgarnij jej chociaż te włosy. To chyba najlepszy pomysł, jaki możesz teraz zrealizować... Jestem pewien, że dasz sobie radę!

Ale mimo, że potrafiłem wykonać najbardziej skomplikowane ruchy różdżką podczas wykonywania zaklęć z zakresu transmutacji — prosty gest odgarnięcia dziewczynie włosów graniczył teraz w mojej głowie niemalże z niemożliwością. No błagam cię, człowieku! Zaciśnij zęby i po prostu zrób to, do cholery! Gdybym tylko mógł zamknąć przy tym oczy, żeby nie widzieć, jak na to zareaguje... tylko jaki by to miało sens?!

No dawaj. Szybko i bezboleśnie.

I jakbym w ułamku sekundy podjął nagle decyzję, błyskawicznie poderwałem rękę do jej twarzy…

…ale raczej nie spodziewałem się wywołać reakcji, która nastąpiła kolejną sekundę później.

— AUAAA! — wrzasnęła i poderwała się z miejsca jak oparzona. — MOJE OKO!!!

Przez chwilę siedziałem w miejscu, gapiąc się na nią, totalnie przerażony i ogłupiały. Ale… co się właściwie przed chwilą wydarzyło?! Victoire stała przede mną, cała czerwona na twarzy i trzymała się za powiekę.

— Uderzyłeś mnie!!! — krzyknęła dość histerycznym tonem, na co wybełkotałem zmartwiałymi wargami:

— Wcale… n-nie…

— Walnąłeś mnie w twarz! — wywrzeszczała wprost na mnie, odsłaniając swoje oko, które wyglądało tak, jakby ktoś dźgnął je palcem… co przecież rzeczywiście zrobiłem! — Zwariowałeś, czy co?!

— Ja… nie… — wyjąkałem. — Nie mam pojęcia, jak to się mogło…

— …stać? — wpadła mi w słowo ze złością. — Co jest z tobą?!

Dopiero teraz wstałem i spróbowałem podejść w jej stronę, lecz ona stanowczo się ode mnie odwróciła.

Boże, jaki żałosny ze mnie… palant!

— Victoire, przepraszam! Ja naprawdę nie wiem… nie chciałem…

Jedno jej oko, to, którego nie walnąłem, spojrzało na mnie z dość wrogim nastawieniem.

— Właśnie widzę! Tylko że jak tak bardzo nie chciałeś gadać, to mogłeś sobie po prostu pójść… no chyba że bijesz wszystkich, którzy chcą okazać ci wsparcie!!!

— Dobra, nie drzyj się już! — nagle sam się zdenerwowałem. — Pokaż to swoje oko!

Wreszcie udało mi się chwycić ją za ramiona i odwrócić w swoją stronę. Zanim zdążyła jakkolwiek zaprotestować, ująłem jej podbródek, nakierowując go ku górze — za to drugą ręką wygrzebałem z kieszeni różdżkę, na co Vi drgnęła gwałtownie jak dziecko, które zobaczyło strzykawkę.

— NIE DŹGAJ MNIE!

— TO PRZESTAŃ SIĘ DRZEĆ! — przekrzyczałem ją. — I nie ruszaj się!

O dziwo, usłuchała natychmiast!

Odetchnąłem płytko, bezwiednie dotykając jej policzka. Nieźle ją urządziłem, nie ma co… i siebie też, przy okazji! Jak ostatni głupek! W myślach powtarzałem teraz na przemian przekleństwa i pytanie, które przed chwilą wypowiedziała Victoire: Co jest ze mną właściwie nie tak?! Czyżbym miał aż takie problemy z koordynacją ruchową? Przeze mnie jej oko wyglądało teraz jakby niezależnie od drugiego postanowiło nagle dostać kataru — zaszło krwią, a łzy spływały z niego obficie. Do tego sama Vi mrugała nim tak niemiłosiernie, że nijak nie mogłem się skupić.

— No naprawiasz je, czy nie? — zapytała zduszonym głosem.

Machnąłem różdżką i zaczerwienienie powoli zaczęło blednąć. Wreszcie po kilku sekundach całkiem zniknęło. Vi zamrugała, strącając z rzęs ostatnie łezki i spojrzała na mnie wielkimi, wilgotnymi oczami rozszerzonymi przez zdziwienie.

— Już — oznajmiłem cicho, opuszczając nieco różdżkę. — Jest w porządku.

W odpowiedzi tylko pociągnęła nosem.

Przez moment staliśmy tak w bezruchu, jakbyśmy oboje czekali, aż opadną z nas emocje. Wciąż trzymałem dłoń na jej policzku, choć ona już na mnie nie patrzyła — tylko mrugała jeszcze raz po raz, jakby musiała się upewnić, czy jej oko aby na pewno działa normalnie. No tak… nie zdążyłem jej nawet pocałować, a już sprawiłem, że mnie nienawidzi!

Ale może jeszcze da się to jakoś naprawić?

Powoli otarłem łzy z jej policzka, najdelikatniejszym możliwym gestem na jaki było mnie stać.

Ale ona już odsunęła się ode mnie, jakby spłoszona.

— Co robisz? — zapytała nieufnie.

— Nic — odpowiedziałem bardzo szybko, czując jak coś aż skręca mnie w środku.

Tedzie Lupinie, ty to potrafisz wszystko spaprać!

— No cóż — Vi otoczyła się ramionami jakby w obronnym geście, wciąż spoglądając na mnie dziwnie podejrzliwie. — Porozmawiamy kiedy indziej… Tylko daj znać, jak w końcu zaczniesz zachowywać się normalnie!

Po czym odeszła, a ja patrzyłem za nią, chyba jeszcze nigdy w całym swoim życiu nie czując się większym kretynem, niż w tym momencie — i to do tego stopnia, że miałem aż ochotę rozłupać sobie czaszkę o kamienną kolumnę pod arkadami.

Dlaczego Warwick zawsze musi mieć takie durne pomysły?!

I dlaczego ja jestem taki głupi, że ich słucham…?







Witam żywych i nieżywych.
Tak. Sama nie wierzę w to, że już GOT i Stranger Things zdążyło wyjść wcześniej, niż ten rozdział.
Tak, wiem że dodawanie rozdziałów w odstępach co pół roku nie jest zbyt dobrą strategią...
Na swoje usprawiedliwienie mam tylko jedno słowo: MATURA.
A, i jeszcze drugie: MATMA.
Same więc widzicie, że mam mocne argumenty.
Jeżeli zaś chodzi stricte o ten rozdział, szedł mi nieco jak krew z nosa zważywszy na to, że w tym roku jedyne co pisałam to rozprawki na polski... w każdym razie chyba jest dość długi i mam nadzieję, że choć odrobinę warto było na niego czekać. Dobra wiadomość jest taka, że ostatnie miesiące na tyle wyczerpały mnie psychicznie, że postanowiłam na rok odpocząć od edukacji — być może więc uda mi się w końcu zrealizować program marzeń o nazwie Więcej i Krócej... Płaczę, kiedy to piszę X"""D
Dla tych co jeszcze nie wiedzą: Zapraszam do Cytrynowego Sorbetu po nowe obrazki!
I witam tych wytrwałych kremowym piwem i czekoladową żabą... na osłodę życia, bo trochę dziś namieszałam w Tedoire i w Pockemonie zwłaszcza xd

Nox/*

~ Tita