Witaj w Hogwarcie

Sieć Fiuu

czwartek, 6 lutego 2020

2.18 Mistrz Eliksirów p.III

Pauline Mary Glam


   Być może kiedyś trafiła wam się sytuacja, w której weszliście do kabiny w toalecie i już mieliście spocząć na muszli klozetowej w aurze błogiego poczucia prywatności — kiedy nagle wyłoniła się z niej Jęcząca Marta? A może przez przypadek przejęzyczyliście się na transmutacji, w czego wyniku zamieniliście się na ubrania z profesor McGonagall? Wyobraźcie sobie tę scenę: nagle lądujecie w długiej szmaragdowej szacie i spiczastej tiarze na głowie, podczas gdy McGonagall stoi przed wami w stroju uczennicy (w swojej wizji uwzględnijcie szczególnie spódniczkę i podkolanówki). Co następuje potem, z chwilą, w której równocześnie orientujecie się, że zamiana garderoby dotyczyła również bielizny?

 A może kiedyś zdarzyło wam się zastanawiać głośno, czy gdyby Hagrid miał dziecko z Flitwickiem, to byłoby ono ćwierć-olbrzymem, czy ćwierć-goblinem — gdy nagle w środku tych rozważań natrafiliście prosto na świdrujący wzrok Flitwicka, którego oczy znajdowały się idealnie o cal ponad poziomem waszej ławki? Albo byliście w trakcie intymnej chwili w dormitorium, podczas gdy ni stąd ni zowąd wparadował do was skrzat domowy, trajkocząc: “Grzebcio przyniósł ciepły termoforek, sir, świeżo wyprane szatki, sir, może przenieść jakieś przekąski, sir, jagódki-niezachódki?”.  

Jeżeli przytrafiła wam się którakolwiek z tych sytuacji; weźcie sobie tę jedną niezręczną ciszę, która zawsze po niej następowała, po czym pomnóżcie ją razy pięćset. Taka mniej więcej atmosfera panowała między mną a Boorackiem Jr przez całą drogę do kawiarenki pani Puddifoot — i gdybym zsumowała wszystkie drętwe momenty, jakie kiedykolwiek miały miejsce między mną a Simonem podczas wielu setek godzin eliksirów ciągnących się niemiłosiernie niczym stara ciągutka — i tak było to nic w porównaniu z tym.

  Paradoks Booracka Jr polegał na tym, że znali go chyba wszyscy, ale nikt tak naprawdę nie wiedział o nim kompletnie nic. Nie było w tym zresztą niczego szczególnie dziwnego, skoro całą wiedzę o nim można było opierać jedynie na dość ograniczonej mimice jego twarzy. W tej sytuacji większość szkoły poprzestawała na fakcie jego pokrewieństwa w prostej linii z Boorackiem Seniorem, co z miejsca eliminowało dalsze dociekania względem jego charakteru czy osobistych pasji, a co za tym szło, w samym zarodku zabijało udział Booracka Jr w jakimkolwiek życiu towarzyskim. Sami więc widzicie, że nawet wyciągnięcie go na rozmowę o pogodzie stanowiło rzecz arcytrudną — nie mówiąc już o tym, żeby wycisnąć z niego jakiekolwiek poufne dane! Serio, już prędzej Szara Dama zaprosiłaby cię do koła zwierzeń niż on. I to, że ponoć miał do mnie rzekomą “słabość” nie znaczyło przecież, że zdoła dla mnie wykroczyć poza własne ograniczenia intelektualne! Nawet nie byłam pewna, czy koleś w ogóle pamiętał, jak się nazywam — odezwał się do mnie tylko raz w życiu i nawet wtedy nazwał mnie Pollyanną.  

Jeśli więc miałam kiedykolwiek wcześniej choćby wątłą nadzieję na to, że już podczas naszego powitania dojdzie do przełamania lodów — to srodze się omyliłam.

  Przede wszystkim, chyba całe wieki minęły, podczas których kasłałam, chrząkałam i tupałam, żeby Boorack Jr wreszcie mnie zauważył. A kiedy już to zrobił, od razu tak się zaciął, że nie mógł wydobyć z siebie ani jednego słowa w całości. Nie trudno było zgadnąć, że najwyraźniej przygotował sobie wcześniej jakąś mowę powitalną, bo ledwie mnie zobaczył, jego twarz przybrała kolor świeżo wypalonej cegły, a on sam natychmiast odbił się od rynny, o którą się opierał i zaczął poruszać ustami, wydając z siebie tylko i wyłącznie samogłoski, z czego większość stanowiło wydłużone ‘y’. Stojąc przed nim pośrodku błotnistej kałuży i za Insygnia Śmierci nie mogąc wyczytać nic z ruchu jego ust, wreszcie postanowiłam oszczędzić mu wysiłku i przerwać tę żenującą pantomimę — a mianowicie uniosłam rękę w bardzo sztywnym geście powitania, po czym wydobyłam z siebie krótkie i jak najbardziej zdystansowane “hej”. Ale ten milowy krok naprzód w procesie kiełkowania zażyłości chyba niezbyt dopomógł. Boorack Jr płonął na twarzy zupełnie jak wielki bukiet piwonii, który wciąż nieudolnie ukrywał za plecami, chyba nie mogąc się zdecydować, czy wreszcie mi go dać, czy wciąż udawać, że wcale go tam nie ma.


— Emm… ym… heeee… — wykrztusił, co mimo wszystko stanowiło pewien progres: wreszcie zaczynał łączyć samogłoski ze spółgłoskami. — Tak. — Chyba w końcu udało mu się wziąć w garść, bo zmarszczył brwi i wycelował wzrok gdzieś w okolice mojego lewego kolana, jakby właśnie do niego się zwracał. — Mmmiło cię… to jes… ci-cieszę się… że cię… że cię…


Nagle urwał i wytrzeszczył na mnie oczy jakby zobaczył inferiusa.

Po czym ni z tego ni z owego ruszył ostro z kopyta, już więcej na mnie nie patrząc, nie odzywając się i wciąż trzymając te wielkie kwiaty za plecami — a ponieważ jego jeden krok miał długość mniej więcej moich trzech, przez całą drogę truchtałam koło niego (to znaczy mniej więcej w odległości półtora metra) jak jakaś totalna kretynka.

A był to dopiero początek tej niekończącej się historii cierpień.

Od ogni piekielnych gorsze jest tylko jedno — ognie wstydu. Pomijam więc oczywiste męki z nimi związane, kiedy to ludzie wybałuszali na nas gały, a niektórzy nie dość, że pokazywali nas sobie jawnie paluchami, to jeszcze nawet nie kryli się z głośnym rechotem. Zresztą, i tak tylko połowicznie zwracałam uwagę na czytelników Accio Ploty, ponieważ o wiele bardziej od nich martwiłam się tym, czy po drodze nie natkniemy się na jakichś nauczycieli — i chyba dostałam mikrozawału, kiedy zobaczyłam Hagrida, Fliwicka i Longbottoma wysiadających z wielkich sań pod drzwiami do Trzech Mioteł — jednak na całe szczęście Boorack nie uczestniczył w tym doborowym towarzystwie. A może korzystając z tego, że wszyscy byli w Hogsmeade, naprawdę został w Zamku, żeby w spokoju spiskować...? Bo jeśli z tego nie skorzystał — to niby gdzie indziej mógł być!


Sami więc widzicie, że dość trudno było mi podźwignąć już na wstępie zmasakrowaną konwersację, skoro cały czas drżałam na myśl, że mistrz eliksirów wyskoczy na nas zza węgła kolejnego domu, a jeśli nie on, to Brenda uzbrojona w swój staroświecki aparat fotograficzny. Tymczasem Boorack Jr pruł przez wioskę niczym dementor w poszukiwaniu duszy do wyssania, do tego przez cały ten czas mrucząc coś do siebie z miną pełną dezaprobaty, chyba samemu sobie udzielając reprymendy za opieszałość i brak uroku osobistego, co wywnioskowałam z kilku słów, które przez przypadek do mnie dotarły, a było ich dokładnie trzy: “debil”, “dupa” i coś co brzmiało jak “dzban”. Jeżeli więc mogę założyć, że nie wyliczał sobie wszystkich wyrazów na ‘d’ jakie znał, to chyba właśnie obrzucał samego siebie przezwiskami. Zanim jednak doszłam do tego dziwacznego wniosku, kilka razy zadałam mu pytanie “słucham?”, bo wydawało mi się, że mówi do mnie — on jednak tylko zerkał na mnie szybko, po czym odwracał głowę zaskakująco błyskawicznie jak na kogoś, kogo koleje życia pozbawiły szyi. Za trzecim razem wreszcie całkiem zamilkł, chyba w końcu zdając sobie sprawę z tego, że prowadzi wewnętrzny monolog na głos — nadaremnie, bo już i tak zdążyłam utwierdzić się w przekonaniu, że jeśli nie mam do czynienia z totalnym głąbem, to już na pewno ze świrem.


A więc Simon jak zwykle miał rację... Właśnie sama prowadziłam się na śmierć!


I to dosłownie, bo w połowie drogi Boorack Jr nagle stanął pośrodku ulicy i zezując w stronę bezdomnego kota, który właśnie nas mijał, wyznał, że nie ma pojęcia dokąd idziemy.


   W ten oto sposób musieliśmy zawrócić i ponownie przeparadować przez całą wioskę — a ja powtórnie musiałam przejść przez wszystkie tortury rozglądania się za potencjalnymi wrogami. Pod koniec byłam już prawie pewna, że nawet jeśli Boorack Jr mnie nie zabije, to i tak zrobi to Boorack — i nawet nie musi nas w tym celu widzieć, wystarczy, że  zdążyła nas już zobaczyć chyba połowa szkoły, zanim dotarliśmy do Przystani Szczęśliwych Par. Druga połowa szkolnej populacji siedziała rzecz jasna w środku, czego świadomość raczej niezbyt poprawiała mi nastrój. Przez moment ja i Boorack Jr staliśmy w milczeniu pełnym niezdecydowania, chyba oboje czekając na ruch tego drugiego — i niestety pech chciał, że równocześnie unieśliśmy ręce do klamki, na co mój “wybranek” odskoczył ode mnie jak jakaś piłka.


   Całe szczęście, że tę wielką chwilę żenady przerwało otwarcie się drzwi, w których stanęła równie piłkowata co Boorack Jr pani Puddifoot. I naprawdę nie wiem co sprawiło, że aż tak rozpromieniła się na nasz widok — chyba tylko obietnica grubości naszych portfeli, bo poza nami nie istniał chyba nikt, kto sprawiałby wrażenie większego męczeństwa. Serio, wyglądaliśmy co najmniej tak, jakbyśmy przemierzyli całą tundrę syberyjską, żeby tutaj dotrzeć.

   — Och zapraszam, zapraszam, chodźcie gołąbeczki! — zagruchała, jakby sama była wielkim gołębiem, zapraszając nas do środka gestem pulchnej dłoni, jak zwykle wyposażonej w ostre, jadowicie różowe tipsy, którymi zapewne rozrywała ludzkie wnętrzności w wolnych chwilach między rozdawaniem kawy a posyłaniem słodkich uśmiechów. — To wy zarezerwowaliście stolik na dziś, prawda?

Właściwie z tego co było mi wiadomo, to stolik zarezerwowała Brenda, musiała jednak zrobić to na nasze nazwiska — i nagle jakoś sparaliżowała mnie ta wiedza.


A więc już na zawsze zapiszę się w dokumentacji tego lokalu jako ktoś, kto przyszedł tu z Boorackiem Juniorem!

— Eeeeee — powiedział Boorack Jr.

 Pani Puddifoot najwyraźniej uznała to za odpowiedź twierdzącą, bo nie zadawała już więcej pytań.

— Chodźcie, chodźcie, kochane serduszka! Nie stójcie tak w drzwiach, bo mi klienci zmarzną!


A niech marzną. Niech nawet zamarzną. Ja tam nigdy w życiu nie wejdę.


Szkoda tylko, że wszechświat miał głęboko w poważaniu zgłaszane przeze mnie pretensje...

Boorack Jr, wciąż nie obdarzając mnie ani jednym spojrzeniem, które poświadczyłoby, że przyszliśmy tu razem, oczywiście pierwszy wtarabanił się do środka za lśniącym czarnym kokiem pani Puddifoot — za co właściwie byłam mu wdzięczna, bo dzięki temu mogłam się całkiem za nim schować.

A niestety, było przed kim się ukrywać. Przystań Szczęśliwych Par oczywiście pękała w szwach — a 99% jej klientów stanowili uczniowie Hogwartu. Już przy pierwszym stoliku dostrzegłam Petera Caldwella i Sandrę Kench, którzy zdążyli tu przybyć przed nami — niestety Peter wciąż sprawiał wrażenie osoby niespełna rozumu, zresztą tak samo jak Sandra, choć w jej przypadku można było wykluczyć udział odurzających środków. Sherry Power i Mark Tower wyglądali tak, jakby byli już w środku randki — prefekcina, usadowiona na kolanach swojego blondwłosego chłopaka, z pełnym zaangażowaniem i oddaniem karmiła go ciastkiem jak jakiegoś gumochłona, co stanowiło obrazek na tyle odrażający, że omal znów nie dostałam mdłości. Najbardziej obawiałam się spotkać kogoś z Paczki Puchonów — mogłam być jednak pewna, że Nickie i Sean w życiu by się tu nie pojawili, a nawet Crister nie byłby na tyle zdesperowany, by zaprosić tu jakąkolwiek dziewczynę, choćby tylko po to, żeby ją zaliczyć. Błogosławiłam za to niebiosa — bo gdyby tylko zobaczył mnie tu z Boorackiem Jr... O dziwo, nie dostrzegłam nigdzie również Spella Wooda. A byłam pewna, że on i randomowa długonoga blondyna będą pierwszym, co tutaj zobaczę!

Zamiast Wooda była za to Gigi Bulstrode, której nieprzychylna pogoda najwidoczniej nie przeszkadzała przyodziać się w strój jak na Bahamy. Siedziała przy stoliku z niejakim Harvey'em Dingle'm, też ślizgonem, który może i był niczego sobie, ale za to miał dość nieciekawą reputację jako prezes dość podejrzanej szkolnej organizacji sympatyków magii rytualnej. Typek był więc niezłym oszołomem, nie zdziwiłabym się jednak, gdyby Gigi umówiła się z nim w jakimś konkretnym celu — na przykład żeby choć trochę zagrać na nosie pewnemu prefektowi.


Gdybym tylko zechciała nieco bardziej wychylić się zza wielkich pleców Booracka Jr, zapewne zobaczyłabym jeszcze więcej znajomych twarzy — nie muszę chyba jednak tłumaczyć, że niespecjalnie mi na tym w tej chwili zależało. Właściwie to do końca tej randki mogłabym siedzieć z zamkniętymi oczami, byleby tylko tego wszystkiego nie widzieć  — nie tylko uczniów Hogwartu, którzy ciekawsko wyciągali w naszą stronę szyje, ale również całej tej ohydnej otoczki  — poruszających się leniwie mdłych malowideł na suficie, wyobrażających puszyste obłoki; rokokowych zdobień i żyrandoli z abażurkami, przez które całą kawiarnię wypełniało różowe światło, jeszcze bardziej osładzając to i tak już nazbyt cukierkowe wnętrze; a przede wszystkim, walentynkowych dekoracji, na które składały się rzecz jasna porcelanowe amory ze sztucznymi loczkami, lewitujące nad każdym stolikiem i sypiące z góry zaczarowane płatki czerwonych róż. Aby tym bardziej dopełnić moje poczucie dyskomfortu, powietrze do tego stopnia było przesycone słodką wonią lilii i frezji, że mogłam być pewna iż nie zmyję z siebie tego zapachu przez kolejny miesiąc. W tle natomiast plumkały delikatne dźwięki zaczarowanych skrzypiec i harfy, którym towarzyszył szmer przyciszonych głosów gości, delikatne trzaskanie ognia na kominku  — i gruchający głos pani Puddifoot, której dziób oczywiście ani na chwilę się nie zamykał, kiedy przepychała się przodem między stolikami — czemu tym bardziej sprzyjał fakt, że zarówno ja jak i Boorack Jr milczeliśmy wciąż jak zaklęci.


   — Och, z pewnością będziecie zachwyceni, moi kochani! Wasza urocza przyjaciółka była na tyle hojna, że zechciała sprawić wam małą niespodziankę… ja nazywam to Stolikiem Specjalnym!  — Nagle o mało co nie wpadłam na tył Booracka Jr, kiedy on i pani Puddifoot zatrzymali się raptownie.  — Taka słodziutka z was para, jestem pewna, że spędzicie razem urocze popołudnie…!  — Ostrożnie wychyliłam się zza Wielkiego Chińskiego Muru, jaki stanowił dla mnie Boorack Jr, jednak widok wciąż blokowała mi okrągła postać pani Puddifoot.  — Wszystko już jest opłacone, także możecie bez przeszkód cieszyć się swoim towarzystwem! Radosnych Walentynek, perełki!


Po czym puściła do nas oczko, pomachała pulchną łapką — i już jej nie było.


A ja wreszcie zobaczyłam nasz Stolik Specjalny.


Powiem tylko tyle: o mało co nie uciekłam gdzie skrzeloziele rośnie.

Ponieważ to co miałam przed oczami stanowiło widok tak koszmarny, tak okropny, jakbym naprawdę znalazła się właśnie w środku jakiegoś chorego snu. Nasz stolik był… różowy. Bardzo różowy. Tak różowy, że cała różowość tego lokalu zdawała się przy nim blaknąć.


Nie był jednak bardziej różowy niż moja twarz  — a już zwłaszcza twarz Booracka Juniora, który zdawał się być jeszcze bardziej przerażony niż ja.


I naprawdę aż trudno było wybrać, który element jakże bogatego wystroju naszego Stolika Specjalnego był najgorszy. Oczywiście stał na nim wielki kryształowy wazon z liliami i frezjami, taki  sam jak wszystkie inne wazony w tym lokalu  — i lewitowały nad nim te same amory, co nad wszystkimi innymi stolikami  — na tym jednak kończyła się jego normalność. Czy najohydniejszy był obrus w kolorze a la gaciowo-świński róż z babcinymi falbankami i kokardkami, okropny serwis z ruchomymi podobiznami kotów, czy lukrowane ciasteczka w kształcie serduszek z przesłaniami w stylu “Dla Najsłodszej”? A może dwa perkalowe fotele, na których oparciach łaziły zaczarowane białe króliki i nad którymi lewitowały całe pęki lśniących balonów serc z mieniącymi się napisami o treści “Kocham Cię”, “Przytul mnie”, “Pocałuj” i tak dalej…? Czy najgorsze były lewitujące płonące świece, czy srebrzysto-różowa mini-fontanna, niezwykle fantazyjnie rzeźbiona w rozwiązłe driady i napalone fauny? A może jednak najokropniejsza z tego wszystkiego była girlanda z oznaczeniem rezerwacji, na której było napisane “Pauline i Bazyl” wielkimi złotymi literami pod dwoma zaczarowanymi, przytulającymi się gołębiami?


A może to, że gdy tylko ja i Boorack Jr zbliżyliśmy się do stolika, naprawdę podleciały do nas te cholerne gołębie, kładąc nam na głowy kwiatowe wieńce?!


Cóż, chyba warto było tu przyjść choćby tylko dlatego, żeby zobaczyć minę Booracka Jr w tym konkretnym momencie.


— Ekhm… h-heeeee... — To był mój jedyny komentarz, na który Boorack Jr odpowiedział:


— Eeeeeeem…


Po czym, usilnie unikając kontaktu wzrokowego, oboje zdjęliśmy wieńce w skrajnym zażenowaniu  — Boorack Jr wetknął swój w bukiet piwonii, którego nadal mi nie wręczył, ja natomiast przy pierwszej okazji wyrzuciłam mój do kominka. Doprawdy, zapowiadała się między nami wspaniała współpraca… Widzicie, jak świetnie się ze sobą dogadywaliśmy?!


Żebyśmy tylko nie zwracali na siebie takiej uwagi! Choć nawet gdyby nasz stolik był normalny, chyba i tak nie mogłabym na to liczyć...


— Hm...  — wyrzuciłam ze ściśniętego gardła, podchodząc bardzo niepewnie do swojego fotela (była na nim poduszka z wyszytym złotą nicią napisem “Pauline”) i dotykając jednego z zaczarowanych króliczków, aby upewnić się, czy nie jest przypadkiem prawdziwy. Widocznie jednak nie był, bo zamiast przede mną zwiać, poruszył tylko lekko uszkami. Bardzo niechętnie i nieufnie spoczęłam na puchowym fotelu i prawie natychmiast wyskoczyło na mnie jeszcze więcej królików, jakby pojawiły się znikąd; przez chwilę mogłam więc pozwolić sobie na luksus nie podnoszenia wzroku, udając że białe puszyste kuleczki całkiem mnie absorbują. Z tego względu dopiero po chwili skonstatowałam, że Boorack Jr siedzi już naprzeciwko, do tego gapiąc się na mnie w bardzo niepokojący sposób, a mianowicie spode łba i z zaciśniętymi ustami, do tego zaczerwieniony po uszy, przez co wyglądał tak, jakby chciał mnie co najmniej zabić.


  O, Merlinie. Gdybym mogła chociaż pozbyć się tych balonów! Przez nie wyglądaliśmy jak jakaś para nowożeńców — a już na pewno jak totalni debile…!


— Eeeeee…  — wyrzuciłam z siebie, najwidoczniej kradnąc jego kolejną kwestię, bo wciąż się nie odzywał, lampił się tylko ponuro.  — No to… jak ci się to podoba?


Wysiliłam się na tragiczny uśmiech, ale Boorack Jr widocznie nie docenił moich starań, bo jego twarz wciąż przypominała kamienną rzeźbę  — i to raczej niezbyt wprawionego w swym fachu artysty. Ogólnie wyglądał bardzo dziwacznie, jakby został dla żartu wklejony w to nie pasujące do niego otoczenie — zwłaszcza, że był na tyle wielki, iż jego głowa znajdowała się praktycznie między balonami, a ponieważ sama była okrągła i różowa, wyglądało to tak, jakby tym bardziej usiłował wtopić się w tło. O co naprawdę trudno było go winić... Sama starałam się nie patrzeć na boki, ale jak na złość, im bardziej usiłowałam nie zwracać uwagi na otoczenie, tym mocniej zdawał się wyostrzać mój zmysł słuchu, zupełnie jakbym niespodziewanie dostała jakichś nadnaturalnych mocy  moje uszy zewsząd atakował nieznośny szmer przyciszonych głosów i co gorsza, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że każdy szept z osobna jest jak zatruta strzałka szyderstwa wycelowana prosto we mnie i mojego "wybranka"  — a kiedy tylko jakaś dziewczyna nieco głośniej zachichotała, mało brakowało abym nie wsadziła sobie wymyślnej fontanny pani Puddifoot na głowę.


— Brenda chyba… trochę przesadziła…  — Nie potrafiłam opanować nerwowego uśmiechu, który rozciągał mi twarz aż do bólu.  — Hm…  miało być bardziej… eee… dyskretnie...  — Czy Boorack Jr wiedział, co oznacza “dyskretnie”?  — Ale… przynajmniej mamy darmowe ciastka! He he…  — Porwałam z tacy jedno z ciasteczek, zaraz jednak je odłożyłam, kiedy przeczytałam na nim napis “Wypełnione Miłością”.  — Taaaa… To może kawy? Tak. Kawy! Emmm… Tu jest chyba kawa… tak…


— T-to…  — Boorack Jr wreszcie wydobył z siebie swój dudniący głos, uwalniając mnie od męki prowadzenia konwersacji z samą sobą. Zmarszczył groźnie brwi, w ten sposób jeszcze bardziej upodabniając się do górskiego olbrzyma — efekt rzecz jasna łagodziło to, że jego też otaczały białe króliczki.  — T-to żart…?


Przez chwilę mrugałam powiekami, nie bardzo wiedząc o co mu chodzi.


— Żart?  — powtórzyłam.


— Noooo… to wszystko… to ma być ż-żart… tak?  — Zaczerwienił się jeszcze bardziej, a ja nagle wytrzeszczyłam na niego oczy.


Och! O, mamo. I co teraz?


—  To… to wcale nie jest żart…  — wyrzuciłam z siebie, nagle uświadamiając sobie dlaczego Boorack Jr przez cały czas miał taką minę  — po prostu spodziewał się, że w każdej chwili mogę wybuchnąć mu w twarz szyderczym śmiechem.


Ale chyba niezbyt mi uwierzył. Zresztą, dlaczego miałby to zrobić?... Może i potajemnie mnie lubił, ale na pewno mi nie ufał. W tym momencie szczególnie trudno było mi przyjąć, że to spotkanie cokolwiek w tej materii zmieni — skoro już na samym początku uznał, że usiłuję go nabrać i to po co — tylko po to, żeby go ośmieszyć!


— Wyg… wygląda jak żart  — uparł się, najwyraźniej ośmielony moim zmieszaniem, jakby stanowiło ono dowód na to, że ma rację.  — Chcesz… chcesz się z-ze mnie nnn-abijać… ta-tak?!


Być może jest to nie do pojęcia, ale nabijanie się z Booracka Jr obramowanego balonami w kształcie serc i obłażonego przez białe króliczki było ostatnią rzeczą, jaką miałam w intencjach.


— Że co?  — przerwałam mu, niestety chyba trochę za ostrym tonem, bo aż się wzdrygnął.  — Wcale nie chcę się z ciebie nabijać! Ja tylko… ja... jak możesz mówić, że to żart?  — Postarałam się przybrać taki ton, żeby sam obudził w sobie poczucie winy za własne insynuacje  — trudno było jednak stwierdzić, czy moje działanie przyniosło jakikolwiek skutek.

Boorack Jr wymamrotał coś tak cicho, że właściwie ledwie wydobył z siebie głos, równocześnie marszcząc się, czerwieniąc i miętosząc jedwabną serwetkę haftowaną w łabędzie  — chyba dwa razy musiałam prosić go o powtórzenie tego co powiedział, aby wreszcie to usłyszeć:


— Bo-bo… bo ludzie zawsze to robią…


— Niby co?  — Po co o to pytałam? Przecież znałam odpowiedź. Boorack Jr chyba uznał to samo, bo zamiast mi odpowiedzieć, jeszcze bardziej skurczył się w sobie, tarmosząc łabędzie na serwetce tak nerwowo, że mało brakowało, by wreszcie ją rozerwał. — Zresztą... to głupie.


— No tak.  — Wreszcie opuścił serwetkę i wbił ponure spojrzenie w talerz.  — Wiem, że jestem głupi.


Serio. Co było nie tak z tym człowiekiem?!


Nagle poczułam się strasznie znużona tą konwersacją  — a trwała ona dopiero trzy minuty.


— Nie o to mi chodziło  — wyjaśniłam, siląc się na łagodny ton.  —  Wcale nie jesteś... Nie myślę, że... Nie uważam, że jesteś głupi!  — skłamałam.  — I to nie jest żart. Przykro mi, że myślisz inaczej...


Gapił się na swój talerz z wielką goryczą wymalowaną na okrągłej twarzy.


— No tak… Prze-przepraszam…  — wydukał w końcu do ruchomego kotka na talerzu.  — Jestem głupi. To znaczy nie jestem. To znaczy…  — chyba trochę się zaplątał, bo urwał nagle i westchnął ciężko.  — Echhhhhhh.


Doprawdy, wspaniały początek.


Boorack Jr przez chwilę kontemplował kokardkę na obrusie, z miną wyrażającą głębokie zanurzenie się w refleksji.

— No to… no… — wydukał, z policzkami bardziej świecącymi czerwienią, niż oczy królików, które siedziały po obu jego stronach niczym honorowa gwardia królewska. — Znaczy… czyli… to… to...


Możliwie jak najbardziej uprzejmie oczekiwałam, aż poukłada sobie poszczególne słowa w odpowiedniej kolejności.


— Jeśli… to… to nie ż-żart… to… to… co to jest?


I tym razem to ja nie zdołałam nic z siebie wyrzucić. Zaraz… o co on pytał? Czy to był ten moment, w którym miałam mu powiedzieć: “Oczywiście, że to randka! A co sobie myślałeś!”? Nie… nie! Nie przejdzie mi to przez gardło, nigdy! Po pierwsze to by było zbyt okrutne, po drugie zbyt ohydne, a po trzecie… nie i po prostu nie! Nawet dla Fiffie nie byłabym w stanie tego zrobić — już i tak dostatecznym poświęceniem z mojej strony było to, że w ogóle się tu pojawiłam…

Czego pożałowałam najszczególniej w momencie, w którym mój wzrok natknął się przypadkiem na pewną dziewczynę z Gryffindoru, która właśnie wyszeptała coś do swojego chłopaka, co musiało być na tyle zabawne, że koleś omal nie zakrztusił się babeczką. Oboje przemanewrowali wzrokiem w naszym kierunku, po czym znów równocześnie parsknęli śmiechem, najwyraźniej w szampańskim nastroju...


No tak. Cholerna Dominique i jej durne pomysły! Co ona sobie wyobraża, że kim ja jestem, jakąś wilą?! Jak mogłam kiedykolwiek zgodzić się na to, by bawić się w ten sposób czyimiś uczuciami, nawet jeśli zamierzałam wykorzystać to do dobrych celów  —  i to jeszcze z narażeniem własnej reputacji? No tak, jak zwykle konkluzja wychodzi ta sama…


Przez cholernego Simona…!


I gdy tylko o nim pomyślałam, zaczerwieniłam się ze złości. Szkoda tylko, że rumienienie się w chwili, w której Boorack Jr pytał mnie czy jesteśmy na randce, raczej niezbyt przemawiało na moją korzyść.


— To… spotkanie — wydukałam w końcu. — Żeby… eyyy... no wiesz. Żeby się lepiej poznać...! — Odetchnęłam płytko, podczas gdy myśli wirowały w mojej głowie niezgorzej niż płatki róż, rzucane na nas z góry przez amory. — B-Brenda… powiedziała, że chciałbyś… eeee… zaprosić mnie do Hogsmeade, ale się wstydzisz… — Czy mogłam jeszcze kiedyś czuć większe upodlenie własnym manipulatorstwem? — Pomyślałam, że to całkiem miłe z twojej strony — podjęłam, siląc się na jak najbardziej zdawkowy ton. — To znaczy… trochę nie ogarnęłam, że będą Walentynki i te wszystkie ozdoby,  ha ha... ale… hm… może chociaż udawajmy, że to wcale nie jest krępujące!?


Boorack Jr wpatrywał się we mnie jak w światłość zstępującą na niego z niebios.


— T-taaaa… — wybełkotał, a jego twarz rozjaśniła się lekko pośród balonów. — Jasneeee…


O, Merlinie. Czy to już? Już udało mi się nawiązać z nim nić porozumienia? Czy to wystarczyło, aby wyśpiewał mi wszystko co wie na temat tajnej działalności swojego ojca, zniknięciach w szkole, czy o problemach ministerstwa?

Pierwszy sukces już udało mi się odnieść  — udobruchałam Booracka Jr, mimo że nie dałam mu jasno do zrozumienia, iż ma u mnie jakiekolwiek szanse...


Byle tylko pospieszył się z tymi wyznaniami! Już zaczynały boleć mnie mięśnie, tak sztywno siedziałam na swoim miejscu, starając się nawet na milimetr nie spojrzeć w stronę pary, którą zanotowałam wcześniej  —  co z tego, skoro nawet Boorack Jr nie zdołał przysłonić mi ludzi siedzących za nim, a którzy zerkali wciąż w naszą stronę z minami pod tytułem Wcale Was Nie Obgadujemy? Wśród nich dostrzegłam Esme, najlepszą przyjaciółkę Orellii, która siedziała przy stoliku z jakimś starszym puchonem  —  była tam też Eleanor Smith ze Slytherinu razem ze ślizgońskim ścigającym, Cal Collins z jakąś laską, Rosalie z Paczki Puchonów, która gapiła się na mnie z otwartymi ustami... zaraz, zaraz, Rosalie?! Postarałam się dyskretnie przesunąć wazon z kwiatami na naszym stoliku, aby móc skryć się przed jej oburzonym wzrokiem  —  i właśnie wtedy z drugiej strony odsłoniłam widok na...

Boorack.

Na gacie Merlina i stanik Morgany.

Profesor Boorack. Boorack Senior. Boorack!

Omójbożeomójbożeomójboże...

I zanim zdążyłam cokolwiek jeszcze pomyśleć  —  ku skrajnemu zdziwieniu Booracka Jr, postawiłam sobie lilie i frezje centralnie przed twarzą, ledwo co wyglądając zza wielkiego bukietu, jak jakiś przerażony chochlik.

Nie, nie, nie...

Nie wyjdę stąd żywa. Nie wyjdę stąd nawet w jednym kawałku! A może to tylko zwidy?! Może to jakaś chora wizja, może z tych nerwów zaczynam tracić rozum?! Ostrożnie wyjrzałam zza wazonu...

Nadal tam był!

Siedział przy stoliku w samym kącie, z twarzą zasłoniętą egzemplarzem Czarownicy  — ale to na pewno był on, wszędzie poznałabym tę ohydną zieloną tiarę w brązową kratkę! I mogłam założyć się o cały bank Gringotta, że wcale nie wpadł tu na kawkę przez przypadek... Oczywiście, pewnie zaczarował te Czarownicę tak, żeby mógł wszystko przez nią doskonale widzieć... Ale czy nas słyszał?! Jeszcze przed chwilą moja głowa parowała wrzątkiem jak garnek, teraz jednak mój mózg momentalnie zamienił się w bryłę lodu.

Galeon. Galeon! Gdzie jest ten cholerny galeon?!

To był koniec  —  nawet nie zdążyłam o nic zapytać Booracka Jr. I już nie zapytam. Całą operację po prostu szlag trafił  —  a kawałek czoła Booracka widoczny znad krawędzi gazety, jaśniejący czerwienią tak mocno, że mógłby robić za światło sygnalizacyjne na rogu ulicy, tylko to potwierdzał.

I już miałam wyciągnąć galeona z kieszeni  —  kiedy nagle lilie i frezje zniknęły mi sprzed twarzy.

Boorack Jr patrzył na mnie ze zmarszczonym czołem i słodką nieświadomością w oczach.

 —  C-co rrrobisz...?

Gdybym tylko mogła transmutować się we wsiąkiewkę, wierzcie mi, zrobiłabym to i pozostałabym w tej postaci już do końca swojego życia.

 —  He-eh  —  wychrypiałam, rozciągając usta w przerażonym uśmiechu.

Ponad ramieniem Booracka Jr, Boorack Sr opuścił nieco Czarownicę...

Świńskie oczka miał utkwione prosto we mnie!

Przełknęłam ślinę, czując że niewielka ilość słów, których mogłam w tym momencie użyć, staje mi w gardle. Czy tak właśnie czują się osoby kiedy spojrzą w oczy bazyliszka, w chwili petryfikacji?...

Czy tak właśnie czuła się Jęcząca Marta w obliczu śmierci?!

 —  N-nic  —  wydukałam wreszcie, starając się skupić na okrągłej twarzy Booracka Jr, ponad którego ramieniem Boorack znów zasłonił się okładką gazety, na której hojnie obdarzona przez naturę czarownica z blond lokami wychwalała nową serię eliksirów na menopauzę...

Lecz nagle coś się na niej zmieniło. Litery układające się w jaskrawy napis: SPRÓBUJ NASZYCH NOWYCH ELIKSIRÓW zaczęły nagle się zmieniać, aż wreszcie ułożyły się w nowe zdanie:

SPRÓBUJ TYLKO...

...co?

Ramię Booracka Jr zasłaniało mi widok. Spróbuj tylko... węszyć? Spróbuj tylko usidlić Bazylka? Lekko uniosłam się na swoim siedzeniu...

SPRÓBUJ TYLKO
ZRANIĆ MEGO SYNA

O cholera jasna.

Świńskie oczka znów pojawiły się ponad napisem i nie trudno było się domyśleć, że na facjacie Booracka gościł jeszcze bardziej chory wyraz, niż uśmiech blond-czarownicy.

Czyli teraz już naprawdę musiałam być miła dla Booracka Jr...! Ale wcale nie po to, żeby wyciągnąć z niego informacje  —  tylko dlatego, żeby Boorack mnie nie zniszczył!

Na brodę Dumby'ego, ratunku!!!

Ściskałam galeona pod stolikiem, czując, że dłonie zaczynają mi się pocić. Nie, zdecydowanie musiałam wezwać pomoc. Sama nie mogłam stąd wyjść  —  przecież zraniłabym wtedy uczucia Bazylka!  —  ale kontynuacja tej farsy również mijała się z celem, skoro sam Boorack inwigilował to spotkanie! Drżącą ręką wygrzebałam różdżkę z kieszeni, korzystając ze sposobności, którą stwarzało mi ponowne pogrążenie się Booracka Jr w posępnym analizowaniu wzoru na filiżance  —  i starając się, by nikt tego nie widział, wycelowałam ją w monetę...

Czy komunikat składający się dokładnie na dwa słowa: BOORACK i POMOCY, jest wystarczający, aby Victoire i Ted natychmiast się tu aportowali...?

 — WASZ DESER!

Ja i Boorack Jr aż podskoczyliśmy  —  białe króliki pierzchły na wszystkie strony, kiedy Bazyl uderzył głową o wiszące tuż nad nim balony... i nie tylko one.

Galeon wyskoczył mi z ręki i spadł na podłogę, gdzie z zawrotną szybkością potoczył się między nogi stolików i gości  —  po czym zniknął mi sprzed oczu.

Opuściłam szczękę.

 — Proszę bardzo, cukiereczki!  —  Pani Puddifoot przelewitowała na nasz stolik wielką lśniącą paterę z półokrągłą pokrywką, która chroniła jej zawartość.  —  Deser niespodzianka, który ja nazywam Niebiańskimi Delicjami! Życzę smacznego, skarby!

Nawet nie przeszło mi przez myśl, żeby odpowiedzieć "dziękuję". Bo za co miałam dziękować  —  za zrujnowanie mi ostatniej szansy na ratunek?!

I co teraz?! Nawet nie zdążyłam wysłać całego komunikatu  —  jedyne co zdołałam napisać, to BOO! Niechby to piekło wszystko pochłonęło!!! A zresztą, i tak przecież miałam zginąć w płomieniach  —  skazana na dwóch Booracków, nawet bez szansy na żadne korzyści z tego układu  — za to z wielkimi szansami na uszczerbek na zdrowiu psychicznym jak i fizycznym...

Nie, to nie może się tak skończyć... ktoś musi mnie uratować...!

I w tym momencie zdarzył się cud  —  a mianowicie moje oczy natknęły się na jeszcze jedną znajomą mi osobę w tym pomieszczeniu.

Brenda Pussycat siedziała samotnie przy stoliku z samonotującym piórem i notatkami  — jednak wbrew temu, czego można było się po niej spodziewać, nie rozglądała się po całym lokalu ze zmrużonymi oczyma nastawionymi na tryb poszukujący sensacji. Zamiast tego, marszczyła brwi, wpatrując się w coś, co trzymała w dłoniach pod stolikiem  — w mugolskich warunkach można by pomyśleć, że siedzi na smartfonie, ale oczywiście nie było to możliwe  —  dopiero po trzech sekundach zrozumiałam, że...

Tak, to naprawdę był mój galeon!

A jednak los się do mnie uśmiechnął  —  moją monetę mógł przecież podnieść ktokolwiek  —  zaraz jednak moje nadzieje na ocalenie nieco straciły na blasku, kiedy uświadomiłam sobie, jak wiele rzeczy Brenda może spieprzyć.

Bądź co bądź, w końcu to była Brenda...!

 — Ehmmm...  —  O mój Boże. Czy Boorack Jr właśnie odezwał się sam z siebie?  —  Eeee... to... m-może chcesz... e... tej kawy, czy... czy coś...

 — Kawy? A, kawy! — Ledwo co zarejestrowałam przedmiot jego nieśmiałego pytania, tak bardzo nie spuszczałam oczu z Brendy.  — N-nie, dzięki...

Boorack Jr opuścił ramiona z rezygnacją, po czym znów pogrążył się w ponurym milczeniu, zaciskając wargi, chyba zastanawiając się nad tym, co będzie mógł powiedzieć za kolejne dziesięć minut ciszy. A tymczasem Brenda rozejrzała się naokoło  —  aż wreszcie jej wzrok padł na nasz stolik.

Spojrzała na monetę, potem na mnie (dającą jej znaki na migi i poruszającą bezgłośnie ustami)  — potem znów na monetę  — na Booracka Jr  — znów na mnie  — na Booracka Jr  — i wreszcie na Booracka. Nie muszę chyba nadmieniać, że cała ta akcja niewerbalnej komunikacji trwała chyba całe pięć minut, zanim Brenda wreszcie załapała o co mi konkretnie chodzi  —  przez co ani się obejrzałam, a Boorack Jr odezwał się ponownie:

 —  Na-na pewno... nie chcesz...  —  Zamiast dokończyć zdanie, wskazał na dzbanek kawy, na co mimowolnie zmarszczyłam brwi; naprawdę przez cały ten czas nie zdołał wymyślić niczego innego?...

Nie zdążyłam jednak odpowiedzieć. W tym momencie zaszurało głośno krzesło  —  i zobaczyłam jak Brenda przemierza raźnym krokiem ciasną przestrzeń między stolikami  — zanim jednak zorientowałam się, co właściwie zamierza zrobić...

 —  PAN PROFESOR!

W tym momencie skamieniałam tak raptownie, jakby ktoś rzucił na mnie Duro  — i nie tylko ja, Boorack Jr także znieruchomiał, robiąc przy tym taką minę, jakby wybuchła przy nim łajnobomba.

I dokładnie identyczny wyraz twarzy miał sam Boorack, który z cichym plaśnięciem upuścił na stolik Czarownicę. A tymczasem Brenda zaczęła robić to, co Brendy potrafią najlepiej  — a mianowicie trajkotać głosem tak przenikliwym, że po chwili tej scenie zaczęło przyglądać się 3/4 sali.

 — O-mój-Boziu! Pan  — tutaj?! Z całym szacuneczkiem, ale co pan tutaj robi, bo chyba nie czeka pan na dziewczynę, co, ha ha ha...!  — Czy ta Brenda do reszty zwariowała?! Zaraz szybko się zreflektowała, kiedy stopień czerwoności facjaty Booracka osiągnął taki pułap, jakby zaraz miała pójść mu para z nosa.  — Ach, nie, proszę się na mnie nie wkurzać, przecież wiem, że pan ma żonkę, hehe... chociaż chyba się pan z nią rozwiódł, co?  —  To rozwiązanie raczej niezbyt poprawiło sytuację; Boorack był już prawie fioletowy.  —  Ahaaaa, już rozumiem... pilnuje pan swojego syna, żeby jego również uchronić przed złamanym sercem, albo co gorsza, przed utratą cnoty!!! To na swój sposób urocze, ale nie pomyślał pan, że to jednak trochę nie halo, że aż tak kontroluje pan jego życie?! Mógłby pan mu zapewnić nieco więcej prywatności!

 — P-P-Pussycat...

 —  W razie czego ja mogę ręczyć za Pocky, to znaczy, eyyy, za pannę Glam! Ona jest naprawdę w porządku, nie zbałamuci Boor- to znaczy, eee, Bazylcia...

 —  PUSSYCAT!

Wszelkie szmery i chichoty raptownie ucichły, kiedy Boorack poderwał się ze swojego miejsca, chlastając Czarownicą o stół z takim impetem, że gazeta w jego ręku zamieniła się w kolorową smugę. 

I gdybym była w tym momencie Brendą, chyba właśnie całe życie minęłoby mi przed oczami. Facjata Booracka emanowała teraz taką żądzą mordu, jakby tylko marne resztki siły woli powstrzymywały go od tego, by nie posiekać Brendy na plasterki, wrzucić do wielkiego kotła i uwarzyć z niej eliksir na czyraki. Przez krótką chwilę Brenda zastygła w gasnącym z wolna entuzjastycznym uśmiechu, chyba wreszcie wyczuwając, że nic więcej nie należy dodawać, jeśli nie ma się szczególnej ochoty na obdarcie ze skóry, a w następstwie wolne odchodzenie mięsa od kości we wrzącej wodzie, do tego za jedyne towarzystwo w tej kąpieli mając zęby szczura, smarki trolla i zgniłego węża. Również wszyscy widzowie tej sceny zdawali się wstrzymać oddech  i chyba jedyną osobą, która w tym momencie nie patrzyła na Booracka był jego własny syn, który kulił się na swoim miejscu z taką miną, jakby wzrokiem próbował zmusić łyżeczkę, by zamieniła się w świstoklik, i zabrała go z tego miejsca najdalej jak się da.

Jeżeli zaś o mnie chodzi, to prawie całkiem schowałam się pod stołem, tak bardzo obawiałam się o swoje życie.

 —  Pussycat! — wycharczał tymczasem Boorack, zaciskając pięść na rulonie z Czarownicy jak na pałce.  — To jest... po prostu... po prostu potwarz!

Żaden mięsień twarzy Brendy nawet na milimetr nie dał po sobie poznać, że w ogóle wie o co Boorackowi chodzi.

— Ale co konkretnie? — zaszczebiotała naiwnie, na co Boorack wciągnął powietrze w płuca tak głęboko, że aż zatrzeszczały guziki na jego pokaźnym brzuszysku.

— Twoje bezczelne insynuacje!!!   zapiał histerycznie.   Ja kontroluję życie swojego syna?! Ja nie zapewniam mu prywatności?!

— Usiadł pan tylko dwa stoliki dalej...

—  CZY JA PROSIŁEM CIĘ O PORADY WYCHOWAWCZE?!

Chyba nawet harfa i skrzypce zamilkły po tym wrzasku. Za to Boorack Jr już na dobre zamienił się w kamienny posąg.

— Pięknie! No po prostu wspaniale!   Boorack zdążył już wpaść w tryb największej pasji, czego dowodem było to, że zaczął wymachiwać zwiniętą Czarownicą w zupełnie niekontrolowany sposób.  Nauczyciel zaharowuje się na śmierć, całe swoje życie poświęca dla młodzieży, i po co? Żeby nawet nie mógł w spokoju napić się kawy! Nie, Pussycat, nie jestem tu by nikogo pilnować, ufam swojemu synowi, a za te wszystkie brednie masz szlaban...

 —  Nie może pan! Jesteśmy poza terenem Zamku!

Przez chwilę świdrował ją wzrokiem wędzonego śledzia, którego codziennie rano spożywał w Wielkiej Sali na śniadanie.

 —  A więc do zobaczenia w Zamku!

Nacisnął tiarę na uszy, porwał ze stołu swoją Czarownicę  — i już po chwili trzasnęły za nim drzwi. 

Chyba jeszcze nigdy nie widziałam, by Boorack Jr był taki blady!

Po wyjściu mistrza eliksirów prawie natychmiast ponownie wybuchły przyciszone głosy i śmiechy, kiedy wszyscy z żywością zaczęli komentować między sobą ten incydent  jednak dopiero po chwili ośmieliłam wychylić się zza stołu. Czy mi się tylko zdawało, czy Brenda naprawdę dopiero co uratowała mi życie...?

Brenda?!

— I co, słodziaki?! Jak wam się podoba Stolik Specjalny?!

Wydawało mi się to niemożliwe, by Boorack Jr jeszcze bardziej mógł skurczyć się w sobie, a jednak tak właśnie się stało, kiedy przenikliwy głos Brendy rozległ się tuż nad naszymi głowami. Cóż... jak na kogoś, kto właśnie oberwał drugim szlabanem u Booracka w swoim życiu, wyglądała na zdecydowanie zbyt zadowoloną z siebie. Przysunęła sobie krzesło do naszego stolika, zanim ja czy Boorack Jr zdołaliśmy chociaż pisnąć,  po czym bez ani jednego grama krępacji sięgnęła ręką po lukrowane ciastko  czego właściwie trudno było jej bronić, skoro to wszystko było za jej pieniądze...!

O co wcale jej nie prosiłam, żeby była jasność.

—  Och... cześć...  wyrzuciłam z siebie, jakbym dopiero teraz ją zauważyła.   Taaaa, jest bardzo... eeeeee... no, robi wrażenie...

— Co nie?!  podnieciła się Brenda, już w najlepsze rozsypując wszędzie okruchy i spoglądając żywo to na mnie, to na Booracka Jr, który wciąż gapił się w stół z wyrazem głębokiego szoku.  No i jak się bawicie?! Zaczepiste są te dekoracje, co nie? A ty Bazyl?!  Nagle trąciła Booracka Jr w ramię, dość brutalnie wyrywając go z letargu.   Ale chyba nie masz mi za złe, że pozbyłam się twojego wrednego tatuśka, co?! W końcu są Walentynki co nie, należy wam się trochę intymności!

Ledwo co powstrzymałam się od komentarza, że nasz Stolik Specjalny ma z intymnością mniej więcej tyle wspólnego, co Brenda z dyskrecją   zamiast tego wepchnęłam sobie ciasteczko do ust, żeby czymkolwiek zatkać sobie paszczę.

— Jjjjjaaaa...  wyjąkał Boorack Jr słabym głosem.  Prze-prze... przepraszam...

— Och, ale niby za co! Przecież to nie twoja wina, że twój stary jest świrem!  wypaliła Brenda, na co twarz Booracka Jr znów pociemniała.  To znaczy, miałam na myśli to, że... no przecież wszyscy wiedzą, jaki on jest...!  Ostentacyjnie wywróciła oczami.  Chyba zawsze miał leciuteńką paranoję, w sensie, nie obraź się ani nic, ale to chyba jakaś przesada, w końcu nie jesteś jakimś bobasem, masz te piętnaście lat na karku...

—  Szesnaście  wybąkał Boorack Jr, jakby kogoś to obchodziło.

Brenda niedbale machnęła ciastkiem.

— Tak czy siak, co on sobie wyobraża! Jakbyś zaprosił Pauline do dormitorium, to też by za wami poszedł?!

Aż wyplułam kawałek ciastka.

— BRENDA...

— No co?  obruszyła się, ze zwykłą sobie prostolinijnością.  A zresztą. Na całe szczęście już sobie polazł, więc znów możecie czuć się swobodnie!  Czy my kiedykolwiek czuliśmy się swobodnie? Ja i Boorack Jr znacząco uciekliśmy wzrokiem na boki.  Nosz doprawdy, nie po to tak się starałam, żeby was spiknąć, żeby przeszkodził mi w tym jakiś stary pierdziel! — Nagle spojrzała na Bazyla z przestrachem. — Ups, znowu sorki! Ale mam nadzieję, że cię to nie obraziło?! Chodzi mi tylko o to, że przecież już zatrzymał cię na Święta w Zamku, to chyba nie musi spędzać z tobą jeszcze Walentynek, mam rację? Już i tak przecież uczy w tej samej szkole...  Nie czekając na niczyje zaproszenie, wyczarowała sobie trzecią filiżankę i uraczyła się kawą ze dzbanka.  No chyba, że naprawdę wcale was nie śledził, tylko przyszedł tu po to, żeby wyrwać panią Puddifoot!  podekscytowała się nagle, jakby ten absurdalny pomysł rzeczywiście stanowił tak wielkie prawdopodobieństwo.  Pasowaliby do siebie jak ulał, co nie? Ha ha ha!

Ja i Boorack Jr nie skomentowaliśmy.

— No co, w końcu Boorack też człowiek!  Uniosła brwi, z kokieteryjnym uśmieszkiem wbijając zęby w kolejne ciastko, na czego widok mimo woli zrobiło mi się jakoś niedobrze.  Przecież ile lat temu twoi starzy się rozstali, co? Co, Bazyl?  Jeszcze raz trąciła go w ramię, na co raptownie ocknął się z zadumy.

— Ach... eee... no już trochę...

Na brodę Dumby'ego. Na brodę Dumby'ego!

Czy Boorack Jr zaczynał się zwierzać?

— No właśnie! Chyba jak zaczynałeś Hogwart, co nie?  Brenda niezbyt rozważnie wyciągnęła rękę po cukiernicę.  I co, opieka nad tobą przypadła Boorackowi, na twoje nieszczęście? No ale to chyba tylko przez to, że jak już mówiłam, uczy w tej samej szkole co nie, więc i tak ma nad tobą większy nadzór niż twoja mamuśka... Ale za to słyszałam, że zgarnęła prawie całą skrytkę w Gringottcie!  Wbiła w niego wzrok tak intensywny, że nawet kamień by jej odpowiedział.

— N-no tak, aaale... t-to nie jest wcale... tak jak...  wydukał Boorack Jr.  To znaczy... wydaje mi się... eee... ojciec tak powtarza, że no... to była taka... zemsta...

Zemsta?  Brenda zrobiła całkiem zaintrygowaną minę, wrzucając do swojej kawy chyba cztery kostki cukru.  Uaaaauuuuu!  powiedziała nagle, na co Boorack Jr zmarszczył brwi, najwyraźniej dość zakłopotany tą dziwną reakcją.  No to nieźle, haha! Chciałabym, żeby moi starzy tak o mnie walczyli!

Zakłopotanie Booracka Jr osiągnęło już chyba poziom stosu ksiąg Julii z dzisiejszego poranka.

— N-no nie wiem...  wymamrotał dość chłodnym tonem, na co Brenda wytrzeszczyła na niego oczy.

— No co ty stary, żartujesz sobie?! Jak moi się rozwodzili, to żadne z nich nie chciało mieć nade mną opieki! Jak sąd ustalił, że zostanę z mamą, to wiesz jaka była wkurzona?!  Zaczęła mieszać łyżeczką w swojej filiżance z taką szybkością, że o mało co nie porozlewała połowy jej zawartości.  No ale czego można się spodziewać po analitykach finansowych! Że już nawet nie wspomnę o tym, że goście totalnie nie czują magii i przez pół mojego życia myśleli, że jestem jakaś powalona! W sumie to nadal tak myślą!  Pogodnie siorbnęła łyczek kawy, podczas gdy ja gapiłam się na nią, jakbym zobaczyła ją po raz pierwszy w życiu.

Cztery lata można myśleć, że się kogoś zna  i nagle obudzić się z poczuciem, że widocznie to i tak było za mało. Prawdę mówiąc, nie miałam nawet pojęcia o tym, że rodzice Brendy nie byli razem, o ich chłodnych rodzinnych relacjach nawet nie wspominając... Jak jednak mogłam się za to winić? Brenda naprawdę sprawiała wrażenie ostatniej osoby, która miałaby tego typu problemy  nawet teraz gdy o tym mówiła, siorbała sobie beztrosko kawkę i używała tonu tak niefrasobliwego, że można by pomyśleć, iż opowiada o kimś zupełnie innym.

—  T-twoi... twoi rodzice to... m-mugole?

Boorack Jr wyszeptał to tak cicho, że jego głos zabrzmiał jak świst dobywający się z trzewi konającego. Brenda przestała siorbać kawkę.

— Oj, chłopie! I to jacy!  Machnęła ręką wyposażoną w łyżeczkę, przez co na babcinym obrusie powstał szlak z brązowych kropelek.  Ale co ja będę o nich gadać i psuć sobie ten jakże piękny dzień! Może lepiej wy sobie coś opowiedzcie!

— Eeeeeeeeeee  powiedzieliśmy ja i Boorack Jr równocześnie.

Brenda spojrzała to na jedno, to na drugie.

— Och, no błagam, nie bądźcie tacy słodcy!  Sięgnęła po kolejne, piąte już ciasteczko.  No dawajcie, nie wstydźcie się! Przecież nie po to tu jesteście, żeby przez cały czas gapić się w przestrzeń, co nie?!

Cóż, wydaje mi się, że właśnie dokładnie po to tam byliśmy!

—  Na pewno Pocky chce o tobie coś wiedzieć, Bazyl! Prawda Pocky? — Oj, i to jak, szkoda tylko że kompletnie nie wiedziałam, jak się za to zabrać! — No to jak z tymi twoimi starymi? — zagadnęła Brenda, oblizując swoją łyżeczkę.  Nie odwiedzałeś mamy w Święta, co nie? Widziałam cię w Zamku...!

—  Eee... no tak  wybąkał Boorack Jr.

— Och, więc na tysiąc procent musiałeś być na mojej imprezce, co nie?! Powiedz, że na niej byłeś, bo jak nie to chyba stracę wiarę w ludzkość!

Boorack Jr bardzo niechętnie kiwnął głową, jakby przyznawał się do zbrodni.

— Wiedziałam!  ucieszyła się Brenda, omal nie wyrzucając przy tym swojej łyżeczki w powietrze.  No to gadaj, jak ci się podobała?! Było zaczepiście, co nie?! O mój Boziuchno, chyba o mało co Wieża Astronomiczna się nie zawaliła!! I co, twój tatusiek się na to zgodził? A jak ci się podobało żarcie? O EM DŻI  chwyciła nagle za krawędź stołu i spojrzała na niego świecącymi oczyma.   Więc na pewno widziałeś, jak Ted Lupin lizał się z Gigi Bulstrode?!

 Eeee  odpowiedział Boorack Jr.

 No błagam cię, cała szkoła to widziała!!   żachnęła się Brenda.  No, może poza kilkoma drobnymi wyjątkami, jak na przykład Victoire! Nie wiem jak ona mogła mi to zrobić, że jej tam nie było...

— A Sara Croft?  zapytałam nagle. Brenda spojrzała na mnie dziwnie.

— Co Sara Croft? 

Czy mi się zdawało, czy Boorack Jr nagle jakoś dziwnie znieruchomiał?

— Nooo...  powiedziałam powoli, zastanawiając się, jak dobrać słowa, aby zabrzmiały jak najbardziej naturalnie.  Chodzi o to, że... była w Zamku, ale nie było jej na twojej imprezie...

— No tak, tylko kogo to obchodzi?  żachnęła się Brenda.  W końcu to kujonica prawie jak Julia... Chociaż nawet Julia była na mojej imprezce!...

— No właśnie... Sara była w Zamku, a potem... już jej nie było  zakończyłam dość kulawo.

Przez chwilę Brenda spoglądała na mnie w taki sposób, w jaki zazwyczaj patrzyła na podręcznik od transmutacji — czyli totalnie bez zrozumienia.

— Ach! — zaskoczyła nagle.  Chodzi ci o to, że zniknęła?

Oczka Booracka Jr wędrowały ode mnie do Brendy i z powrotem, jakbyśmy były ścigającymi podającymi sobie kafla. Tym razem to ja zaczęłam skubać kokardkę na obrusie.

— To znaczy... eee... tak się tylko zastanawiałam... to trochę dziwne, prawda? — zerknęłam na Booracka Jr, który akurat również na mnie spojrzał, przez co bardzo nieszczęśliwie się zarumienił.  Ona... chodziła z tobą do klasy, prawda...?

— Och, więc wy się znaliście! — Brenda wyglądała na coraz bardziej zainteresowaną tą sprawą, podczas gdy Boorack Jr zrobił bardzo zakłopotaną minę.

Błagam cię, zacznij wreszcie coś gadać!

— Uhm, eeee... n-no tak... — wyjąkał w końcu.  To znaczy... ech. M-miałem u niej k-korki... z transy...

— I co?! Domyślasz się, co się mogło stać?! — zaatakowała go Brenda, aż podnosząc kuperek z siedzenia i opierając się łokciami o stół, przewiercając Booracka Jr wzrokiem jak roentegem. — Bo jak dla mnie to jest cholernie dziwne! Serio, nawet jak na Hogwart. Bo wiecie, że nie tylko Sara zniknęła, co nie... Teraz chyba średnio co miesiąc ktoś znika! — Zaczęła wyliczać na palcach. — Pierwsza była chyba Sophie Lynch... też z twojej klasy, Bazyl! Aż dwie osoby z twojego roku, no to jest serio podejrzane...! — Boorack Jr otworzył usta, jednak dalsze wyliczanie Brendy nie dało mu dojść do głosu. — Potem był kto? W listopadzie... zaraz, zaraz, uno momento... a! — Uderzyła rozpostartymi dłońmi o stół. — Cody Martens, ten trzecioroczniak od puchonów! I wiecie co, podobno zaginął w Hogsmeade! Masakra, nie? Nawet tutaj nikt nie może czuć się bezpieczny! Ale słuchajcie dalej... — Usadowiła się wygodniej, kręcąc tyłeczkiem na swoim krześle. — W grudniu Sara Croft, jak już wspomniałam... ale zaraz po niej, w styczniu... aż dwie ofiary! Brad i Frankie, gryfon i puchonka! A to i tak jeszcze nie jest najgorsze...

— A co? — zapytałam, na co Brenda wybałuszyła oczy w wyrazie pełnym grozy.

— A to, że zgadnijcie, kiedy to się dzieje... Prawie zawsze w okolicach pełni! 

Z bardzo podekscytowaną miną spojrzała najpierw na mnie, potem na Bazyla, najwyraźniej koniecznie chcąc sprawdzić, jaką reakcję wywołała u nas ta niepokojąca informacja. I chyba naprawdę mogła czuć się usatysfakcjonowana, ponieważ Boorack Jr wyglądał tak, jakby zobaczył akromantulę pod prysznicem — ja natomiast gapiłam się na Brendę z otwartymi ustami.

— Tak! — potwierdziła Brenda przeraźliwym szeptem. — Podczas pełni! A więc jest wśród nas jakiś wilkołak!!!

O Merlinie...

Gdyby tylko Brenda powiedziała coś takiego przed wydarzeniami z końca zeszłego roku... zaczęłabym się poważnie martwić o jej stan psychiczny.

Problem w tym, że powiedziała to teraz. I to akurat przy dwóch osobach, które w przeciwieństwie do niej, doskonale wiedziały o tym, co profesor Boorack hodował w zeszłym roku w Zakazanym Lesie...

I nagle wszystko znów stanęło mi przed oczami, jakby to wczoraj w nocy miała miejsce nasza nocna eskapada, a nie przeszło kilka miesięcy temu. Świecące w ciemności oczy, rozczapierzone pazury i ten stłumiony warkot, okropny skowyt...

Ale przecież ten wilkołak już nie żył! 

Bez względu na to, co mówiła Brenda, nie mógł mieć związku z obecnymi porwaniami, nawet jeśli był chowańcem Booracka... Nagle jednak coś całkiem innego przyszło mi do głowy. 

Bo w końcu po co Boorack trzymał w lesie wilkołaka? Żeby za jego pomocą móc zdobyć krew jednorożca... A po co była mu krew jednorożca?

Odpowiedź znajdowała się głęboko w ciemnych podziemiach Zamku, tam, gdzie tajemnicza mikstura bulgotała w ogromnym kotle...

   Lecz moje rozmyślania zostały brutalnie przerwane w chwili, która nieuchronnie musiała nadejść — a mianowicie wtedy, kiedy Brenda uderzyła dłońmi o stół.

— No tak, miło się gawędziło, ale na mnie już chyba po...

— NIE!

I Brenda, i Boorack Jr podskoczyli na swoich miejscach, aż zadzwoniła najlepsza porcelanowa zastawa pani Puddifoot.

— Ależ Pocky...! — zawołała Brenda z wyrzutem, teatralnie przykładając rękę do serca. — Przecież nie mogę wam już dłużej przeszkadzać, już i tak zajęłam całe mnóstwo waszego drogocennego czasu, a pewnie macie sobie jeszcze tyle do powiedzenia i... — nagle urwała i zmarszczyła brwi, ponieważ w tym punkcie jej wypowiedzi zaczęłam desperacko kręcić głową i poruszać ustami w niemym błaganiu — zaraz jednak zaprzestałam tych działań, kiedy zorientowałam się, że Boorack Junior wciąż się na mnie patrzy, a Brenda i tak kompletnie nie wie o co mi chodzi.

— No tak, ale... — w końcu udało mi się wydobyć z siebie głos, podczas gdy mój mózg pracował gorączkowo nad możliwie dyplomatycznym wyjściem z tej sytuacji. — My i tak już zaraz idziemy, wszystko już zjedliśmy i...

— Wcale nie! Został wam jeszcze deser! — Wskazała na lśniącą paterę przyniesioną przez panią Puddifoot. Z trudem oparłam się pokusie, aby zdjąć z niej pokrywę i przydzwonić Brendzie prosto w tę jej durną czaszkę! — Ach, Pocky... naprawdę, jesteś taka słodka!

Potrzebowałam na to więcej czasu niż Boorack Junior, by dotarł do mnie sens tego zdania.

— Co...?

Brenda wstała od stołu, patrząc na mnie z jeszcze większym, całkiem niezrozumiałym dla mnie rozczuleniem.

— Mówię, że jesteś słodka z tą swoją nieśmiałością! Ale naprawdę, nie ma nic złego w rozmawianiu o swoich uczuciach, wierz mi...!

— Brenda, o czym ty...

— No przecież sama chciałaś, żebym ogarnęła ci tę randkę! — obruszyła się, zakładając swój płaszcz. — Więc chyba nie zmarnujesz jej tylko dlatego, że boisz się wyznać co czujesz!

W tej chwili poczułam, że cała krew odpływa mi z twarzy.

I naprawdę, nie istniało chyba nic, co Brenda mogłaby teraz powiedzieć, wzbudzając we mnie większą żądzę mordu. Czy ja naprawdę przed chwilą dziękowałam jej w myślach za uratowanie życia?! Otóż wszystko zostało anulowane właśnie w tej sekundzie...!

Lecz jeśli myślałam, że sytuacja nie może być gorsza — owszem, taka się stała w momencie, w którym mój wzrok napotkał widok Booracka Jr. Gdyż o ile miewał on czasami problemy z kojarzeniem pewnych faktów, zdanie wypowiedziane przez Brendę zdawało się wryć w jego świadomość aż zanadto — jego okrągła twarz była teraz czerwieńsza nawet od facjaty jego ojca, a on sam aż otworzył usta i wgapił się we mnie okrągłymi oczkami, co wprawiło mnie w tak wielkie zmieszanie, że krew błyskawicznie z powrotem napłynęła mi do policzków, jakby moja głowa zamieniła się w czajnik wypełniony wrzątkiem.

I gdyby tylko to był koniec rewelacji Brendy Pussycat... moja dusza chyba automatycznie wzniosłaby się do niebios wraz z lewitującymi mi nad głową obleśnymi amorkami!

— Pocky, ty to zawsze byłaś taka wstydliwa, jeśli chodzi o intymne sfery życia, a to przecież nic strasznego...! No po prostu jak jakaś Julia... chociaż nie, nie będę cię aż tak obrażać kochana, bo to oczywiste, że ty o wiele bardziej od Julii zasługujesz na szczęście w miłości...! — Położyła mi rękę na ramieniu  gestem ciotki - dobrej rady, podczas gdy ja siedziałam sztywno jak kołek to blednąc, to rumieniąc się, jakbym działała jak jakaś lampka nocna. — Posłuchaj więc dobrej rady od przyjaciółki, która ma za sobą kilkadziesiąt lekcji podrywu, jak i ogólnie mnóstwo praktycznego doświadczenia w sztuce podrywu... Bądź po prostu sobą! Daj się porwać! Idź za głosem serca!

  Po czym puściła do mnie oczko, pomachała do Booracka Juniora, który i tak tego nie zarejestrował — i już jej nie było.

No tak. Tak.

Dzięki, Brenda.

STOKROTNE DZIĘKI.

Drzwi trzasnęły za nią tak mocno, że aż zatrzęsły się żyrandole pod ruchomymi, mdłymi malowidłami, ja jednak nie poruszyłam się nawet na milimetr. To samo tyczyło się Booracka Juniora, który wydał z siebie tylko jakiś słaby, ochrypły dźwięk, najwidoczniej podejmując żałosną próbę nawiązania do tego, co Brenda przed chwilą powiedziała — następnie zająknął się, otworzył usta szerzej i zastygł w tej pozie, wciąż lampiąc się na mnie, wyraźnie poruszony do głębi.

Ja natomiast chyba równie rozpaczliwie co on szukałam odpowiednich słów, których mogłabym użyć w zaistniałych okolicznościach — szkoda tylko, że jedynym co osiągnęłam swoim wysiłkiem intelektualnym, była pomięta serwetka, którą maltretowałam pod stołem.

— Ja... — Moment wdarcia się jego dudniącego głosu do mojej świadomości tak mnie zaskoczył, że aż poderwałam głowę, jakby raził mnie prąd. Widocznie jednak chwila była zbyt podniosła, aby moja gwałtowna reakcja mogła go speszyć — a raczej i tak był już speszony do granic możliwości. — Ja... eeeee... ni-nie wiedziałem... żżżżże...

Słuchałam jego jąkania się jak zamrożona.

— No bo... — męczył się Boorack Junior. — Myślałem, że ty... no... że ty... n-nigdy...

Sprawiał wrażenie, jakby natłok myśli nie pozwalał mu się uporządkować za pomocą skołowaciałego języka. Znowu urwał i przez chwilę walczył ze skonstruowaniem kolejnego zdania, jak i chyba z własną barierą psychiczną — jego wzrok powędrował zygzakiem gdzieś w okolice nóg sąsiedniego stolika, jakby właśnie do nich się zwracał.

— Ja nie wiedziałem, że ty w ogóle... no... no wiesz... — zaczerpnął głęboko powietrza, niczym topielec wynurzający się na powierzchnię po kilkudziesięciu latach hibernacji na dnie zbiornika wodnego. — Nie sądziłem, że...

No wykrztuś to z siebie, człowieku...!

— ...że ktoś w ogóle może... no... bo ja wiem... z-zwrócić na mnie uwagę.

Zdanie zakończył bardzo cicho — po czym natychmiast zmarszczył brwi i spojrzał na mnie spode łba, nagle obrażony nie wiadomo na kogo.

A ja wciąż nie mogłam wyrzec ani słowa.

Jak to teraz odkręcić...?! Każde wyjście z tej sytuacji wydawało się złe...!

Lecz ledwie otworzyłam usta — i tak z kompletną pustką w głowie — błyskawicznie je zamknęłam. Coś przykuło nagle mój wzrok, coś, co znajdowało się ponad głową Booracka Juniora... ohydne aniołki przestały nagle zrzucać na nas płatki róż i podleciały do siebie, z trudem unosząc tłuste tyłki na srebrnych skrzydełkach, po czym złapały się za ręce, jakby zamierzały ze sobą tańczyć — zaraz jednak rozłączyły pulchne łapki, pomiędzy którymi rozwinęła się niczym girlanda...

...nienienienienienienienie...

Aniołki tylko pokiwały złotymi główkami, a na ich twarzach pojawiły się dwa identyczne, zupełnie chore uśmiechy, mające na celu chyba delikatną zachętę — i chyba nic innego nie mogło jeszcze bardziej pogłębić mojego przerażenia...!

Jemioła.

Chyba zemdleję. Ja naprawdę zemdleję. Robi mi się jakoś słabo. Ratunku.

Szybko przestałam patrzeć w górę i spojrzałam na Booracka Juniora. Ale on wciąż gapił się w stół z ponurą miną, co pozwoliło mi skonstatować, że... o Boże, nie zauważył tego, żeby tylko nie spojrzał w górę, dlaczego on musi być taki wielki, prawie zahacza głową o te durne amory, a nadal tego nie widzi...!!!

— Więc... ekhm... — powiedziałam ochrypłym głosem, zastanawiając się jak skutecznie podtrzymać go w nieświadomości co do faktu, że dynda nad nim zielsko dające mu okazję do całkiem niewerbalnego wyrażenia swoich uczuć, i to jeszcze na mocy durnej tradycji! — Eeeeeee... tak. — Cóż, pod względem popisów erudycyjnych Boorack Junior naprawdę mógł myśleć, że jesteśmy do siebie świetnie dopasowani. — Naprawdę... nie musimy o tym rozmawiać, jeśli nie chcesz! — wyrzuciłam z siebie w końcu głosem stłumionym przez gotujące się we mnie zażenowanie, na co spojrzał na mnie z naiwnym, niemalże dziecinnym zdziwieniem.

— Ale... ta Pussycat... powiedziała, że... to ty chciałaś...

— Och, tak! Ale to ona napisała kiedyś w Accio Plocie, że ze sobą chodzimy, prawda?! — zaśmiałam się sztucznie i piskliwie, Boorack Junior jednakże nie uśmiechnął się, wręcz przeciwnie, z każdą chwilą coraz bardziej pochmurniał.

— Chodzi mi tylko o to... — podjęłam, czując, że wstępuję na bardzo grząski grunt. — No wiesz. My się praktycznie nie znamy...!

— Ale... to ty chciałaś rozmawiać — upierał się Boorack Junior.

— No tak... żeby się poznać!

Ale on patrzył już na mnie nieufnie, jakby w jego głowie zaświtał pomysł, że próbuję go nabrać. Równocześnie coś całkiem nowego pojawiło się w rysach jego twarzy, coś na kształt nie tyle uporu, co wręcz zdecydowania, a może nawet determinacji.

— Po-posłuchaj... — powiedział niskim, urywanym głosem. Równocześnie poruszył się na swoim krześle, o mało co nie szurając głową o wiszącą nad nim jemiołę — aż syknęłam cicho, zaciskając zęby. — Jjja też nie lubię mówić dużo. Właściwie w ogóle nie lubię mówić. — Patrzyłam na niego w osłupieniu, co widocznie w jakiś sposób go mobilizowało, bo nie przerywał swojej wypowiedzi. — I tak sobie tylko myślę, że może jesteśmy do siebie podobni. No nie wiem... Do tej pory w ogóle... nawet bym nie pomyślał... — zaczynał się powoli plątać w wyrażaniu myśli. — Jak cię widziałem gdzieś, czy... gdziekolwiek... że ty byś mogła w ogóle... no wiesz, eee... w ogóle... s-spojrzeć na mnie, czy... czy cokolwiek...

Jąkał się i czerwienił coraz bardziej.

A ja coraz bardziej popadałam w popłoch, chociaż... równocześnie jakimś dziwnym sposobem, jego nieskładne i nieporadne słowa przestały nagle mieć dla mnie brzmienie bezkształtnego bełkotu. Zdałam sobie sprawę z tego, że dzieje się ze mną coś dziwnego... jakby z trzaskiem pękała skorupa jaja pogardy i niechęci, i coś powoli się z niej wykluwało...To była po prostu litość! W jednej chwili tak mnie to zdziwiło, że zapomniałam nawet o zagrożeniu ze strony jemioły. Nie powiem jednak, by uświadomienie sobie tego faktu szczególnie poprawiło moją sytuację — tak czy inaczej, musiałam w jakiś sposób złamać mu serce!

A to mogło się bardzo różnie dla mnie skończyć. W najlepszym wypadku Boorack Junior by się na mnie obraził. W najgorszym, poleciałby na skargę do swojego tatusia, który wlepiłby mi szlaban, albo może nawet sprawił, że w przeciągu kolejnych dwudziestu czterech godzin doszłoby w Hogwarcie do kolejnego zaginięcia.

— No tak... — odezwałam się niepewnie, mimo woli głęboko zastanawiając się nad takim prawdopodobieństwem. — Myślę, że... możemy się zaprzyjaźnić...

Chyba nie mogłam ująć tego delikatniej, a on i tak zrobił taką minę, jakbym napluła mu w twarz!

— No tak — skwitował już swoim zwykłym, burkliwym tonem.

Nagle atmosfera zrobiła się jeszcze bardziej gęsta i napięta niż dotychczas. W milczeniu obserwowałam zmiany zachodzące na jego twarzy, niczym na kłębiące się na niebie burzowe chmury... Och, jakże marzyłam, aby znaleźć się daleko stąd, w jakimkolwiek miejscu na tej planecie, byle nie tym samym, co Boorack Junior! Chyba przyjął ten cios o wiele dotkliwiej, niż to okazywał — chwycił za serwetkę, położył ją z powrotem na stole, potem złapał za łyżeczkę, ale zorientował się, że nie ma nic na talerzu — odłożył ją, postukał palcami o stół, wszystkie te bezsensowne ruchy wykonał chyba tylko po to, żeby na mnie nie patrzeć. Ze spuszczonymi oczami, zmarszczonymi brwiami i mocno zaciśniętymi ustami, wyglądał jak jakieś wielkie dziecko, które powstrzymuje się od wybuchnięcia płaczem! Albo gniewem... Jego wielka szynkowata dłoń zacisnęła się na widelcu... czyżby zamierzał dźgnąć mnie nim w serce?!

— To może zjemy wreszcie ten deser?!! — wydarłam się, z przeraźliwym brzdękiem porywając okrągłą pokrywkę z patery, aby w razie czego móc użyć jej jako tarczy...

...lecz ledwie uniosłam ją na kilka cali, zaraz z równie okropnym trzaskiem odstawiłam ją z powrotem.

Nie, to niemożliwe... Nagle serce zaczęło mi łomotać i poczułam, jak na czoło występuje mi zimny pot. Powoli, powolutku odkryłam paterę ponownie... i tak jak się spodziewałam, jej zawartość raczej trudno było nazwać deserem. Z przerażeniem zdałam sobie sprawę z tego, że patrzę na coś małego i różowego, wyposażonego w krótkie tłuste łapki i ogonek jak u niedorozwiniętej żaby... tylko...

...co na gacie Merlina robił tutaj glut Simona?!

I ledwo uformowało się w mojej głowie to zasadnicze pytanie, natychmiast rozejrzałam się dookoła, jakbym spodziewała się zobaczyć samego Simona ukrywającego się gdzieś pod stolikiem — nie zdążyłam jednak całkiem rozeznać się w otoczeniu, gdyż w tym samym momencie Boorack Junior wyprostował się na swoim miejscu, znów omal nie zahaczając czubkiem głowy o jemiołę — po czym z najwyższą nieufnością dziabnął gluta widelcem! Odruchowo złapałam się za usta, żeby przypadkiem nie krzyknąć — chyba tylko cud sprawił, że kosmita nie wystrzelił w niego jadem!

— Co to...?

Dziub, dziub. Po raz drugi i trzeci... Nie, po prostu nie mogłam na to patrzeć!

Mimowolnie odchyliłam się lekko do tyłu w razie wypadku, gdyby glut zamierzał dopuścić się aktu terroryzmu i niespodziewanie eksplodować, poświęcając w tym celu swoje własne, jednokomórkowe życie.

— Może... to jakiś owoc morza? — podsunęłam, szczerząc zęby w bolesnym szczękościsku,  chyba jeszcze nigdy nie robiąc równie dobrej miny do równie złej gry — i po raz pierwszy to Boorack Junior obdarzył mnie takim spojrzeniem, jakby nigdy nie miał do czynienia z większą idiotką.

— Na deser? — warknął tonem wybitnie świadczącym, że w życiu nie słyszał większego absurdu.

— To może galaretka? — wymyśliłam niezrażenie. — Tak! To na pewno galaretka!

Przez moment gapił się na domniemaną galaretkę w ponurym milczeniu. Jego okrągła, w pewnym sensie naiwna twarz swoim wyrazem dawała łatwe wyobrażenie o jego obecnych odczuciach: nie dość, że dziewczyna właśnie dała mu kosza, to jakby życiowych tragedii nie było dosyć, nawet deser nie mógł być normalny...!

— Dziwna ta... galaretka — orzekł w końcu z miną wytrawnego krytyka kulinarnego, po czym powrócił do sukcesywnego dźgania glutowatego żyjątka, raczej w płonnej nadziei, że w końcu coś z tego wyniknie. Najwidoczniej jednak galareta otrzymała wcześniej jakieś instrukcje, bo uparcie udawała martwą. A może... może naprawdę była martwa...?N-nie wygląda zbyt... smacznie...

A raczej w ogóle nie wygląda zbyt jadalnie, nie sprostowałam jednak tego stwierdzenia, gdyż do głowy cisnęły mi się właśnie o wiele bardziej nurtujące mnie w tej chwili kwestie. Przede wszystkim: Co ten Simon sobie myślał?! Bo o ile mogę polegać na swoich zdolnościach do logicznego rozumowania: czy istniała jakakolwiek szansa na to, by glut przypełzł tu bez udziału swojego twórcy? Tylko w jaki sposób on zdołał go tutaj podłożyć?  Czy to by oznaczało, że był tu dzisiaj, a może... może nadal tu jest? A jeśli nie, czy to możliwe, by glut był radioaktywny i w jakiś sposób przekazywał mu całą treść tej rozmowy...?

— Wlać ci...?

Wyrwana z szalonego wiru znaków zapytania, wytrzeszczyłam oczy na Booracka Juniora, który wciąż patrzył na mnie w taki sposób, że nie trudno było wziąć jego słowa za groźbę.

— Że co...?!

— Kawy — uzupełnił, wciąż tym samym głosem pełnym bezbrzeżnej niechęci. — Do deseru.

Zaraz, zaraz... Czy on naprawdę zamierzał to jeść?!

I czy naprawdę... właśnie dotarłam do tego absurdalnego momentu w swoim życiu, kiedy muszę dokonać wyboru pomiędzy pocałowaniem Booracka Juniora, a zjedzeniem żywego gluta?!

Lecz zanim zdążyłam rozwiązać powyższy dylemat moralny jak i estetyczny — wydarzył się trzeci wypadek tego dnia, który całkowicie odmienił tor wydarzeń.

Boorack Junior podał mi filiżankę kawy z taką miną, jakby chciał mi zasugerować, że uprzednio do niej napluł. Przyjęłam ją od niego gorliwie, po czym natychmiast przytknęłam do ust jej krawędź, równocześnie myśląc, że może w ten sposób uda mi się uniknąć deseru, a przynajmniej odwlec go w czasie... Pierwszym co poczułam, był zapach. Bardziej jak kakao, niż kawa... lecz zaraz uderzyła mnie w nozdrza jeszcze słodsza woń, jakby róż i hiacyntów... która powoli przeniknęła w zapach cudownej świeżości powietrza po wiosennym deszczu... O Merlinie i Agryppino, mogłabym kąpać się w tej ożywczej woni niczym w basenie...

Zanurzając nos coraz bardziej w filiżance, wypiłam jej zawartość do ostatniej kropelki, czując, jak wypełnia mnie cudownym ciepłem i światłem, i jakimś radosnym drżeniem, i czymś lekko trzepoczącym w brzuchu...

A potem odstawiłam puste naczynie na spodeczek — i spojrzałam na Booracka Juniora.

I aż zaparło mi dech w piersiach.

Jakim cudem kiedykolwiek mogłam sądzić, że jest brzydki?!

Przecież czy istniała równie urocza, równie poczciwa istota co on?! Oczywiście, że nie — i nie wiem jak musiałam być głupia, żeby do tej pory tego nie dostrzegać! Ta zupełnie rozbrajająca nieśmiałość w jego spojrzeniu, która w kontraście z jego posturą i wzrostem, stanowiła jeszcze podatniejszy przedmiot dla niewysłowionej czułości! Te urzekające rumieńce na okrągłych policzkach i słodkie uszy! Prześliczne oczy w najpiękniejszym kolorze agrestu, których spojrzenie tajemnie pieściło moją skórę swoim czułym blaskiem! Zaciśnięte usta świadczące o stanowczości, powściągliwości i skrytej sile charakteru! Kochane ręce, takie delikatne mimo swojej oczywistej siły; i ten piękny mars na czole, który nadawał mu melancholijny, prawdziwie zamyślony wygląd, jak na portretach wielkich romantyków; i jego potężne ramiona, w których uścisku mogłabym się całkiem zatracić... nawet jego brzuch mi nie przeszkadzał!

— Och... — wyrzuciłam z siebie nie tyle ze zdziwieniem, co niemalże na skraju upojenia.

I w jednej chwili zupełnie utonęłam w jego spojrzeniu, czując, że zapala ono we mnie całkiem nieznany mi rodzaj ognia. Gdyby tylko nie rozdzielał nas ten stolik... mogłabym się znaleźć w jego silnym męskim uścisku!

Ale zaraz... przecież zupełnie zapomniałam, że przez cały ten czas wisi nad nami jemioła...!

O Merlinie, tak. Tak! To jest jak spełnienie marzeń... Chcę przeżyć z nim swój pierwszy pocałunek!

Na samą myśl o tym poczułam, że się rumienię — ale był to przyjemny rodzaj rumieńca, jakby dodający mi blasku.

— Bazyl... — wyszeptałam, wciąż tym samym trochę zdziwionym, jak i lekko rozmarzonym głosem, dotykając nieśmiało palcami jego dłoni — i jakby przeszedł między nimi prąd. Och, jak cudownie było wypowiedzieć jego imię...! — Ja... przepraszam cię za wszystko, co wcześniej mówiłam! — Słowa jakoś same spływały mi z ust, brzmiąc niczym melodia szemrzącego strumienia. — Spójrz... Jemioła...

Spojrzał w górę, a potem na mnie robiąc okrągłe oczy — i również się zarumienił!

Ale ja już oparłam się o blat stolika, przechylając się w jego stronę i unosząc ku niemu twarz, jakbym wystawiała ją na działanie promieni słońca... bezwiednie pozwoliłam opaść powiekom i lekko rozchylić się ustom...

I wtedy kilka rzeczy wydarzyło się równocześnie, bądź następując po sobie w bardzo krótkich odstępach czasu.

   Nagle rozniósł się przeraźliwy trzask, jakby ktoś przewrócił krzesło i zarazem rozbił coś szklanego; potem jak przez morze mgły, do mojej półprzytomnej świadomości wdarł się czyjś krzyk brzmiący jak "WADDIWASI!"; w tej samej chwili błysnęło, rozległ się taki dźwięk, jakby coś się od czegoś głośno odessało i przed oczami mignął mi jakiś różowy przedmiot, wystrzeliwujący w powietrze z prędkością pocisku; zanim jednak zdałam sobie sprawę z tego, iż jest to kosmita dopiero co udający martwego... on przyssał się prosto do twarzy mojego ukochanego!!!

Nie był to jednak finał tych dramatycznych wydarzeń.

Siła wystrzału sprawiła, że krzesło Booracka Juniora przejechało wraz z nim o kilka metrów do tyłu, rozbijając po drodze znaczną część stolików ze skutecznością walca drogowego. W powietrzu zawibrowały szklane dźwięki sypiącej się na ziemię niczym grad porcelany — kilka dziewczyn wrzasnęło, a najbliżej siedzące pary pozrywały się ze swoich miejsc, podczas gdy mój biedny Bazylek miotał się pośrodku tego pobojowiska, trzymając się za twarz i wyjąc niczym raniony buchorożec!

Zupełnie oszołomiona, również zerwałam się z miejsca i już miałam rzucić się w jego stronę aby mu pomóc — kiedy nagle mój wzrok natrafił na sprawcę całego zajścia.

Jakżeby inaczej...

Simon Larieson stał z rozwianymi włosami, dzikim błyskiem w oczach i z wyciągniętą różdżką w takiej pozie, jakby został wycięty z plakatu jakiegoś filmu sensacyjnego!

I chyba nigdy wcześniej i nigdy później nie ogarnęła mnie taka furia na jego widok.

— SIMON!!? — wrzasnęłam głosem tak rozdzierającym, że chyba wszyscy obecni w lokalu podskoczyli, oczywiście poza Boorackiem Juniorem, który wciąż rzucał się na wszystkie strony w bezskutecznych próbach odlepienia krwiożerczej glutowatej bestii ze swojej twarzy. — CO TY TUTAJ DO CHOLERY RO...

Ale nie zdążyłam dokończyć zdania, ponieważ w tym momencie Simon zdecydowanym krokiem przestąpił porcelanowo-kwiatowe gruzy i... ujął moją twarz dłońmi, wodząc po niej szybko wzrokiem niemal z takim niepokojem jak wtedy, kiedy zamieniłam się w pomidora!

— Nic ci się nie stało? Nie jesteś ranna? — Ku mojemu skrajnemu oburzeniu, przyłożył mi wierzch dłoni najpierw do policzków a potem do czoła jakby mierzył mi temperaturę — tylko jaki to miało związek z wywołanym przez niego wystrzałem? Czym prędzej odskoczyłam od niego, w ostatniej chwili zdążył jednak załapać mnie za rękę i ponownie pociągnąć w swoją stronę. — W takim razie wychodzimy!

Zaraz! Czy on naprawdę sądził, że tak po prostu zostawię miłość swojego życia?!

— ŻE CO?! — wydarłam się, szarpiąc rękaw w jego uścisku. — Właśnie rozwaliłeś pół kawiarni!!! Myślisz, że gdziekolwiek z tobą wyjdę, ty psychopato?!

I właśnie wtedy gdzieś z tyłu trzasnęły drzwi i rozległ się głos pani Puddifoot:

— Co się tu... NA RANY MĘŻNEGO ODONA!!?

Definitywnie wychodzimy! — zakomenderował Simon chyba najbardziej despotycznym tonem, jaki w życiu słyszałam.

Nie było mu jednak dane natychmiastowe zrealizowanie tego planu.

Szczątki porcelany zatrzeszczały pod jego butem, kiedy zrobił krok w stronę drzwi — ale drogę ku nim zagrodził mu potężny biust pani Puddifoot, która pojawiła się przy nas tak nagle, jakby się teleportowała. Właściwie było to dość prawdopodobne zważywszy na to, że po drodze musiałaby minąć wijącego się wciąż Booracka Juniora, przed którym jej właśni klienci pouciekali już pod ściany.

— O nie... co to to nie KOCHANI! — Złapała się za swoje falujące obfitości, najwidoczniej próbując opanować bicie serca, które zdawało się doprowadzać ją na skraj zawału. — Nigdzie stąd nie wyjdziecie...!  Moje kryształy... moja śliczna porcelana! Moje lilie i frezje! — Nawet nie wspomniała o biednym Bazylku! — Kto to wszystko zrobił... Ty, chłopcze?! — Dźgnęła Simona ostrym tipsem w pierś, zmuszając go do cofnięcia się o krok, tak że o mało co nie poślizgnął się na rozbitym wazonie, z którego wszędzie wysypywały się kwiaty. — A więc dowiedz się, że masz DOŻYWOTNI ZAKAZ WSTĘPU DO TEGO LOKALU...

— Och, niewymownie żałuję...! — przerwał jej Simon chyba najjadowitszym tonem jakim dysponował. — Może pozwoli pani, że od razu go zrealizuję.

Nie wyglądało jednak na to, by jego chęci do ugody miały polepszyć sytuację. Pani Puddifoot nagle przestała wachlować się pulchną dłonią. Właściwie wyglądała tak, jakby z łatwością mogła staranować nie jednego, a dziesięciu Simonów — a mina jaką zrobiła na jego słowa, wybitnie świadczyła o tym, że uczyniłaby to z rozkoszą.

— A twoim zdaniem kto to wszystko teraz posprząta?!

— A co z Bazylkiem?! — przypomniałam im zniecierpliwionym głosem, na co oboje spojrzeli na mnie jakoś dziwnie.

— Och, z chęcią sprzątnę twojego Bazylka — parsknął Simon, na co aż wytrzeszczyłam oczy. — W swoim czasie! — Uniósł różdżkę wysoko ponad głowę jakby zamierzał wystrzelić z niej Mroczny Znak, czego oczywiście nie zrobił, tylko machnął nią niby od niechcenia i powiedział: — Reparo Omnia!

Natychmiast przewrócone stoliki zaszurały i same powróciły do pozycji pionowej, za ich przykładem poszły krzesła, kawałki porcelany poderwały się do góry i posklejały się w powietrzu w filiżanki, talerzyki i dzbanki, kałuże wody powróciły do swoich wazonów, w których zaraz wylądowały również kwiaty, świeczniki przefrunęły na swoje miejsca, a wszelkie rozdarcia i plamy na obrusach poznikały.

Połowa obecnych w lokalu wywaliła na Simona gały.

I chyba nawet na pani Puddifoot zrobiło to wrażenie. Czego nie można było powiedzieć o mnie — właściwie to ledwo co zwróciłam na to wszystko uwagę, ponieważ głowę wciąż zaprzątał mi mój biedny Bazylek, przez cały ten czas skazany na niewątpliwie traumatyczne zbliżenie z żądnym krwi oślizgłym mutantem...!

Nie wyglądało jednak na to, by Simon zamierzał go szybko od niego uwolnić. Jak gdyby nigdy nic otrzepał lekko rękawy, w tym jednym małym geście zawierając chyba maksymalny ładunek pogardy, jaką żywił dla całego otoczenia.

— Proszę bardzo... chociaż poprzedni wystrój bardziej mi odpowiadał. — Ironicznie ukłonił się w stronę pani Puddifoot, do której chyba nawet nie dotarła ta obraza. — A już w szczególności pozbyłbym się tych ohydnych amorów — ciągnął w głuchej ciszy, jaka nastała teraz w Przystani Szczęśliwych Par; nawet Bazylek już się nie poruszał, tylko siedział na podłodze wciąż z zalepionymi oczami. — Umieszczanie ich nad stolikami to jak usprawiedliwianie napastowań seksualnych.

Po czym podszedł do Booracka Juniora, chwycił go niezbyt delikatnie za sweter — i na oczach wszystkich nieomal wytoczył go z lokalu.

Oczywiście wybiegłam na zewnątrz zaraz za nimi, cały czas krzycząc:

— Co ty robisz?! Zostaw go!!! Powiedziałam żebyś go zostawił, słyszysz?!

Najwyraźniej jednak moje prośby i groźby niewiele dla Simona znaczyły. Wywlókł wciąż oślepionego Bazyla w boczną uliczkę, w niezbyt urokliwe ale za to niewidoczne z ulicy miejsce tuż za śmietnikiem — i zanim zdążyłam jakkolwiek go powstrzymać, natychmiast uderzył jego plecami o ścianę pobliskiej chatki z siłą tak nieproporcjonalną, jakby wcale nie był niższy od swojej ofiary przynajmniej o głowę, a już na pewno z trzy razy od niej chudszy! Równocześnie z głośnym trzaskiem pękającej gumy oderwał od jego twarzy gluta-krwiopijcę, na co Bazylek aż zawył.

— Ty...

— TO GO BOLI...! — wrzasnęłam, chwytając Simona za ramię i starając się odciągnąć jego różdżkę od wyraźnie przerażonej twarzy mojego ukochanego.

Ale Simon kompletnie mnie zignorował, przewiercając mojego Bazylka wzrokiem tak wściekłym, że równie dobrze mógł być on przeznaczony dla nie wiadomo jakiej szumowiny i przestępcy!

— Ty... Ty gnido... — wycedził urywanym głosem. — Ty szujo, ty... nędzna kreaturo...!

— Przestań! — przerwałam mu tę litanię, na co jeszcze mocniej wbił różdżkę w fałdę w miejscu szyi Booracka Juniora, jakby chciał przebić mu gardło — mój ukochany pozezował na jej koniec, unosząc bezradnie ręce w geście kapitulacji i poruszając ustami w niemym przerażeniu — biedaczek, wokół oczu wciąż miał czerwony ślad po bliskiej konfrontacji z kosmitą, a ten bezlitosny psychol Simon nawet nie dawał mu dojść do siebie!

— Pauline, nie przeszkadzaj! — warknął tylko, nawet na mnie nie patrząc. — Ta świnia nie jest warta twojego zachodu...

— Jak śmiesz nazywać go świnią?! — zapiszczałam w skrajnym oburzeniu.

— Nazywam go tylko tym, czym jest! — odparował niczym petarda, po czym znów spojrzał na Bazyla z pogardą. — A ty jak sądzisz? Jesteś podstępnym padalcem, czy nie? — Boorack Junior wybełkotał coś niezrozumiałego. — Ale wcale nie jesteś taki głupi na jakiego wyglądasz, co...?

— Oczywiście, że nie jest! — zaperzyłam się, odpowiadając za niego. — Bazylek wcale nie jest głupi, jest bardzo inteligentny, bardziej niż ty...!

Simon uniósł brwi tak wysoko, że całkowicie zniknęły pod jego ciemnymi włosami. Równocześnie wydał z siebie wyjątkowo ostentacyjne parsknięcie o brzmieniu pośrednim między szyderczym a niedowierzającym.

— Co ty powiesz...? I niech zgadnę, na czym Bazylek zna się najlepiej... na eliksirach, tak?

Zamilkłam, nagle speszona — bo szczerze mówiąc, właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że nie mam o tym bladego pojęcia.

— Rozumiem... — skwitował moje milczenie Simon. — Może więc go zapytamy. Niech pomyślę... na przykład o ten eliksir, który podstępem dolał ci do kawy?!

Ale w tym momencie jego różdżka celująca w gardło Bazyla chyba zaczęła działać, gdyż miłość mojego życia wreszcie zdołała wydobyć z siebie jakieś artykułowane dźwięki.

— Ja... jjja nie... n-nie mam... pojęcia... o czym...

— Ja też nie mam pojęcia! O co ci do cholery chodzi, Larieson?! — szarpnęłam go dramatycznie za rękaw, jakbym w ten sposób chciała poruszyć w nim duszę. — Dlaczego ty to robisz?! Zrujnowałeś najbardziej romantyczną chwilę mojego życia...

— Wierz mi, to nie była najbardziej romantyczna chwila twojego życia!

— Była! — zapiałam żałośnie. — To miał być mój pierwszy pocałunek! A ty wszystko zniszczyłeś!!!

Simon spojrzał na mnie przelotnie.

— Pauline, ty... nie jesteś sobą! — ostatnie słowa wycedził przez zęby, świdrując Bazylka wzrokiem wyraźnie sugerującym, czyja to wina.

— Oczywiście, że jestem! — Nagle moja rozpacz przerodziła się w złość. — I mówiłam ci, żebyś się nie wtrącał! Ale ty oczywiście zawsze musisz rujnować mi życie... i robisz to tylko dlatego, że jesteś zwyczajnie zazdrosny!!!

Nagle przestał mierzyć Bazyla wzrokiem pełnym nienawiści i po raz pierwszy odwrócił się w moją stronę, na moment zapominając chyba nawet o swojej różdżce, bo opuścił ją o kilka cali w dół.

— Nie... — Zaczął kręcić głową, jakby nie mógł uwierzyć w to, co widzi. — Ty jesteś... zupełnie niepoczytalna...

— Bo co, wypowiedziałam na głos prawdę?! — zawołałam wyzywająco. — Może dzięki temu wreszcie zrozumiesz, że kocham Bazyla, a nie ciebie!

— Pauline... on nafaszerował cię napojem miłosnym!

Ale jego słowa jakoś kompletnie do mnie nie dotarły.

— Wiesz co... — powiedziałam, robiąc minę pełną politowania. — Jesteś po prostu żałosny!

— Dobrze! — zawołał z wyraźną desperacją. — W takim razie może zapytasz o to swojego ukochanego...

— Alllleeee ja-ja-ja... ja jestem niewinny...! — zapiszczał Bazylek, na co Simon kopnął go wściekle w goleń i błyskawicznie wbił mu z powrotem różdżkę w podgardle, patrząc na niego z dogłębną odrazą.

— Doprawdy? — wycedził. — Wybacz, ale jakoś nie brzmi to zbyt przekonująco. — Zniecierpliwionym gestem szarpnął go lekko za sweter. — Masz ostatnią szansę, żeby samemu się przyznać, albo sam znajdę jakiś otwór, którym to z ciebie wydobędę i naprawdę, mam w głębokim poważaniu że jesteś zasranym prefektem i synem nauczyciela! — Boorack Junior zaczął kręcić głową z zaciśniętymi ustami i szeroko otwartymi oczami, jak dziecko odmawiające zjedzenia piątej łyżki owsianki. — Nie? — Simon mimo woli zmarszczył brwi. — Serio nie chcesz zachować nawet tej odrobiny godności?

— Alele ja nnnaprawdę... nie...

— Gadaj! Co dolałeś Pauline do kawy?

Bazylek zaczerpnął rozpaczliwie powietrza, jakby miał się zaraz udusić.

— Śm...śm... śmietankę...?

Przez moment Simon celował różdżką prosto w jego nos, gapiąc się na niego jak jakaś sowa.

— ŚMIETANKĘ — powtórzył wreszcie strasznym głosem.

  Na krótką chwilę chyba wszystko zamarło, nawet odgłosy stłumionych śmiechów i pluszczących  pod butami kałuż na ulicy.

A potem Simon go puścił. Natychmiast przypadłam do ramienia Bazylka, który lekko osunął się po ścianie, jakby z ogromu wrażeń zamierzał zaraz zemdleć — i nawet nie zorientowałam się, kiedy Simon ni stąd ni zowąd wycelował różdżkę prosto w jego brzuch i zawołał:

Accio Amortencja!

Jednak następstwa tego zaklęcia przeszły chyba nawet jego najśmielsze oczekiwania.

Nagle gdzieś spoza obrębu mojego wzroku wystrzeliła mała buteleczka i wylądowała prosto w wyciągniętej ręce Simona — ten nie zdążył jednak zrobić nawet triumfalnej miny, gdy zaraz za nią, gdzieś z rejonu swetra Booracka Juniora wyskoczyła druga fiolka. A za nią jeszcze jedna, i jeszcze następna... puściłam ramię Bazyla, z otwartymi ustami patrząc jak kolejne flakoniki wyskakują z jego rękawów i nogawek spodni, po czym przefruwają do Simona, który już po chwili nie był w stanie ich wszystkich utrzymać, omal nie wysypywały mu się z rąk, a wszystkie były różowe, fioletowe i czerwone — wszystkie miały lśniące etykiety i nalepki, aksamitne wstążki i kokardki...

— No nie... — wyrzucił z siebie Simon, chyba całkiem wytrącony z równowagi. Kompletnie zdezorientowana podeszłam do niego i zaczęłam oglądać poszczególne buteleczki, nie do końca rozumiejąc na co w ogóle patrzę... Rumieniec Zauroczenia... Kryształy Kupidyna... Fantazja Flirtowania... Promyki Księżyca o Zmierzchu...

— ...Zniewalające Bańki Pierwszej Miłości... Mikstura Pocałunku... — W miarę odczytywania etykietek na poszczególnych buteleczkach, oczy Simona robiły się coraz większe i większe. Nagle poderwał głowę i spojrzał na Bazyla z miną wyrażającą już nie tyle oburzenie, co po prostu grozę: — Czy ty jesteś jakiś chory?! Taka ilość amortencji powaliłaby trolla! — Wskazał na mnie Fantazją Flirtowania.  — Czy ty nie widzisz jaka ona jest mała?!

Boorack Junior wyglądał teraz jak opona, z której gwałtownie uszło powietrze — i chyba najchętniej wsiąkłby w znajdującą się za jego plecami ścianę. Zaczął poruszać bezgłośnie ustami, z których po chwili dobiegły nas odgłosy tak urywane, piskliwe i schrypnięte, że można by je uznać za efekt zaawansowanego zapalenia krtani.

— J-j-ja... nie... tylko... kropelkę... n-n-napr-awdę...!

W ogóle nie rozumiałam o co im chodzi!

— I to ma być ten dowód? — rzekłam bez przekonania, tępo spoglądając na flakony, podczas gdy mój ukochany poddał się wreszcie w próbach swoich wyjaśnień i zamilkł, najwyraźniej skrajnie zażenowany. — To chyba żadna zbrodnia, mieć przy sobie kilka eliksirów...

— Kilka?! — wyartykułował Simon z taką miną, jakby się przesłyszał. — Jeszcze raz mam ci odczytać te etykietki? Mistrz eliksirów ze mnie żaden, ale chyba nawet ja nie jestem aż tak tępy, żeby nie rozpoznać eliksiru miłości w fikuśnej buteleczce w kształcie gołębi!

— Nawet jeśli, to przecież nic złego, wyposażyć się trochę na randkę w walentynki z ukochaną dziewczyną!

— Jesteś pewna? — Zaczął podstawiać mi pod nos poszczególne buteleczki. — Uwodzicielski Uśmiech? Magiczna Chwila? Upojna Noc?!

Tylko wzruszyłam ramionami z możliwie najbardziej pobłażliwą miną.

— No wiesz... dla podrasowania związku...

— Na gacie Merlina... — Nagle złapał się za głowę w przypływie nagłej trwogi — flakoniki powypadały mu z rąk na ziemię, gdzie zamiast roztrzaskać się u jego stóp, wylądowały z miękkim plaśnięciem w błocie. — I kto ci teraz zrobi antidotum?!

— A kto ci powiedział, że go potrzebuję? — zaśpiewałam. — Wiem, że nie jestem pod wpływem żadnego eliksiru... moja miłość jest prawdziwa...!

I już miałam zakręcić się pośrodku kałuży dla potwierdzenia tych słów, kiedy Simon błyskawicznie chwycił mnie za ramiona, zatrzymując mnie raptownie w miejscu. Właściwie jego mina w tym momencie wyrażała dość jasny komunikat, że żadne moje zapewnienia nigdy go nie przekonają, a już szczególnie w formie tanecznej — no chyba, że mówiłabym nie o miłości, ale o chorobie psychicznej.

— Błagam cię, powiedz, że masz przy sobie też antidotum — powiedział głucho, a ja dopiero po chwili skonstatowałam, że choć patrzy wciąż na mnie, zwraca się do Booracka Juniora. — Ona zaraz zrobi sobie krzywdę...

Dlaczego ten cholerny Simon musiał mi niszczyć każdą chwilę uniesienia?!

— Ja... — Twarz mojego ukochanego zaczynała już przypominać termofor. Spojrzał na nas niepewnie, wystarczyło jednak jedno przeszywające spojrzenie Simona w jego stronę, aby natychmiast zaczął bić się dłońmi po kieszeniach. — T-Taaaak...  eeee... jjjuż... z-z-zaraz...

Podał mu flakonik niemalże na oślep, tak bardzo starał się unikać jego wzroku. Simon podstawił mi go tuż pod nos. Cóż, jakoś niespecjalnie przekonywał mnie w roli pana doktora!

— Pauline, wypij to...

— Niczego... niczego od ciebie nie wezmę, ty psycholu...

— Proszę cię! — zawołał, już chyba całkiem zdesperowany. — Wypij to, jeśli... jeśli... — Nagle odwrócił się i wskazał na Booracka Juniora. — Wypij to jeśli go kochasz...!

Chyba wiele go kosztowało wypowiedzenie tych słów. Tymczasem Bazyl zamarł i oblał się rumieńcem, jakby ręka Simona działała niczym reflektor.

— Oczywiście, że go kocham! — obruszyłam się. — Więc jasne, że to wypiję! Nie myśl sobie! — wyrwałam fiolkę z ręki wyraźnie oszołomionego Simona. — Może teraz wreszcie do ciebie dotrze, że dla Bazylka jestem w stanie zrobić wszystko...

— Tak, tak — zgodził się ze mną szybko. — Jasne...!

Zmierzyłam go ostatnim chłodnym spojrzeniem, a potem wychyliłam zawartość fiolki.

I całe szczęście, że Simon cały czas podtrzymywał mnie za ramiona. Ledwo co przełknęłam eliksir, a nogi ugięły się pode mną tak raptownie, że prawie na pewno wylądowałabym w błocie — zamiast tego zachwiałam się i wpadłam wprost na niego, zapadając się w jego płaszcz jak jakaś rozlazła kluska — ledwo zdążył mnie złapać, kiedy moje kolana zawisły tuż ponad szarą śniegową breją. Przez krótką chwilę wisiałam na nim bezwładnie, starając się skonstatować, co się właściwie stało i w jakim znajduję się położeniu.  W głowie kręciło mi się tak, jakby mój mózg zaliczył przejażdżkę rollercoasterem w prędkości nadświetlnej — bezskutecznie starałam się opanować ten szalony wir, z twarzą wtuloną w ciepły, krukoński szalik, który pachniał trochę jak kakao...

A potem poczułam, że ktoś bierze mnie pod pachy i stawia na jakiejś ciapowatej, rozmokłej powierzchni.

— Pauline...? — Głos Simona zabrzmiał jakoś niezwykle łagodnie i blisko. Oparłam ociężałą głowę na jego ramieniu, mrużąc oczy pod działaniem nieustannych zawrotów głowy. — Jak... jak się czujesz?

Ale nie byłam w stanie mu odpowiedzieć. Zamiast tego wykrzywiłam tylko twarz jak do płaczu.

Ponieważ prawda była taka, że czułam się cholernie źle!

I nie mam tu na myśli jedynie atakujących mnie fali mdłości. Moje odczucia chyba najlepiej zobrazowałoby porównanie do nagłego wylądowania z grzbietu pegaza twarzą prosto na szarym i bezlitosnym bruku — albo do sytuacji, w której dementor wyssałby ze mnie całą radość życia w trybie tak błyskawicznym, jakby moje szczęście stanowiło śmieciowy fast food na wynos.

— Zaraz to minie.

Dudniący głos Booracka Juniora wybrzmiał w mojej czaszce wyjątkowo boleśnie, sprawił jednak, że na jego dźwięk wreszcie otworzyłam oczy. Kilka sekund zabrało, zanim mój wzrok złapał odpowiednią ostrość — pierwszym co zarejestrował był wypełniony po brzegi śmietnik, dopiero potem wyłapał on zwalistą postać syna mistrza eliksirów. Mój mózg zaatakowała kolejna fala oszołomienia — Boorack Junior wydał mi się jeszcze bardziej odrażający niż zwykle, tak samo zresztą jak całe to otoczenie — wszystko było jakieś dziwnie szare i na widok wszystkiego zbierało mi się albo na płacz, albo na nudności.

— Mam nadzieję! — warknął Simon dość zdenerwowanym tonem. — To chyba nie była trucizna, co?!

— Nie — odparł Boorack Junior. — To normalna reakcja organizmu.

Zaraz... czy on naprawdę to powiedział?! I to nawet bez zająknienia...?

Chyba nawet Simona to zdziwiło, bo przez chwilę nie odpowiadał, tylko mierzył Booracka Juniora spojrzeniem.

— Skąd... skąd mam to niby wiedzieć?! — wykrztusił w końcu. — Widzisz, co z nią zrobiłeś?! Dlaczego miałbym ci do cholery wierzyć?

— Bo znam się na eliksirach — odpowiedział burkliwie Boorack Junior. — W przeciwieństwie do ciebie.

Z tym twierdzeniem Simon Larieson nie mógł polemizować. Tymczasem rzeczywiście, powoli wracała mi jasność umysłu. Co nie zmieniało faktu, że z euforii wpadłam nagle w stan ciężkiej depresji.

— Och, nie wątpię, że znasz się na tym jak truć ludzi — wycedził chłodno Simon. — Pauline jest tego przykładem...

— Nie otrułem jej...! — warknął Boorack Junior, niebezpiecznie zaciskając ręce w pięści. — Ja tylko...

— ...podałem jej eliksir, po którym straciła władze umysłowe! — wyparskał wściekle Simon, świdrując go spojrzeniem. — Ty głąbie! Co ty sobie do cholery myślałeś?!

Boorack Junior nie uznał za stosownie odpowiadać.

— Ty cholerna kupo smoczego gnoju! Ona nawet z litości się z tobą nie umówiła, po prostu chcieliśmy się czegokolwiek dowiedzieć o tobie i twoim zasranym ojcu!

— Simon... — powiedziałam powoli, szeroko otwierając oczy.

Ale było już za późno.

Boorack Junior gapił się na nas tak, jakby fajerwerk wybuchł mu prosto w twarz. Przez krótką chwilę wydawało mi się, że jego okrągła twarz zastygła w wyrazie szoku i przestrachu większego nawet od tego, kiedy Simon celował mu różdżką prosto w gardło.

A potem rozluźnił mięśnie twarzy, która zaraz zupełnie skamieniała — i spojrzał na nas wzrokiem twardym jak beton.

— Myślicie, że... myślicie, że nie wiem, że... że coś knujecie? — wyrzucił z siebie głosem cichym i niskim jak wnętrze jaskini zagrożonej zawaleniem się ciężkimi kamlotami. — Ale... i tak niczego się ode mnie nie dowiecie...

—  Nie musimy — przerwał mu Simon. — Już nam swoje powiedziałeś. Bardzo dziękujemy ci za współpracę.

Rzecz jasna była to czysta prowokacja, bo prawie niczego się od niego nie dowiedzieliśmy — ale i tak sprawiła, że przez moment Boorack Junior wyglądał, jakby miał ochotę go rąbnąć.

— I jeszcze jedno — powiedział Simon niby od niechcenia. — Bylibyśmy ci bardzo wdzięczni, gdybyś trzymał się od Pauline z daleka.

— To wy trzymajcie się od tego z daleka.

Było coś takiego w jego głosie, co nagle przejęło mnie dreszczem.

Boorack Junior podszedł do nas, mierząc z góry Simona kamiennym wzrokiem.

— Naprawdę. Dobrze wam radzę. — W jego głosie nie było już złości, ani strachu, ale jakaś śmiertelna powaga. — Nie mieszajcie się w to. Myślicie, że to taka świetna zabawa, bawić się w śledztwo... Nie wiecie... to jest niebezpieczne... zwłaszcza dla niej. — Wskazał na mnie pulchnym palcem, patrząc gdzieś w okolice swoich butów. — Niech przynajmniej ona trzyma się od tego z daleka. Jeśli ci na niej zależy... po prostu trzymaj ją z daleka. 

Przez krótką chwilę ja i Simon gapiliśmy się na niego okrągłymi oczami.

Lecz było to już wszystko, co Bazyl Boorack miał nam do przekazania. Już na mnie więcej nie spojrzał — powrócił natomiast do swojej zwykłej naburmuszonej miny, którą nosił na twarzy bez przerwy od pięciu lat — po czym wbił ręce do kieszeni i bez pożegnania odszedł, garbiąc się i powłócząc nogami. Ani razu też się na nas nie obejrzał.

Twarz Simona była jeszcze bledsza niż zwykle.

Natomiast mnie stanęła nagle przed oczami Brenda z naszego szlabanu — zagubiona i nieświadoma... Fiffie spod Zakazanego Lasu... jej puste oczy, które następnie napełniły się przerażeniem...

Lustro w dormitorium, które sama rozbiłam.

Boorack Junior zniknął za zakrętem.


*

   Zaczynało się ściemniać.

Ani się obejrzeliśmy, a gęste chmury przysłaniające całe niebo przybrały czerwony kolor, jakby padała na nie łuna wielkiego pożaru — mżawka zamieniła się w drobny, anemiczny śnieg, wirujący w powietrzu jak popiół. Z okien domów światło kładło się na drodze jasnymi prostokątami, tak że droga główna Hogsmeade wyglądała jakby została usłana różowymi, żółtymi i pomarańczowymi dywanami. Gdzieniegdzie, w coraz głębiej zapadającym zmroku rysowały się ciemne sylwetki ostatnich par powracających do Zamku  ich przyciszone głosy i stłumione śmiechy były jedynym, co zakłócało spokój rodzącego się wieczoru. Jednak ja i Simon nie naruszaliśmy ciszy. Szliśmy obok siebie, każde pogrążone w swoich myślach...

Lecz — dość dziwna sprawa — tak naprawdę niewiele myślałam o tym, co Bazyl nam powiedział.

Ani też o tym, co wyciągnęła z niego Brenda... ani nawet o tym, że mało by brakowało, a pocałowałabym go na oczach ćwierci szkoły  ani o perspektywie jutra, kiedy wszyscy będą już po walentynkach i zacznie się festiwal plotek...  Kompletnie nie myślałam o swojej hańbie i upokorzeniu, ponieważ zaabsorbowało mnie nagle coś zgoła zupełnie innego...

To, jak miękki i ciepły był szalik Simona.

To, jak ładnie pachniał i jak dobrze było się w nim schować...

I czy był to jakiś skutek uboczny spożycia eliksiru miłości? Bo niby skąd brały się we mnie te wszystkie myśli?!

W jakiś niewytłumaczalny sposób byłam jednak pewna, że nie mogły  być następstwem żadnych czarów, a raczej brały się gdzieś głęboko z mojego wnętrza, gdzie do tej pory drzemały, czekając na odpowiedni moment — na przykład taki jak ten, kiedy szliśmy obok siebie w milczeniu, tak blisko, że nasze ręce co rusz obijały się o siebie...

Jakoś w ogóle mi to nie przeszkadzało...!

I nawet czułam się z tym... dobrze.

Tak. Dobrze! Było mi naprawdę dobrze z tym, że miałam obok Simona Lariesona — i chyba właśnie na tym polegała ta najbardziej szokująca zachodząca we mnie zmiana — na tym, że chyba po raz pierwszy nie czułam się ani zdenerwowana, ani upokorzona tym, że mi pomógł. Jak to w ogóle było możliwe?! Zawsze myślałam, że wcale nie chcę i nie potrzebuję jego troski — teraz nagle zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo przez cały ten dzień liczyłam na to, że Simon wreszcie się pojawi...!

A najdziwniejsze było to, że... naprawdę chciałam, żeby to wiedział.

Nieśmiało zerknęłam na jego profil. Boże, jak miałam to zrobić? W jaki sposób dać mu do zrozumienia, ile to właściwie dla mnie znaczyło? Tak rzadko to robiłam... właściwie, prawie wcale!

— Ekhm... Dzięki...

Słowo to wyszło z moich ust tak cicho, że nawet nie byłam pewna, czy je usłyszał — dopóki nie spojrzał na mnie krótko, ledwo co odwracając twarz w moją stronę.

I chyba nawet po wypiciu Amortencji, nie czułam w klatce piersiowej tego, co w tym momencie — trzepotania tak mocnego, jakby unosiło się we mnie całe stado rozszalałych chochlików kornwalijskich.

— Proszę. — Jego mina wyrażała mniej więcej takie samo zaangażowanie emocjonalne, jakie wykazywał profesor Binns podczas wykładu o konfliktach goblinów. — Chociaż wcale nie musisz tego robić.

— Czego?

— Dziękować mi — odrzekł dość oschłym tonem. — Jakoś do tej pory potrafiłem bez tego funkcjonować.

Po czym znów skierował wzrok przed siebie, podczas gdy ja spojrzałam w dół na swoje buty, przygryzając lekko dolną wargę...

Dlaczego on musiał być taki?! Mógłby okazać nieco więcej wdzięczności za... moje wyrazy wdzięczności!

I najwidoczniej Simon pomyślał właśnie o tym samym — bo nagle spojrzał na mnie spod ciemnej grzywki z całkiem nowym wyrazem twarzy, którego nie do końca potrafiłam rozszyfrować — a może się nie myliłam, może naprawdę poczuł jakieś wyrzuty sumienia...?

Nasze dłonie znów zderzyły się przez przypadek — na co błyskawicznie odwróciliśmy od siebie głowy.

— Właściwie to... ja ci dziękuję — powiedział zupełnie innym tonem. — Za to, że... no... ty mi dziękujesz...

— Żartujesz?! — wykrztusiłam. — Ocaliłeś mnie przed pocałowaniem Booracka Jr!

Wreszcie uśmiechnął się z lekkim przekąsem.

— Och, tak... Koleś zapewnił sobie mokre sny na kolejne dwa lata życia — parsknął, po czym przekrzywił lekko głowę w wyrazie niewinnego zainteresowania. — A więc mówiłaś, że to miał być twój pierwszy pocałunek?...

Jego palce trąciły lekko wierzch mojej dłoni — z tą różnicą, że tym razem ewidentnie zrobił to specjalnie! Stanowczo wbiłam ręce do kieszeni, mimo wszystko błogosławiąc czerwonawą łunę gasnącego dnia, dzięki której nie wydało się, że moja twarz mogłaby robić za zachodzące słońce.

— A co cię to interesuje? — obruszyłam się. — Może zajmij się sobą!

— Zajmuję się sobą! — Uniósł ciemne brwi, równocześnie mrużąc jasne oczy. — W przerwach między zajmowaniem się tobą! 

Aż uśmiechnęłam się z niedowierzaniem — bardziej do siebie, niż do niego — dziwiąc się tym, jak bardzo mnie to nie obraziło.

— Simon... — odezwałam się, bezwiednie kopiąc w pluszczący śnieg wymieszany z błotem. — Dlaczego my właściwie się nie przyjaźnimy?

   Musiał przez sekundę się zastanowić, zanim mi odpowiedział.

— To chyba jasne — odparł gładko takim tonem, jakby informował mnie właśnie, że niebo jest niebieskie. — Bo ty mnie permanentnie nienawidzisz.

Aż zatrzymałam się po środku szarej pluchy na drodze. On uczynił to również, patrząc mi śmiało w twarz, jakby rzucał mi wyzwanie do magicznego pojedynku — jednak po raz pierwszy nie zamierzałam podnosić różdżki.

Czy on powiedział to na poważnie? Jak to możliwe, że naprawdę tak sądził? Podczas gdy ja cały czas miałam wrażenie, że doskonale widzi, że jest inaczej, i tylko dlatego traktowałam go z takim dystansem... a raczej jawną niechęcią. No tak... właśnie sama sobie odpowiedziałam...!

— Ja cię wcale nie nienawidzę! — zawołałam, niemalże z wyrzutem. I wcale nie pomogło mi, że jego mina wyrażała w tym momencie skrajne zaskoczenie.

— Pauline... W twoich ustach to prawie jak wyznanie miłosne!

Odruchowo parsknęłam śmiechem, błyskawicznie odwracając od niego wzrok.

— To nie jest żadne wyznanie, po prostu uważam, że... naprawdę moglibyśmy się wreszcie ogarnąć...!

— Cóż. Gratuluję zapłonu — powiedział ironicznie. — Wymagało to od ciebie nie lada geniuszu. Ja już dawno temu wpadłem na ten pomysł.

Mimo wszystko spojrzałam na niego, marszcząc brwi.

— Ciekawe kiedy...! — krzyknęłam, nie kryjąc pewnego powątpiewania, równocześnie przypominając sobie setki tysięcy jego pogardliwych uśmieszków posyłanych w moją stronę.

— Na przykład wtedy, kiedy postanowiłem ci pomóc, żebyś nie wyleciała ze szkoły! — zaatakował dość zjadliwie. — Ale najwyraźniej ten gest był jeszcze za mało przyjacielski, żebyś była w stanie się tego domyślić.

Przez chwilę tylko gapiłam się na niego z lekko rozchylonymi ustami.

— Jak chcesz, możesz zaraz zapomnieć, że to powiedziałem — rzekł szybko, prawie że lekceważąco. — Każde z nas pójdzie swoją drogą, a jutro dalej będziemy się nie cierpieć...

— A może byś się tak zamknął, co? — przerwałam mu, nie wiedzieć czemu, nagle drżąc od rozbawienia. — Lepiej użycz przyjacielskiego ramienia i pomóż mi przejść przez to błoto!

Na moment stał po kostki w szarej mazi, patrząc na mnie bez zmrużenia okiem, jakby nie był pewien, czy aby na pewno dobrze mnie usłyszał.

I dopiero gdy podał mi rękę, a ja przeskoczyłam kałużę — jego usta wykrzywił mały, niemądry uśmiech.





Professor Boorack in this chapter be like


Tak.
Chyba jesteście w stanie się domyślić, 
w których konkretnie momentach pisania tego rozdziału, 
w całej mojej okolicy rozlegał się evil laugh.

*HAW HAW HAW HAW HAW!!! >:DDD*

Nox/*

~ Tita