Witaj w Hogwarcie

Sieć Fiuu

czwartek, 2 lipca 2020

2.19 Cisza pod Wrzeszczącą Chatą p.II

Victoire Fleur Weasley


Pomimo aparycji przypominającej demimoza, Luna Lovegood po prostu nie potrafiła być niewidzialna — choć  wszystko wskazywało na to, że nawet gdyby wystąpiła dziś w kreacji bogini miłości (która w jej wydaniu z całą pewnością byłaby jak najbardziej dziwaczna), nie wzbudziłaby takiej sensacji, jak swoją niespodziewaną normalnością. Głosy w Trzech Miotłach nieco przycichły, a już zwłaszcza przy stolikach, które mijała, chyba po raz pierwszy nie odwzajemniając spojrzeń obecnych wytrzeszczaniem na nich oczu w taki sposób, jakby wypatrywała wszędzie ukrywających się nargli. Przeciwnie, to raczej wszyscy obecni w pubie wytrzeszczali oczy na nią, wyglądając na zupełnie zaszokowanych tym, że nie wbiła do baru odziana w różową suknię z bufami i trenem utkanym z tęczowej mgiełki przez pracowite elfy, do tego dosiadając pegaza. Zamiast tego miała na sobie całkiem zwyczajny fioletowy płaszcz, który równie dobrze mogłaby nosić jakakolwiek inna czarownica, swoje czerwone buty, no i błyszczące google na głowie, które zimą zastępowały jej widmokulary. 

No właśnie... Być może gdyby Luna miała swoje świrowate google na oczach a nie na głowie, byłaby w stanie dostrzec cienką cielistą żyłkę, która w krótkim czasie podążyła jej śladem, wijąc się między nogami ludzkimi i stolikami prawie przez pół długości baru. Na całe szczęście, ani jej, ani zresztą nikomu innemu jakoś nie przychodziło do głowy żeby specjalnie wgapiać się w ziemię, bo może przypadkiem znajdzie się na niej jakiś sznurek, który zachowywałby się jak bardzo długa gąsienica. Gdy tylko koniec Ucha dotarł do swojego celu (pod krzesło profesora Longbottoma), żyłka idealnie wtopiła się w podłogę, dzięki czemu nawet ja i Teddy nie byliśmy już w stanie jej dojrzeć, choć przecież doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z miejsca jej położenia. A już po chwili w pubie znów rozległ się taki gwar, że nasze Ucho okazało się być prawdziwym błogosławieństwem — bez niego chyba nawet donośny głos Hagrida nie mógłby do nas dotrzeć.

To było właściwie bardzo dziwne... Gdybyśmy znajdowali się w mugolskim barze, wyglądałoby to tak, jakbyśmy po prostu słuchali muzyki z jednych słuchawek. Niestety jednak czarodzieje nie daliby się na to nabrać, przez co ja i Ted musieliśmy siedzieć tak blisko siebie nad Uchem, że omal nie dotykaliśmy się własnymi uszami.

— No, no i co? — Hagrid brzmiał tak, jakby miał zaraz podpisać papiery adopcyjne młodej akromantuli. — Zgodził się?...

Ale Luna nie zdążyła mu odpowiedzieć, bo w mgnieniu oka wyrosła przy niej Madame Rosmerta — nieco już podwiędła piękność zza baru. 

— Syrop arbuzowy z wodą, lodem i parasolką?!

— Tak, i do tego budyń waniliowy...

Madame Rosmerta zmarszczyła brwi i sprawdziła coś w swojej karcie, odganiając sprzed oczu nieproszonego loka. Ja i Teddy spojrzeliśmy po sobie, to samo zrobili też Neville, Hagrid i Flitwick. Chyba nikt nie przypominał sobie, by Trzy Miotły kiedykolwiek serwowały budyń, nie wyłączając z tego również samej Madame Rosmerty. Najwyraźniej uznała ona jednak (zresztą jak znakomita większość ludzi), że z Luną Lovegood i tak nie warto dyskutować na temat tego czy coś jest, czy tego nie ma, choćby przedmiotem tych wątpliwości miało być jej własne niezmienne od trzydziestu lat menu.

— Och, oczywiście — powiedziała z roztargnieniem, po czym machnęła różdżką tak nieuważnie, że o mało co nie strąciła tiary Neville'owi, który jakimś cudem w porę się uchylił, chyba nauczony całymi latami doświadczenia w unikaniu wszelkich wypadków. Niestety na nic się to zdało, bo już po chwili o jego tiarę zahaczyła nadlatująca miseczka, która wylądowała przed widocznie uradowaną Luną. Madame Rosmerta odwróciła się jak fryga na swoich różowych szpilkach i pospieszyła w stronę baru, zapewne aby czym prędzej uzupełnić kartę o budyń waniliowy, podczas gdy profesor Lovegood-Scamander zabrała się za beztroską konsumpcję, zdając się być zupełnie nieczułą na wyraźne zniecierpliwienie Hagrida.

— Och, oczywiście, Ron zgodził się odwiedzić cię w twojej chatce — poinformowała go zdawkowo. — Pod warunkiem, że nie trzymasz w niej żadnych nowych sklątek, Hagridzie...

— Niech da spokój, za stary już jestem na sklątki! — zadudnił Hagrid, ale widać było, że ucieszyła go ta wiadomość. — A na pewno nie chce do nas dołączyć na małą popitkę?

Małe popitki Hagrida najczęściej kończyły się pełnym uczucia wykonaniem Pieśni o Mężnym Odonie, oraz następującą po niej symfonią donośnego chrapańska z głową opartą o pusty kufel. Powyższy program artystyczny stanowił zazwyczaj zwieńczenie jakiejś transakcji z podejrzanym zakapturzonym typkiem, który po promocyjnej cenie sprzedawał Hagridowi akurat przypadkiem znajdujące się w jego kieszeni jajo gromoptaka albo szczenię kwintopeda (następnie konfiskowane przez Urząd Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami, dla którego częste inspekcje w chatce Hagrida były już od lat taką samą rutyną, jak ciągłe otrzymywanie skarg od goblinów. Możliwe, że miało to wiele wspólnego z Hermioną, która pracowała tam przed wstąpieniem do Wizengamotu).  

— Ależ drogi Hagridzie, to wykluczone! — Po gromkim głosie Hagrida, głos Flitwicka wydawał się jeszcze bardziej piskliwy niż zwykle, tak że ja i Teddy aż skrzywiliśmy się lekko nad Uchem. — Byłoby czymś wysoce nierozsądnym, gdybyście mieli się spotykać właśnie tutaj...

—...a poza tym Ron nie ma teraz czasu, ma na głowie cały sklep — dodała Luna łagodnym tonem. — Zresztą, przecież widziałeś go przed południem!

— Ale nie na szklaneczce czegoś mocniejszego! Trza przecie opić spotkanie, no nie...

— Tylko niekoniecznie tutaj! 

— Tak, tak, wim — odparł ponuro Hagrid. — Ten mój długi jęzor, jeszcze bym co chlapnął przy ludziach i nowe nieszczęście gotowe... Ale niech skonam, że z Ronem to my byśmy o żadnych tam politycznych sprawach nie gadali, tylko tak sobie... Czy u Harry'ego wszystko w porząsiu i w ogóle...

— Ale Hagridzie, właśnie o to chodzi! — odezwał się Neville z wyraźnym niepokojem, poprawiając sobie tiarę, która widocznie nie miała najmniejszego zamiaru z powrotem ustawić się w pozycji pionowej na jego głowie. — Obawiam się, że Harry jest dość politycznym tematem...

Luna parsknęła w swój budyń, właściwie trudno było zgadnąć czemu. Tak się składało, że z nią nigdy nie było wiadomo, czy przysłuchuje się rozmowie, czy może akurat przypomina sobie śmieszny dowcip o wiedźmie, mugolu i chrapaku krętorogim opublikowany w ostatnim Żonglerze. Dlatego też nie było nic dziwnego w tym, że Neville spojrzał na nią dość niepewnie spod swojej sflaczałej tiary, trochę tak jakby obawiał się, że powiedział coś głupiego.

— To już nawet nie można pogadać sobie z kumplami?! — Hagrid w tym czasie osiągnął nieco tragicznie brzmiące rejestry. — To takie czasy tera nastały?! Wszędzie szpicle i nikomu nawet nie można zaufać...

— Hagridzie, ciiiiiiiszej! — syknął Flitwick.

— Właśnie... — wyjąkał profesor Longbottom, wciąż walcząc ze swoim nakryciem głowy, na co Luna wreszcie oderwała oczy od swojego budyniu.

— Och, poczekaj Neville... pomogę ci! — Wyciągnęła różdżkę i zanim zdążył zaprotestować, wycelowała ją w jego głowę. Erecto!

Tiara profesora Longbottoma błyskawicznie wyprostowała się i zesztywniała. Gdyby nie to, można by pomyśleć, że zaklęcie wywołało na Neville'u taki sam efekt, jak na Pocky pomidorowy eliksir Simona — jego okrągła twarz była teraz tak czerwona, że mógłby usmażyć sobie na niej parę omletów.

— Erecto... — usłyszałam tuż przy uchu cichy rechot Teda Lupina, więc szturchnęłam go lekko w bok, nakłaniając go do ponownego skupienia się na tym, na czym należało, czyli na podsłuchiwaniu nauczycieli, nie śmianiu się z durnie brzmiących zaklęć. Na widok mojej miny czym prędzej przestał się głupio uśmiechać. 

— To o czym niby mamy gadać... O pracy? — histeryzował dalej Hagrid, jakby wyczerpał już wszystkie opcje z puli najnudniejszych i najgorszych tematów świata.

— Właściwie nie jest to aż taki głupi pomysł — stwierdziła Luna, z rozmarzeniem wpatrując się w swoją łyżkę budyniu. Profesor Longbottom obmacywał swoje sterczące nakrycie głowy z dość skonfundowaną miną. — Ja na przykład jestem bardzo ciekawa, jak inni widzą te wszystkie zmiany. Trochę gwałtownie chcą je wprowadzić, nie uważacie?
  
— A moim zdaniem, najwyższy czas, żeby w końcu jakoś zaradzić temu bałaganowi w szkole! — zapiszczał Flitwick. — Odkąd Minerwa zaniemogła... ten chaos jest nie do zniesienia... praktycznie nie mamy przełożonego!

Ja i Teddy wymieniliśmy bardzo wymowne spojrzenia, podczas gdy Neville znów się zaczerwienił, wreszcie zostawiając swój kapelusz w spokoju — wszyscy wiedzieli, że to on pełni funkcję zastępcy dyrektora. I z całym szacunkiem do profesora Longbottoma, ale trudno było nie zgodzić się z Flitwickiem, że nieobecność profesor McGonagall dawała się szkole dość mocno we znaki. Przez pierwsze dwa tygodnie semestru w ogóle nie było lekcji transmutacji, a potem zastępstwo za Minerwę obejmowali nauczyciele innych przedmiotów, z czym bywało naprawdę różnie — na przykład nauczycielka numerologii całkiem nieźle sobie radziła, podczas gdy profesor Trelawney próbująca nauczyć nas jak zamienić jeża w poduszkę do szpilek to była po prostu jakaś tragedia. Nie trzeba było mieć szczególnego daru do wróżenia, żeby przewidzieć, że przynajmniej raz podczas lekcji przyśnie, albo przez przypadek transmutuje palce ucznia w banany, za co winę zrzuci oczywiście na straszliwe fatum.

— No cóż... byłoby o wiele łatwiej, gdyby nie... eee... wiadome okoliczności — wybąkał Neville, splatając nerwowo ręce. — A szukanie nowego nauczyciela w środku roku i to jeszcze w takich... no właśnie... okolicznościach...

— Och, BIEDNA PANI PSOR MCGONNAGALL! — ryknął nagle Hagrid, tak że znów wszyscy podskoczyli. — I jak zwykle znikąd pomocy! Ani od Rady Nadzorczej, ani od Ministerstwa...

— Hagridzie, ciszej na litość boską!!!

Ale Hagrid nie dał się uspokoić tak łatwo.

— Gdybym ja to widział, to nigdy bym nie przewidział, że taka kobita... taka szlachetna, równa babka...

— Hagridzie, nie załamuj się! Powinieneś wziąć się w garść! — zapiszczał Flitwick pokrzepiająco. — Przecież Bonifacy robi co w jego mocy, żeby postawić ją na nogi...

Tym razem usta Teda ułożyły się bezgłośnie w wyraz "Bonifacy".

— No jasne — wybuczał Hagrid, który teraz już prawie chlipał nad swoim kuflem najlepszego miodu pitnego Rosmerty. — Ale i tak... do nauczania pewnie już nie powróci... i to wszystko akurat teraz na nią spadło, kiedy te bidne mugolaki...

Hagridzie!!

Hagrid zakrył czarne jak żuki oczy dłońmi wielkimi jak pokrywy na śmieci.

— A do tego tera jeszcze Hermiona...

— Hagridzie, bo rzucę na ciebie Zaklęcie Uciszające! — zagroził Flitwick surowo. — Czy ty się nigdy nie nauczysz, żeby trzymać język za zębami?

W tym samym momencie Teddy jęknął cicho z bólu — spojrzałam na swoją dłoń i spostrzegłam, że zaciskam ją nie tylko na cielistej żyłce, ale też na jego palcu wskazującym, w który mocno wbiłam paznokcie. Czym prędzej puściłam jego rękę, szepcząc "przepraszam". Tymczasem dziko zmierzwiona broda Hagrida zadrżała niebezpiecznie.

— Chyba jednak pan profesor będzie musiał uraczyć Hagrida swoim tańcem babeczek! — zauważyła Luna pogodnie, bo olbrzym rąbnął już głową o stół, a potężne ramiona zaczęły mu się trząść. — Pamiętam, że był naprawdę nieziemski!  I zanuciła melodię jakiegoś walca, podobnie jak Teddy machając palcem wskazującym, z tą różnicą, że wyraźnie dyrygowała niewidzialnym chórem, zamiast zwijać się z bólu. Na tę okoliczność, Teddy spojrzał na mnie pytająco, ale ja tylko machnęłam ręką. Każdy krukon doskonale wiedział, że nie ma takiego problemu, z którym nie mógłby się udać do opiekuna domu, który na otarcie łez nie tylko częstował najpyszniejszymi mini-babeczkami świata, ale jeszcze zaczarowywał je tak, by babeczki tańczyły w powietrzu. Najwyraźniej Luna w latach szkolnych była częstym gościem profesora Flitwicka, skoro teraz o tym wspominała.

— Och, bardzo dziękuję, panno Lovegood!

— Nie ma za co! A wracając do tematu — podjęła zdawkowo Luna, na co Flitwickowi zrzedła nieco mina. — Już dopilnowałam, żeby we wszystkich pokojach wspólnych rozwiesić ogłoszenia o poniedziałkowym apelu...

— Trochę tego nie rozumiem — odezwał się Neville. — W Ministerstwie panuje nie mniejszy chaos niż w Hogwarcie. Niby jak zamierzają poradzić sobie z problemami w szkole, skoro sami się z nimi borykają?

— W ogóle polityka Ministerstwa ostatnimi czasy jest naprawdę dziwaczna — stwierdził Flitwick, chyba zapominając o własnym nakazie unikania politycznych tematów. — W przeciągu ostatnich miesięcy zniknęło już chyba z kilkadziesiąt ludzi, w tym nawet kilku pracowników Ministerstwa, nie wspominając o naszych uczniach... A oni zamiast podjąć jakieś zdecydowane kroki, nawet nie podają faktów o tych zniknięciach do wiadomości publicznej! Mało tego, wyczyniają jakieś dziwactwa... Kto to widział, żeby modyfikować pamięć mugolskim rodzinom porwanych?! Pamiętam, jak w Hogwarcie pojawili się rodzice tej uczennicy z Gryffindoru, kilka miesięcy temu... byłem w szoku, kiedy urzędnik Ministerstwa przedstawił nam procedury... Bo teraz jest już procedurą, żeby wymazywać wspomnienia każdemu mugolowi, którego magiczny członek rodziny zniknie...

— Ale przecież ma to pewien sens — rzekła Luna rozsądnie. — Gdyby mugolscy rodzice się o tym wszystkim dowiedzieli, czuliby się zagrożeni nie tylko ze strony Zmiennokształtnych, ale w ogóle wszystkich czarodziejów. Natychmiast pozabieraliby dzieci ze szkoły, a wtedy kto by je chronił? Mimo wszystko, w Hogwarcie mają o wiele większe szanse...

— A jednak, nie rozumiem jak Hermiona mogła dopuścić do czegoś takiego — rzekł Neville w zadumie. — Wymazywanie rodzicom wspomnień o ich dzieciach... to po prostu okropne...

— No cóż... miejmy nadzieję, że po tym apelu coś się wreszcie zmieni...

— No jasne, już to widzę! — Hagrid uniósł gwałtownie brodatą głowę. — A pamiętacie, jak robili te całe poszukiwania w lochach? I guzik im to dało, a jeszcze więcej bidaków zniknęło od tego czasu!

— Nie wiem jak wy, ale ja odnoszę wrażenie, że chyba sami nie do końca wiedzieli czego szukają — rzekła Luna z głębokim namysłem. — Ja jestem pewna, że należy szukać człowieka...

W tym momencie spostrzegłam, że profesorowie Flitwick i Longbottom wymieniają bardzo szybkie spojrzenia, czego Luna nie mogła zauważyć, kręcąc swoją palemką w koktajlu i i gapiąc się w sufit.

— Panno Lovegood... to bardzo mało prawdopodobne, by Zmiennokształtny mógł ukrywać się w szkole przez tak długi czas — rzekł łagodnie Flitwick.  Za to nie ulega wątpliwości, że w jakiś sposób musiał się do niej dostać.

— I na pewno nie wykorzystał w tym celu żadnego ze znanych nam tajnych przejść — zauważył Neville. — Przez Zakazany Las również byłoby to niemożliwe...

— To prawda, teraz w Lesie jest nawet bardziej groźniej niż było — przyznał Hagrid. — A wszystko przez tych szmatławych śmierciożerców, co to za Drugiej Wojny pozwozili do szkoły te swoje czarnoksięskie plugastwa, dementory nie dementory, a potem to wszystko pouciekało do puszczy i ani ich tam ruszyć, do dziś jeszcze się tam jakieś wampiry kręcą...

— No tak, ale cały personel szkoły został przebadany na obecność wszelkich zaklęć maskujących, z Eliksirem Wielosokowym włącznie...

— Och, oczywiście — zgodziła się Luna. — Tylko że mowa jest o Zmiennokształtnym. Podejrzewam, że mogą oni dowolnie zmieniać postać.

Po tym stwierdzeniu zapadło krótkie milczenie, podczas którego Neville i Hagrid mieli dość zakłopotane miny.

— Droga panno Lovegood, przecież doskonale wiesz, że to niemożliwe. — rzekł Flitwick po chwili, spoglądając na nią bystro znad okularów.  Mamy do czynienia z dużą czarnoksięską organizacją. Żeby dowolnie zmieniać wygląd trzeba być metamorfomagiem, a ich jest na świecie bardzo mało. Już prędzej możemy mieć do czynienia z niezarejestrowanym animagiem, ale jak już mówiłem, na całą szkołę zostały rzucone zaklęcia eliminujące możliwość niezauważonego wtargnięcia intruza, między innymi Homenum Revelio, zaklęcie ochronne wykrywające obecność ludzką obojętnie w jakiej magicznej postaci. Nawet gdyby animag dostał się na teren szkoły, nasze zabezpieczenia natychmiast by to wykryły... 

— A więc wniosek z tego jest jeden — przerwała mu Luna, wciąż bawiąc się palemką. — Zmiennokształtnym jest ktoś ze szkoły.

Trójka profesorów miała teraz miny dość typowe dla ludzi, którzy właśnie usłyszeli, jak Luna Lovegood wygłasza jakąś kontrowersyjną opinię — czyli rzecz jasna, całkiem wyprowadzone z równowagi.

— Ależ to absolutnie niemożliwe — zaprzeczył stanowczo Flitwick, kiedy w końcu odzyskał głos. — Byłoby haniebnym, gdybym miał podejrzewać któregokolwiek ze swoich kolegów!

— A jeszcze bardziej haniebnym byłoby, gdyby wybielając swoich kolegów, dopuścił pan do dalszych zniknięć w szkole!

— Luna, wierz mi, nie mamy powodu wątpić o wiarygodności nikogo z nauczycieli! — powiedział Neville z jeszcze większym przejęciem niż wtedy, kiedy na naszej lekcji ropa czyrakobulwy wytrysnęła Julii prosto w twarz. — Przynajmniej... ja w to nie wierzę...

— A Bonifacy? — zapytała Luna bez zbędnych ogródek. — Profesor McGonagall jakoś niezbyt się poprawia od tych jego lekarstw.

Wszyscy znów wyglądali tak, jakby jej bezpośredniość wprawiła ich w wyraźny dyskomfort — równocześnie pokręcili dolnym częściami ciała na swoich krzesłach i sięgnęli po napoje, aby zapić ten krytyczny moment, przez co profesor Flitwick, którego szklaneczka z wodą goździkową była najmniejsza, znów jako pierwszy przerwał milczenie:

— Rozumiem twoje obawy, moja droga... Nie znasz profesora Booracka zbyt długo, a on nie sprawia, eee... najprzyjemniejszego wrażenia... Ale niech wystarczy tu powiedzieć, że mamy silne podstawy aby sądzić, że Bonifacy, pomimo pewnej, jakby to ująć... pewnej skazy na charakterze... nie odgrywa tutaj roli złego.

— Tak? — Na delikatnej twarzy Luny pojawił się wyraz niewinnego zainteresowania, trochę tak jakby zdziwiła się, że na obrazku dla dzieci ktoś przedstawił Voldemorta z nosem.  A jakie?

— Choćby takie, że dzięki Hermionie nie zbankrutował — objaśnił Neville. — Podobno żona całkiem puściła go z torbami. No i to Hermionie zawdzięcza, że wygrał opiekę nad swoim synem...

— Nie ulega wątpliwości, że jest zobowiązany do pewnej wdzięczności wobec Przewodniczącej Wizengamotu. — Flitwick zamlaskał, odstawiając na stół swoją szklaneczkę z wodą goździkową.  Niektóre ze swoich znajomości mógł przypłacić celą w Azkabanie. Chodzi rzecz jasna o nielegalny handel, nic czarnomagicznego — powiedział szybko, kiedy Luna uniosła brwi.  A tymczasem dostał syna, posadę w szkole, no i jeszcze ten projekt...

— No właśnie, cholibka! — huknął Hagrid, rąbiąc swoim wielkim kuflem o stół — musiał być już w dużej części opróżniony, skoro nic się z niego nie wylało. — Jeszcze nigdy, żaden nauczyciel Hogwartu, choćby najwredniejszy, nie działał przeciwko szkole... Najlepszym przykładem profesor Snape!

— No, może poza profesorem Moodym, Hagridzie... — wymamrotał Neville. — A raczej Bartym Crouchem Juniorem...

— No i Umbridge! — zawołała Luna radośnie.

— I Quirellem! — dodał Flitwick, uśmiechając się blado. — I uroczym rodzeństwem Carrowów...

Hagrid tylko prychnął lekceważąco.

— No tak, ale oni byli parszywymi sługusami Sami-Wiecie-Kogo! A profesor Boorack to mi na oko jakoś nie wygląda, żeby miał mieć wrednego gościa z tyłu czachy...

— Kochany Hagridzie! — Luna Lovegood uśmiechnęła się promiennie. — Może go mieć z tyłu innej części!

Profesor Flitwick zakrztusił się swoją wodą, podczas gdy Hagrid i Neville równocześnie parsknęli do swoich kufli.

— Tak czy inaczej — podjął maleńki profesor, dopijając wodę goździkową, jakby nic się nie stało. — Skoro już udało nam się ustalić, że ewentualny powrót Tego, Którego Imienia Nie wolno Wymawiać w jakiejkolwiek postaci nie może mieć miejsca...  Zmierzył Lunę dość karcącym wzrokiem.   W poniedziałek sytuacja powinna się ustabilizować...

— Miejmy nadzieję... — powiedział profesor Longbottom. — Oby tylko Ministerstwo nie wyznaczyło na nauczyciela transmutacji nowej Umbridge...

—  Oby!   skwitował profesor Flitwick, podczas gdy Neville i Luna wymienili ten rodzaj porozumiewawczego spojrzenia, jaki połączyć może tylko osoby, które brały kiedyś udział w jakimś tajnym stowarzyszeniu. 

A potem profesor Lovegood-Scamander jak zwykle powiedziała coś tak ujmująco nietaktownego, że nigdy nie przeszłoby to przez usta nikomu innemu, gdyby nie miał on specjalnego zamiaru wywołania w słuchaczach oburzenia, a przynajmniej skrajnego zakłopotania:

— Och, nie, to niemożliwe, by zatrudnili drugą Umbridge! — Uśmiechała się nie do końca świadomie, jakby mówiąc jedno, myślami była już przy czymś zupełnie innym. — Profesor McGonagall przewróciłaby się w grobie!

I aż do opuszczenia przez profesorów pubu nie dała po sobie poznać, czy zorientowała się, że z jej ust padło coś niestosownego.


*