Witaj w Hogwarcie

Sieć Fiuu

sobota, 28 maja 2016

37. Manny tu był

  
   Kiedy Pauline Mary Glam będzie mieć osiemdziesiąt lat, przypomnijcie jej drogie dzieci, aby opowiedziała swoim wnukom jak to Victoire Weasley urządziła Tedowi Lupinowi awanturę.
Zdecydowanie należało to do jednych z najdziwniejszych wydarzeń będących moim udziałem – nawet jak na realia Świata Magii, w którym zdarza się przecież o wiele więcej rzeczy dziwnych i szalonych niż w zwyczajnym, mugolskim życiu.
   — Ale jak to O WSZYSTKIM WIESZ?! – wytrzeszczyła oczy Vi, a z niskiego sklepienia schowka na miotły aż pospadało kilka martwych pająków.
   Teddy stał przed nią z dosyć zdezorientowaną miną, czemu właściwie niezbyt się dziwiłam – prędzej spodziewałabym się po Dominique, że obedrze go ze skóry, z której zrobi sobie potem nowe rękawice ochronne na zielarstwo, niż po Victoire, z której strony należało raczej oczekiwać skruchy i przeprosin za to, że Ted sam musiał się wszystkiego domyślić…! Jednak Domie od początku nie odezwała się ani słowem, stojąc gdzieś w kącie z rękoma założonymi na piersi i z zaciętym wyrazem twarzy, usta zaciskając w wąską, stanowczą linię, jakby milcząco pozwalając na to, by to Victoire mogła drzeć się na Teddy’ego. Ja i Fiffie, siedzące razem na największym w schowku pudle po Magicznych Detergentach Pani Skower, patrzyłyśmy to na jedno, to na drugie jak na ścigającego i obrońcę podczas rzutu wolnego na meczu quidditcha, natomiast Simon stał oparty jak zwykle o ścianę, z beznamiętną miną obserwując rozgrywającą się przed nim scenę – można by pomyśleć, że zaraz zacznie oglądać sobie paznokcie ze znudzenia!
    — Zamierzałeś nam w ogóle powiedzieć?! – Na twarzy Vic wciąż widniała mieszanina szoku, niedowierzania i oburzenia.
— A to zabawne – odparł Teddy. – Mógłbym ci zadać dokładnie to samo pytanie!
   Victoire zamknęła usta i zaczerwieniła się po cebulki włosów.
— Wyobraź sobie, że chciałyśmy ci powiedzieć! – zawołała ze złością.
— Ciekawe kiedy? – Ted uniósł brwi. – Na łożu śmierci?
— Punkt dla Teddy’ego – mruknęła mi do ucha Fiffie, a ja kiwnęłam ponuro głową.
Tedowi tylko drgnął kącik ust, lecz poza tym nie dał po sobie poznać, że usłyszał, jak Fiffie przyznaje jemu i Vicky punktację za poszczególne riposty. Wciąż patrzył na Victę, jakby spokojnie czekał na atak – i raczej nie wyglądał na specjalnie przygniecionego poczuciem winy.
  I dlatego postanowiłeś nas szpiegować?! – wykrzyknęła Victa. – Nie mogłeś załatwić tego w bardziej cywilizowany sposób, niż łażenie za nami pod niewidką z Tropiącą Włóczką i podsłuchiwanie nas w krzakach z Uszami Dalekiego Zasięgu?!
— Punkt dla Victoire – szepnęła tym razem Fiffie, a ja mimowolnie uśmiechnęłam się krzywo pod nosem, bo rzeczywiście – podglądanie przez chłopaka zza krzaków czterech dziewczyn nie brzmiało szczególnie dobrze.
Co dziwne, na głowie Teda nie pojawił się nawet cień fioletu, jaki powinny przybrać jego niebieskie włosy pod wpływem czerwonego pigmentu wstydu.
— Gadasz tak, jakbym podglądał was pod prysznicem! – obruszył się, a ja i Fiffie odwróciłyśmy się do siebie równocześnie, po czym szepnęłyśmy:
— Punkt dla Teda!
On z kolei zabrzmiał tak, jakbyśmy wszystkie razem brały prysznic!
Szczerze mówiąc, już naprawdę zaczęłam się niepokoić, dlaczego Dominique się dotąd nie odezwała. O Simona mniejsza, ale Di w normalnych okolicznościach na pewno nie omieszkałaby skomentować prysznicowej riposty.
— Bo to prawie to samo! – odparowała Vika, a ja i Fiffie spojrzałyśmy po sobie z uniesieniem brwi. Ona naprawdę kontynuuje metaforę kabiny prysznicowej…? – Czemu zamiast nas podglądać, nie mogłeś po prostu do nas dołączyć?
Pod prysznic?! – odezwała się głośno Fiffie, wybałuszając oczy, a ja wtrąciłam szybko:
— Słuchajcie… Coś mi się zdaje, że ta rozmowa zmierza w bardzo dziwnym kierunku…
Victoire zmrużyła tylko oczy jakby w ogóle nie obchodziło jej niebezpieczeństwo zejścia z tematu prysznica na najlepsze środki do higieny intymnej. Ted podrapał się z zakłopotaniem w tył głowy, Dominique nie wiedzieć czemu wyglądała na równie obrażoną jak i zarumienioną, a na twarzy Simona pojawił się znajomy mi już wyraz rozbawienia.
— Wybacz, Victoire… – podjął w końcu Ted, a na jego twarzy odmalowywała się pełna powaga. – Ale naprawdę nie wyglądało na to, że po kilku miesiącach zamierzacie mi coś jeszcze powiedzieć.
Zmierzyła go burzliwym spojrzeniem ciemno-niebieskich oczu.
— Nie mogłeś nas po prostu zapytać?
Jego twarz stężała i nawet wiem dlaczego – Ted prędzej zmieniłby kolor włosów na świński róż, niż przyznałby się przed Victą do tego, co sam wyznał mi w Zakazanym Lesie.
— Nie wiedziałem, czy mi wolno – powiedział z ewidentnym sarkazmem, ale równocześnie odwrócił wzrok.
A podobnież to ta dwójka była ze sobą najbardziej szczera…
— Jakbyś bardzo chciał wiedzieć, to miałyśmy ci powiedzieć po egzaminach – wycedziła Victoire cicho, czerwieniąc się jeszcze bardziej, bo chyba nawet ona zorientowała się, jak idiotycznie to zabrzmiało. Po egzaminach! Jakby chodziło o to by przede wszystkim zaliczyć testy, a potem przejmować się bzdurami!
   Ale to przecież nie były żadne bzdury i wszyscy doskonale o tym wiedzieliśmy.
— Przepraszam, że przerwę wam tę pasjonującą kłótnię, ale... – zaczęła Fiffie, po czym spojrzała na Simona – ...co on tu właściwie robi?
   Ted i Victa umilkli, po czym wszyscy jak na komendę spojrzeli na Lariesona, który podniósł na nas wzrok.
— "On" stoi sobie w komórce na miotły i słucha jak się wyraziłaś, pasjonującej kłótni - odparł Simon lekko, chowając ręce do kieszeni. – I może przejdźcie już do sedna, bo sprawy waszej przyjaźni raczej mnie nie dotyczą.
   Victoire tylko łypnęła na niego ponuro, a Teddy zmarszczył lekko brwi.
— Larieson, siedź cicho z łaski swojej, bo raczej niewiele ułatwiasz.
— A może idź już na kolację? – rzuciłam w przestrzeń, raczej ze słabo zatuszowaną nadzieją – lecz Simon spojrzał tylko na mnie jak na zawartość swojego kociołka podczas eliksirów, po czym nic już nie mówiąc, wrócił do kontemplacji pajęczyn zwieszających się nad naszymi głowami z sufitu, jakby usilnie na mnie nie patrząc.
   No jasne. A na eliksirach to się na mnie lampił.
   — Więc jak się dowiedziałeś? – zapytała Victoire cicho.
Teddy pozwolił sobie na krótkie zastanowienie.
— Przy drobnej pomocy Lariesona i własnej domyślności – odparł w końcu, a Simon odchrząknął lekko, po czym mruknął:
— Wcale nie takiej drobnej.
— Larieson, miałeś się zamknąć.
— Rozkazuj swojemu skrzatowi domowemu.
— Obaj się zamknijcie! – odezwał się gdzieś z kąta ostry głos i Dominique Weasley w końcu wyszła z cienia.
   Wszyscy zamilkli, zupełnie jakby z cienia wyszedł co najmniej wkurzony Merlin, a nie jedenastoletnia dziewczynka. Di odrzuciła do tyłu swoje złote włosy, po czym dopiero teraz zgromiła wszystkich obecnych roziskrzonymi oczyma.
   — Nie wiem czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale tak jakby już od paru godzin nie wiadomo co się dzieje z naszym jednorożcem, a wy zamiast coś z tym do cholery jasnej zrobić...
   No pięknie, teraz druga panna Weasley się rozwrzeszczała!
— Kogo obchodzi, kto skąd wie i od kiedy?! Skoro już wszyscy wiedzą, to może ruszmy tyłki i coś zróbmy, a nie kłóćmy się jak kretyni w schowku na miotły!
— Dominique ma rację – powiedziała cicho Vi. Nie patrzyła ani na Teda, ani na Di – tak właściwie to nie patrzyła na nikogo. Po chwili westchnęła i opadła na jakieś pudełko od środków czystości. – Skoro już tu jesteśmy... Pocky, o co w końcu chodzi z tą całą karteczką?
   Nagle zorientowałam się, że wszyscy na mnie patrzą. Szybko pogrzebałam w torbie i w kieszeniach szaty, po czym odnalazłam ją - mały świstek zabazgrany drobnym, cienkim pismem Malvy-Loreine.
— "Manny tu był. Stuknąć różdżką. Zaklęcie brzmi Dissendium" – odczytałam, po czym rozejrzałam się po twarzach zebranych. Między brwiami Victoire pojawiła się malutka zmarszczka, Domie i Fiffie zaglądały mi przez ramię, ze zdziwieniem konstatując na karteczce obecność wcześniej niezauważonych przez nich słów, Teddy przyglądał się temu ze stoickim spokojem, a Simon? Simon patrzył na nas bystrym wzrokiem, zupełnie jakby ziściły się co do joty wszystkie jego przypuszczenia.
   — "Manny tu był"? Już samego tego nie rozumiem! – Fiffie odezwała się jako pierwsza, wciąż spoglądając na świstek w mojej dłoni zupełnie tak, jakby to jego obarczała pretensjami.
— Taki był napis na ścianie, w miejscu gdzie spotykałyśmy się z Malvą-Loreine – wyjaśniła Victa.
— Stuknąć różdżką? Dissendium? A co to ma za związek z Cristal? – poirytowała się Dominique.
— Wydaje mi się, że jest tylko jeden sposób aby to sprawdzić – orzekł Teddy. – Trzeba tam iść i zrobić to, co jest tutaj napisane.
— Stuknąć różdżką i powiedzieć to zaklęcie? I niby co się wtedy stanie? – wyparskała Domie, teraz już wyraźnie zdenerwowana. – Wyczarujemy tajemne wrota, z których wyskoczy Cristal? Błagam was, nie marnujmy teraz czasu na jakieś głupie lochy, tylko idźmy – do – LASU!
— Tak, świetny pomysł! – odparł Simon, przewracając oczyma. – I niby gdzie chcesz szukać tego jednorożca? Mógł poleźć wszędzie, zwłaszcza goniony przez jakiegoś stwora...
— Dominique – powiedziała Victoire, a w jej głosie zabrzmiała stanowczość, której jako jedynej Domie nigdy nie mogła się sprzeciwić. – Zajmijmy się teraz tym tropem, który chwilowo mamy. W sprawie Cristal nic nie wiemy, nie mamy pojęcia gdzie jej szukać! A skąd wiesz, że nie idąc za tą wskazówką, nie wpadniemy na to, co mogło się z nią stać?
   Domie tylko skrzyżowała ręce na piersi i burknęła coś pod nosem.
— Dobra! – warknęła w końcu, jak rozwścieczona Pani Norris. – Tylko potem nie płacz, kiedy znajdziemy w lesie Cristal rozszarpaną na strzę...
— To co, idziemy? – przerwała jej szybko Fiffie, zanim ta zdążyła dokończyć.
   Wstałam z pudła po Magicznych Detergentach Pani Skower, a Simon odbił się od ściany, po czym cała nasza szóstka wygramoliła się z ciasnej komórki na miotły do przestronnej sali wejściowej, teraz całkowicie pustej w porze kolacji. Zza drzwi Wielkiej Sali dobiegały do nas szczęki tysięcy widelców i noży, szurania krzeseł oraz podzwaniania dzbanów o puchary, a także odgłosy rozmów i śmiechów uczniów, którzy w przeciwieństwie do nas, mogli beztrosko cieszyć się teraz końcem egzaminów, co wszystko składało się w jeden swoisty gwar towarzyszący wszelkim posiłkom w Hogwarcie – natomiast przez szparę w drzwiach zapach placka dyniowego niezwykle sugestywnie kusił nas by wejść do środka, my jednak, profesjonalnie ignorując jego smakowite namowy, odwróciliśmy się w całkowicie przeciwną stronę od wejścia do Wielkiej Sali, po czym skierowaliśmy się ku schodom prowadzącym do mrocznych i obślizgłych szkolnych lochów – miejsca, gdzie jedyną strawę jaką można się uraczyć, stanowiły oczy węgorzy i marynowane karaluchy, od razu więc też odechciało nam się jeść...
   — Lumos – szepnął Teddy, a za nim wszyscy pozostali wyciągnęli swoje różdżki i tak oto, pokrzepieni sześcioma jasnymi kręgami światła, wkroczyliśmy w ciemność Starych Przebrzydłych Lochów.
   Dziwnie było iść tą plątaniną ciemnych korytarzy i labiryntem prastarych podziemnych tuneli bez perspektywy spotkania z Malvą-Loreine, popalającej beznamiętnie swoją podejrzaną fajeczkę, i roznoszącej wokół zielonkawe, wąskie smużki dymu o wątpliwym bukiecie zapachowym, snującym się aż pod sufit miejsca jej zwyczajowej warty. Równocześnie niecodziennie było wędrować po lochach w tak licznej wycieczce, jaką ja i Vic stanowiłyśmy w towarzystwie Teda, Simona, Fiffie i Domie. Dziwnie też było nie wiedzieć, co czeka nas na końcu drogi – bo niby co miało się stać, kiedy wypowiemy to zaklęcie...?
   — To tutaj – wyszeptała Vicky oświetlając różdżką ścianę, a my wszyscy otoczyliśmy ją ze wszystkich stron, wpatrując się w wyryte w murze i połyskujące w blasku różdżki litery.
"Manny tu był".
Ciekawe co to był za Manny i kiedy tu właściwie był?
— Rzeczywiście, przytulne miejsce jak na spotkania towarzyskie – orzekła z przekąsem Fiffie, rozglądając się po zatęchłym korytarzu. – Nie mogłyście umawiać się na pikniki na błoniach? Albo na babskie szopingi do Hogsmeade?
 — Mówisz tak, jakbyś sama nie szwendała się po Zakazanym Lesie – rzuciła tylko Victoire, przesuwając palcami po starych wyżłobieniach na ścianie. – To chyba też nie jest zbyt przyjazne dla dzieci miejsce, nie uważasz?
— To jak brzmiało to zaklęcie? – ponagliła Di.
— Dissendium – odezwał się głos Simona tuż przy moim uchu tak niespodziewanie, że aż podskoczyłam w miejscu upuszczając różdżkę, która z głuchym trzaskiem upadła na podłogę i zgasła.
— Larieson...! Mam cię zabić?!
— Wybacz... Gdyby nie było tak ciemno, na pewno bym się do ciebie nie zbliżył!
   Tylko zgrzytnęłam zębami, po czym podniosłam różdżkę z ziemi. I to mówi koleś, który bezkarnie obejmował mnie za gobelinem w Noc Duchów i chciał ze mną tańczyć przytulańca w Sylwestra…! Victoire, której twarz okalała srebrzysta poświata Lumosa, rozejrzała się po nas z powagą.
— Gotowi? – spytała.
Wszyscy pokiwali głowami. Victoire odwróciła się od nas, po czym wciąż jarzącą się słabym światłem różdżką, stuknęła w wyrzeźbione wyrazy i powiedziała wyraźnie:
Dissendium!
   Przez chwilę zapadła cisza, której nie przerwał ani jeden dźwięk.
   A potem zaczęły dziać się czary.
 Nagle napis „Manny tu był” zniknął. Rozległ się odgłos pękania grubego muru – i począwszy miejsca, w którym różdżka Victoire zetknęła się z widniejącymi tam uprzednio literami, długa rysa zaczęła biec w dół wzdłuż ściany, parę centymetrów nad podłogą nagle zmieniając kierunek i rysując się w poprzek, potem ponownie zaczęła wspinać się w górę, aż w końcu przed nami ukazał się wyżłobiony w ścianie prostokąt – dość duży, by można było uznać go za małe drzwi.
To przypuszczenie utwierdziło się w chwili, gdy kamienny blok zaczął powoli wysuwać się do przodu. Wszyscy cofnęli się o parę kroków, a wtedy drzwi (jeżeli można tak nazwać latający kawał ściany), zawisły przed utworzonym przez siebie wyłomem w murze, po czym odchyliły się, odsłaniając przed nami mroczną jamę i jakby zapraszając nas do środka.
Ja, Teddy, Victoire, Simon, Fiffie i Dominique, staliśmy wciąż jak sparaliżowani. Po chwili uniosłam jarzącą się światłem różdżkę i oświetliłam nią dopiero co powstałą czarną dziurę.
Było to wejście do mrocznego tunelu.
Dopiero po chwili wszyscy spojrzeliśmy po sobie.
— Jakieś pomysły co tam może być? – wyszeptała Victoire.
— A co jeśli to wejście do Komnaty Tajemnic? – odezwała się Dominique podekscytowanym tonem, a oczy zabłyszczały jej jak żaróweczki.
— A czy Komnata Tajemnic nie była przypadkiem apartamentem pewnego wielkiego, obślizgłego węża? – zapytała Fiffie ostrożnie.
— Wchodzimy! – zakomenderowała Di, a Fiffie przełknęła głośno ślinę.
Mijając więc lewitujący wciąż w miejscu kamień, po kolei weszliśmy do wąskiego tunelu – i gdy tylko to zrobiliśmy, w miejscu, gdzie wcześniej było wejście, z powrotem pojawiła się niewzruszona ściana.
— Czy tylko ja zaczynam żałować, że tu wleźliśmy…? – odezwałam się, lecz wystarczyło przyświecić sobie różdżką na ich miny, aby przekonać się iż myślą tak samo.
 Tunel, w którym właśnie zostaliśmy zamknięci niewiadomo na jak długo, nie dość, że był ciasny, to na dodatek miał chyba tylko jakieś półtora metra wysokości – nawet ja, będąc dość niskiego wzrostu, mimo iż mogłam iść prawie wyprostowana, niekiedy obrywałam w czubek głowy, obijając czaszkę o niskie sklepienie. Przede mną jako pierwsza szła Victoire, tuż za mną Simon dyszał mi w kark schylając się w pół, na jego pięty nadeptywała wciąż Dominique ponaglana do szybszego marszu przez Fiffie i chyba tylko Ted Lupin nie narzekał na swoje położenie – cwaniak jako jedyny nie musiał szurać głową po suficie, bo zawczasu zrównał się wzrostem z goblinami i skrzatami domowymi!
Wędrówkę tajemnym przejściem utrudniało także nierówne podłoże, które co jakiś czas wznosiło się, to opadało, to było wybrukowane, to nie wiadomo co na nim było – czy kamienie, czy kopce kretów. A może cały ten tunel wydrążył kiedyś jakiś wielki kret, zmutowany niechcący przez kogoś na lekcji transmutacji? Starałam się jak najdokładniej oświetlać sobie drogę, lecz zadania nie ułatwiała mi świadomość iż Simon ma doskonały widok na moje łydki, kiedy sam patrzy pod nogi aby się nie potknąć i nie wpaść prosto na mój tyłek.
Wyszło jednak na to, że to ja wpadłam na niego, kiedy odbiłam się od pleców Victoire, która zatrzymała się nagle gwałtownie.
— Tunel się skończył!
Ale nikt jej nie usłyszał, bo jak ja wpadłam na Simona, tak też wszyscy jak domino poupadali na siebie – Simon na Dominique, Dominique na Fiffie, a Fiffie, która nieźle utyła pod wpływem dodatkowej wagi, jaką nałożyli na nią Di i Simon, spadła prosto na biednego  Teda Karła Lupina, o mało co nie łamiąc mu chyba przy tym kręgosłupa.
— Że niby co się stało…? – wyjęczał jego stłumiony głos spod tych wszystkich ciał.
— Nam nic się nie stało! – oznajmiła Dominique z ziemi.
— Mów za siebie… – skrzywił się Simon, jakby leżał właśnie powalony na łopatki przez hipogryfa, a nie dziewczynkę o wzroście metr pięćdziesiąt.
Victoire szybko pomogła mi wstać, patrząc ze zdziwieniem na leżącą w tunelu resztę. Kiedy udało mi się stanąć na nogi, aż zatoczyłam się w miejscu. Po wyjściu z wąskiego przejścia nagle za dużo wolnej przestrzeni znalazło się wokół mnie – musiałam więc oprzeć się o Vikę, aby nie upaść.
— Wszyscy cali? – zapytała Victoire niepewnie.
Simon jako pierwszy po mnie dźwignął się na nogi – i prawie od razu rąbnął głową prosto w niskie sklepienie.
— Niezupełnie… – stęknął z bólu, ale nie miał czasu aby zregenerować siły, ponieważ tuż za nim pojawiła się złota burza włosów i Dominique Weasley wypchnęła go z tunelu, rozglądając się wszędzie dookoła roziskrzonymi oczyma.
— Gdzie my jesteśmy?
— Pod ziemią – mruknął kwaśno Simon, wciąż trzymając się za głowę.
— Jak myślicie, jak głęboko pod ziemią jesteśmy?
— Na tyle głęboko, że możemy zakopać tu twoje kości – odparł Simon ze złością.
Dominique zrobiła obrażoną minę, ale nawet ona nie była na tyle okrutna, by trzepnąć go teraz po głowie. Zza jej pleców, z tajemnego przejścia wyłoniła się zdekoncentrowana Fiffie i cały poobijany Teddy – sądząc z jego skrzywionej twarzy, zmienił sobie wzrost do normalnego będąc jeszcze w tunelu, przez co w głupi sposób podzielił los Simona – teraz obaj trzymali się za głowy ze zbolałymi minami zbitych psiaczków.
— Co to za miejsce…? – Fiffie ze zdumieniem zaczęła rozglądać się po ścianach i suficie tajemniczego pomieszczenia, w którym się znaleźliśmy.
Ponieważ jednak nikt jeszcze nie znał odpowiedzi na to pytanie, wszyscy zaczęliśmy patrzeć na wszystkie strony – i dopiero teraz szczęki nam poopadały.
Znajdowaliśmy się w miejscu, które bardziej przypominało wydrążoną w skale grotę, niż komnaty charakterystyczne dla architektury Hogwartu. Sklepienie było tak wysoko, że ginęło w mroku – wyglądało to więc tak, jakby tuż nad naszymi głowami ziała czarna dziura i być może rzeczywiście tak było. Tam gdzie docierało światło, zwieszały się pajęczyny z wyjątkowo spasionymi pająkami – można by pomyśleć, że ktoś prowadzi na suficie przedszkole dla dzieci akromantul. Całe ściany natomiast, przysłonięte były kulawymi szafkami, rozklekotanymi półkami, zaśniedziałymi kredensami i szafami pozbawionymi szybek w drzwiach bądź całych drzwi, a wszystko zawalone było tym, co tak efektownie zrujnowało kiedyś cały gabinet Mistrza Eliksirów, a mianowicie słojami, słojami i słojami.
W słojach było chyba nie muszę mówić co: zdechłe karaluchy, obślizgłe i dziwacznie zmutowane ryby, marynowane organy poszczególnych zwierząt i inne ohydztwa na widok których każdy mugol, którego noga ani razu nie postała w klasie eliksirów, na sto procent by zwymiotował. Między słojami tkwiły jakby przypadkowo tam poupychane zakurzone książki, pudełeczka, flakoniki i małe słoiczki, w których tliły się słabo niebieskie płomyki, stanowiące jedyne oświetlenie w grocie. W kątach podziemnej jaskini, dziwnego umeblowania dopełniały wielkie beczki z żabim skrzekiem, oczami węgorzy i martwymi żukami, natomiast pod pajęczynami wisiały na sznurkach dekoracje dziwnie przywodzące na myśl sufit w chacie Hagrida, dyndały bowiem na nich całe pęki włosów i rogów jednorożców, piór feniksów, księżycowych ziół, a także nikomu nieznanych, ususzonych roślin i nie wiedzieć czemu – wielkie warkocze czosnku i innych dziwacznych warzyw. Pod jedynym kawałkiem ściany nie zajętym przez stare meble, stał stos najróżniejszej wielkości kociołków ustawionych na sobie tak absurdalnie, że chyba tylko zaklęcie powstrzymywało je przed zawaleniem się, a były tam garnki tak zardzewiałe i szarpnięte zębem czasu, jakby w ciągu stuleci tysiąc Simonów waliło w nie swoimi skrobakami. W centrum tego wszystkiego znajdowało się wielkie palenisko, z kotłem ogromnych rozmiarów, w którym coś bulgotało tajemniczo – obok stał pulpit, na którym spoczywała gruba księga, sprawiająca wrażenie takiej starości, jakby za jednym dotknięciem miała osunąć się w proch, a za paleniskiem znajdował się podłużny, stary stół, na którym stało tyle malutkich kociółków, flakonów i buteleczek, zawierających tyle parujących i bulgoczących w nich substancji, że aż nie wiadomo było gdzie najpierw zajrzeć.
Generalnie wyglądało to wszystko tak, jakbyśmy znaleźli się w mieszkaniu jakiejś okropnej starej wiedźmy z mugolskich bajek.
— Uauuuu… – mimowolnie wyraziłam swój podziw, na co Simon spojrzał na mnie, jakbym nagle oświadczyła, że zamierzam wykąpać się nago w beczce żabiego skrzeku, po czym wyparskał:
Uauuuu?! To wygląda jak mój najgorszy koszmar!
Tylko spojrzałam na niego z politowaniem, po czym obeszłam dookoła palenisko z ogromnym kotłem. Od razu było widać, że kocioł był stary jak świat; ale nie aż tak jak księga, spoczywająca na pulpicie…
Była otwarta.
Ciekawe, na jakim interesującym przepisie…?
— Ale tu syf – skomentowała Domie gdzieś za moimi plecami, ścierając z pobliskiej półki tyle kurzu, że z powodzeniem starczyłoby go na cały kłębek wełny.
Victoire wytrzeszczyła na nią oczy. Dominique cofnęła się od półki zdezorientowana, a i ja zrobiłam to samo względem tajemniczego tomiszcza, które właśnie zamierzałam przewertować od deski do deski.
Dominique! – wysyczała Vika przeraźliwie, widocznie bojąc się podnosić głos. – Niczego tutaj nie dotykaj!
— Niby dlaczego? – zbuntowała się Di, przybierając teraz minę pełną niezadowolenia, jak zwykle zresztą, kiedy ktoś jej czegoś zabraniał. – Błagam cię… Myślisz, że ktoś się zorientuje?
— Oczywiście! – obruszyła się Victa. – Po to ten kurz tutaj jest!
Dominique wyglądała teraz tak, jakby Vi zwróciła się do niej po goblidegucku, wspomagając się przy tym maczugą trolla i starym Zmiataczem.
— Chcesz mi powiedzieć, że ten niewinny kurz, jest tak naprawdę cwanym i zdradzieckim kurzem, który wyśpiewa wszystko o naszej obecności w tej grocie tej… wiedźmie, która tutaj rezyduje…?
Victoire pokiwała głową.
— Rzeczywiście, tego kurzu jest tu podejrzanie za dużo – zauważył Teddy, rozglądając się po zszarzałych z brudu i pyłu przedmiotach zajmujących całą wolną przestrzeń. – Tak jakby od stuleci nikt tu nie zaglądał…
— …ale to przecież niemożliwe – dokończyła Vicky. – Ktoś musiał tu być później niż parę wieków temu! Po pierwsze, ingrediencje są zbyt świeże… pomijając zdechłe ryby i karaluchy, oczywiście – dodała, widząc sceptyczną minę Simona. – A po drugie, wątpię, że Niebieskie Płomienie działają tak długo – wskazała na błękitne płomyczki, migoczące słabo w zamkniętych słoikach, poupychanych gdzie tylko się dało; to właśnie one stwarzały w podziemnej jaskini tajemniczą, niebieską poświatę.
  Możliwe nawet, że te płomyki jeszcze dzisiaj zostały wyczarowane – powiedział rozsądnie Simon. – I założę się, że Boorack jednym machnięciem różdżki usuwa ten cały bajzel, gdy tu przychodzi…
Urwał, po czym rozejrzał się po wszystkich zebranych, którzy nagle przestali stawać na palcach by zajrzeć na wyższe półki, schylać się by zobaczyć co jest pod nimi, oraz wysilać się by dojrzeć coś w księdze na pulpicie, jak było w moim przypadku. Ja, Vicky, Teddy, Fiffie i Domie, spojrzeliśmy równocześnie na Simona, który nagle uśmiechnął się do nas z niedowierzaniem.
— No błagam… Myśleliście, że czyja to kwatera? – W tonie jego głosu wybrzmiewało tak zaskoczenie, jak i politowanie. – Nigdy nie zastanawialiście się nad tym, dlaczego Boorack tak bardzo chciał wywalić Malvę-Loreine…?
Ja i Victoire wymieniłyśmy spojrzenia. Rzuciłam okiem na Fiffie i Domie, wyglądające na równie zdezorientowane jak i Teddy.
— Boorack chciał wywalić Malvę-Loreine, z powodu Amortencyjnego Kadzidła… – zaczęła Victa, ale Simon przerwał jej:
— Doprawdy? Tylko dlatego?
Zmarszczyłam brwi, podobnie jak Victoire, nie rozumiejąc wciąż za bardzo, o co Simonowi chodzi.
I nagle to do mnie dotarło.
No tak!
TO DLATEGO!
To dlatego Boorack chciał wywalić Loreine.
Malva musiała w jakiś sposób dowiedzieć się o tym miejscu; zapewne podczas któregoś przesiadywania w lochach, zobaczyła jak Boorack otwiera tajemne przejście! Usłyszała zaklęcie, albo wygrzebała je w bibliotece – bądź co bądź poznała sekret Booracka – to dlatego stała ciągle pod tym samym napisem, bo wiedziała, że przy niej Boorack nie może tam wejść! A on w końcu musiał się domyśleć, że Loreine coś zwęszyła, skoro cały czas ewidentnie zagradzała mu drogę… zbyt ewidentnie, by wyglądało to na przypadek.
Być może Malva-Loreine miała nawet rację. Ten Amortencyjny Perfum nie mógł być aż tak niebezpieczny, skoro takie kretynki jak Sandra i Brenda używały go bez większego zagrożenia – po prostu Boorack wyolbrzymiał sprawę, chcąc się jej za wszelką cenę pozbyć. To dlatego łaził ciągle po Starych Lochach – to dlatego przyłapał mnie wtedy, kiedy u wejścia do prastarych labiryntów, odnalazłam przypadkiem jego przeklęty guzik! A Malva-Loreine jak to Malva-Loreine – czatowała pod napisem „Manny tu był”, nie wiadomo czy w celu krzyżowania niecnych planów Booracka, czy po prostu by uczynić mu na złość – a może właśnie dlatego, że chęć wylecenia ze szkoły była w niej tak silna, iż chciała zostać przez niego złapana. Boorack potrzebował tylko powodu by ją wywalić i znalazł go. Współudział w naszej kradzieży był rzeczywiście znakomitym pomysłem, bo poza Malvą, pozbyłby się również nas.
I teraz nagle wszystko stało się oczywiste.
Boorackowi tak bardzo zależało na tym, byśmy wyleciały ze szkoły, bo myślał, że my również znamy jego sekret!
Nie wiem jak mógł to wydedukować. Czy wierzył w naszą współpracę z Loreine i z góry założył, że powiedziała nam o jego tajemnicy? Grunt, że teraz byłam już pewna: o to chodziło od samego początku.
— Simon ma rację – powiedziałam cicho zdziwionym tonem tak, jakbym jeszcze sama nie wierzyła, że mu to przyznaję.
Victoire, która widocznie przed ułamkiem sekundy przeszła przez ten sam błyskawiczny tok myślowy co ja, aż otworzyła lekko usta w tym całym olśnieniu. Teddy patrzył teraz to na mnie, to na Lariesona, jakby układał jeszcze po kolei puzzle układanki, Domie gapiła się na nas z wytrzeszczonymi oczami, Fiffie miała równie osłupiałą minę. Na Simona nie patrzyłam, ale czułam na sobie jego wzrok – i chyba po raz pierwszy w ogóle nie skrępowałam się z tego powodu. Byłam zdecydowanie zbyt oszołomiona, ale równocześnie nagły napływ nowych informacji, spowodował dziwne rozjaśnienie mojego umysłu – tak, jakby nagle coś kliknęło mi w mózgu po wielu miesiącach stanu zawieszenia, a ja jeszcze nie rozumiała, co się właściwie stało.
— Zaraz – Simon zmarszczył brwi, lecz nie mógł powstrzymać uśmiechu. – Czy ty właśnie przyznałaś mi rację…?
Teraz patrzyłam prosto na niego, ale nie odezwałam się. Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że po raz pierwszy widzę Simona, który uśmiecha się bez cienia jakiejkolwiek ironii, a nawet triumfu i może właśnie to sprawiło, że kompletnie nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć. W mojej głowie pojawiła się dziwna myśl, z której istnienia do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, lecz kiedy już do mnie dotarła, zorientowałam się, że siedziała w pokładach mojej podświadomości od dawna: dlaczego ja go właściwie nie lubię…?
Odpowiedź wydawała się prosta: bo myślałam, że on nie lubi mnie. Ale wobec tego dlaczego pomógł mi w Noc Duchów? Dlaczego zaczepił mnie na Sylwestrze? Dlaczego obronił nas przed naszą klasą z Quirkiem na czele, kiedy zrobili nam awanturę? Dlaczego dał mi namiary na Malvę-Loreine?
Dlaczego on w ogóle nam pomagał?!
— Słyszeliście? – kontynuował Simon, bardziej jak chłopiec który dostał nowego Nimbusa pod choinkę, aniżeli nieprzystępny i cyniczny Larieson. – Pauline Glam przyznała mi rację!
— Brawo – mruknął tylko Ted. – Zapisz ten wielki dzień w swoim pamiętniku.
Dominique mimowolnie parsknęła śmiechem, ale jedno spojrzenie Victoire wystarczyło, aby przywołać ją do porządku.
— Czyli że… – zaczęła Fiffie powoli. – Boorack dlatego chciał wywalić Malvę-Loreine, bo wiedziała o tym miejscu? I dlatego chciał wywalić nas? Bo myślał, że my też wiemy?’
— Tak – powiedzieliśmy ja i Simon równocześnie.
— Ale w takim razie co on tutaj robi?
To już wymagało od nas większego zastanowienia. Vicky, która dopiero co miała twarz rozjaśnioną olśnieniem, teraz zagryzła wargę i rozejrzała się po eliksirowej grocie.
— Warto byłoby się rozejrzeć – odezwała się niepewnie. – Ale ten kurz…
— Żaden problem – odparłam, machnąwszy ręką. – Mogę zakurzyć tu z powrotem.
Victa spojrzała na mnie zdziwiona, a Teddy zmarszczył czoło.
— Myślałem, że na swoim szlabanie w bibliotece ćwiczyłaś się raczej w odkurzaniu – rzekł bez przekonania.
— To też – zgodziłam się. – Ale podejrzałam raz, jak pani Pince zakurza półki z powrotem, specjalnie żeby dowalić mi roboty – wzruszyłam ramionami, ignorując ich zaskoczone, oburzone i rozbawione miny. – Teraz będę mogła to wykorzystać!
— Okej – podjął Simon. – Ale na razie… posprzątaj tu.
Dobra, cofam wszystko co powiedziałam. Jednak się nie dziwię, czemu go nie lubię.
Niestety usunięcie całego kurzu naraz wychodziło poza moje kompetencje, musiałam więc parę razy obejść grotę, sunąc różdżką jak odkurzaczem po półkach i znajdujących się na nich przedmiotach. Z pewnością zajęłoby mi o wiele więcej czasu sprzątanie ze wszystkich tych rupieci, lecz kiedy pokazałam jak rzucić Zaklęcie Odkurzające reszcie, poszło o wiele szybciej. W końcu wszystkie słoiki zalśniły czystością, przez co w jaskini zrobiło się nagle o wiele jaśniej, ponieważ błękitne płomyki nie przeświecały już przez grubą warstwę brudu.
— Wiecie co, podejrzewam, że nawet te rzeczy nie stoją tu jak należy – stwierdził Ted, przyglądając się wyczyszczonej, ale wciąż zabałaganionej półce. – Załóżcie się, że jak Boorack tu przychodzi, zaraz po usunięciu kurzu, odsyła te rzeczy na ich prawdziwe miejsca i wtedy panuje tu większy porządek niż gdyby sprzątał tu skrzat domowy.
— Chciał nas dziadyga przechytrzyć… – Di zmrużyła oczy w zamyśleniu. – Ale to my przechytrzymy jego! – klasnęła w dłonie, po czym od razu dorwała się do podejrzanie wyglądającej skurczonej główki niewiadomo czego, leżącej na pobliskiej półce. — Rozumiem, że możemy ruszać te rzeczy, skoro i tak zmieniają one potem swoje miejsce?
— Chyba tak – odparł Ted, samemu sięgając po jakąś książkę. – Daj spokój Vi! – dodał, szturchając ją lekko w ramię, ponieważ ona wciąż nie wyglądała na przekonaną. – Lepiej pomóż nam coś znaleźć!
Simon chodził po pomieszczeniu w tę i z powrotem.
— I co ja mam tu niby oglądać…? – zrzędził pod nosem, spoglądając z widocznie niepohamowanym obrzydzeniem na wszystkie świństwa pływające w słojach.
— Ale super! – zachwyciła się Domie tym razem nad skurczoną czaszką.
— Buee – zdegustowała się Fiffie, zaglądając do wielkiego kotła.
Ja natomiast podeszłam do starej księgi.
Z początku bałam się jej dotknąć. Była tak wiekowa, jakby zaraz miała zamienić się w kupkę popiołu. Jej stronice były postrzępione na brzegach, rogi miały porwane, poplamione i zagięte, widać też było, iż została spisana ręcznie – w niektórych miejscach prawie całkiem wyblakł atrament. Równocześnie jednak czuć było od niej jakąś dziwną moc – jakby bardzo silna magia wisiała nad nią w powietrzu. I bynajmniej nie były to czary, dzięki którym książka trzymała się wciąż w jednym kawałku. Jakaś mroczna siła biła od jej kart, jakby każdy wyraz w niej aż zionął czarną magią.
 Mimowolnie starając się nie dotykać pulpitu, nachyliłam się nad księgą i z wielkim trudem odczytałam tytuł na otwartej karcie:
PRZEPIS NA WYWAR LECZĄCY Z CZYRAKÓW.
Co?
To jakiś żart?!
Ej!
Dominique przestała stukać w słoje z karaluchami w celu sprawdzenia czy jeszcze żyją, Fiffie odłożyła na miejsce jabłko niewiadomo czy zgniłe, czy zatrute, Victoire i Teddy podnieśli wzrok znad jakichś znalezionych wśród ksiąg papierów, a Simon odwrócił się od wielkich kotłów, gdzie udawał, że coś robił, a w rzeczywistości starał się nie patrzeć na pływające w słojach organy.
— Dacie wiarę, że Boorack urządził sobie to całe laboratorium tylko po to, by uwarzyć eliksir leczący z czyraków?
Ich reakcja była bardzo podobna do mojej.
— Co?! – Dominique zmarszczyła nos, jakbym zepsuła jej jakąś wielką zabawę.
Simon podszedł do pulpitu z księgą, przy którym stałam, po czym parsknął śmiechem. Po chwili dołączyły do niego również Fiffie i Domie.
— Wydaje mi się, że to musi być jakieś zaklęcie zwodzące – orzekł Larieson. – Żeby nikt niepowołany nie mógł odczytać prawdziwej treści.
A tak sobie zaostrzyłam apetyt na tę książkę…!
— Szukajmy dalej – podjęła Di zdawkowym tonem, po czym odwróciła się od księgi, już całkiem upewniona, że poza przepisem na wywar przeciw czyrakom, nie znajdzie tam już nic godnego jej uwagi.
Ja jednak podeszłam do pulpitu z powrotem. Zaklęcie zwodzące? Serio? Odwróciłam stronicę księgi, aby przekonać się, że na kolejnej kartce widnieje przepis na eliksir leczący z groszopryszczki. Na następnej wywar niwelujący piegi. Na jeszcze następnej antidotum na czkawkę.
Z wielkim trudem, spowodowanym zapewne przez czary, zamknęłam książkę, aby zobaczyć jej okładkę.
Remedia na pryszcze, odciski i inne bolączki.
Profesorze Boorack. Proszę mnie nie rozśmieszać.
Zrezygnowana, odwróciłam się w stronę wielkiego kotła, w którym bulgotała z wolna dziwaczna substancja. Gęsta ciecz o kolorze zgaszonego błękitu, wydobywała z siebie obłoczki i chmury srebrzystej pary, a na jej powierzchni pojawiały się z wolna wielkie bąble, które wyrosłe do pewnego rozmiaru, pękały z cichym pyknięciem. Podniosłam głowę i rozejrzałam się po suficie, z którego zwieszały się najróżniejsze ingrediencje, których nigdy nie widziałam w klasie eliksirów. Rogi jednorożców, pióra feniksów, całe butelki jadu akromantuli i smoczej krwi– wszystko to było zdecydowanie zbyt drogie i zbyt trudno dostępne nawet dla dorosłych czarodziejów, zwłaszcza, że nie wykorzystywało się przecież tak cennych ingrediencji w zwykłym wywarze na katar.
Czyżby to oznaczało, że ktoś tu prowadzi nielegalną działalność…? No, no, no, panie profesorze…
Jeszcze raz spojrzałam na sufit, aby ocenić, na jakiej wysokości znajdują się wiszące na sznurkach składniki. Wywar w kotle z całą pewnością wcale nie był tak niewinny na jakiego wyglądał i na co wskazywały te absurdalne przepisy w zaklętej księdze. Aby to sprawdzić, nie miałam chyba innego wyboru jak znów w tym roku szkolnym dopuścić się małej kradzieży ingrediencji Mistrza Eliksirów…
Stuknęłam w ramię Teddy’ego, który wciąż pochylał się nad jakimiś kartkami razem z Victoire.
— Teddy… Miałeś w tym roku Zaklęcie Przywołujące, prawda?
Skinął tylko głową, patrząc na mnie pytająco.
— Czy mógłbyś mi przywołać to?
Wskazałam palcem na pęk czerwono złotych piór wiszących wysoko nad naszymi głowami.
Pióra feniksa?! – Teddy wytrzeszczył na mnie oczy.
Wyszczerzyłam tylko zęby, po czym pokiwałam głową.
— Pocky – syknęła Victa. – Przecież wiesz, że nie możemy nic stąd zabierać…
— Nie zamierzam nic zabierać, tylko wykonać drobny eksperyment – obruszyłam się. – Potrzebne jest mi do tego tylko malutkie piórko… Boorack nic nawet nie zauważy.
— A co chcesz zrobić? – zapytała Dominique, która zaprzestawszy dźgania różdżką poszczególnych przedmiotów, nadstawiła ciekawsko ucha.
— Coś sprawdzić – rzuciłam tylko, po czym spojrzałam na Teddy’ego błagalnie.
Ted zerknął na Victoire, której spojrzenie wyraźnie mówiło „nie”, po czym odwrócił wzrok na mnie, Domie, Fiffie i Simona, wpatrujących się w niego z wyczekującym „tak”.
— Victoire, nie rób scen – odezwała się Domie, patrząc na siostrę karcąco, zupełnie tak jakby to ona była starsza i mogła prawić jej morały. – Jesteśmy tutaj po to, żeby się czegoś dowiedzieć, prawda?
Vicky tylko westchnęła, po czym mruknęła coś pod nosem o ostrożności. Teddy, nie widząc już żadnych przeciwwskazań, wycelował różdżką w pęk związanych piór i powiedział:
Accio!
Czerwono-złota smuga poszybowała w naszą stronę. Po chwili Teddy podał mi swoją zdobycz.
— Czyń swoją powinność!
Uśmiechnęłam się tylko do niego w ramach wdzięczności za przysługę, po czym podeszłam do wielkiego kotła, a wszyscy inni razem ze mną.
Pierze zdecydowanie pochodziło z feniksa dorosłego i w pełni sił – najlepsze jakie można było uzyskać, przez co najdroższe i praktycznie nie do zdobycia. Wybrałam spośród piór najmniejsze, jedno z tych czerwonych, ponieważ było ich więcej niż złotych, co stwarzało mniejsze ryzyko, że Boorack coś zauważy. Jeżeli piórku pod wpływem wywaru nic by się nie stało, nie należało obawiać się żadnego śmiertelnego zagrożenia z jego strony. Gdyby jednak uległo zniszczeniu można by zacząć się bać. Pióra feniksa i tak nigdy nie ulegają całkowitej destrukcji – w najgorszym przypadku pióro spala się, a potem zamienia się w piórko małego pisklęcia – lecz i tak nie oznaczałoby to niczego dobrego…
Uniosłam dłoń z piórkiem, po czym opuściłam je do wnętrza kotła.
Przez chwilę czerwony puszek unosił się na powierzchni wywaru, po czym nagle rozległ się odgłos przypominający trzask uderzających o siebie krzemieni – i piórko stanęło w płomieniach. Wysoki na przynajmniej dziesięć cali język ognia oświetlił złotym blaskiem twarze moich towarzyszy, którzy patrzyli na mnie pytająco, jakby w oczekiwaniu na wyjaśnienie tego dziwnego zjawiska – ja jednak wpatrywałam się wciąż w płomień, oczekując, że zaraz zniknie, a na jego miejscu pojawi się małe, spopielone piórko…
Tak się jednak nie stało. Ogień wypluł z siebie snop iskier, tak jakby chciał odstraszyć nas od kotła, po czym zniknął. Na gęstej powierzchni wywaru pojawiła się tylko kupka popiołu, która po chwili została wciągnięta przez eliksir jak w bagno, po czym błękitnawa substancja pozostała znów nieskazitelna, bulgocząc pogodnie zupełnie tak, jakby przed chwilą nie dała nam oczywistego dowodu na swoje śmiertelne właściwości.
Dopiero teraz odwróciłam wzrok od kotła i spojrzałam na wszystkich.
— No? I co to było? – wyrwała się z pierwszym pytaniem Domie.
Bez słowa podałam Tedowi resztę piór, na które on rzucił Zaklęcie Odsyłające. Po chwili czerwone pierze znów zadyndało na swoim miejscu, jak gdyby nigdy nic.
— Powiem tylko tyle – rzekłam powoli – że to zdecydowanie nie jest wywar leczący z czyraków.
Teddy i Victa spojrzeli po sobie, a Fiffie uniosła brwi tak wysoko, jakby zamieniła się w McGonagall wysłuchującej popisywania się Quirke’a.
— Tego to akurat się domyśleliśmy – parsknęła.
— A czy to nie jest przypadkiem tak, że pióra feniksa nie mogą ulec zniszczeniu poprzez ogień? – Simon zmarszczył brwi.
Ja i Ted pokiwaliśmy głowami. Victoire mimowolnie odsunęła się od kotła, w którym eliksir bulgotał sobie beztrosko, w czym jednak czaiła się dziwna groźba niebezpieczeństwa.
— Więc jak bardzo to musi być niebezpieczne! – powiedziała ze zgrozą w głosie i nawet Fiffie i Domie przybrały w tym momencie nietęgie miny, a mnie aż ciarki przebiegły po plecach. Co ten Boorack tutaj odwala, na brodę Merlina?!
— No to co ten Boorack tutaj do jasnej ciasnej odwala?! – zdenerwowała się Dominique.
— Sama nie wiem… – odparłam w zamyśleniu. Nielegalna działalność, ukryte laboratorium… I to wszystko w Hogwarcie, pod samym nosem dyrektorki… Pod samym nosem Ministerstwa Magii! Coś mi w tym wszystkim mocno nie pasowało… A co jeżeli…
Co jeżeli Boorack wcale nie robi tego wszystkiego nielegalnie?
— Słuchajcie – odezwałam się. Domie ujęła się pod boki, Victa skrzyżowała ręce na piersi, Fiffie przestała kiwać się na piętach, Teddy i Simon spojrzeli na mnie wyczekująco. – A jeśli Boorack działa tu na legalu…?
Nie zdążyłam rozwinąć swojej tezy, ponieważ prawie od razu Dominique zagłuszyła mnie, parskając śmiechem.
— Na legalu?! – powtórzyła tylko, świdrując mnie takim wzrokiem, jakbym zwariowała. – Chcesz powiedzieć, że to wszystko wygląda tak, jakby było legalne?
— A może po prostu musi być zabezpieczone przez wzgląd na uczniów! – obruszyłam się. – Skąd możemy wiedzieć, że Boorack nie pracuje po prostu dla Ministerstwa? Może przeprowadza dla nich jakieś eksperymenty…
— Wierz mi, że w Ministerstwie mają lepszych mistrzów eliksirów od starego Booracka – przerwała mi rozsądnie Victoire. – Poza tym Boorack na pewno nie pracuje dla Ministerstwa…
Chwyciła mnie za rękaw i odciągnęła od kotła, prowadząc mnie w stronę rozrzuconych na ziemi papierów, które przeglądała wcześniej wraz z Tedem.
Od razu rozpoznałam w nich wyrwane strony z Proroka Codziennego. Szczególnie jedna przykuła moją uwagę. Znajdowały się na niej obok siebie trzy ruchome fotografie: na jednym, stara wiedźma wymachiwała w stronę obiektywu wysłużoną miotłą, na drugim uśmiechał się pogodnie dobrotliwy czarodziej, podtrzymujący wielką donicę fruwokwiatów, na trzecim czarnowłosa czarownica uśmiechała się do aparatu, pozując wraz ze swoją małą córeczką…
Mój wzrok powędrował w stronę nagłówka.
TAJEMNICZE ZNIKNIĘCIA W LITTLE NORTON
Zdajemy się być już przyzwyczajeni do doniesień o zagadkowych zaginięciach w miejscach odkrycia starych Szafek Zniknięć, bądź po prostu w wyniku błędnej teleportacji, lub złego zastosowania czarów w sposób czysto przypadkowy. Mimo to, niepokojące powinny być dla magicznej społeczności  informacje o dziwnych zniknięciach w podmiejskich mugolskich wioskach, zamieszkanych również przez czarodziejów, które wykazują iż niewiele mają wspólnego z przypadkiem, a raczej są wręcz celowymi porwaniami”…
Czytałam już kiedyś ten artykuł!
Spojrzałam na podpisy pod zdjęciami. Winnifreda Broomstick, Serbius Waterson, Mary Colins i jej córka… Zaginęli już dawno, ale czy gdziekolwiek natknęłam się na informację o ich odnalezieniu? Czy po przeczytaniu tej informacji, zastanawiałam się jeszcze kiedykolwiek nad tym, co właściwie się stało, co mogło łączyć te porwania?... Zaraz… Co powiedziała mi kiedyś Victoire?
— Ale przecież w Norze mówili coś o restrykcjach wobec mugolaków... – rzekłam wtedy, kiedy na historii magii Victa pokazała mi ten artykuł w Proroku. – Co z tego, że jakiś świr postanowił uprowadzić jakichś przypadkowych ludzi...?
— A to z tego – syknęła Vicky, tak by nie usłyszała jej Julia, skrobiąca zawzięcie swoje notatki z przynudzania Binnsa – że nie zdziwiłabym się, gdyby te wszystkie zaginione osoby były powiązane statusem krwi! 
Czyli... – zaczęłam powoli – sądzisz, że ktoś... jakaś zorganizowana grupa... uprowadza po kolei wszystkich mugolaków z wioski? I Ministerstwo nie orientuje się, że to o to chodzi?
— Myślę że wiedzą, ale nie chcą zbytnio nikogo straszyć – odparła Vi z namysłem. - Pamiętasz, co mówili w Norze? – dodała ledwo dosłyszalnym szeptem. – Pamiętasz, że w Ministerstwie był bunt? Ktoś chce powrócić do rejestracji mugolaków, a w Zakonie uważają, że to może być dopiero początek czegoś większego...
CHOLERA JASNA!
Byłyśmy tak zaaferowane sprawą Booracka i Cristal, że w ogóle nie zauważałyśmy, co dzieje się naokoło! Czy od czasu kiedy podsłuchaliśmy rozmowę Zakonu Feniksa w Norze, zastanawiałyśmy się w ogóle, dlaczego się aktywował?! Dlaczego nie czytałyśmy chociażby Proroków Codziennych?! Spojrzałam na Victoire, która cały czas przyglądała się mojej reakcji na jej odkrycie.
— Jest tu tego więcej – powiedziała, a ja odłożyłam stronę z artykułem z marca, po czym omiotłam spojrzeniem resztę kartek.
Każdy nagłówek głosił o jakimś nowym zaginięciu.
Wciąż się nie odzywałam, patrząc na to wszystko i nie mogąc uwierzyć w to, jakie byłyśmy głupie…
— Chyba trzeba było czytać zdecydowanie więcej Proroka… – stwierdziła Vi z posępnym uśmieszkiem.
Teddy, Fiffie, Domie i Simon, zebrali się w koło i uklękli nad porozrzucanymi wycinkami. Wszyscy sięgali po poszczególne stronice gazet, by odczytać, kto został porwany bądź zaginiony.
— Kunegunda Stainwick… W marcu, niedaleko Little Norton…
— Wilhelm Travis, około trzeciego kwietnia… Rodzina bardzo się niepokoi…
— Prudencja Popkins… Kwiecień…
— Frederica Bolton i Flavius Bolton…
Spojrzałam na Teda i Victoire, którzy słuchali reszty w milczeniu.
— Gdzie to znaleźliście?
— Było schowane w jakiejś książce – odparł Ted. – Artykuły urywają się na maju… — Omiótł spojrzeniem walające się po ziemi karteluchy. – Albo Boorack przestał kolekcjonować wycinki z gazet, albo w Proroku znudziło im się pisanie o porwaniach.
— To drugie – odezwał się Simon, odkładając na bok jakąś kartkę. – Czytałem Proroka i od maja nic więcej się nie pojawiło. Nie było też żadnej wzmianki o tym, żeby ktoś się odnalazł…
Wszyscy spojrzeliśmy po sobie ponuro.
— Ale dlaczego Boorack zbierał te artykuły? – zapytała celnie Fiffie.
— Odpowiedź wydaje się tylko jedna… – odrzekła rozsądnie Victoire. – Boorack musi mieć z tym coś wspólnego…
— Tylko co?
Zapadło milczenie, podczas którego słychać było tylko szelest papierów przeglądanych przez Simona. W końcu wstałam z zimnej podłogi, po czym zakomenderowałam:
— Szukajmy dalej. A jeżeli nic nie znajdziemy… – zawiesiłam głos – … Dominique, wiesz co masz robić.
Dominique wyszczerzyła idealne zęby w szerokim uśmiechu.
— Już raz gabinet Booracka pływał w zdechłych karaluchach… – rozejrzała się chytrze po poupychanych na półkach słojach z obrzydliwościami – …a tu jest ich nawet jeszcze więcej!
— To by był dopiero piękny wybuch… – rozmarzyła się Fiffie, również rozglądając się naokoło.
— Może jednak lepiej tego nie wybuchać – stwierdziła Victoire, która zawsze odznaczała się najzdrowszym rozsądkiem, nawet wśród prawie samych krukonów. – Lepiej zobaczyć, co pływa w tamtych kociołkach… Pocky?
Uśmiechnęłam się od ucha do ucha, po czym cała nasza szóstka udała się do podłużnego stołu, którego każdy centymetr kwadratowy zajęty był przez małe bulgoczące kociołki, wypełnione dziwnymi płynami falkoniki, butelki z tajemniczymi roztworami i akwaria, w których co rusz buchała kolorowa para, napierając na szybki zbiorników i ukrywając przed nami ich prawdziwą zawartość.
Eliksir w pierwszym kociołku rozpoznałby każdy szanujący się Powyżej Oczekiwań uczeń, nawet na poziomie trzeciej klasy – był to bowiem Wywar Żywej Śmierci. Spojrzeliśmy po sobie wszyscy z uniesieniem brwi, przesyłając sobie w ten sposób niewerbalny komunikat: ładnie się zapowiada…
Poza tym w niewielu garnkach znajdowały się ukończone eliksiry. W większości kociołków i flakonów pływały leniwie substancje, po których wyglądzie lub zapachu można było rozpoznać poszczególne użyte w nich składniki, jednakże tworzyły one półprodukty, których docelowego działania raczej trudno było się domyśleć. Żałowałam, że nie miałam przy sobie Kompendium Ingrediencji Eliksirów, w którym mogłabym w mig sprawdzić czym skutkuje połączenie ze sobą asfodelusa z pieprzną pokrzywą, bądź wymieszanie nalewki z piołunu razem z czymś, co wyglądało na rozmokłe liście mandragory. Żadne z nas nie mogło też dojść do tego, co właściwie znajduje się w garnku, w którym bulgotała mętnie substancja, niekoniecznie zachęcająca do jej wypicia, bo swoją konsystencją i ogólnym wyglądem przypominająca szare błoto. Wokół niej malutkie flakoniczki wypełnione były jakimiś włosami, obleśnymi pazurami, a nawet czymś, co wyglądało na rzęsy… Z rozpoznanych przez nas wywarów, na stole znajdował się również Eliksir Słodkiego Snu, Eliksir Powodujący Chaos w Głowie, Eliksir Postarzający… Reszta jednak wciąż pozostawała nieodgadniona. A nawet znajomość niektórych mikstur niewiele nam mówiła…
— A to co? – pytał mnie wciąż cicho Simon, który z nas wszystkich był najbardziej beznadziejny z eliksirów.
Tym razem wskazał na pewną ukrytą w kącie za którymś z akwariów butelkę. Sięgnęłam po nią, zdarłam z niej etykietę po Kuchennej Sherry… i aż zaczerpnęłam głośno powietrza.
Na dnie butelki, osadziła się połyskliwa, srebrna substancja, którą już kiedyś widziałam. Po raz pierwszy zobaczyłam ją w Zakazanym Lesie i to tam widywałam ją najczęściej przez kolejne miesiące – krew jednorożca, sączącą się z rany Cristal, którą razem z Victoire, Fiffie i Di opatrywałyśmy. Była to krew, której wypicie skutkowało nieśmiertelnością, ale również przekleństwem na dalsze życie. Ta krew znajdowała się w butelce, w ukrytym laboratorium Mistrza Eliksirów – produkt kompletnie niedostępny, zakazany, na którego użycie nikt by się nigdy nie ważył.
Ja, Victoire, Dominique i Fiffie, wpatrywałyśmy się teraz w tę krew, jakbyśmy zobaczyły ją po raz pierwszy w życiu.
— Czy to…? – zaczął cicho Ted, a Simon aż zaklął pod nosem.
Srebrzysta ciecz była zaledwie resztką na dnie butelki, ale ja, Vi, Fiffie i Di, mogłyśmy się założyć, że na początku roku było jej znacznie więcej…
I nagle coś mnie tknęło.
— Skoro Boorack ma krew jednorożca, to…
— To on musiał stać za zranieniem Cristal – wyszeptała Victoire. – A więc…
To on napuścił na nią Złowrogiego Zwierzaka! – dokończyły równocześnie Fiffie i Domie.
— A to znaczy, że gdzieś tutaj może być wskazówka, czym jest ten zwierzak! – dodałam, odstawiając butelkę z powrotem na stół, a Dominique natychmiast ruszyła w stronę książek poupychanych na półkach. Fiffie już miała iść za nią, kiedy Teddy zawołał:
Halo!
Dominique zatrzymała się w pół kroku, a Fiffie odwróciła się gwałtownie.
— Czy jest jakiś konkretny powód, dla którego przeszkadzasz nam w kontynuowaniu naszego odkrycia? – warknęła w stronę Teda moja młodsza siostra.
— Nie chcę was martwić, ale jakbyście nie zauważyły, krwi jednorożca zostało Boorackowi tylko trochę na dnie…
— No i co z tego? – obruszyła się wojowniczo Dominique. – Może jeszcze mamy mu dostarczyć jej więcej?
— Właśnie o to chodzi, że pewnie sam ją sobie niedługo dostarczy – odparł dobitnie Ted.
Victoire zbladła nagle, po czym poszarzała jak papier.
— Ale… – wyjąkałam. – Skąd pewność, że krew jednorożca jest mu jeszcze potrzebna?
— Gdyby nie była mu potrzebna, to po co trzymałby tu prawie pustą butelkę? – odpowiedział mi pytaniem na pytanie Teddy. – Pewnie po to, żeby ją znowu napełnić…
Lecz ja nagle przypomniałam sobie wszystkie dziwne rzeczy, które ostatnio docierały do mnie na różnie sformułowane sposoby.
Po raz pierwszy ostrzegł mnie w Zakazanym Lesie centaur Klarensjo, co uprzedziło pojawienie się dziwnej rany nieznanego pochodzenia na czole Hagrida. Potem Gwiazda Jednorożca, następnie egzamin z wróżbiarstwa i złowrogi omen, który zobaczyłam w kryształowej kuli… A teraz, kiedy sięgałam pamięcią wstecz, dotarło do mnie, że przecież jeszcze na początku roku Hagrid miał jakieś problemy z jednorożcami… Tak, mówił nam raz, że znalazł jednego martwego! I akurat dzisiaj, w tym samym dniu, w którym zobaczyłam w kuli przepowiednię zagrożenia dla Cristal, ona ucieka z Kryjówki, a my odnajdujemy w laboratorium Booracka prawie pustą butelkę jej krwi…
To wszystko było zbyt oczywiste jak na przypadek.
Podniosłam wzrok z butelki i spojrzałam na Victoire, aby powiedzieć jej o tym wszystkim, lecz ona odezwała się pierwsza, wciąż z tak samo pobladłą twarzą:
— Idę do lasu.
Ja, Ted, Simon i Fiffie wytrzeszczyliśmy na nią oczy.
Dominique podeszła do siostry. Biło z niej takie samo silne postanowienie, jednak u Domie objawiające się bardziej pałającym z jej oblicza uniesieniem i porywem odwagi, niż spokojną, acz twardą decyzją, którą wyobrażała postawa Victoire.
— Ja też! – zawołała, stając ramię w ramię wraz z siostrą.
— I ja! – wykrzyknęłyśmy wraz z Fiffie równocześnie.
Ted Lupin wyglądał tak, jakby mu odjęło mowę, natomiast mina Simona wyrażała totalne wytrącenie z równowagi.
— Oszalałyście? Chcecie teraz iść do Zakazanego Lasu? W nocy?! Macie ochotę na przeżycie jak najboleśniejszej śmierci?!
— Tu nie chodzi o narażanie się bez powodu! My po prostu musimy to zrobić! – Victoire wystąpiła do przodu, a jej oczy zapałały blaskiem, który zdawał się iskrzyć i ciskać błyskawice. Już raz widziałam ten stan uniesienia; to tam, w gabinecie McGonagall na początku roku, na miejscu delikatnej Victoire Weasley stanęła prawdziwa wila – nie znosząca sprzeciwu, pewna swego, emanująca skrywaną na co dzień mocą. Jej twarz jaśniała, a ona cała zdawała się być tak wypełniona determinacją, że nic nie mogłoby jej powstrzymać. To właśnie w takich chwilach była najpiękniejsza, tak że aż trudno było oderwać od niej wzrok, co szczególnie widać było na twarzy Teda Lupina, którego spojrzenie zdawało się odbijać światło iskier sypiących się z jej oczu.
— Przez cały rok narażałyśmy się dla tego jednorożca – ciągnęła z mocą Victoire. – Przez cały rok zajmowałyśmy się nim, mimo że mogłyśmy za to wylecieć. Centaur Klarensjo wymusił na nas złożenie przysięgi… Nie miała ona dla nas większego znaczenia, dopóki nie zaczęłyśmy odczuwać skutków lekceważenia jej, ale teraz równie dobrze mogłybyśmy jej nie składać, a i tak po roku opiekowania się nad tym jednorożcem, zrobiłabym wszystko żeby nic mu się nie stało. Bo inaczej jaki by to wszystko miało sens…? – zgromiła nas spojrzeniem, jakby oczekiwała, że ktoś rzuci jej wyzwanie, nikt się jednak tego nie podjął. – Obiecałyśmy, że nie pozwolimy, by Cristal zginęła. Kto pozwala na śmierć niewinnego stworzenia, lub podchodzi do niego obojętnie, sam naraża się na przekleństwo. Skoro wiemy, że Cristal jest w niebezpieczeństwie, nie możemy tego zignorować. Musimy zrobić wszystko.
— Poza tym kto wie, czy niedopuszczenie do zdobycia krwi jednorożca przez Booracka, nie będzie kluczowe, aby pokrzyżować mu plany – dodała Dominique z błyskiem w oku.
— Idę z wami.
Ted Lupin patrzył wciąż na Victoire, nie oglądając się ani razu na nikogo innego. Za jego plecami, Simon złapał się za głowę, jakby znalazł się w domu wariatów.
— Tak, świetnie! Idźcie wszyscy, a ja zostanę w Zamku i będę wam kibicować!
— Nie idziemy wszyscy – odparła Victoire cicho acz stanowczo, jakby usilnie nie patrząc na Teda.
Dominique otworzyła usta, ale prawie natychmiast je zamknęła. Ramiona nieznacznie opuściła w dół i nagle znikła otaczająca ją aura ożywienia, lecz mimo to zamiast jak to zwykle czynić kaprysy, uśmiechnęła się dzielnie i powiedziała:
— W porządku. Zostanę. W sumie… nie możemy przecież iść do lasu całą grupą… – westchnęła, po czym nie wytrzymując ciągłego uśmiechania się, pozwoliła by na jej twarz wstąpił prawdziwy smutek i żal, spowodowany tym odkryciem. – Zauważyliby, że tylu osób nie ma, a poza tym iść taką zgrają do tej dziczy i starać się być niezauważonym…
— Ty się na to tak godzisz?! – Fiffie wytrzeszczyła na nią oczy, ale Dominique powiedziała tylko:
— Po prostu ufam swojej siostrze.
Fiffie jakby automatycznie, odwróciła się i spojrzała na mnie.
— Czyli że ja też mam zostać? A ty idziesz?! – Nie czekając już na moją odpowiedź, skrzyżowała ręce na piersi i wyrzuciła z siebie ze złością: – Przecież ty pięciu minut tam beze mnie nie wytrzymasz! Myślisz, że cię puszczę do tej dziczy z tym twoim nieogarnięciem?!
— Ted też nie idzie – odezwała się Vi, patrząc w ziemię.
Fiffie od razu zamilkła. Ted postąpił krok do przodu w stronę Victoire, patrząc prosto w jej twarz, choć ona wyraźnie unikała kontaktu wzrokowego.
— Idę – powiedział spokojnie, aczkolwiek dobitnie.
— Nie – odpowiedziała głośniej i wyraźniej Vi, w końcu podnosząc na niego wzrok.
Stali teraz dokładnie naprzeciwko siebie, pojedynkując się na spojrzenia.
— Nie możesz mi tego zabronić – rzekł Ted, a oczy mu zaiskrzyły. – Przez cały rok ukrywałaś przede mną prawdę. Teraz kiedy ją znam, nie pozwolę ci nigdzie iść samej.
— Nie będę sama! – wycedziła Vi, a jej tęczówki również błysnęły niebezpiecznie. – Pocky idzie ze mną.
Dostrzegłam mimowolnie, że na te słowa Simon zerknął w moją stronę, lecz zignorowałam to.
— Victoire, albo idziesz ze mną, albo nie idziesz wcale! – krzyknął Ted, a jego głos potoczył się echem po podziemnej grocie. – Nie będę znowu stał jak kretyn i patrzył, jak wchodzisz do Zakazanego Lasu! Nie będę udawał, że to w porządku!
Victa cofnęła się o krok, patrząc teraz na niego szeroko otwartymi oczami, wyrażającymi nie tyle strach, co zaskoczenie.
— Po prostu nie chcę, żebyś się narażał!
— Ale ja chcę się narażać!
Zapadło milczenie. Ted wciąż miał rozognione spojrzenie, natomiast Vic patrzyła na niego stojąc nieruchomo, jednak wyczuwalne było, jak myśli wirują w jej głowie w zawrotnym tempie.
— Dobrze – powiedziała w końcu. Teddy zamrugał, a ona oderwała od niego wzrok, po czym spojrzała po wszystkich. – Ja, Ted i Pauline idziemy teraz do lasu. Wy – zwróciła się do Fiffie, Domie i Simona – musicie dopilnować, aby Filch nie zamknął bramy na błonia, tak żebyśmy mogli wrócić… i żeby nie zauważono naszej nieobecności w dormitoriach… Postaramy się wrócić przed świtem.
Domie i Fiffie z powagą pokiwały głowami. Simon przejechał ręką po twarzy.
— Nie wierzę, że biorę udział w tym szaleństwie…
— Czas wracać – odezwałam się.
W ciszy zakurzyliśmy z powrotem całą eliksirową grotę Booracka. W ciszy wyszliśmy z tunelu i obserwowaliśmy, jak na ścianie pojawia się napis „Manny tu był”, tak jakby widniał tam niewzruszony od lat. Przez całą drogę przez lochy przeszliśmy w całkowitym milczeniu – zupełnie tak, jakby Fiffie, Dominique i Simon odprowadzali mnie, Teda i Vicky na szubienicę. W sali wejściowej panowała również absolutna cisza – było już bowiem po kolacji – i to tam pożegnaliśmy się ze sobą w takiej grobowej atmosferze, jaka jeszcze nigdy nie towarzyszyła żadnemu pożegnaniu w jakim kiedykolwiek brałam udział.
— Tylko nie dajcie się pożreć! – wykrzyknęła stłumionym głosem Fiffie, po czym ona i Domie, uściskały po kolei mnie i Victoire, a potem rzuciły się na Teda. Potem Dominique jeszcze raz przytuliła Vikę, Fiffie zaczęła prawić Tedowi kazanie aby utrzymał mnie przy życiu – i nawet się nie zorientowałam, kiedy Simon stanął naprzeciwko mnie, wyglądając na dziwnie mniej pewnego siebie niż zwykle.
Przez chwilę się nie odzywaliśmy, po czym on pierwszy przerwał milczenie.
— Poczekajcie jeszcze chwilę na błoniach, zanim pójdziecie do lasu. Pójdę jeszcze do sowiarni, wyślę do was twoją sowę… – odchrząknął lekko. – Na wszelki wypadek. Żebyście mieli z nami kontakt.
— Dziękuję… – powiedziałam i nagle zorientowałam się, że znaczy to o wiele więcej niż chciałam przekazać, że to jedno słowo stanowi o wiele szersze pojęcie niż ja sama mogłabym się spodziewać. Dziękowałam mu nie za tę konkretną przysługę. Dziękowałam mu po prostu… za wszystko.
On uśmiechnął się tylko lekko, jakby doskonale to wyczuł – po czym odwrócił się ode mnie i dał znać Fiffie i Domie, że czas kończyć z uściskami i iść w swoją stronę. Obserwowałam jak wspinają się po schodach, a następnie spojrzałam na Teda i Victoire – i mimo iż miałam iść z nimi, poczułam się nagle dziwnie opuszczona.
Otworzyliśmy wspólnie wielkie dębowe wrota i wyszliśmy na stopnie przed bramą Hogwartu. Był już późny wieczór, ale na dworze wciąż było jeszcze stosunkowo jasno. Odetchnęliśmy świeżym, chłodnym powietrzem dnia chylącego się ku upadkowi, po czym spojrzeliśmy na roztaczający się przed nami widok na szumiące trawy i drzewa, jezioro – i widniejący w oddali ciemny, Zakazany Las.
Teddy wyjął z torby pelerynę niewidkę, uśmiechając się lekko pod nosem.
— Tak się cieszysz, że idziemy do Zakazanego Lasu? – Victoire uniosła brwi.
On tylko spojrzał na nią jasnym wzrokiem.
— Cieszę się, że nie mamy już przed sobą żadnych tajemnic.
Po czym narzucił na nas pelerynę niewidkę.
____________________________________________

Hahahaha!
Uporałam się w końcu z tym rozdziałem!
Wiem, że miał ukazać się w zeszłym tygodniu ale tak jakoś...
miałam tylko dopisać zakończenie, a ani się obejrzałam i wyszły mi 24 strony w Wordzie...
Tak więc nie dość, że musieliście dłużej czekać, to jeszcze rozdział wyszedł tak długi, że pewnie zdążyliście już dwa razy obrócić do okulisty po okulary... Przepraszam!
Dedykacja dla niejakiej Gabrieli, która nie dawno się tu pojawiła: Witaj! ^^
Dziękuję również za wszystkie pomocne komentarze pod ostatnim postem :)
Za wszelkie błędy w tym rozdziale przepraszam...
A teraz piszcie!

Nox /*

~ Tita


poniedziałek, 16 maja 2016

Kiedy różdżka okazuje się być lipną różdżką - czyli pytania do Was

   Witam.

   Jak widać, nie jest to kolejny rozdział (który notabene pojawi się najprawdopodobniej jeszcze w tym tygodniu), ale dwa pytanka do Was - czytelników tego bloga. Nie chciałam nimi zaśmiecać końca kolejnego rozdziału, dlatego umieszczam je w poście informacyjnym, tak żebyście pod następnym odcinkiem opowieści, mogli skupić się wyłącznie na komentowaniu samej jego treści.
   Zagadnienie: Od pewnego czasu w moim szablonie nie wyświetla się obraz nagłówka i tło dla postów i kolumn. W związku z tym pytanie pierwsze brzmi:

  Czy u Was też tak jest?

A jeśli tak, to:

  Czy znacie namiary na jakąś dobrą szabloniarnię bądź szabloniarkę, która byłaby w stanie spełnić moje wygórowane wymagania względem nowego szablonu?

   Byłabym bardzo wdzięczna za odpowiedzi, a zwłaszcza za namiary na wykonawcę nowej szaty graficznej tego opowiadania. Sama już szukałam, ale nic interesującego nie znalazłam... Nie mówiąc o tym, że już 3 zamówienia jakie złożyłam na szablon, zostały zignorowane x"D
Tak więc... czekam na Wasze komentarze!:)

~ Tita