Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weasley. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weasley. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 września 2020

2.19 Cisza pod Wrzeszczącą Chatą p.III

Victoire Fleur Weasley

  Ledwie za progiem Trzech Mioteł zniknął rąbek szaty ostatniego nauczyciela, hałas w pubie osiągnął punkt krytyczny. Drzwi prawdopodobnie utknęły w jakimś czasowym kontinuum, gdyż otwierały się i zamykały bez chwili wytchnienia — najczęściej tylko po to, aby nowo przybyli zajrzeli do środka i natychmiast wycofali się z powrotem na atakowaną mżawką ulicę, zmuszeni do nagłej zmiany planów, niezbyt z tego względu zachwyceni. Nie było już ani jednego wolnego skrawka blatu. Tak tłoczno i głośno nie bywało chyba nawet w Wielkiej Sali podczas sowiej poczty, ani nawet na trybunach podczas finałowego meczu quidditcha — a skoro już o quidditchu mowa, najgłośniej było dwa stoliki dalej, gdzie chłopcy z drużyny Hufflepuffu, ci sami, którzy wcześniej ustąpili nam miejsca, teraz siłowali się ze sobą na ręce, drąc się, rechocząc, rozlewając wszędzie kremowe piwo, a przede wszystkim, wciąż zezując w moją stronę. Ale ja kompletnie nie zwracałam na to uwagi. Zwinięte Ucho Dalekiego Zasięgu leżało bezpiecznie w mojej kieszeni, a ja i Teddy już chyba od piętnastu minut dyskutowaliśmy zawzięcie na temat tego, co przez nie dopiero co usłyszeliśmy. 

— Wiedziałam! — Rąbnęłam swoim kufelkiem o stół tak triumfalnie, że aż resztka kremowego piwa zachwiała się niebezpiecznie w jego wnętrzu. Nie zwróciłam jednak uwagi na to, że o mało co nie chlusnęła Tedowi prosto w twarz. — Od tygodni czytam Proroka Codziennego i ani razu nie natrafiłam na nic godnego uwagi w tym szmatławcu! A teraz już wiemy dlaczego... Ministerstwo totalnie tuszuje sprawę!

— No tak, tylko jak można zatuszować zniknięcie kilkudziesięciu ludzi? — zapytał Ted, na którego twarzy już od rozmowy nauczycieli odmalowywało się lekkie niedowierzanie.  Przecież nie mogą wymazać pamięci wszystkim.

Ale chyba nawet wypowiedziawszy te słowa na głos, nie mógł być ich całkowicie pewien. W tym momencie chyba oboje pomyśleliśmy o tym samym: jaki właściwie był udział Zakonu Feniksa w działaniach Ministerstwa? W końcu Harry i Hermiona byli chyba najbardziej wpływowymi osobistościami w świecie magii, nie mówiąc już o tym, że ministrem był dobrze nam znany i lubiany Kingsley Shackebolt... I to oni mieli być odpowiedzialni za modyfikowanie ludziom pamięci?

Przynajmniej jedna rzecz, którą podsłuchaliśmy, nie była totalnie beznadziejna. Wreszcie udało im się znaleźć nowego nauczyciela za McGonagall... Tfu, chyba raczej Ministerstwo w końcu wyznaczyło nauczyciela. Dla Teda ta wiadomość była o wiele bardziej doniosła niż dla mnie. Jedyne z czego ja się cieszyłam. to co najwyżej z tego, że nie będę już musiała martwić się, czy Luna przez przypadek transmutuje moją ławkę w kozę jamnapari, albo czy profesor Longbottom znów będzie musiał sam siebie wysłać do Skrzydła Szpitalnego, eskortowany przez dwadzieścioro uczniów (po jednym na każdą cząstkę jego ciała). Teddy jednakże miał nieco wyższe wymagania względem ewentualnych kompetencji nauczyciela transmutacji. W końcu mnie zależało jedynie na uniknięciu losu człowieka transmutowanego w bakłażana, podczas gdy Teda czekały Sumy, a chyba nic nie rozsierdzało go bardziej od tego, że prawie cały miesiąc nauki miał w plecy.

— Daj spokój, raz się nawet zdarzyło, że dali nam na zastępstwo Firenza! — oburzał się, wznosząc ręce w geście wezwania o pomstę do nieba, i choć z pewnością zastępstwo z centaurem na lekcji, gdzie koniecznością było użycie różdżki musiało być dość frustrujące, nawet to nie mogło przysłonić moich doświadczeń.

— My mieliśmy zamieniać perliczkę nadmorską w świnkę morską — rzekłam ponuro. — Moja perliczka załatwiła się na ławkę i Trelawney przez całą resztę lekcji odczytywała moją przyszłość z jej odchodów...

— I jak wyglądała twoja przyszłość w kupie perliczki? — zachichotał Teddy, na co zrobiłam jeszcze bardziej posępną minę.

— To chyba jasne, że gównianie. Ponoć mam mieć czterech mężów, z których przynajmniej jeden się zabije.

Przestał się szczerzyć, po czym odchrząknął znacząco.

— No tak... Tak czy siak, nikt nie zastąpi McGonagall — westchnął z wyraźną nostalgią, a mi bardzo trudno było się z tym nie zgodzić. Z tego, co mówili Flitwick, Luna i Hagrid, raczej nieprędko mieliśmy ją zobaczyć. Właściwie już od Świąt nie pojawiała się nawet na posiłkach w Wielkiej Sali, a to, że ktoś miał zająć jej miejsce, w połączeniu z dość niepokojącym stwierdzeniem Luny na temat znikomej skuteczności medykamentów "Bonifacego", wróżyło nawet jeszcze gorzej, niżby sama Trelawney mogła to przewidzieć (nawet gdyby wróżyła z kupy perliczki). McGonagall chyba niezbyt się poprawiało... cokolwiek jej było!

No właśnie. Na co właściwie McGonagall była chora? Już na początku tego roku bardzo rzucało się w oczy, jak szybko dyrektorka zaczęła się starzeć. W jej ciasno upiętym koku nie było ani jednego włosa, który nie byłby biały jak u jednorożca, nie mówiąc już o tym, że jak ostatnio ją widzieliśmy, poruszała się przy pomocy laski! Podobno w pewnym momencie życia każdego człowieka dopada starość... ale czy tylko starość? Czy może coś jeszcze? Może...

— Myślisz, że Bonifacy... to znaczy, myślisz że Boorack ją podtruwa?

Nie wiem jak Teddy to zrobił, że tak idealnie wkomponował swą wypowiedź w ciąg moich myśli, i może właśnie dlatego niezbyt zaszokował mnie swoją hipotezą — od początku to pytanie nasuwało się samo.

— No wiesz... te jego "leki" — zaznaczył w powietrzu wymowne cudzysłowy. — Mógłby to robić, żeby w szkole był jeszcze większy syf... Słyszałaś, co mówili Flitwick z Longbottomem? Przecież oni nie mają zielonego pojęcia co robić!

— No tak, ale... — zaczęłam niepewnie, spoglądając trochę na lewo od Teddy'ego, niestety mój wzrok padł na jednego z puchońskich chłopali, który właśnie nadmuchał sobie różdżką wielki biceps, żeby zwyciężyć swojego kolegę w pojedynku. Czym prędzej potrząsnęłam głową, mrużąc nieco powieki pod tym niezbyt zjawiskowym widokiem. — Po co miałby to robić... Ten cały chaos to i tak wina Ministerstwa!

— Jasne... tylko że McGonagall pewnie nie pozwoliłaby Ministerstwu aż tak mieszać się w sprawy Hogwartu — rzekł Teddy z głębokim przekonaniem. — W każdym razie, gdybym ja chciał mieć wolne pole do działania w szkole i musiał w tym celu kogoś się pozbyć, to zacząłbym właśnie od niej... Załóż się, że gdyby była na chodzie, ci cali Zmiennokształtni już dawno przybraliby kształt, no nie wiem... chyba papki rozsmarowanej po podłodze...

— No właśnie... ci cali Zmiennokształtni. Co to za jedni?

Teddy wzruszył ramionami.

— Nie wiem. Wygląda na to, że jacyś nowi śmierciożercy.

— A kto nimi dowodzi, nowy Voldemort? — Na całe szczęście wokół było zbyt głośno, aby ktoś miał podskoczyć na dźwięk tego nazwiska.  Chyba nie sugerujesz, że jakimś cudem po raz setny się odrodził?

Oboje parsknęliśmy w swoje piwa kremowe na tę niedorzeczność — i czym prędzej zamilkliśmy, momentalnie zapadając w głębokie zastanowienie nad tym nurtującym zagadnieniem. A może raczej tylko ja się nad tym zastanawiałam, gdyż Teddy wolał raczej świdrować mnie na wylot takim wzrokiem, że raczej nie pozostawiał mi zbyt szerokiego pola do interpretacji, co takiego chciał mi nim przekazać.

— Co... chyba nie myślisz, że Boorack?!

Uniósł brwi w niewinnym wyrazie.

— A nie myślisz, że byłoby to trochę zbyt oczywiste...? — zapytałam, mimo wszystko starając się nie brzmieć jak uczennica pouczająca prefekta. — No wiesz... Boorack podtruwa McGonagall, Boorack ma tajne laboratorium, może jeszcze to Boorack sam napada na ludzi w dwudziestu różnych miejscach w kraju...

— W takim razie przypomnij mi, w razie gdybym zapomniał, w jakim właściwie celu posłaliśmy Pocky na pastwę Booracka Juniora?!

Przez chwilę gapiłam się na niego, jakbym czekała aż w moim mózgu zaskoczy odpowiednia zastawka.

O Mon Dieu — powiedziałam nagle, robiąc przerażoną minę. — Pocky... zupełnie zapomniałam o galeonie!

Czym prędzej sięgnęłam do kieszeni sukienki i wyszarpnęłam z niej fałszywego galeona, ledwo co wygrzebując go spod zwiniętych Uszu Dalekiego Zasięgu, randomowych cukierków z Bombonierek Lesera, jakichś muszelek, o których jak zwykle zapomniałam, magicznej pomadki do ust i kilku starych knutów. Gdyby Pocky chciała się z nami porozumieć, galeon powinien powiększyć się w mojej kieszeni. Ale choć obejrzeliśmy fałszywkę chyba ze wszystkich stron, wciąż wyglądała jak całkiem zwyczajna moneta.

— To dziwne... — Położyłam galeona na blacie przed sobą, po czym razem z Teddym wbiliśmy w niego wzrok, jakbyśmy w ten sposób chcieli zmusić go do zeznań, lecz galeon najwidoczniej wcale nie miał ochoty dzielić się z nami informacjami na temat bieżącego stanu Pocky. — A co jeśli Pocky nie żyje? — odezwałam się nagle grobowym głosem. — Może Boorack Junior zakopuje ją właśnie pod Wrzeszczącą Chatą...

— Albo przeciwnie, randka okazała się być zbyt udana, jeśli wiesz co mam na myśli — podsunął Teddy jeszcze mniej realne przypuszczenie, wystosowując w tym celu jak najbardziej znaczący uśmieszek. — Albo Larieson nie wytrzymał i postanowił zasabotować misję...

— Wiesz co... Z tego wszystkiego, już chyba to jest najbardziej prawdopodobne!

Dotknęłam lekko monety opuszką palca, ale ta perswazja również nie zrobiła na niej wrażenia.

— Myślisz, że powinniśmy tam pójść? — zapytałam Teda, ale on tylko skrzywił się sceptycznie.

— Moim zdaniem, jeśli Pauline nie daje znaku życia, to tylko dlatego, że wszystko idzie świetnie.

— A moim zdaniem, jeśli ktoś nie daje znaku życia, to dlatego, że nie żyje!

— A moim zdaniem — przekrzyczał mnie stanowczo Teddy — Pocky się nie odzywa, bo Boorack Junior już od dwóch godzin wyłuszcza jej cały spisek Booracka...

— Tak, a swój wykład uzupełnia szczegółowymi wykresami — zakpiłam. — Chyba raczej przez te dwie godziny obdzierał Pocky ze skóry, a teraz ćwiartuje jej ciało...

Urwałam, na krótki moment poddając się tej makabrycznej wizji, której wrażenie okazało się być na tyle silne, że aż poderwało mnie z krzesła.

— Idę tam.

— Co? — Ted Lupin czym prędzej chwycił mnie za nadgarstek i posadził z powrotem za stołem. — Zwariowałaś? Możesz zniszczyć cały plan!

— Plan, który od początku był do bani! — zawołałam. — Pocky miała rację, Boorack Jr jest za głupi nawet na to, żeby przeprowadzić na nim podstęp! Jeszcze się okaże, że ich randka dała mniej niż nasza!

— Nasza...? — powtórzył Teddy takim tonem, jakby się przesłyszał.

—...to znaczy spotkanie, nasze spotkanie! Kumpelski wypad do Hogsmeade!

Po minie Teda poznałam, że popełniłam fatalną gafę — wyglądał tak, jakbym właśnie dostarczyła mu materiału do dręczenia mnie na całą resztę mojego życia.

Kumpelski wypad do Hogsmeade — wyartykułował w taki sposób jakim odczytuje się tytuł jakiejś epickiej sagi, wyraźnie napawając się tym, jak kretyńsko to brzmiało. — Dzięki, Victoire... właśnie wymyśliłaś tytuł do mojej autobiografii. A tak szczerze, to myślałem, że świętujemy twoje urodziny...

— Ja... Och, już nieważne, zapomnij o tym...!

— O czym? — zapytał niewinnie. — Tak szybko zmieniasz zdanie, że już nie nadążam.

Posłałam mu spojrzenie cięższe niż płyta grobowa, pod którą chętnie bym go w tej chwili pochowała.

— O tych urodzinach... Właśnie uświadomiłam sobie, że jeśli nienawidzę czegoś bardziej od Walentynek, to chyba tylko urodzin!

Obserwował mnie przez chwilę z wolna niknącym uśmiechem, jak gasnący fajerwerk.

— Och — powiedział w końcu.

— Co?

— Mogłaś powiedzieć wcześniej — odpowiedział sucho. — Może wtedy nie zamawiałbym kapeli gnomów, żeby zagrała ci "Sto lat". Nie mówiąc już o torcie i tej urodzinowej czapeczce...

— Jakiej czapeczce?! 

Machnął niedbale ręką, trochę jak Brenda kiedy wspomniało jej się, że głównym celem naszego pobytu w szkole jest nauka, a nie wynajmowanie Jęczącej Marty do podglądania chłopców podczas intymnych czynności w toalecie.

— Tej, którą wyczarowałem ci na głowie pół godziny temu...

Natychmiast klepnęłam się w miejsce rzekomej czapeczki, ale zamiast na nią natrafić, walnęłam się tylko bardzo mocno w łeb, tym samym zdając sobie sprawę z tego, że właśnie padłam ofiarą najgłupszego dowcipu w całym swoim życiu.

— No nie! — zawołałam ze złością. — To znaczy... masz szczęście, że to z kapelą gnomów i tortem to był żart!

— Eee... no niezupełnie...

— Zamówiłeś kapelę gnomów?!

— Nie — zaprzeczył spokojnie Teddy. — Gdybym chciał, żebyś ogłuchła, to sam bym ci zaśpiewał.

— Zamówiłeś tort?

— Tak, i to z trzydziestoma piętrami, w sam raz żebyś mogła się z niego rzucić. Nie, nie mają tu tortów — wyjaśnił od razu, bo znów otworzyłam usta. — Ale zamówiłem ci deser.

— Deser — powtórzyłam słabym głosem, ale dopiero po dwóch sekundach naprawdę dotarło do mnie, że to nie był żart. — Ale jaki deser?!

Ted Lupin tylko wywrócił oczami, po czym machnął leniwie różdżką, przywołując zaklęciem nasze zamówienie.

I już po chwili z okolic baru nadleciało ku nam coś, co nie było ani tortem ani ciastem, ale już z daleka mogłam oszacować, że z całą pewnością jest dla mnie za duże. Na naszym stoliku wylądował okrągły i pomarańczowy dyniowy placek, roztaczając wszędzie wokół cudownie korzenny zapach. Całą siłą woli postarałam się to zignorować, gapiąc się na Teda z jak najbardziej morderczymi intencjami.

— Co to jest?!

— Placek dyniowy — objaśnił mnie zdawkowo Teddy, całkiem słusznie zakładając, że nie należy polegać na mojej kulinarnej wiedzy. — Wybacz, nie mieli tu Tarte TatĘ...

Miał na myśli francuską tartę Tatin, a wiedziałam to tylko dlatego, że babcia Apolonia robiła nam ją co wakacje, kiedy odwiedzała nas w Muszelce. A zresztą, co to była za różnica? Tak czy siak, oznaczało to nici z ocalenia Pauline! Niby jak miałam teraz odejść, kiedy ciasto pachniało prawie tak słodko, jak Ted Lupin się do mnie uśmiechał?! I kto tutaj sabotował całą misję?!

— I ty sobie wyobrażasz, że to zjem?

— I nawet więcej, wyobrażam sobie, że będzie ci smakować — orzekł Teddy z miną znawcy. — A tak na serio, to myślałaś, że po co tutaj jestem. Nie chcę umniejszać twojej inteligencji, ale to chyba oczywiste, że jestem tu żeby cię porządnie nakarmić. Obserwuję cię ostatnio co śniadanie i za każdym razem bierzesz suchego tosta, którego potem i tak nie zjadasz... Moim zdaniem to karygodne.

— A w czym ci to przeszkadza? — zapytałam, nieco jednak rozbawiona jego poważnym podejściem do tematu. Przed chwilą jeszcze rozmawiał ze mną o niepewnym losie całej ludzkości, a teraz wypominał mi, że powinnam się lepiej odżywiać... — Chyba nie muszę kochać jedzenia.

Spojrzał na mnie tak, jak patrzy się na osobę, która napiła się wywaru z blekotu.

— Ale zdajesz sobie sprawę z tego, że to co właśnie powiedziałaś jest bardziej niewybaczalne od Niewybaczalnych Zaklęć? — zapytał z wyraźnym niedowierzaniem. — Za takie rzeczy trafia się do Azkabanu! A zresztą... i tak już jesteś za szczupła!

— Co?

— Spójrz na te nadgarstki! — wybuchnął, chwytając mnie za rękę i unosząc mi ją tuż przed twarzą. — A jakie masz kostki! I w ogóle nogi... — Nagle pokręcił szybko głową, potrząsając nieposłusznymi kosmykami włosów. — Zaraz. Co ja... — Puścił mój nadgarstek i nie patrząc na mnie, przysunął nieco placek dyniowy w swoją stronę. — Tak, eee... no właśnie. Wyglądasz jak... jakiś inferius.

I nie zważając na moją oburzoną minę, wyciągnął różdżkę i zatoczył koło ponad tartą — z końca różdżki zaczęły kolejno skapywać wielkie krople wosku, z których każda w mgnieniu oka przybrała kształt urodzinowej świeczki. Jeszcze jeden okrężny ruch i wszystkie świece zapłonęły jasnymi języczkami ognia.  Nagle zdało mi się, że reszta baru całkiem zniknęła za jego plecami i jedyne co pozostało, to niewielka przestrzeń między nami, zamknięta w tym małym jaśniejącym kręgu. Ciepły blask zatańczył na twarzy Teda, zapalając w jego orzechowych oczach nowe bliki światła, przez co zapomniałam nawet nakrzyczeć na niego za to, że robi wokół mnie tyle szumu — bo niby czyją uwagę na nas zwracał? Przecież poza nami nie widziałam tu nikogo.

A potem na jego twarzy pojawiło się coś jeszcze cieplejszego od blasku świec. Spojrzał na mnie, uśmiechając się szeroko.

— Wszystkiego najlepszego Vi! Sto lat, sto lat i tak dalej.

— Wiesz co... chyba jednak trzeba było zamówić tę kapelę gnomów...

Parsknął śmiechem, przysuwając placek w moją stronę.

— Chyba powinnaś pomyśleć jakieś życzenie — zauważył. — Proponuję coś, co uszczęśliwiłoby wszystkich... na przykład żeby miotła Wooda weszła mu w...

— Już! — przerwałam mu porywczo, na co spojrzał na mnie z zaskoczeniem. — Już pomyślałam życzenie.

— Jakie?

— Nie umniejszam twojej inteligencji, ale to chyba jasne. Żebyś w tej chwili się zamknął!

Na jego twarzy odmalował się wyraźny wyrzut.

— Nie chcę cię zmartwić — oznajmił tonem wróżącym coś zgoła odwrotnego — ale życzenia wypowiedziane na głos się nie spełniają.

Życzenie... Tylko czego mogłam sobie jeszcze życzyć w tej chwili?

Żeby Spell Wood też się we mnie zakochał i przestał być prostackim chamem? Żeby Teddy zaakceptował nasz związek i udzielił nam swojego błogosławieństwa?

Zdecydowanie nie! Może lepiej coś dla ogólnego dobra ludzkości, na przykład żeby mugolaki przestały znikać, Brenda nie doprowadzała wszystkich do szału, Pocky i Simon zakończyli wreszcie swoje wojenki, albo żeby co wrażliwsi z moich wielbicieli przestali się we mnie beznadziejnie kochać...

Żeby Cecillii Lover wyrósł wielki pypeć na nosie... i żeby obwisł jej tyłek!

Uśmiechnęłam się do samej siebie, po czym wzięłam głęboki oddech i zdmuchnęłam piętnaście świeczek.

Szczerze przyznam, że jakoś nigdy nie wierzyłam, by urodzinowe życzenia miały większą moc spełniania się, niż wróżby profesor Trelawney. Ale w końcu co szkodziło spróbować?...


*

Cały ten dzień mocno odbiegł od moich oczekiwań.

Przede wszystkim spodziewałam się, że Pauline wezwie nas za pomocą fałszywego galeona już po co najmniej piętnastu minutach bezpośredniej styczności z Boorackem Jr. Wyobrażałam sobie, że poprosimy Madame Rosmertę o pożyczenie nam mioteł i czym prędzej polecimy do kawiarni pani Puddifoot, której drzwi wyważymy, a w środku zastaniemy jak najbardziej dramatyczną scenę z udziałem omdlałej Pocky i Booracka Jr, powoli zbliżającego się do niej z różdżką i zakrzywionym nożem. Oczyma imaginacji widziałam, jak Teddy rzuca na Booracka Jr Zaklęcie Oszałamiające, podczas gdy ja spieszę czym prędzej reanimować Pauline, wypowiadającą swoje ostatnie słowa... O tej porze powinniśmy być już dawno w Skrzydle Szpitalnym i karmić ją eliksirem z łyżeczki, nie mówiąc już o tym, że zdążylibyśmy zostać zabici przez Simona chyba z dwieście razy za to, że do tego wszystkiego dopuściliśmy.

No dobra. Może jednak moje wyobrażenia nie były aż tak barwne. Mimo wszystko żywiłam jednak jakąś nadzieję, że coś z tego wszystkiego wyniknie, a przynajmniej tyle, że Pocky wyjdzie z tego żywa. Tak czy siak sądziłam, że niezależnie od wyniku tej misji, bez interwencji się nie obędzie — nawet jeśli nie wymagałaby ona dosiadania mioteł i miotnięcia kilku zaklęć. W końcu Pocky mogła użyć galeona tylko po to, żeby po spełnieniu misji, móc bez problemu pozbyć się Booracka Jr. Wpadłabym do Przystani Szczęśliwych Par, krzycząc, że Teda napadł jakiś wampir Pod Świńskim Łbem, albo że wdał się w kłótnię z jakimiś goblinami i że potrzebujemy jej pomocy — właściwie mogłabym wcisnąć jakikolwiek kit, a Boorack Jr i tak by się nie połapał. 

A tymczasem zaczynał się już wieczór, a ja i Ted zamiast robić to wszystko, siedzieliśmy wciąż w Trzech Miotłach nad pustymi kufelkami po kremowym piwie i kawałkami niedojedzonego dyniowego placka — a co najdziwniejsze, czułam się naprawdę dobrze. Coś zupełnie anormalnego, zważywszy na to, że już od kilku godzin byłam w miejscu publicznym!

I nie wiedzieć w jaki sposób, powoli budziła się we mnie całkiem nowa świadomość. Zupełnie jakbym wraz ze zdmuchnięciem świeczek automatycznie naprawdę stała się starsza i mądrzejsza. Z każdą chwilą coraz silniej zaczynałam zdawać sobie sprawę z tego, jak bardzo infantylnie się dotychczas zachowywałam, drżąc na samą myśl o tym, co inni sobie pomyślą, całkiem jakby rzeczywiście mogło mieć to jakiś wpływ na moją przyjaźń z Tedem Lupinem... Tylko czy cokolwiek mogło ją zniszczyć? Z całą pewnością nic tak błahego jak ludzie! Co mnie obchodziła Orellia, a nawet Spell, kiedy Teddy siedział naprzeciwko i niestrudzenie usiłował wmusić we mnie drugi kawałek placka, podczas gdy sam zjadł już chyba ze cztery?

Nie... nic nie mogło mi tego zastąpić!

— A więc masz dla mnie jakiś prezent, tak? — zagadnęłam niewinnie, celując w niego widelcem. — No to miejmy to za sobą... Dawaj już tę książkę...! 

— Tym razem... tym razem to nie książka. 

— Nie? To co ja teraz będę czytać?!

Prawie natychmiast pożałowałam tego głupiego okrzyku, gdyż w jego rezultacie Teddy wyraźnie się zmieszał, co chyba całkiem odebrało mu inwencję względem ewentualnego komentarza. Na jego twarzy pojawił się cień niepewności, gdy sięgnął po coś do kieszeni — widocznie było to coś małego.

— Podaj rękę.

Poczułam, jak uśmiech powoli spełza mi z ust. Przez moment spoglądałam na jego wyciągniętą ku mnie dłoń, aż w końcu podałam mu swoją — a wtedy on przykrył ją palcami drugiej ręki i w tym samym momencie poczułam w niej coś gładkiego i chłodnego, o ostrych krawędziach.

Rzuciłam mu ostatnie pytające spojrzenie, po czym powoli cofnęłam rękę. Spoczywała na niej płaska, zamknięta muszla, ciemna i lśniąca barwnymi odblaskami jak obsydian.

Oczywiście, jako człowiek, który większość życia spędził nad morzem, natychmiast rozpoznałam z czym mam do czynienia — i na moment aż wstrzymałam oddech. Nie zdążyłam jednak nic powiedzieć. Muszla sama rozchyliła się na mojej dłoni ukazując swoje wnętrze, którego zawartością okazała się być kremowo-różowa perła w kształcie łezki — maleńka, niewiele większa od główki szpilki, błyszcząca kropelka. Przez moment po prostu pochłaniałam ją wzrokiem — gdy nagle coś zaczęło się zmieniać... Najpierw perełka jakby zaokrągliła się w moich oczach. A potem — z miejsca poderwała się z dna muszli i zaczęła unosić się w powietrzu, coraz wyżej i wyżej, w miarę czego rosła coraz większa i coraz bardziej bledła, przy równoczesnym rozświetleniu się tysiącem tęczowych refleksów — aż wreszcie osiągnęła całkowitą przezroczystość i zdałam sobie sprawę z tego, że lewituje mi przed twarzą mydlana bańka, której skrzące się kolory tworzyły złudzenie płynnej zorzy polarnej... Wielka i przejrzysta, jak kryształowa kula z najcieńszego i najkruchszego szkła, aż prosiła się, by jej dotknąć... Dość oszołomiona spojrzałam na Teddy'ego, który kiwnął nieznacznie głową, jakby na znak zachęty. Powoli uniosłam palec wskazujący...

   Plim!...

Kolorowa bańka prysła. Coś spadło z niej i zakręciło się na blacie stołu jak moneta.

Pierścionek.

Przez chwilę gapiłam się na to zjawisko, całkiem osłupiała.

Ted Lupin naprawdę podarował mi pierścionek! Złoty i cienki, z perłowym oczkiem.

— O Mon Dieu — wyjąkałam, bezwiednie poddając się staremu przyzwyczajeniu, na co Tedowi mimowolnie drgnął kącik ust.

I nagle jakoś strasznie się zawstydziłam z tego powodu.

Ostrożnie ujęłam pierścionek w palce, za wszelką cenę starając się wykonać minę wyrażającą nic więcej ponad uprzejme, zdystansowane zainteresowanie. 

— Co to? — zapytałam, nie wiem czemu wybierając w tym celu niemalże lekceważące brzmienie głosu. — Pierścionek zaręczynowy?

Teddy lekko zmarszczył brwi.

— Nie łudź się... znalazłem go w płatkach śniadaniowych — zażartował, błyskawicznie podejmując mój ton — lecz choć głos go nie zdradzał, wyczułam w jego pozie nagłe, choć ledwo zauważalne napięcie — i momentalnie poczułam się zażenowana samą sobą.

Błagam cię Victoire... ten prezent nie zasłużył na tak niewdzięczną reakcję z twojej strony!

Po tej pozornie błahej wymianie zdań, zapadło między nami dość niezręczne milczenie, podczas którego każde z nas patrzyło w inną stronę — Teddy kręcił bezmyślnie palemką w swojej pustej szklance, podczas gdy ja bezgłośnie podziwiałam pierścionek, opalizujący w półmroku niewymuszonym urokiem. Wreszcie odważyłam się założyć go na palec. Natychmiast wyciągnęłam przed siebie rękę, by zobaczyć, jak malutka perłowa łezka prezentuje się na mojej dłoni — co zmusiło Teda, by ponownie na mnie spojrzał.

— Jest... jest idealny — powiedziałam wreszcie całkiem szczerze.

— Jak ty! — Ted Lupin niedbale wzruszył ramionami, co wypadło dość nonszalancko — przez co oboje uśmiechnęliśmy się do siebie z lekką konfuzją.

Opuściłam dłoń z pierścionkiem, wciąż spijając z niego blask oczyma.

— To były naprawdę świetne czary! — zawołałam z przejęciem. — I ty sam to zrobiłeś?

— Taaa... — Poczochrał się po włosach z zakłopotaniem. — To znaczy, perła i muszla są prawdziwe! — zastrzegł szybko. — Ale cała reszta... — Nagle zrobił dość zażenowaną minę. — Dlatego ten pierścionek raczej nie ma aż tak wielkiej wartości, przynajmniej nie takiej, jakby zrobiły go gobliny...

— Dla mnie ma — przerwałam mu stanowczo z pełną powagą. 

I nie wiedziałam co więcej mu powiedzieć. Pewnie znalazłoby się jeszcze wiele słów, którymi mogłabym wyrazić wszystkie swoje uczucia — zachwyt czarami i podziw dla jego umiejętności, wdzięczność za wysiłek włożony w ten prezent, i coś jeszcze głębszego od wdzięczności... może to było wzruszenie tym, że wykazał się taką delikatnością wyczucia w stworzeniu tego pierścionka — bo przecież doskonale wiedział, że kocham muszle i morze, i nie znam niczego lepszego od niezmierzonej przestrzeni jaką dawało, a przede wszystkim, z niczym nie wiążę lepszych wspomnień...

— Pamiętasz jak raz ukradliśmy różdżkę Andromedzie?

Podniosłam nieco głowę, by w ciepłym półmroku dostrzec charakterystyczny dla niego uśmiech — krzywy, jakby mimowolny, ale kiedy już się pojawiał zdawał się opromieniać całą jego twarz, jakby ugodził w nią strumień słonecznego światła — i naraz wszystko się w niej uśmiechało, nie tylko usta, ale również zadarty nos, poważnie zazwyczaj zarysowane brwi, a najszczególniej oczy, które rozbłyskiwały zupełnie tymi samymi iskrami wesołości jak wtedy, gdy byliśmy jeszcze mali.

   — Raz? — Nagle znów poczułam się tak jak tamtego dnia, gdy skryliśmy się ze swoim łupem w wysokich trawach na nabrzeżu koło mojego domu — smarkaci i podekscytowani. — Chyba sześć razy!

— A za szóstym razem tak się wkurzyła, że zaczęła gonić nas z miotłą po plaży... raz nawet udało jej się mnie trzepnąć!

— Bo bez sensu zmieniłeś kurs, zamiast biec za mną — uniosłam brwi w protekcjonalny sposób. — Trzeba było się za siebie nie oglądać.

   Jakby cofnął się do tamtego dnia — siedział teraz z oczami wbitymi w blat stołu z uśmiechem winowajcy. 

— A pamiętasz, jak chciałeś ćwiczyć Zaklęcia Niewybaczalne na moim pluszowym niuchaczu? — zagadnęłam niewinnie, jakby to pytanie nie miało na celu ani grama złośliwości, czemu przeczył drobny fakt, że wypominałam mu ten incydent od lat, Ted był już więc mechanicznie przygotowany na tę okoliczność.

— A pamiętasz jak raz posikałaś się ze śmiechu?! — zripostował błyskawicznie.

— Bo mnie rozśmieszyłeś! — zawołałam z nagłą urazą. — Zamieniłeś się w małą kopię wuja Rona i udawałeś, że oblazły cię pająki...

— Rzeczywiście, kiedyś miałem o wiele większy dar komediowy — przyznał po krótkiej pauzie.

— A pamiętasz, jak się pocałowaliśmy? — zapytałam chytrze.

Z podbródkiem opartym na zwiniętej dłoni, z cichym triumfem obserwowałam jego reakcję — na dźwięk moich słów poderwał głowę, a rozbawienie na jego twarzy ustąpiło miejsca wyraźnemu zmieszaniu.

— Co?

— Och, na pewno pamiętasz! — powiedziałam żywo, podczas gdy on wciąż spoglądał na mnie zdziwionymi oczyma — nie wiem czemu, przecież doskonale znał tę historię. — To było na jednym z tych rodzinnych obiadków! Dorośli gadali przy stole, a my wszyscy byliśmy w ogrodzie i w pewnym momencie wszystkim dzieciom coś odwaliło i koniecznie chciały, żebyśmy dali sobie buzi! BUZI-BUZI! Pamiętasz?

— Ach... Tak, było coś takiego.

Patrzyłam na niego z wolna gasnącym ożywieniem. Spodziewałam się bardziej rozbawić go tym wspomnieniem, a zamiast tego on patrzył na mnie jakoś dziwnie, zaciskając przy tym usta, co zazwyczaj czynił, kiedy nie chciał się z czymś zdradzić.

I ja również przestałam się nagle uśmiechać.

Czy mogło chodzić o to, że tą błahą anegdotą poruszyłam znacznie głębszą kwestię, sporo wykraczającą poza niewinne, dziecinne zabawy?... Chyba dla nas obojga pocałunki były już czymś całkowicie odmiennym od tego, co kiedyś połączyło nas w dzieciństwie — szybki i głośny cmok! i natychmiastowe wytarcie ust, miny pełne dogłębnego obrzydzenia. Teraz spojrzałam jednak w tę nieco bliższą przeszłość, w której Teda Lupina już nie było — wtedy, podczas tego niedorzecznie onirycznego wieczoru w opustoszałej Wielkiej Sali, której wspomnienie było dziwnie rozedrgane i rozproszone... Blask płonącego kominka na twarzy Spella Wooda, nieznośna bliskość naszych ramion, jego wargi na moich. Pewnie podobne wrażenia wiązał Teddy z Gigi Bulstrode... Czy to właśnie o niej teraz myślał, kiedy uśmiech na jego twarzy wyraźnie przygasł, a wzrok stał się trochę nieobecny?

I nagle zrobiło mi się dziwnie przykro. Jak to się mogło wydarzyć, że oboje ulokowaliśmy swoje upodobania w tak nieodpowiednich osobach? Kiedy właściwie do tego dopuściliśmy? Co się z nami stało?

I w tej samej chwili uświadomiłam sobie rzecz straszną — traciłam go, przez cały czas, już nie wiem od jak dawna. Nie wiadomo jakim sposobem, nie wiadomo z jakiego powodu, ale byłam pewna, że tak właśnie było. Tracę go nawet teraz, mimo że jesteśmy tu razem, mimo że siedzi naprzeciwko. I choć był tak blisko, poczułam się tak, jakbym patrzyła na niego z jakiejś wielkiej odległości nie do pokonania... Spojrzałam w dół na swój pierścionek, który zaczęłam obracać w palcach jakby był talizmanem, który miał mi pomóc cofnąć się w przeszłość, w te lepsze czasy, kiedy nie oddzielała nas niewidzialna bariera niedopowiedzeń...

Przed oczami stanęło mi wspomnienie całkiem różne od innych, nieco bardziej nieuchwytne, by można je było opisać zwyczajnymi słowami. To były ostatnie wakacje przed pierwszym wyjazdem Teddy'ego do Hogwartu — wietrzny dzień nad morzem, w zimnych podmuchach powietrza wyraźnie wyczuwalne konające z wolna lato. Ja i Teddy wybiegliśmy razem na sam szczyt klifu, rozpościerając ręce, jakbyśmy chcieli odfrunąć — pamiętałam nasze ubrania szarpane wiatrem jak chorągiewki,  moją sukienkę, która wzdęła się jak żagiel, sweter Teddy'ego, łopoczący za nim jak peleryna czarodzieja.

Najbardziej pamiętałam jednak to uczucie pełne milczącego uniesienia, wręcz ekstatyczne. Silne poczucie jedności zarówno z miejscem, jak i drugą osobą.

Uśmiechnęłam się cicho do tych myśli, po czym podniosłam wzrok — i prawie natychmiast przestałam się uśmiechać.

Ted Lupin siedział przede mną — i patrzył na mnie takim wzrokiem, jakim nigdy nie powinien na mnie patrzeć.


*

Coś stanowczo było nie tak.

Kiedy wyszliśmy z Trzech Mioteł, niebo krwawiło — chmury toczyły się po nim, ciężkie i mieniące się jak rozniecone węgle. Skąpe okruchy śniegu wirowały w rzadkim powietrzu lekko i pojedynczo, jakby zrezygnowane i zmęczone, z ulgą roztapiając się na szarej drodze i naszych płaszczach. Nie skierowaliśmy się w stronę Zamku. Gdy tylko znaleźliśmy się na zewnątrz, Teddy pociągnął mnie lekko za rękaw — ledwo co widziałam wyraz jego twarzy w czerwonawym półmroku, lecz i tak wydał mi się jakiś dziwnie nieswój. 

— Czy mogłabyś... tylko jeszcze na chwilę...

Nie dokończył, a ja nie zapytałam go o nic, kiedy pozwoliłam mu zaprowadzić się w przeciwnym kierunku. Bo tak naprawdę bałam się odezwać — a zresztą, nawet nie musiałam. 

Przecież wiedziałam, dokąd idziemy.

Wciąż byłam jakoś dziwnie zawstydzona i zmieszana. 

Nie mogłam pozbyć się wrażenia, które nawiedziło mnie już wcześniej — że coś było nie tak jak zwykle, coś wymknęło się spoza dawno ustalonego porządku — jedyna trudność polegała na tym, że nie potrafiłam nazwać co! I choć bardzo chciałam o tym nie myśleć, nie mogłam pozbyć się tej niepewności, natrętnej i uwierającej jak kamień w bucie... Moje myśli krążyły jakoś luźno, jakby bały się zahaczyć o ten zasadniczy problem — bo gdybym tylko zatrzymała się na tym dłużej, gdybym postarała się naprawdę zrozumieć to, co właśnie zobaczyłam...

I tak pokonywaliśmy szare kałuże i plamy stopniałego śniegu, coraz bardziej oddalając się od stłumionych i niezwiązanych z naszym milczeniem śmiechów ostatnich par wracających z wioski. Szliśmy obok siebie, ale właściwie się nie dotykaliśmy, ani nie patrzyliśmy w swoją stronę. Miałam wrażenie, że towarzyszy nam coś niewidzialnego i gęstego, jak niechciany kożuch na mleku. Starałam skupić się na myśli, że być może właśnie pada ostatni śnieg, ale oczywiście to nie pomogło — sprawiło tylko tyle, że nagle zaczęłam rozpamiętywać jaki był pierwszy prawdziwy śnieg tej zimy — i przypomniałam sobie scenę, w której ja i Teddy walczyliśmy na śnieżki, by zaraz potem stoczyć się ze śniegowej skarpy... 

I znów czułam na sobie jego ciężar, gdy leżał na mnie i podparty na łokciach, patrzył z góry na moją twarz. Znów widziałam jego mokre od śniegu włosy i brwi, obłoczek pary z jego ust, a za nim wielkie blade niebo i sypiące się z niego białe puszyste płatki. I wydawało mi się... czy to rzeczywiście było możliwe...? Nawet jeśli naprawdę dostrzegłam coś wtedy w jego spojrzeniu, to była to dopiero zapowiedź, blady cień tego, co zobaczyłam dzisiaj...

A to, co ujrzałam napawało mnie lękiem i nieuzasadnionym wstrętem. Już na samo wspomnienie czułam, że ogarnia mnie jakieś chłodne drżenie, elektryzujące i przerażone... 

Czy była to gra świateł? Czy zobaczyłam to, co zobaczyłam? Czy naprawdę jego utkwione we mnie źrenice zapałały nagle jakimś zagadkowym żarem, jakby roztapiał się w nich blask płomieni  — jakby nagle odsłoniło się w nich coś niewypowiedzianie czułego i tęsknego...

Och, na pewno to sobie wyobraziłam! To pewnie wina tych nostalgicznych wspomnień — rozmarzyłam się i pozwoliłam wyprowadzić swój umysł na manowce nadinterpretacji! 

I postarałam się przekonać o tym samą siebie, spoglądając w bok na profil Teda Lupina, nieruchomy i skupiony. Na próżno. Wciąż czułam niepokój. 

Bo nawet jeśli nie to zobaczyłam, to w takim razie... czemu właśnie o tym pomyślałam?! 

*

   Wrzeszcząca Chata wyrosła przed nami w sposób przykry i niespodziewany. Zazwyczaj pojawiała się dopiero wtedy, kiedy minęło się dość sporą kępę drzew, teraz jednak wszystkie drzewa były nagie i  uśpione, nic zatem nie mogło skryć ponurych ruin przed ludzkim wzrokiem — jak plama czarnego atramentu na szkarłacie, od razu narzucały się spojrzeniu. Właściwie już od dawna nie można było określić jej mianem Wrzeszczącej. Tak wiele lat minęło, odkąd spowiła ją grobowa cisza — a teraz w ogóle trudno było nazwać ją nawet chatą, tak bardzo zaczęła popadać w ruinę. Wciąż jednak górowała nad wioską, i z tej odległości trudno było określić, co wydawało się być bardziej wymarłe — ciemne miasteczko, czy ten dom.

Ted Lupin jako pierwszy zbliżył się do powykręcanego, starego ogrodzenia z drutu, ślizgając się po lodzie i błocie. Ostrożnie stawiając kolejne kroki w jak najpłytszych miejscach wielkiej szarej kałuży, podążyłam jego śladem. Pomimo doskonałej znajomości jego osoby, tym razem mechanizm jego postępowania nie poddawał się mojemu zrozumieniu. Po co chciał tutaj przychodzić, dlaczego teraz? Nie mogłam sobie wyobrazić bardziej posępnego i niegościnnego miejsca — poza nami nie było tutaj żywej duszy, tylko czarne wrony kołowały obojętnie ponad nagim kominem samotnej rudery na tle ciemnej krwi.

Wrzeszcząca Chata. Zawsze była moim najmniej ulubionym miejscem w całym Hogsmeade. Zimny dreszcz przebiegał mi po karku ilekroć na nią spojrzałam — ale wcale nie przez krążące opowieści o nawiedzających ją rozwrzeszczanych duchach. Nie, coś znacznie okropniejszego od duchów czaiło się za  tymi nie całkiem zabitymi deskami dziurami okien, czarnymi i ślepymi jak oczodoły trupiej czaszki, w cichym i ciemnym jak grobowiec wnętrzu domu, którego od dawna nie oglądał nikt z żyjących. Gdzieś w kościach czułam, że tkwiła w nim jakaś straszniejsza tajemnica, straszniejsza nawet od śmierci  i jakoś nigdy nie odczuwałam szczególnej chęci by ją poznawać. Za całą wiedzę o tym domu wystarczył mi jego zewnętrzny wygląd, jego upiorne sterczący komin, zmurszały kamień, zaryglowane drzwi.

— Teddy...

Odezwałam się tak cicho, że nie miałam nawet pewności, czy w ogóle mnie usłyszał. Zachowując ostatki równowagi na śliskim podłożu, uczepiłam się starego ogrodzenia, które zatrzeszczało pod wpływem niespodziewanego naporu. Ted wręcz przeciwnie, ani drgnął. Wpatrywał się w ruiny, a one wpatrywały się w niego.

— Dlaczego... — wyszeptałam, drepcząc w miejscu, chyba dla dodania sobie otuchy. — Dlaczego tutaj przyszliśmy?

— Bo... — zawiesił głos, jakby lekko się zawahał, po czym odwrócił się od ogrodzenia i spojrzał na mnie — a jego oczy nie były już orzechowe. Czy to wina zapadającej ciemności, czy może same z siebie zmieniły kolor — ale były teraz prawie całkowicie czarne, tak czarne i głębokie jak okna domu znajdującego się za nim. — Chodzi o to, że ten dom... to był tak jakby dom mojego ojca.

Na krótką chwilę w ogóle nie dotarł do mnie sens wypowiedzianych przez niego słów. Spojrzałam na niego tak, jakby żartował. 

— Co? — zapytałam z niepewnym uśmiechem, który jednak bardzo szybko spełzł mi z ust. — To był dom twojego... twojego... ale jak to?

Chłodny podmuch, skrzący się drobinami śniegu, odgarnął włosy z jego czoła, ale nie zmienił spokojnego wyrazu jego twarzy. Szczerze mówiąc, nie wyglądał, jakby był szczególnie zaskoczony moją reakcją. Jeszcze raz spojrzałam na Wrzeszczącą Chatę, a potem znów na Teda, chcąc się upewnić, że rzeczywiście ma na myśli ten dom, a nie żaden inny  ale przecież nie mogło być mowy o nieporozumieniu. 

— Sam niedawno się dowiedziałem — rzekł cicho i jakby niechętnie, również zwrócił spojrzenie w stronę ruin. — Nigdy nie mieszkała tutaj żadna rodzina... ani żadne duchy. Te wszystkie wrzaski to była jego robota... Najbardziej nawiedzony dom w całej Wielkiej Brytanii...! — parsknął nagle niemalże ironicznie. — Oto cały sekret. 

Dotknął ostrożnie starej drucianej siatki.

— Wiesz, że nigdy nie można było wejść do tego domu od tej strony? — podjął dość posępnym tonem jak na ciekawostkę, wbijając zamyślony wzrok w ogrodzenie. — Można dostać się tam tylko przez tunel, który zaczyna się pod Wierzbą Bijącą... Wierzba, tunel, chata, wszystko było po to, żeby mógł przemieniać się w wilkołaka z dala od innych osób...

Milczałam, słuchając go niemalże w zamrożeniu. Zupełnie jakbym mogła go spłoszyć najlżejszym poruszeniem, najmniejszą zmianą na mojej twarzy — choć przecież nawet na mnie nie patrzył! 

Najważniejsze było to, że mówił.

Mówił do mnie o tym, o czym rzekomo nie chciał ze mną rozmawiać, po raz pierwszy odkąd dowiedzieliśmy się prawdy, sam poruszył ten temat. Wciąż doskonale pamiętałam naszą pierwszą rozmowę w tym roku, kiedy tak bardzo chciałam, żeby Ted się przede mną otworzył — a teraz aż drżałam pod płaszczykiem nieruchomego zasłuchania, byle tylko tego nie zniszczyć. I zaczęłam rozumieć, dlaczego musiał tu przyjść, ale nie chciał przychodzić tutaj sam. Bo po raz pierwszy patrzył na ten dom nie jak jakiś przypadkowy turysta, ale jak ktoś, kto widzi w nim swoją spuściznę, część swojej historii. Zawsze posiadał tylko jeden przedmiot po swoim ojcu — była to stara wysłużona walizka, której pomimo namawiań Andromedy, Teddy nigdy nie chciał wymienić na nową. A skoro coś tak zrupieciałego było dla niego tak ważne, to co dopiero ta ruina?

Zniszczona walizka i Wrzeszcząca Chata... nie był to jakiś szczególnie oszałamiający spadek.

— Teddy, tak mi... tak mi przykro!

Tylko spojrzał na mnie przelotnie. Wyglądał, jakby moje poruszenie było dla niego czymś deprymującym.

— Vi, niby... dlaczego jest ci przykro...!

— Bo trochę wiem, jak to jest, kiedy... — Wzięłam głęboki oddech.   Mojego tatę też poranił kiedyś wilkołak...

— Tak, ale nigdy nie przemieniał się w wilkołaka, prawda?

W jego głosie znów wybrzmiała nienaturalna, niemalże drwiąca nuta, a może tak mi się tylko wydało — w każdym razie aż cofnęłam się pod jej dźgnięciem.

— No tak, ale... — przyznałam z pewnym trudem. — Ale to wcale nie znaczy, że może żyć normalnie! — wypaliłam, na co Ted natychmiast spojrzał na mnie pytająco. Nerwowo splotłam ręce ze sobą w mały, drżący lekko koszyczek. — Jasne, kiedy ja i Domie byłyśmy małe, wydawało nam się to nawet zabawne... Zawsze myślałyśmy, że jedynym następstwem tej napaści było to, że tata uwielbia krwiste steki! A on sam nas w tym podtrzymywał... No wiesz, zawsze był tym nieustraszonym łamaczem klątw i w ogóle. Nigdy nie chciał, żeby ktokolwiek widział w nim powód do litości, ale...

Urwałam, szukając odpowiednich słów, żeby jakoś uciąć swoją wypowiedź, żeby nie brnąć w to dalej  ale było już chyba za późno, abym mogła zaniechać swojej opowieści. Była to jedna z tych nielicznych rzeczy, której nigdy jeszcze nikomu nie mówiłam — nawet Tedowi Lupinowi.

— Kiedyś w nocy... to było jeszcze grubo przed Hogwartem...  no więc zeszłam na dół, żeby się napić. Była pełnia... — Zawahałam się. Teddy wciąż słuchał mnie uważnie. — Przechodziłam przez jadalnię. Był środek nocy, ale cały pokój zalewało światło księżyca, było prawie że jasno. No i w pewnym momencie zobaczyłam, że jeden fotel stoi inaczej niż zwykle... był odwrócony wprost w stronę okna, tyłem do mnie i reszty pokoju. Siedział w nim tata. Ale wiedziałam, że nie może spać, bo był wyprostowany i... patrzył prosto na księżyc, a on świecił na niego jak jakiś reflektor... Zapytałam go co tu robi, ale w ogóle mi nie odpowiedział. Podeszłam do fotela i... i zobaczyłam, że siedzi nieruchomo, że oczy ma szeroko otwarte... Ręce miał tak rozczapierzone, wbijał je w oparcia fotela... wyglądał jakby był w jakimś transie, w ogóle nie reagował, tylko gapił się wciąż na księżyc... Nie wiedziałam co robić, przestraszyłam się, próbowałam go jakoś obudzić, ale wciąż nie odpowiadał, więc chwyciłam go za twarz i odwróciłam w swoją stronę... i wtedy...

Zaczerpnęłam głęboko powietrza, bo klatkę piersiową przygniatał mi jakiś niepojęty ciężar — zdawał się napierać na nią coraz mocniej z każdym moim słowem.

— I wtedy tata się na mnie rzucił.

Opadła ze mnie moja piętnastoletnia tożsamość. Teraz znów byłam tym dzieckiem, które zobaczyło swojego ojca w stanie tak strasznym, jakiego nie można było sobie wyobrazić  jakiego nie można było odzobaczyć. Dzieckiem, które zostało przez niego zaatakowane tylko dlatego, że oderwało jego wzrok od księżyca.

Tym właśnie było wilkołactwo. Chorobą — czymś wyniszczającym. Będącym w stanie sprawić, że  najspokojniejszy na świecie człowiek całkiem tracił nad sobą panowanie, a nawet najlepszy ojciec stawał się dla swojej córki potworem.

— Na szczęście maman się obudziła i w porę go powstrzymała. Potem tata niczego nie pamiętał. Jakby był pijany, albo lunatykował. Później jeszcze kilka razy powtarzały się te ataki. I za każdym razem udawaliśmy, że nic się nie stało. Taki mroczny sekret naszej rodziny. — Uśmiechnęłam się gorzko, spuszczając wzrok i wciskając ręce do kieszeni, na znak, że zakończyłam swoją opowieść.

Ted Lupin przez dłuższą chwilę jej nie komentował.

— Właśnie dlatego... — Spojrzałam na niego nieśmiało, ale zobaczyłam tylko grzywkę przysłaniającą mu oczy, tak nisko pochylał głowę. — Właśnie dlatego jest mi przykro z twojego powodu. Bo jeśli mój tata borykał się z czymś tak okropnym, a nawet nie został ugryziony przez wilkołaka... to twój...

Wciąż nie reagował — odetchnęłam rozpaczliwie, po czym odezwałam się nienaturalnie wysokim i napiętym głosem:

— Ted, jeśli nadal nie możesz pogodzić się z tym, że twój ojciec był wilkołakiem, to...

— Wcale nie o to chodzi.

Jego głos również brzmiał jakoś inaczej, z tym że w przeciwieństwie do mojego, był jeszcze niższy niż zwykle. Nagle puścił druciane ogrodzenie, które odskoczyło od niego z trzaskiem, po czym przeszedł kilka kroków wzdłuż niego w tę i z powrotem, marszcząc brwi i przykładając zwiniętą pięść do ust.

— Więc o co chodzi? — wydusiłam z siebie. — Proszę, powiedz mi! Chcę ci pomóc!

— Nie możesz mi pomóc — odpowiedział dziwnie łamiącym się głosem. — Widzisz... w tym wszystkim... wcale nie chodzi o to, że załamałem się, bo mój ojciec był wilkołakiem! Ani nie chodzi nawet o to, że zostawił mnie i moją mamę... Chodzi o to... chodzi o to...

Nagle zatrzymał się, po czym odjął rękę od twarzy — na której odmalowała się rozpacz.

— Victoire ja... ja chyba zrobiłem coś... coś...  — Nie zdołał dokończyć zdania — odwrócił tylko głowę, zaciskając wargi i błądząc gdzieś wzrokiem w zapadającej szybko ciemności, jakby oczekiwał, że wyłoni się z niej jakaś podpowiedź — ale ona odpowiedziała mu tylko głuchym milczeniem, całkiem obojętnym na jego wyraźne zagubienie. 

— Co takiego? — zapytałam niemalże szeptem.

Czy próbował powiedzieć mi coś o swoim pijanym Sylwestrze? Ale czy mogło być coś, czego jeszcze o nim nie wiedziałam? Na mojej twarzy momentalnie pojawił się łagodny uśmiech.

— Teddy, nie zrobiłeś niczego złego! 

— Nie? — zapytał, po czym spuścił głowę i wyszeptał: — Pod koniec tamtego roku... wtedy, w lesie... przecież zabiłem tego wilkołaka, prawda? 

Jakiś ptak poderwał się z odległej gałęzi, rozdzierając wieczorny spokój trzaskiem i łopotem skrzydeł.

Przez krótką chwilę wpatrywałam się w Teda w totalnym osłupieniu.

— Zabiłem go — powtórzył zdrętwiałymi ustami, głosem tak zmienionym przez gorycz, że ledwie go poznawałam. Patrzył w dół na swoje ręce. Śnieg szybko skraplał się na jego dłoniach, pod wpływem ciepła błyskawicznie stapiając się w lśniące łzy, które pojedynczo ściekały mu małymi strużkami między palcami.

A potem zobaczyłam, że taka sama strużka spłynęła po jego twarzy.

I wtedy dopiero coś kliknęło w moim mózgu. Zdążył tylko poruszyć się niespokojnie, chyba chciał szybko otrzeć policzek i się ode mnie odwrócić, ale w tym samym momencie chwyciłam obie jego ręce i ścisnęłam je mocno dłońmi. 

— Tak... — powiedziałam, po czym mój głos nabrał bardziej dobitnego tonu. — Ocaliłeś nam wtedy wszystkim życie!

— Nie rozumiesz — Pokręcił głową, wykrzywiając usta w niedowierzającym uśmiechu, który wyglądał trochę tak, jakby rozbolał go ząb.  Raczej odebrałem komuś życie! Naprawdę tego nie widzisz?

Nie widziałam.

— W końcu to był wilkołak, prawda? A raczej ktoś, kto przemieniał się w wilkołaka raz na miesiąc, tak? Tak jak mój tata... — Teraz to ja zaczęłam kręcić głową, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami. — Więc to musiał być jakiś człowiek... zabiłem człowieka!

Nagle wypuściłam jego dłonie z rąk. 

Nie... to przecież niedorzeczne! Usłyszałam to co powiedział, zrozumiałam co chciał mi przekazać — i prawie natychmiast poczułam, że chciałabym o tym zapomnieć, nie, raczej nigdy tego nie usłyszeć! Wciąż kręciłam głową, ledwo zdając sobie z tego sprawę — zorientowałam się o tym dopiero wtedy, kiedy z mojego gardła wydarło się:

— N-nie, ty nie mogłeś...

Ale wtedy właśnie dotarło do mnie, że owszem, mógł. I nagle reszta zdania uwięzła mi w gardle. 

Jakim cudem nigdy o tym nie pomyślałam w ten sposób? Minęło już tyle miesięcy, tyle dni i nocy, podczas których Ted zadręczał się czymś, o czym ja tak bardzo nie chciałam pamiętać, że rzeczywiście, bardzo skutecznie o tym zapomniałam! A przecież było oczywiste, że ten wilkołak musiał mieć też jakąś ludzką formę, jakąś inną tożsamość... i Ted o tym wiedział.

Dlaczego ani ja, ani Pauline nie zaprzątnęłyśmy tym sobie głowy? Czy to dlatego, że byłyśmy po prostu tak szczęśliwe tym, że w ogóle uszłyśmy wtedy z życiem, że nawet nie zadałyśmy sobie tego pytania? A może po prostu przez cały czas wypierałyśmy tę prawdę?

— Ale... — wyjąkałam, z trudem usiłując ochłonąć. Płatki śniegu wirowały coraz gęściej w powietrzu — ostatni biali posłańcy mijającej zimy— Ty musiałeś to zrobić, przecież... on chciał nas pozabijać!

— Musiałem?! — Spojrzał na mnie prawie ze złością. — I tak już prawie nie żył! Mogliśmy go tam po prostu zostawić! 

— Więc... więc to chyba dobrze, że skróciłeś mu mękę...

Skróciłem mu mękę? — Najwidoczniej przekonało go to jeszcze mniej niż moje zapewnienia o tym, że nas ocalił. Znów przeszedł kilka kroków w tę i z powrotem, najwyraźniej coraz bardziej tracąc panowanie nad sobą. — Myślisz, że zrobiłem to, bo chciałem oszczędzić mu cierpień? Myślisz, że mnie to obchodziło? Że wyświadczyłem mu przysługę, dobijając go?

Zatrzymał się tuż przede mną, patrząc na mnie płonącymi oczami. Ale był to inny rodzaj ognia niż ten, który już dziś widziałam.

— Nie... w tym nie było żadnej litości. To była po prostu... nienawiść.

Niewidzialna ręka zacisnęła się na moim gardle.

Nienawiść. Ledwie wypowiedział to słowo, a już wiedziałam, że nie może być ono prawdą.

— Ja nie wiem... — powiedział zduszonym głosem. — Nie wiem skąd się we mnie wzięła. Ten wilkołak, kimkolwiek był... pewnie cierpiał tak jak mój tata. A ja... potraktowałem go jak jakieś zwierzę.

— Którym był.

Stanowczość z jaką to powiedziałam, zaskoczyła mnie może nawet bardziej niż jego. Drgnął lekko na dźwięk mojego głosu, choć był spokojniejszy niż niezmącona niczym tafla wody. I tak samo chłodny.

— On nie był taki jak twój tata. Bo niby dlaczego był w wilczej postaci, skoro tamtej nocy nie było pełni? — Zrobiłam jeden mały krok do przodu, patrząc na niego z rozpaczliwym pragnieniem, by moje argumenty do niego trafiły, żeby go uspokoiły  jednak Ted cofnął się w tym samym momencie, tak że moja ręka, którą chciałam go dotknąć, natrafiła tylko na płatki śniegu unoszące się między nami.  Nie było wtedy pełni! Rozumiesz?... Nawet jeśli był kiedyś człowiekiem, to dawno przestał nim być! Zatracił swoje człowieczeństwo i pozostał potworem, sam sobie wybrał taki los... Tak się czasami dzieje, tak było przecież z Fenrirem Greybackiem, który zaatakował obu naszych ojców! Rozumiesz? Nic już i tak nie mogłoby mu pomóc...

— Tylko jakie to ma teraz znaczenie? — zapytał, nagle uśmiechając się i wzruszając ramionami z jakąś tragiczną bezradnością. — On nie żyje, a ja tak. On był wilkołakiem, a ja nie. On chciał odejść, a ja nie powinienem mieć mu tego za złe. Gdyby żył... po co by mu był taki syn, za którego musiałby się wstydzić. 

Przez krótką chwilę patrzyłam na niego zaskoczona, nie mogąc kompletnie zrozumieć o czym mówi. I dopiero po chwili to do mnie dotarło.

A więc jednak o to mu chodziło. Niby przez cały ten czas rozmawialiśmy o wilkołaku z lasu, a jednak Teddy myślał tylko o swoim ojcu.

I sama nie wiem kiedy ruszyłam w jego stronę. Jego oczy rozszerzyły się ze zdziwienia, gdy niespodziewanie ujęłam jego twarz obiema rękoma i powiedziałam głosem drżącym z przejęcia:

 NIKT. NIGDY nie mógłby się za ciebie wstydzić! I nie masz w sobie żadnej nienawiści! Ja jej w tobie nie widzę!

— A co widzisz? — wyszeptał. — Co we mnie widzisz, Victoire?

Przez moment obejmowałam jego twarz dłońmi, wodząc oczyma od jednej jego źrenicy do drugiej.

— Kogoś... kogoś dobrego — wyrzuciłam z siebie w końcu. — Dobrego, ale zagubionego... Jesteś dobry, Teddy...! Zawsze przecież byłeś...

— Może jednak nie jestem...

— Dla mnie jesteś! — zawołałam, a mój głos przybrał ton gorącego zapewnienia. — Jesteś dla mnie...

— Czym?

Patrzyliśmy sobie prosto w oczy.

— Wszystkim...!

I w tej chwili wiedziałam, że nie mówię tego tylko po to żeby go pocieszyć. Mówię to, bo naprawdę w to wierzę, ślepo i bezgranicznie, wszystkimi swoimi zdolnościami odczuwania. 

I bezwiednie pogładziłam jego policzek, gestem zupełnie naturalnym, potrzebnym. Wywarł on jednak na nim tak potężne wrażenie, że w Teddym nagle jakby odkręcił się niewidzialny kurek z emocjami. W jednej chwili marszczył jeszcze brwi i przygryzał wargi, w drugiej — przymknął powieki i odetchnął płytko, kiedy odnalazł ręką wierzch mojej dłoni, kiedy przycisnął ją jeszcze bliżej do swojej twarzy... Patrzyłam na niego, mrugając powiekami, całkiem oszołomiona jego... bezbronnością.

A potem już zupełnie wylała się z niego fala uczuć. Gwałtowna i niepowstrzymana jak lawina kamieni, która przygniotła mu kark, zmusiła go by pochylił głowę w moją stronę, by chwycił mnie nagle za twarz i oparł swoje czoło o moje...

Ogarnął mnie całkowity paraliż. Nie... Coś jednak szamotało się we mnie, rozpaczliwie i szalenie, jak ptak na uwięzi, bijący skrzydłami o pręty klatki... 

   BUM BUM. BUM BUM. BUM BUM.

Zaraz... Co się... co się dzieje?! 

   Ted Lupin tego nie słyszał. 

Ale ja słyszałam. Słyszałam też swój oddech i jego oddech. Czułam, jak jedną ręką schodzi z mojego policzka na szyję, jak palcami wplata się we włosy za uchem, spoczywa na karku... 

   I nagle już wiedziałam. Zrozumiałam do czego to zmierza, czym się skończy. 

  A świadomość ta przeszyła mój umysł niczym błyskawica, ostro i jasno, w ułamku sekundy. Na twarz buchnęło mi gorąco — na ramiona spadło nieopanowane drżenie, ale nie, przecież nie czułam żadnego zimna... Moje ręce zsunęły się na jego szalik, z szalika na przód płaszcza, ale nie byłam już w stanie stworzyć bezpiecznego dystansu, nie byłam w stanie nic już zrobić — mogłam jedynie sama zamknąć oczy i czekać, czekać na tę chwilę jak na zapadający na mnie wyrok...

BUM BUM. BUM BUM...

   Ale przecież... przecież to nie ma prawa się dziać!!!

   Przecież to był Ted Lupin... mój Teddy. Ten, któremu ufałam, że... nigdy nie przekroczy tej granicy...

   I jak to możliwe, że jeszcze przed godziną rozmyślałam o dzielącej nas nieprzebytej odległości, a teraz... 

Teraz nasze usta dzieliły milimetry! 

BUM BUM. 

Chyba równocześnie nabraliśmy powietrza, jakbyśmy mieli razem skoczyć z wysokiego klifu do bardzo głębokiej wody.

A potem... Potem jego wargi naprawdę dotknęły moich. 

Miękko i delikatnie, jakby zadawał nieśmiałe, a jednak tak bardzo spragnione pytanie, pod którym moje usta rozchyliły się bezwiednie do odpowiedzi... 

Ale nie odpowiedziałam. 

Westchnęłam.

 I opuściłam głowę.

*

Cisza pod Wrzeszczącą Chatą była ogłuszająca.

Coś się stało. Coś, czego nikt nie zauważył. Ruiny starego domu nadal stały jak stały — nie zatrzęsła się ziemia, z trudem podtrzymujące się ściany nie runęły w dół — ptaki nie poderwały się z drzew, by z wrzaskiem zniknąć na tle ciemniejącego nieba.

Czerwona łuna znikała już na horyzoncie. Zapadła ciemność. I tylko śnieg zaczął sypać gęściej — mokry i biały, taki jaki powinien.

A przecież nic w tym wszystkim nie było takie, jak powinno.

Jeszcze do końca nie wierzyłam w to, co właśnie się stało. Nie, po prostu tego nie rozumiałam. Świadomość tego docierała do mnie chaotycznie, w strzępkach, trochę jak ten wirujący śnieg, który opadał na nas z wolna. Wciąż mnie obejmował, a ja wciąż chowałam twarz w jego szaliku, oddychając głęboko, jakbym dopiero co cofnęła się znad krawędzi przepaści.

I nagle pojawiło się coś jeszcze poza chaosem. Strach.

Bałam się na niego spojrzeć. Ale przecież musiałam. Nie mogłam wciąż kurczowo trzymać się jego płaszcza tylko po to, żeby się przed nim ukryć, ukryć to co czuję, a raczej to, czego nie chciałabym czuć!

Jakbyśmy równocześnie pomyśleli o tym samym, wreszcie odsunęliśmy się od siebie.

I prawie natychmiast Ted Lupin odwrócił się ode mnie plecami, znów zwracając się w stronę Wrzeszczącej Chaty, czepiając się palcami o powykrzywianą siatkę. Cisza. Czułam jak w gardle rośnie mi kula, coraz większa i coraz bardziej bolesna... ale dlaczego miałam ochotę się rozpłakać?! Przecież to nie była moja wina, tylko jego, to on sam wszystko zniszczył, wszystko! W głębi duszy wiedziałam jednak, że nie była to prawda. To było coś we mnie co zawiniło, może nawet to samo, co kazało Spellowi mnie wykorzystać... a mnie zmusiło, bym na to pozwoliła, a teraz...

Nie pozwoliłam na to samo.

Choć to przecież nie było to samo. A właściwie, jedno nie było nawet podobne do drugiego.

I być może gdybym była odważna, i gdybym wiedziała czego chcę, zamiast pozwolić mu się ode mnie odwrócić, powinnam była znów przyciągnąć go do siebie i pocałować go tak, jakby tego pragnął.

Jednak sekundy ciężkiego milczenia mijały, a ja wciąż stałam w bezruchu, próbując opanować drżenie i całkowity popłoch myśli...

Jednej z nich nie potrafiłam się jednak pozbyć. Zdawała się wybrzmiewać w moim mózgu wybijając się ponad inne, natrętna jak alarm...

To niemożliwe... To się nie stało!

I już otwierałam usta, nie mając pojęcia co właściwie chcę powiedzieć — kiedy on pierwszy się odezwał — i to głosem tak opanowanym, że wydał mi się niemalże obojętny.

— Przepraszam.

Widziałam tylko tył jego głowy — i ręce zaciskające się na siatce.

— T-t-to... — wyjąkałam. — Nie, to... to ja przepraszam... Przepraszam!...

Mokre płatki śniegu osiadały coraz liczniej na jego włosach i ramionach. Opuścił dłonie i odwrócił się.

I nie wiem co bardziej mną wstrząsnęło. To, że bez żadnego wstydu spojrzał mi prosto w oczy, czy może to, że nie znalazłam w jego twarzy żadnych oznak silniejszych emocji — żadnego wyrzutu, ani upokorzenia, ani rozczarowania, ani nawet gniewu.

To co widziałam mogło być co najwyżej lekką rezygnacją.

— Nie szkodzi — powiedział cicho, nawet się lekko uśmiechnął. I dopiero wtedy zobaczyłam to, co z takim wysiłkiem przede mną ukrywał.

To był po prostu... ból.

— Idź już... już jest późno.

Zrobiłam taki ruch ręką, jakbym chciała go dotknąć, jednak szybko się cofnął.

— N-nie... Nic już nie mów. Idź.

Odwróciłam się i odeszłam.





Hmmmm... 
Trochę nie wierzę, że przez rok opisywałam jeden wypad do Hogsmeade.
Chyba najwyższy czas wrócić do Hogwartu X"D 
(Jeśli sądziliście, że Tedoire jest tu dla chillu, to chyba nie uważaliście przez całe opowiadanie.
Tedoire jest dla dramy.
To Pockemon jest dla chillu ^^
I właśnie w ten sposób harmonia we wszechświecie zostaje zachowana).

Nox/*

Tita











wtorek, 5 maja 2020

2.19 Cisza pod Wrzeszczącą Chatą

Victoire Fleur Weasley


— Jesteśmy złymi ludźmi!

   Dwie pary butów — jedna moja, druga należąca do Teda Lupina — chlupotały w zgodnym rytmie o szare kałuże. Teddy spojrzał na mnie przelotnie, leciutko unosząc brwi. Jak na kogoś, kto właśnie pozostawił bezbronną dziewczynkę na pożarcie przez górskiego trolla, raczej nie wyglądał jakby dręczyły go szczególnie wyrzuty sumienia. 

— Wcale nie jesteśmy — zaprzeczył, niemalże podskakując na drodze, tak sprężyście pokonywał wodniste leje w brudnym śniegu. Dla dopełnienia obrazu jego beztroski, brakowało tylko żeby miał na głowie wianek kwiatków i wymachiwał koszyczkiem wypełnionym wiktuałami dla babci. — Przeciwnie, jesteśmy właśnie dobrymi ludźmi. Pomogliśmy Pocky spełnić dobry czyn...

— I przy okazji zafundowaliśmy jej pewną traumę!

— Raczej tylko naraziliśmy ją na lekki uraz psychiczny...

— To to samo! — zawołałam, a woda pod moim butem chlupnęła stanowczo. — Czuję się z tym źle... Ona tam będzie krwawić wewnętrznie, podczas gdy my w tym czasie... 

Nagle urwałam, po czym zatrzymałam się gwałtownie, zmuszając Teda do tego samego. No właśnie... Co my właściwie będziemy w tym czasie robić?!

Spojrzałam w jedną stronę (obściskujące się i mlaskające pary), potem w drugą (jeszcze więcej obściskujących się par), aż w końcu zwróciłam wzrok na Teddy'ego, który stał przede mną z rękami w kieszeniach, nie wiedzieć czemu, uśmiechając się od ucha do ucha jak jakiś radosny szczeniak.

I naprawdę bardzo chciałabym wiedzieć, w czym znajdował taki powód do radości. Bo chyba nie w tym, że były Walentynki! Fakt, że Pocky jęczała mi o tym nad uchem przez cały poprzedni miesiąc, najwidoczniej nie wystarczał — dotarło to do mnie wyraźnie dopiero w chwili, w której zorientowałam się, że ja i Teddy jesteśmy chyba jedynymi osobami w promieniu kilku mil, które nie zachowują się jak ryby na tarlisku. Jednej straszliwej prawdzie nie dało się jednak zaprzeczyć — a mianowicie tej, że my również stanowiliśmy parę. Parę ludzi oczywiście. I to niestety takich, którzy niefortunnie znaleźli się sam na sam chyba po raz pierwszy w całej historii naszych wspólnych wypadów do Hogsmeade... bo do tej pory przecież zawsze towarzyszyła nam Pocky.

Dzisiaj niestety miało być inaczej. Pauline wyjątkowo była zajęta misją ratowania wszechświata (aka poddawaniem się torturom konwersacji z bezmózgą połacią mięsa), podczas gdy ja nagle znalazłam się całkiem sama naprzeciwko zasadniczego problemu jakim niespodzianie okazał się być fakt, że... Teddy bezsprzecznie był osobnikiem płci przeciwnej. I nie żeby mi to kiedykolwiek jakoś szczególnie przeszkadzało, ale akurat dzisiaj... kiedy pokazywanie się w miejscu publicznym w towarzystwie tak zwanego (czytaj głosem Brendy) chłopaka! było ostatnią rzeczą, której chciałabym się dopuścić... Tak, wiem, był moim przyjacielem, ale reszta szkoły przecież nie musiała o tym wiedzieć! A byłam na sto procent pewna, że szkolna społeczność żywo interesowała się tym, z kim Victoire Weasley spędza Walentynki — a już zwłaszcza po tej całej medialnej aferze, którą Brenda rozkręciła wokół mnie i Spella...

I nagle na myśl o Spellu już całkiem porzuciły mnie resztki odwagi. Rozdarta pomiędzy dwiema drogami — jedną prowadzącą do bezpiecznej przystani, drugą do niechybnej śmierci — zahuśtałam zabłoconym butem ponad kałużą, aż wreszcie rozległ się cichy plusk, kiedy zdecydowałam się postawić krok w przeciwnym niż pierwotnie kierunku.

— No to chyba, eee... wracamy do Zamku! — zakomenderowałam, starając się zabrzmieć jak najbardziej beztrosko, równocześnie tak raptownie odwracając się resztą ciała w ślad za swoją stopą, że mało brakowało, a kosztem skręcenia kostki wykonałabym pełny piruet. Jednak Ted zagrodził mi drogę chyba szybciej niż Wood broniący pętli przed kaflem przeciwnej drużyny.

— Co? — Momentalnie przestał się uśmiechać. Omal na niego nie wpadłam, toteż cofnęłam się chwiejnie, tocząc wokół przestraszonym wzrokiem — miałam nadzieję, że nikt tego nie zauważył!

— No chyba... nie musimy tutaj być! — wypaliłam, starając się przybrać dziarski ton. — Spełniliśmy już swój obywatelski obowiązek...

— Victoire, przecież... nie możemy zostawić Pocky samej! A co jeśli użyje swojego galeona?

No tak. W końcu w tym celu tutaj przyszliśmy! Tylko czemu tak nagle o tym zapomniałam?

— Hmmm... — Przygryzłam wargę, niezdecydowana jakie kroki powinnam przedsięwziąć w zaistniałych okolicznościach. Wokół nas było już całkiem gęsto od czarnych płaszczy i szalików czterech domów Hogwartu, które niestrudzenie napływały wciąż od strony Zamku. Nie potrafiłam pozbyć się wrażenia (zapewne słusznego), że wszyscy się za nami oglądają. Gdybym tylko mogła z czystym sumieniem zwalić to na własną wybujałą wyobraźnię...

 — To może... idźmy do Świńskiego Łba! 

To było najlepsze co zdołałam wymyślić. Świński Łeb, który sam w sobie stanowił 5% zanieczyszczenia środowiska całej Ziemi, z pewnością był ostatnim miejscem, w którym ktokolwiek chciałby spędzać Walentynki, a co za tym idzie, nikt by nas tam nie widział. Najwyraźniej jednak Tedowi niezbyt przypadł do gustu ten pomysł.

— Do Świńskiego Łba?! — powtórzył, krzywiąc się. — Rozumiem, że nie chcesz by ktoś zobaczył nas dziś razem, ale... dlaczego ten przywilej ma mieć akurat ten stary oblech?

Miał na myśli oczywiście Mundungusa Fletchera, który prowadził bar — jeśli można to było tak określić. W rzeczywistości owo "prowadzenie baru" ograniczało się do spluwania do szklanek klientom, rozprowadzania po wiosce fajkowego ziela i organizowania nielegalnych walk wampirów.

— Och, to nie tak... — powiedziałam, mimo wszystko czując, że ogarnia mnie nieprzyjemne zmieszanie. — Chodzi tylko o to, że... naprawdę nie chcę, żeby ktoś pomyślał, że... no wiesz. — Spojrzałam na Teda znacząco, na co uniósł brwi jeszcze wyżej. — No wiesz!

Wcale nie wyglądał na obrażonego, chociaż nie uśmiechał się już tak szeroko.

— Taaa... — odparł, wciąż z lekko ironicznym wyrazem twarzy. — Chyba wiem!

— No właśnie! — Odetchnęłam z mimowolną ulgą, że nie muszę mu tego tłumaczyć. — Więc chyba rozumiesz... jakby ktoś pomyślał, że my... no wiesz, to... to by było... okropne!

— Tylko kogo to właściwie obchodzi? — wyrzucił z siebie Teddy, na co wytrzeszczyłam na niego oczy. Wzruszył ramionami, po czym zmarszczył brwi. — To znaczy... dlaczego jacyś durni ludzie mają nam zniszczyć cały dzień? Nie możemy po prostu posiedzieć w Trzech Miotłach i...

— Nie! — przerwałam mu tak gwałtownie, że aż się wzdrygnął. — Teddy, w Trzech Miotłach będą wszyscy ci, którzy nie zmieszczą się w Przystani Szczęśliwych Par!

Ale Ted chyba wciąż w ogóle nie rozumiał jak poważne były moje obawy. Wręcz przeciwnie, najwyraźniej go bawiły! 

— I co z tego? — wyartykułował dźwięcznie, zbliżając się o krok w moją stronę — spróbowałam się cofnąć na szarym śniegu, ale on już objął mnie w pasie, kiwając się ze mną pośrodku kałuży jak jakiś pingwin. — Vi, daj spokój! — Zaczął obracać się ze mną z powrotem w stronę wioski. — Wiesz co powiedział kiedyś pewien stary mądry czarodziej?

Byłam zbyt zajęta rozglądaniem się na boki, aby skupić się na jego słowach.

— Co? 

— Że nie ma takich zmartwień, na które nie pomogłoby kremowe piwsko! 

Nigdy wcześniej nie słyszałam tej ludowej mądrości. Zanim jednak zdążyłam zapytać, który właściwie czarodziej to powiedział, Ted objął mnie jeszcze mocniej — po czym zmusił mnie do całej serii lekkich, przepełnionych radością życia podskoków, jakby w ten sposób chciał wytrząsnąć ze mnie ewentualne demony. Czy mu się to udało, nie wiem, ale z całą pewnością zdołał doprowadzić mój mózg do mikrowstrząśnienia. — O, widzę, że już ci lepiej! — Chyba musiałam się uśmiechać skoro tak zareagował, chociaż wydawało mi się, że moja twarz nie mogła wyrażać nic więcej poza skrajną udręką.  To na czym stanęło? Że idziemy do Trzech Mioteł, tak? Świetnie się bawimy, mamy gdzieś wszystkich i vice versa?

Och, naprawdę bardzo chciałam w to uwierzyć... Szkoda tylko, że to było absolutnie niemożliwe! 

I jakby wszechświat chciał potwierdzić zasadność moich zmartwień, nagle usłyszałam chór głośnych chichotów, ostro i przenikliwie przeszywających chłodne powietrze. Czym prędzej wyrwałam się z ramion Teda Lupina — w samą porę, żeby zobaczyć jak tuż koło nas przechodzi cała grupa ślizgońskich dziewczyn, bezczelnie strzelających oczyma w naszą stronę. Jakimś cudem nic nie powiedziały w naszym kierunku, wystarczył jednak sam wybuch śmiechu, żeby przebiegły po mnie dreszcze okropieństwa. I niestety nie pomagało, że na 99% znałam powód ich wesołości.

— No tak... — skwitował Teddy, przez chwilę wodząc za nimi wzrokiem — następnie wbił ręce do kieszeni i zaczął kiwać się niezręcznie na podeszwach w przód i w tył. Stałam z poszarzałą twarzą, obejmując się ramionami, zachowując bezpieczny dystans. — Jak już mówiłem...

— ...wszyscy będą mieli nas gdzieś?!

Prześwidrowałam go spojrzeniem, szkoda tylko, że raczej niespecjalnie się tym przejął. Czy jego nic nie było w stanie ruszyć?

— Co... chodzi ci o te dziewczyny? — Niespodziewanie się zaśmiał, czym muszę przyznać, całkiem mnie zaskoczył. — Chyba powinny wiedzieć, że jesteśmy tylko przyjaciółmi! I tak po prostu poszliśmy sobie razem do Hogsmeade... jako przyjaciele. Nic romantycznego. — Opuścił głowę, jakby mówił do swoich kiwających się butów. — Chyba, że chcesz.

— Co? — Wciąż słyszałam w uszach okropny śmiech ślizgonek, przez co spojrzałam na niego totalnie bez zrozumienia. — Ale co chcę?

Przez chwilę nie odpowiadał, balansując lekko na jednej nodze, z miną wyrażającą głęboki namysł. 

— Nico! — odparł wreszcie dobitnie, opadając z pluskiem kałuży na pełne podeszwy. — Tak tylko żartuję.

Po czym po raz ostatni kopnął śniegową pluchę, uśmiechnął się do mnie półgębkiem i ruszył główną drogą. Przez moment spoglądałam jeszcze na jego plecy. Było jasne, że Ted objawiał zadziwiającą beztroskę względem potencjalnych plotek na nasz temat — ale o co mu do licha przed chwilą chodziło...?

Zaraz jednak machnęłam lekko ręką i czym prędzej ruszyłam żeby go dogonić, porzucając za sobą to zagadnienie.

*

   Całe popołudnie spędziłam na dokładaniu wszelkich starań, aby trzymać Teda Lupina jak najdalej od jakichkolwiek lokali, a zarazem aby jak najszybciej doprowadzić go do doszczętnego bankructwa. 

Chociaż z tajemniczych względów widocznie nie miał na to szczególnej ochoty, i tak zmusiłam go do maratonu chyba po wszystkich możliwych sklepach Hogsmeade. Mój plan raczej nie był zbyt wyrafinowany. Przede wszystkim dbałam o to, byśmy nie zatrzymywali się nigdzie na dłużej, dając tym samym powód otoczeniu do bezpodstawnych podejrzeń. Po sklepach kręciło się niewiele osób, głównie trzecioklasistów, okazjonalnie znanych mi acz niegroźnych czwartoklasistów — o to mi jednak w gruncie rzeczy chodziło.

Byliśmy więc niemalże wszędzie. W sklepie odzieżowym Gladraga prawie udało mi się namówić Teda na kupno fantastycznej szaty wyjściowej zmieniającej kolor, a kiedy mi się to nie udało, całe piętnaście minut spędziłam na wybieraniu sobie najbardziej puchatych z samoocieplających się skarpetek. Nie zdążyłam ich jednak kupić, ponieważ w tym samym momencie do sklepu weszła rudowłosa Kaitlyn Jackson, która gdy tylko nas zobaczyła, od razu wygłosiła głośny komentarz na cały sklep, czy przypadkiem nie szukamy tu seksownej bielizny. A ponieważ Ted wyglądał tak, jakby miał wielką ochotę jej odpowiedzieć, szybko pociągnęłam go w stronę drzwi, rzuciwszy uprzednio skarpetki gdzie popadnie — co w tym niefortunnym przypadku oznaczało twarz właściciela, choć zanim skarpetki z niej opadły, ja już zdążyłam wybiec ze sklepu, nie zobaczyłam więc jaką miał minę.

Miodowe Królestwo, które z dawien dawna stanowiło najpopularniejszy punkt odwiedzin w Hogsmeade, jak zwykle było najbardziej zaludnione — zwłaszcza, że z okazji Walentynek, cukiernia miała do zaoferowania całą ścianę limitowanej serii walentynkowych słodyczy. Razem z Teddym podeszliśmy do nich z czystej ciekawości, żeby popatrzeć trochę na wielką fontannę różowego likieru, po której skakały cukrowe gołębie, maczając w niej trzymane w dziobkach pianki. Były tam też czerwone róże, które wyglądały jak prawdziwe, a których płatki po oderwaniu zamieniały się w czekoladowe czipsy, ogromne bezy i rzecz jasna, setki wielkich sercowych lizaków, na których napisy zmieniały się jak neony  szczególnie spodobała nam się czekoladowa trumna z wypisanymi na niej literami "I nie opuszczę cię aż do śmierci". Za trumną zaczynał się dział o nieco bardziej frywolnej tematyce, toteż ja i Teddy odwróciliśmy się w przeciwną stronę, oboje poprawiając sobie szaliki, które nagle zaczęły nas dziwnie grzać w szyje. Ale właśnie wtedy o mało co nie wpadliśmy na kogoś... na całe szczęście, była to tylko Paris Lowendby, koleżanka Julii z biblioteki. Przeprosiła nas jak zwykle bardzo miłym tonem — a potem rzuciła zaciekawione spojrzenie na półkę za nami, a potem na nas. To wystarczyło, żebym znów czym prędzej wyciągnęła Teddy'ego ze sklepu, przekonując go, że koniecznie musimy odwiedzić Scrivenshafta.

A dlaczego?

— Bo to niezwykle ważne, jakim piórem będziesz pisał Sumy! Tyle się uczysz, że twoje stare pióro nie przetrwa do egzaminów, koniecznie musisz kupić sobie nowe, najlepiej niezbyt ekstrawaganckie, żeby cię nie rozpraszało, ale takie, które pozwoli ci się skoncentrować, zapewni komfort pisania i... i... no w ogóle!

W sklepie z artykułami piśmienniczymi jeszcze przez kilka minut katowałam Teda wykładem na temat tego, jakie rodzaje piór wpływają najlepiej na wydajność mózgu (bzdety zasłyszane kiedyś od Julii), i dopiero wtedy Teddy'emu udało mi się przerwać:

— Ale Victoire... wiesz, że na egzaminach dają nam specjalne pióra? Takie, których nie będziemy mogli zaczarować?

To mnie trochę zbiło z pantałyku, choć nie na długo.

— W takim razie pomożesz wybrać nowe pióro dla mnie!

— Vi... a co z Trzema Miot...

Ale w tym momencie mocno go potrąciłam, sięgając do przodu po wielką butelkę z atramentem.

— Patrz, tęczowy tusz!!

Ted tylko westchnął, po czym ze znużoną miną zaczął oglądać pergamin wydłużający się w miarę pisania. Lecz i tym razem niewiele zdołaliśmy kupić. Właśnie odkładałam pióro hipogryfa chcąc sięgnąć po inne, kiedy dostrzegłam Orellię Craig wraz z przyjaciółeczkami. Stały pod półką z pawimi piórami i rozmawiały między sobą głosami na tyle przyciszonymi, aby wydawało się, że mówią dyskretnie, choć w cichym sklepie i tak każdy doskonale je słyszał.

— ...czy ona jest jakąś idiotką?

— No właśnie, przecież wszyscy wiedzą, że oni się przyjaźnią! Kogo ona chce oszukać?!

— Nie wiem jak wy dziewczyny, ale według mnie to jest po prostu żałosne! Niech się lepiej przyzna, że po prostu nikt nie chciał się z nią umówić...

— Nikt, to znaczy es... pe... e... el... el...

W tym miejscu trzy puchonki pozwoliły sobie na tak przenikliwy chichot, że z całą pewnością nie powstydziłoby się go stado chochlików kornwalijskich.

Mnie było niestety trochę mniej do śmiechu. Niewiele brakowało, a złamałabym pióro, które trzymałam właśnie w ręku. Ted, który płacił za swój pergamin, o mało co nie upuścił sakiewki z pieniędzmi, kiedy szarpnęłam go za łokieć i po raz kolejny wyprowadziłam go na zewnątrz.

I dopiero wtedy pożałowałam, że tak szybko się zwinęliśmy. Tuż nad głową Orellii stał wielki słój z czerwonym tuszem... Wystarczyło jedno sprawnie rzucone Zaklęcie Eksplodujące i nikt by nawet nie zobaczył krwi...!

— Orellia jest tak głupia!!! — wybuchnęłam, na co Teddy znów o mało co nie upuścił w błoto swojego nowiuteńkiego pergaminu. Byliśmy już pod Derwiszem i Bangesem. — Wytłumacz mi, jak Simon może się zadawać z taką kretynką?!

— Och... chyba całkiem zwyczajnie... — bąknął takim tonem, jakby niezbyt wiedział co na to odpowiedzieć. — Jeśli wyćwiczył się w skutecznym zatykaniu jej twarzy...

Ta uwaga cholernie mnie zirytowała, choć niewiele miało to wspólnego z Simonem i Orellią. Może dlatego, że padła z ust kogoś, kto sam miał w nich język pewnej głupiej ślizgonki... Czym prędzej jednak powstrzymałam własny aparat mowy przed wypowiedzeniem tej złośliwości.

Bo czy ja sama byłam w czymś lepsza...?

U Derwisza i Bangesa Ted kupił sobie fałszoskop, choć miał ich już chyba z pięćdziesiąt. Stamtąd również czym prędzej go wyciągnęłam. Głównie dlatego, że spotkaliśmy tam Cristera wspartego na ramionach Florence i Rosalie, a cała trójka wyglądała tak, jakby już zaliczyła walentynkowego drinka z dodatkiem ludzkiej śliny pod Świńskim Łbem. Zaczęli nas bardzo namiętnie namawiać, abyśmy się do nich przyłączyli, sugerując, że mają bardzo ciekawe plany na wieczór, związane przede wszystkim z wielkim basenem w łazience prefektów. Odmówiliśmy najgrzeczniej jak się dało i opuściliśmy sklep, znów poprawiając sobie szaliki — jeśli o mnie chodziło, to zrobiło mi się gorąco na samą myśl, że ktoś w ogóle mógł to usłyszeć i wziąć na poważnie.

Niepokoiła mnie nieobecność Brendy i cały czas miałam w myślach jej Pufazzich.

— To co... — zagadnął Teddy niewinnie, kiedy stanęliśmy znów pośrodku drogi, nie mając już dokąd się udać. Myślami wybiegłam o pięć sekund w przyszłość, już przeczuwając, co zaraz powie. — Strzelimy sobie...

— ...w łeb?

— Co?

 — Co? — Po chwili zaśmiałam się na widok jego miny. — Tak, strzelimy sobie po kremowym piwku! — wypowiedziałam na głos słowa, w których wymówieniu sama mu przeszkodziłam. — Ale jeszcze nie teraz...

— A jeszcze w tym życiu, czy czekamy, aż Voldemort po raz kolejny się odrodzi? — zapytał wyraźnie poirytowanym tonem. — Niby dokąd  chcesz jeszcze iść? Byliśmy już wszędzie! Victoire, czy ty naprawdę aż tak się wstydzisz? — wyrzucił z siebie niespodziewanie. — Bo jeśli tak, to... to znaczy... — urwał, po czym wziął głęboki oddech.  Jeśli tak, to po prostu to powiedz, bo... odnoszę wrażenie, że przez cały czas próbujesz...

Ale nigdy nie dowiedziałam się, co próbuję. Spojrzałam w jedną stronę, a potem w drugą. Derwisz i Banges znajdowali się już na samym skraju wioski. Moje oczy niczym radar przesunęły się po wszystkich chatkach zawalonych różowymi kwiatami i sercami — i dopiero kiedy przekonałam się, że kompletnie nikt nas nie widzi, położyłam mu ręce na ramionach i błyskawicznie pocałowałam go w policzek.

I nie bez pewnej dozy zadowolenia natychmiast skonstatowałam, że udało mi się w pełni osiągnąć zamierzony efekt. Na krótką chwilę Teda chyba całkiem zatkało.

— Czy teraz zgodzisz się pójść ze mną  jeszcze tylko w jedno maleńkie miejsce?!

 — Taaak... Jak chcesz...

Powiedział to jakimś dziwnie miękkim i słabym głosem.


*

Właściwie nie znałam takich urodzin, na które nie dostałabym w prezencie wielkiego pudła Magicznych Dowcipów Weasley'ów. Ten rok również nie należał do wyjątków. Kiedy obudziłam się trzy dni temu w dzień moich piętnastych urodzin, już tam było — czekało na mnie w nogach mojego łóżka, opakowane w bijący po oczach papier w pomarańczowo-różowe paski, przystrojone wielką fioletową kokardą na czubku, emanując obietnicą takich cudów i dziwów, jakich jeszcze nikt z żyjących czarodziejów nie widział. Niezależnie od tego, czy kończyłam lat pięć czy piętnaście, moje emocje na jego widok zawsze były jednakie — co roku niezmiennie wywoływał we mnie to samo radosne trzepotanie serca jak i zniecierpliwione mrowienie w opuszkach palców. To doprawdy coś zadziwiającego  byłam osobą, która potrafiła zachować chłodne opanowanie nawet w najbardziej kryzysowej sytuacji życia, ale kiedy widziałam znajome opakowanie, momentalnie budził się we mnie rozszalały niuchacz, któremu ktoś otworzył skrytkę w banku Gringotta tuż przed nosem — nawet Protego nie byłoby w stanie powstrzymać mnie przed zdziczałym rozdarciem papieru na strzępy i rozrzuceniem ich szczątków na wszystkie strony.

Zresztą, nie była to jedyna uświęcona wieloletnią tradycją zasada. Cały zestaw urodzinowych prezentów nacechowany był nachalną wręcz powtarzalnością. Doroczna dostawa Magicznych Dowcipów Weasleyów stanowiła taką samą oczywistość, jak sweter od babci Molly na Boże Narodzenie — nie było też żadną niespodzianką to, że rok w rok dostawało się okrutnie nudną książkę od wujka Percy'ego, choć zazwyczaj rekompensowała ją druga książka od cioci Hermiony. Za to od Harry'ego i Ginny za każdym razem można było się spodziewać czegoś kompletnie nietrafionego, na przykład rośliny, która wyła wniebogłosy i podlewała się własnymi łzami jeśli ty o tym zapomniałaś, albo samoczyszczący się kosz na śmieci. Wujek Charlie przysyłał zawsze coś ze smoczej skóry i często zapominał co przysłał rok wcześniej, co równało się z tym, że całą szafę miałam zawaloną identycznymi butami i torebkami, za które zarówno Orellia Craig jak i Gigi Bulstrode byłyby w stanie zabić... I tylko na przyjaciół mogłam liczyć, jeśli tęskniłam za jakimś ewentualnym elementem zaskoczenia.

A już w szczególności na Brendę. W tym roku, na jej prezent składały się takie przedmioty jak: zestaw magicznych konfetti, lusterko wytwarzające tęczę, okropna imprezowa tiara z różowymi cekinami i flamingami, wielki pluszowy hipogryf, który naprawdę latał po pokoju, hologramowe szpilki wygodne jak trampki (abym mogła imprezować w nich wiele godzin), tuzin zdjęć Brendy kieszonkowego formatu (abym zawsze mogła ją nosić przy sobie), nieudolnie uszyte pacynki wyobrażające mnie i Brendę, mała książeczka wyśpiewująca historię naszej przyjaźni, oraz oprawione w złotą ramkę w kształcie serca ewidentnie przerobione zdjęcie, na którym Brenda obejmowała za szyję Sandrę Kench — z tym, że w miejscu jej twarzy wkleiła moją. Od Pauline dostałam za to cały zestaw zupełnie mi nieznanych eliksirów, takich jak Łyk Odwagi, Remedium na Rumieniec albo Recepta na Ripostę — podejrzewałam, że kilka z nich Pocky sama wymyśliła... Za to od Teda Lupina... od Teda jeszcze nic nie dostałam. Tylko karteczkę, że prezent da mi później.

Karteczka była też przyczepiona do wielkiego pudła z Magicznymi Dowcipami. I jak się w krótkim czasie okazało, jej treść ucieszyła mnie niemniej od samego pudełka — w oszczędnie sformułowanym liściku wujek Ron informował mnie, że wszystko przeszło jak najbardziej pomyślnie, i że już w najbliższy weekend będę mogła odwiedzić nowo otwartą filię sklepu Weasley'ów w Hogsmeade. Chyba nie muszę wam mówić, że już od roku na to czekałam z większą niecierpliwością niż na własne urodziny — a już na pewno bardziej niż na Walentynki! I wszystko byłoby takie piękne, gdyby nie to, że...

Teddy Lupin oczywiście nadal musiał być obrażony na połowę rodziny! 

Magiczne Dowcipy Weasley'ów otworzyły się w lokalu, gdzie dawniej mieścił się sklep Zonka, a który nie działał już od Drugiej Wojny Czarodziejów. Wujek Ron od dawna napomykał o wykupienia tego miejsca, ale George jakoś niezbyt palił się do tego interesu — może dlatego, że pierwotnie snuł te plany z Fredem, a teraz musiałby zrobić to bez niego.

W końcu jednak bracia jakoś się ze sobą dogadali. I wreszcie uczniowie Hogwartu zyskali bezpośredni dostęp do produktów, które do tej pory musieli zamawiać sobie z Pokątnej przez sowią pocztę. Z tego względu, Magiczne Dowcipy były bardziej zapełnione uczniami, niż Miodowe Królestwo kiedykolwiek — choć wiem, że pewnie niezmiernie trudno jest to sobie wyobrazić!

Tutaj to już nawet ja nie musiałam się martwić, że widząc mnie w towarzystwie Teda, ktoś sobie coś pomyśli.

— Łaaał... — powiedzieliśmy równocześnie — i było to jedyne co mówiliśmy przez blisko pół godziny spędzonej w sklepie.

Gdyż wszystko wokół wyglądało po prostu wspaniale — zresztą, niczego innego nie można było się spodziewać! Zewsząd atakowały nas jaskrawe kolory, jak i przeróżne, czasami całkiem dziwaczne dźwięki — syki, piski, trzaski i wybuchy, bzyczenia i brzęczenia, skrzypienia, stukania i strzelania. Tak samo jak na Pokątnej, mimo rozmiarów sklepu trudno było się poruszać — tak wiele było tu ludzi i tak wiele przedmiotów, które kręciły się, skakały, lewitowały i błyskały. Grupka ślizgonów oglądała zabutelkowane klątwy, a chyba cały tuzin trzecioklasistów przyglądał się zaczarowanej figurce Dumbledore'a, która stała przed lusterkiem wyobrażającym Ain Eingarp i poddawała swoją brodę magicznym zabiegom pielęgnacyjnym — obok niej inna figurka wyobrażająca Severusa Snape'a uciekała przed lewitującym szamponem, podczas gdy zabawkowy Lockhart nawijał sobie papiloty — wszystko to wchodziło w skład magicznego zestawu fryzjerskiego "Wystylizuj ich jak chcesz!"Przy dziale Cud Miód Czarownica znów napotkaliśmy Orellię z przyjaciółeczkami, choć tym razem na całe szczęście zajmowały się już swoimi sprawami — wszystkie trzy chichotały, pokazując sobie nowe eliksiry miłości. Ja i Ted minęliśmy je i przeszliśmy dalej na tyły sklepu — ale zaraz szybko stamtąd zawróciliśmy, kiedy okazało się, że mieściła się tam jeszcze bardziej pikantna półka +18 niż w Miodowym Królestwie — wracając, musieliśmy niemalże wachlować się swoimi szalikami.

— Och, popatrz! — wypalił Ted i chwycił pierwszy lepszy przedmiot jaki mu się nawinął, na co ja natychmiast udałam wielkie zainteresowanie — i chyba oboje przyjęliśmy ten pretekst z jednakową ulgą.

I wtedy chcąc nie chcąc spostrzegłam Cala Collinsa, blondwłosego, wiecznie wyszczerzonego kumpla Wooda. Czym prędzej rozejrzałam się po sklepie z ukłuciem nagłego niepokoju w piersi, które przebiło mi płuca niczym kolec, na chwilę wstrzymując ich funkcjonowanie — ale na całe szczęście samego Spella nie było nigdzie w pobliżu. Na szczęście... bo chyba to drugie ukłucie to wcale nie był zawód...?

Nie... Nie! To przecież musiała być ulga! Cichutko wypuściłam z siebie powietrze i mój wzrok powrócił do Collinsa, który stał właśnie przy Patentowanych Zaklęciach Wywołujących Sny na Jawie. Zanim jednak zdążyłam odwrócić spojrzenie, on również mnie zauważył. Jak zwykle wyszczerzył zęby, po czym pozwolił sobie na wykonanie w moją stronę kilku niedwuznacznych i niezwykle sugestywnych w swej prostocie gestów, za pomocą których wyraźnie dał mi do zrozumienia, jakie sny i z czyim udziałem najchętniej by spełnił.

I chociaż jeszcze przed chwilą sama uciekłam gdzie skrzeloziele rośnie na widok czarodziejskiej kamasutry, moje odczucia w tej chwili były dość dalekie od dziewiczego zawstydzenia. Zamiast zarumienić się w odpowiedzi na to zuchwalstwo, użyłam całej siły swojej wyobraźni, aby objechać go takim wzrokiem, jakim patrzy się na pufka pigmejskiego pijącego wodę z kibla, po czym zadzierając podbródek, nieco mocniej przycisnęłam się do ramienia Teda Lupina.

Rzecz jasna, nie uszło to jego uwadze.

— Co jest? — mruknął do mnie cicho, mimo woli odkładając pudełko z napisem "Wesoły Ponurak", które właśnie go zainteresowało.

— Collins — wyjaśniłam, nasycając jego nazwisko bardzo precyzyjnie odmierzoną dawką pogardy. — Powiesz mi, kiedy się odwróci?...

Przez chwilę Ted patrzył jeszcze ponad moim ramieniem, po czym syknął:

— Teraz.

Precyzyjne wycelowanie różdżki zajęło mi kilka sekund — nie było to wcale takie łatwe, żeby wyminąć te wszystkie wirujące i podskakujące przedmioty. Jeszcze tylko jedna sekunda i Cal potknął się o niewidzialną przeszkodę, potrącając pobliski stos tajemniczych pudełek... Rozległa się seria huków, kiedy pudełka posypały się na wszystkie strony... 

I nagle z jednego z nich coś wypadło. Tego stanowczo nie miałam w planach. W jednej chwili wszystko pociemniało, a głosy ludzi ucichły i rozległy się zdezorientowane szmery. Wszyscy spoglądali teraz prosto w miejsce, gdzie stał Collins, a może raczej w czarny strzęp mgły, który właśnie formował się przed nim — w jednej chwili wynurzyła się z niego zakapturzona postać, coraz większa i coraz czarniejsza... Wiele osób wydało z siebie przestraszone okrzyki, kiedy jej głowa dosięgnęła sufitu...

TRZASK!

Wielki dementor po prostu pękł jak balon. 

Nagle znów zrobiło się jasno i wszyscy zaczęli mrugać oczami. Najbardziej jednak mrugał sam Collins, który chyba jeszcze nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co się przed chwilą stało — a może raczej co stało się z jego strojem. 

Ponieważ był przyodziany w coś, co bardzo przypominało stylizację Dolores Umbridge. Zamiast czarnego płaszcza i szalika Gryffindoru zawadiacko przewieszonego przez ramiona, miał teraz na sobie wełnianą różową sukienkę, moherowy beret, różowe rajstopy w kotki, a nawet różowe butki z kokardkami. Na całe szczęście wybuch śmiechu trzecioklasistów wprędce go w tym uświadomił. Na widok swojej metamorfozy zrobił chyba jeszcze bardziej przerażoną minę, niż widząc fałszywego dementora.

— C-co... co to ma być?! — Chyba nawet sama Umbridge w starciu z centaurami nie mogła mieć bardziej piskliwego głosu. 

Ale nikt nie zdążył mu odpowiedzieć, bo zaraz rozległo się inne pytanie:

— A tu co się na gacie Merlina dzieje?!

Ron Weasley we własnej osobie, pojawił się przy nas tak nagle, że chyba musiał się teleportować. Cały tłum jak jeden mąż odwrócił się głowami w jego stronę. Na tle większości czarnych płaszczy wypełniających całą przestrzeń wokół, chyba jako jedyny (nie wliczając w to Collinsa) miał na sobie tak jaskrawy strój  — ubrany był w marynarkę w kolorze jadowitej magenty, która okropnie kłóciła się z jego rudymi włosami i oczywiście w wystrzałowy cylinder, zupełnie taki sam jak wielka ruchoma figura nad drzwiami sklepu.

Na jego widok Collins zrobił się bardziej różowy, niż cały strój, który tak pięknie go zdobił.

— Ja... ja nie wiem jak to się...

— Ale za to ja wiem! — zagrzmiał Ron, wyciągając różdżkę, za pomocą jednego machnięcia ponownie ustawiając rozsypane pudełka w zgrabny stos. — Należy się dziewięć sykli za to pudełko z Dementorem Dolores, które otworzyłeś!

— Ale... — wybełkotał Collins. — A co z moimi ubraniami?!

— Och, na pewno ukradniesz sobie jakieś!

Przez chwilę Cal tylko poruszał ustami. Co dziwne, jakoś nikt nie kwapił się, żeby wyjaśnić Ronowi, że Collins niczego nie usiłował ukraść.

I powiem nawet więcej. On naprawdę zapłacił te dziewięć sykli! Podszedł do Rona w swoim różowym wdzianku i wcisnął mu w rękę kilka srebrnych monet patrząc na niego spode łba, po czym opuścił sklep, zrywając z głowy beret, odprowadzany ożywionymi głosami i śmiechami. Dopiero wtedy wujek Ron zwrócił się w naszą stronę.

— O, to wy! — Wyszczerzył do nas zęby, chowając sykle od Cala do kieszeni marynarki. — I co, jak wam się podobało?

Wujek Ron należał do tego rodzaju wujków, przy których człowiek nigdy nie czuł się skrępowany, choćby zmagał się na co dzień z nie wiadomo jak wielką fobią społeczną. Od małego wszystkie dzieci w rodzinie Weasley'ów wiedziały, że Ron jako jedyny nie pogniewa się, jeśli nakryje kogoś na aportowaniu niuchaczowi za pomocą starej odznaki prefekta wujka Percy'ego — a można się było po nim jeszcze spodziewać, że sam przyłączy się do zabawy. Dlatego właśnie to jego, a nie Percy'ego, witałam zawsze serdecznym uściskiem — po prostu Ron zawsze był najlepszym ze wszystkich wujków i nie tylko ja tak uważałam — wszyscy moi kuzyni równie mocno go uwielbiali.

No... może poza Tedem Lupinem w tym konkretnym momencie naszego życia. Podczas gdy ja odsunęłam się od Rona wciąż nie mogąc przestać się szczerzyć, Teddy nawet nie podał mu ręki, stojąc jakoś dziwnie z tyłu, jakby ostentacyjnie nie chciał się nikomu narzucać.

— Ale co takiego? — zapytałam Rona, nie byłam bowiem pewna, czy chodzi mu o dementora, czy może o jego popis stanowczości jako właściciela sklepu.

— No jak to co. Dementor Dolores! — wyjaśnił Ron, patrząc to na mnie to na Teddy'ego, który miał dość grobowy wyraz twarzy. — Stworzyłem go specjalnie z myślą o Harrym... O mało co się nie posikał ze strachu. A nie, sorki. To James o mało co się nie posikał ze śmiechu. Harry był raczej bardziej wkurzony... Nie dość, że dał się nabrać i niepotrzebnie przywołał patronusa, to jeszcze te różowe ubrania, wiecie... one wcale tak szybko nie znikają i...

— Taaa — skomentował Teddy bardzo suchym tonem. — Boki zrywać.

Ron chyba ledwo co go usłyszał. Przez chwilę miał taką minę, jakby starał się pozbyć jakiegoś bardzo niewygodnego wspomnienia — podejrzewałam, że mogło mieć ono jakiś związek z ciocią Ginny, której metamorfoza męża w Umbridge musiała się jeszcze mniej spodobać niż samemu Harry'emu.

— No ale jak wam się podoba nowy sklep?! — ożywił się nagle, dotykając naszych ramion z obu stron. Teddy wciąż miał tak wymuszony wyraz twarzy, jakby wbrew swojej woli znalazł się na proszonej herbatce u cioci Stacy, od której musiał przyjąć dwanaście mokrych pocałunków. — Już wszystko obejrzeliście? A może zostaniecie na partyjkę szachów, co?

To dzięki Ronowi umiałam grać w szachy od szóstego roku życia — i od tego czasu chyba jeszcze ani razu z nim nie wygrałam.

— Jak to: zostaniemy? — spytałam, patrząc na niego ze zdziwieniem. — Chyba... chyba tu nie zamieszkałeś, co?

— Och, no wiesz... właściwie to trochę tak!

Aż zatrzymałam się raptownie.

— Jak to?! — wyrzuciłam z siebie, nie wierząc własnym uszom. — Serio? A co z ciocią Hermioną? I jej pracą w Ministerstwie?

— Hermiona... Hermiona nie ma nic przeciwko. — Nie od razu mi odpowiedział, a ja już wiedziałam, że nie mówi nam całej prawdy, bo jego uszy poczerwieniały. — Do tej pory i tak prawie mieszkała w Ministerstwie, tak więc...

Urwał, po czym podrapał się po długim nosie z wyraźnym namysłem, chyba zastanawiając się, co może nam powiedzieć — a raczej na co zgodziłaby się Hermiona.

— Ale chyba... nie rzuciła pracy w Wizengamocie? 

Spojrzał na mnie tak szybko, jakbym rzuciła w niego pająkiem. 

— Wujku, co się dzieje? — zapytałam z naciskiem.

Ten wymijający ton głosu i niepewność na piegowatej twarzy Rona — wszystko to świadczyło o tym, że coś się święciło. Wiadomość o nagłej przeprowadzce Granger-Weasley'ów do wioski całkiem mnie zaskoczyła. Najpierw Luna zaczęła uczyć w Hogwarcie, teraz Ron wprowadzał się do Hogsmeade... Wokół zaczynało aż roić się od członków Zakonu Feniksa i bardzo trudno było wyrokować, czy należało się z tego powodu aż tak cieszyć!

— Coś się szykuje? Czy to ma jakiś związek z...

— Ciiiiiiiiiicho! — Rzucił niespokojne spojrzenie w jedną i drugą stronę. — Chcesz, żeby Hermiona mnie zdekapitowała?!

— Ale jej tu nie ma!

— I co z tego? — syknął Ron rozdrażnionym tonem. — Może nawet bym wam powiedział — rzekł, prostując się. — Tylko po co, skoro i tak wszystkiego dowiecie się jutro...

— Jutro? — powtórzyłam. — A co będzie jutro?

— Tego dowiecie się jutro! — Spojrzał na mnie surowym wzrokiem, którego zazwyczaj używał wobec Rose i Hugo, kiedy zaczynali okładać się pięściami. Odpowiedziałam mu uniesionymi brwiami.

Ale zanim zdążyłam zapytać o cokolwiek więcej, Teddy postanowił niespodziewanie złamać swoje śluby milczenia.

— No jasne — odezwał się z zaskakującą jadowitością. Jutro. Tylko że jutra nigdy nie ma, a więc dowiemy się pewnie nigdy.

Ron spojrzał na niego z dość zaskoczoną miną. 

— A ty co — powiedział, uśmiechając się dość niepewnie. — Myślałem, że już ci przeszło...

— Przeszło?! — wycedził Teddy lodowato.

— No skoro napisałeś do Harry'ego...

— Nic nie napisałem do Harry'ego — odpowiedział Ted niemalże automatycznie, podczas gdy ja cofnęłam się o dwa ostrożne kroczki w tył, starając się jak najbardziej wtopić w półkę z Bombonierkami Lesera. Niestety właśnie w tej chwili Ron wypowiedział zdanie, którego obawiałam się najbardziej: 

— No przecież poprosiłeś go, żeby nauczył cię Patronusa!

Stało się. Znieruchomiałam z pudełkiem Krwotoczek Truskawkowych w ręku. Przez chwilę Ted Lupin także wyglądał, jakby zamienił się w bryłę lodu. I dopiero po chwili wyjąkał:

— Ż-że co?

— Więc to nie ty do niego napisałeś? — Ron wyglądał na niemniej zdezorientowanego niż Teddy. — A może to byłaś ty, Victoire?

Równocześnie na mnie spojrzeli — akurat w tym momencie, w którym odwróciłam się w stronę nowej edycji Dowcipnych Kociołków żeby udawać, że nagle bardzo mnie zainteresowały. Postarałam się przybrać taki wyraz twarzy jakbym była uosobieniem wrodzonej niewinności, nie mogę jednak z całą stanowczością stwierdzić by wyszło mi to zbyt dobrze, zwłaszcza że Ted gapił się na mnie z taką miną, jakby się zapowietrzył. 

— Tak czy siak, myślałem, że już dawno się pogodziliście — rzekł Ron, który na całe szczęście, nie należał do osób, które są w stanie długo znieść niezręczne milczenie. — Stary... ja rozumiem, że pewne rzeczy były dla ciebie wstrząsem. Ale masę rzeczy źle zrozumiałeś...

— Niczego źle nie zrozumiałem.

 — Doprawdy? — parsknął Ron. — Ja też myślałem, że pozwalam spać w swoim łóżku zupełnie zwyczajnemu szczurowi i nawet nie miałem pojęcia, że to tak naprawdę stary obleśny facet!

— A co to ma do rzeczy? — Teddy tak się zdziwił, że na moment zapomniał o swojej masce pogardy.

— A to, że pozory czasem naprawdę mylą! — wypalił Ron. — I wiem, że Hermiona pewnie wymyśliłaby lepsze porównanie, ale... czasami już naprawdę lepiej jest dowiedzieć się całej prawdy, choćby była nie wiem jak okropna...

— Ale jakiej prawdy ja mam się jeszcze dowiadywać? — odparował Ted niepokojąco cichym głosem. — Już przecież poznałem prawdę, tak? Nie potrzebuję już niczego więcej wiedzieć...

— Jasne! To tak jakbym ja uznawał prawdę o swoim szczurze tylko na podstawie zeznań Petera Pettigrew! Stary, to nie jest żadna prawda...

Ale w tym momencie Ted Lupin wyraźnie zadecydował, że nie będzie już dłużej słuchał tej żarliwej argumentacji. Podszedł do mnie i tym razem to on chwycił mnie za ramię.

— Świetnie było cię widzieć — powiedział do Rona znów tym samym oschłym i wymuszonym tonem, którego użył za pierwszym razem. — Ale tak się składa, że musimy już iść.

I po raz pierwszy tego dnia, to on wyprowadził mnie ze sklepu. Na niebie zbierały się już szare chmury. Po Głównej Drodze Hogsmeade snuły się bardzo nieliczne pary, niknąc z bocznych uliczkach ze stłumionym śmiechem, aby tam oddawać się celebrowaniu swojej intymności Ted Lupin nie mógł być chyba dalszy od tych nastrojów. Wciąż bardzo mocno ściskał mnie za rękaw płaszcza, prowadząc wzdłuż ulicy — widziałam tylko jego półprofil wycelowany stanowczo na wprost, zaciśnięte wargi i szczęki. Przeszedł ze mną w ten sposób kilkanaście metrów, z rozpędu aż minął Trzy Miotły — po czym nagle odwrócił się do mnie raptownie.

— Napisałaś do Harry'ego za moimi plecami?!

Przez krótką chwilę kompletnie nie wiedziałam co powiedzieć. Czy był jakiś sens temu zaprzeczać? Oczywiście, że napisałam do Harry'ego za jego plecami — bo przecież gdyby wiedział, że chcę to zrobić, nigdy by mi na to nie pozwolił!

I jeśli myślał, że wzbudzi we mnie jakieś wyrzuty sumienia z tego powodu — postanowiłam, że z kolei ja mu na to nie pozwolę! Jak mógł ode mnie oczekiwać, że będę żałować swojego występku? W moim odczuciu nie miałam ku temu żadnego powodu, chociażby jego najwątlejszego cienia. Czy miałam pozwolić, żeby Ted obrażał się na Harry'ego i Andromedę do końca życia, i cierpiał z tego powodu? Teddy zdawał się zapominać o pewnej rzeczy — w noc ich rodzinnej kłótni ja też tam byłam, też wszystko słyszałam — i widziałam jak na dłoni, że nie poznaliśmy pełnej wersji wydarzeń. Ron miał rację — Teddy oceniał swojego ojca tylko przez pryzmat wspomnień i odczuć Andromedy. Załamał się i nie zadał sobie trudu, żeby poznać wersje innych członków rodziny, a przede wszystkim Harry'ego, od którego przecież mógł dowiedzieć się najwięcej!

I tylko jednej rzeczy nie potrafiłam zrozumieć. Dlaczego Ted tak bardzo zamykał się na prawdę?

— Tak, napisałam do Harry'ego! — powiedziałam w końcu, patrząc mu śmiało prosto w oczy.

Przez chwilę trwał w posągowym bezruchu, patrząc na mnie bez słowa — a potem powoli puścił moje ramię.

— I co niby napisałaś...? — zapytał dziwnie pustym głosem.

— Że wciąż jesteś obrażony, że nie chcesz ze mną rozmawiać, że przed Świętami wspominałeś coś o nauczeniu się Patronusa i może gdyby znalazł trochę czasu, to...

— Victoire... czy ktoś cię o to prosił?!

— Tak — odparłam zaskakująco chłodnym tonem. — Ty się o to prosiłeś, zachowując się zupełnie głupio i nieodpowiedzialnie!

Ale on tylko prychnął na te słowa z wyraźnym niedowierzaniem, po czym złapał się za głowę obiema dłońmi i mocno potarł włosy — czerwonawe kosmyki wystawały spomiędzy jego palców. 

— Nawet jeśli... czy ja prosiłem cię o pomoc?!

— Jasne, że nie prosiłeś...! — wyparowałam znów tym samym oskarżycielskim tonem, którego kompletnie u siebie nie poznawałam. — Bo zamiast mojej pomocy wolałeś się upijać, całować z Gigi Bulstrode i... i bić mnie w oko!!!

Momentalnie odjął zwinięte pięści od swojego czoła. 

— Że co?! — Tym razem zaczerwienił się również na twarzy. — Ile razy mam ci powtarzać: to było NIECHCĄCY...

— Co nie zmienia faktu, że odrzuciłeś w ten sposób pomoc od jedynej osoby, która ci ją oferowała!...

— Wcale nie jedynej! — powiedział z lekka mściwym tonem. — Przed Sylwestrem była u mnie Pocky...

— I chcesz powiedzieć, że przyjąłeś jej ofertę wsparcia? 

— Wiesz co... — zawiesił głos, bezskutecznie szukając argumentu. — Ja po prostu... Ty wszystko tylko pogorszyłaś!...

Ale cokolwiek by teraz powiedział, nie zmieniało to faktu, że stało się to, co się stało — no chyba że dysponował jakimś zmieniaczem czasu. I mógł się na mnie wściekać i wrzeszczeć, a i tak nigdy nie zmieniłabym swojego zdania. Mimowolnie przypomniałam sobie, jak kilka miesięcy temu poszedł za mną do Zakazanego Lasu — jak powiedział, że musiał to zrobić, aby uchronić mnie przed moją własną głupotą. Teraz to ja musiałam w ten sam sposób chronić jego.

To właśnie podczas tamtego spaceru w lesie Teddy powiedział mi, że chciałby nauczyć się obrony przed dementorami. W Boże Narodzenie miał poprosić o to Harry'ego, ale nie zdążył. Pamiętałam, że było to dla niego coś ważnego, choć sama nie do końca potrafiłam zrozumieć dlaczego. Teraz wydawało mi się, jakby Teddy całkiem o tym zapomniał.

A to wszystko przez tę nagłą nienawiść do Harry'ego! 

A to co za małżeńska kłótnia?

Znieruchomiałam, czując jak uderza mnie nagle niesamowity chłód.

I dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że to wcale nie jest żaden chłód. To było krystalizujące się przerażenie.

Ponieważ słowa te wypowiedział głos, którego brzmienia chciałam zapomnieć, ale z drugiej strony od dawna pragnęłam usłyszeć. Głos, na którego dźwięk zadrżałam nagle jak nieśmiałek przyuważony na szczycie gałęzi. 

Spell. Spell Wood.

O mon Dieu. Nie... To naprawdę był on!

I nagle doznałam wrażenia wszechogarniającego moje członki bezwładu. Zniknęły wszystkie inne myśli, wyparte przez ogłuszający szum krwi w uszach... Zniknął też Ted Lupin ze swoimi problemami, pretensjami i złością... Przed oczami mignęły mi wszystkie te momenty z ostatnich kilku tygodni, kiedy widziałam Spella gdzieś na szkolnym korytarzu i aż skręcało mnie, żeby na mnie spojrzał, choć równocześnie umierałam ze strachu, by tego nie robił... A teraz...

Spell Wood stał przede mną, ze swoim samozadowoleniem i bezczelnym uśmieszkiem. Spell i jego czysty głos, jego spojrzenie, idealne jasnobrązowe włosy i niesamowicie błękitne oczy — wszystko to tuż przede mną, po raz pierwszy od tylu miesięcy tak blisko, po raz pierwszy od... od tamtego wieczoru w Wielkiej Sali...

Och, nienienienienie...

Dlaczego, dlaczego właśnie teraz?! Teraz, kiedy stałam pośrodku błota z włosami rozwalonymi szybkim marszem, twarzą zeszpeconą emocjami, okutana w płaszcz i szalik... Na świętego Munga... nie widział mojej sukienki!!!... 

— Och... — wyjąkałam, mając w głowie kompletną pustkę.  To ty.

Wood oczywiście nie był sam. Towarzyszyła mu Cecillia Lover, której wygląd zawsze kojarzył mi się z bohaterką jakiejś mugolskiej telenoweli dla nastolatek. Złociste fale układały się na jej płaszczu tak idealnie, jakby nie mogły się rozwalić nawet od uderzenia w nie kilofem, a jej rzęsy i usta stanowiły najlepsze świadectwo o sprawności, z jaką rzucała czary. Cecillia była ścigającą w drużynie Gryffindoru, jeśli więc Wood chciał wywołać sensację swoją randką (i przy okazji podnieść poziom adrenaliny w krwi Brendy do ostateczności), to z całą pewnością mógł liczyć na powodzenie — a już z pewnością na to, że jeszcze bardziej go znienawidzę.

— No no no…! — zawołał niemalże jowialnie, zarazem taksując nas takim spojrzeniem, jakby zastał dwójkę żebraków grzebiących w śmietniku na jego prywatnej posesji. — Weasley! Lupin! Jak miło was widzieć…

— Bez wzajemności — odparł chłodno Ted.

W tym samym momencie do mojego mózgu dotarł całkiem fizyczny sygnał — mianowicie poczułam przez gruby rękaw płaszcza, że coś ściska mnie z tyłu za łokieć. Zaraz jednak całkiem wyfrunęło mi to z głowy. Stałam jak wmurowana w błoto, z walącym sercem gapiąc się na Spella, który po chwili odwrócił się od Teda i spojrzał wprost na mnie — a jego niesamowicie błękitne oczy przeszyły mnie tak, jakby wbijał mi w ciało dwa lodowate kryształy.

— Widzę, że się świetnie bawicie — skomentował, a na jego ustach pojawił się bezlitośnie szyderczy wyraz. — Tobie Lupin gratuluję, ale ty Weasley? Mogłaś się bardziej postarać! — W tym miejscu objechał Teda takim wzrokiem, jakim patrzy się na manekin w sklepie, któremu ktoś dobrał ohydną perukę. — Z takim wyglądem chyba stać cię na coś więcej.

Najgorsze było to, że gdy tylko to powiedział — naprawdę w to uwierzyłam!

I chociaż to okropne, samolubne i niegodziwe — w jednej chwili tak strasznie pożałowałam, że nie pomyślałam o tym wcześniej! Przecież mogłabym tu przyjść z kimkolwiek lepszym — mogłam mieć przecież każdego! A tak, miałam tylko Teda Lupina, który nie był ani popularny, ani nieziemsko przystojny, ani nie grał w quidditcha — po prostu nie było w nim nic, co mogłoby uczynić z niego w oczach Wooda godnego przeciwnika…

Lecz ledwo przez mój umysł przeleciały te wszystkie myśli — zdałam sobie sprawę z tego, że to rękę Teddy’ego czuję cały czas na ramieniu.

I aż zrobiło mi się gorąco ze wstydu tym, jaka potrafię być głupia... tak bardzo, bezdennie głupia i pusta!

— Ty też się zbytnio nie wysiliłeś… — powiedziałam bardzo cicho, zerkając na Cecillię Lover, która sprawiała wrażenie bardziej zainteresowanej swoimi paznokciami niż tą sceną, gdyż wgapiała się w nie, jakby było na nich wypisane coś niezwykle ciekawego.

Ale Wood wyszczerzył tylko zęby, którymi mógłby konkurować z samym Gilderoyem Lockhartem o tytuł Najbielszego Uśmiechu — gdyby oczywiście istniał taki konkurs.

— Oj, nie do twarzy ci z zazdrością! — Przyciągnął Cecillię do siebie w bardziej przedmiotowy sposób, niż gdyby obejmował markową miotłę, co jednak w połączeniu z jego słowami sprawiło, że nabrałam nagle przemożnej ochoty na rzucenie się z jakiejś przepaści. — A co powiecie na podwójną randkę? — zaproponował nagle beztrosko. —  Ale nie, nie tutaj… w jakimś bardziej prestiżowym miejscu…! — parsknął niewymuszonym śmiechem, najwyraźniej całkiem błędnie odczytując minę Teda Lupina, która wyrażała w tym momencie dogłębne politowanie. — Na przykład w Przystani Szczęśliwych Par. Jestem pewien, że znajdzie się dla was jakiś kąt przy naszym stoliku. Może nawet dostaniecie zniżkę na kawę od pani Puddifoot, taka urocza z was parka…

Wypowiedziane przez niego określenie „urocza parka” ugodziło mnie nagle w głowę niczym tępy topór.

I już miałam wypalić, że ja i Ted wcale nie jesteśmy na randce, kiedy on pierwszy się odezwał — i to głosem aż wibrującym od sarkazmu:

— Chętnie. Gdybyśmy oczywiście nie znali lepszych sposobów na spędzenie dnia, niż marzenie przez kilka godzin o wypruciu sobie żył.

Cecillia Lover zmarszczyła nos, najwyraźniej nie nadążając za tym obrotem spraw. Za to uśmiech Spella nie zlazł mu z twarzy nawet o milimetr — chociaż w jego oczach zapaliły się stalowe błyski.

— Ty Lupin z pewnością znasz — rzucił nonszalancko takim tonem, jakby spotkał się z o wiele uprzejmiejszą odmową. —  No cóż, nie będziemy wam przeszkadzać. —  Ale wbrew temu co przed chwilą powiedział, wystąpił naprzód tuż przed Teda Lupina, jakby chciał zagrodzić mu drogę. — Trafiła ci się taka dupa, to z tego korzystaj. Walenie do jej fotki z dzieciństwa musi być frustrujące…

Po czym ponownie objął Cecillię, rzucił nam ostatnie szydercze spojrzenie — i tak po prostu sobie poszli! — zostawiając Teda pobladłego z wściekłości, a mnie tak czerwoną na twarzy, jakby ktoś wylał mi właśnie na głowę całe wiadro wrzątku.

I chyba nie mogłam być w tym momencie w większej rozpaczy!

Tyle razy! Tyle razy wyobrażałam sobie tę scenę…Wymyślałam niezliczone wersje scenariusza, w których Wood przypełza do mnie błagając o przebaczenie, a potem żałośnie odpełza z niczym, zniszczony jedną, krwistą ripostą… A teraz… nie zrobiłam kompletnie nic! Stał tuż przede mną, patrzył na mnie, uśmiechał się bezczelnie, obejmował inną dziewczynę i jawnie mnie obrażał — a ja nawet nic nie powiedziałam, nawet nie drgnęłam! Mogłam jedynie jak ostatnia ofiara patrzeć, jak odchodzi sprężystym krokiem, trzymając rękę zdecydowanie poniżej talii Cecillii, słyszeć jej zachwycony chichot… och, żeby chociaż poślizgnął się na tym błocie, żeby wylądował w nim twarzą i już nigdy nie wstał…

I ledwie to pomyślałam — słowo stało się ciałem.

Nagle jakby jakaś niewidzialna ręka chwyciła Wooda za kark, po czym cisnęła nim tak silnie do przodu, że w ułamku sekundy Spell wykonał imponującą jaskółkę, a następnie spektakularne salto w powietrzu — po czym wylądował pośrodku wielkiej, szarej kałuży z takim pluskiem, że na twarzy i włosach Cecillii pojawiły się brązowe cętki, w niezwykle udany sposób upodabniając ją do przerażonego dalmatyńczyka.

— Spell?! Misiaczku?! — w powietrzu zawibrował jej histeryczny wrzask, któremu akompaniowały pluszczące i mlaskające odgłosy, generowane przez bezsilne próby Wooda odessania twarzy z gęstego błota. Spróbowała się schylić i już miała go dotknąć koniuszkami palców — kiedy nagle on poderwał głowę do góry, na co natychmiast wrzasnęła i… sama wylądowała tyłkiem w błocie!

A tymczasem Spell rzucał się pośrodku kałuży jak rozszalały hipopotam — i chociaż miotał przekleństwami, za nic nie mógł się podnieść!

— Co jest… plurpppp… c-co się… plllll-plech!... no co do chuja?!

Spojrzałam w dół na swoje ręce, wciąż oniemiała z powodu tego, co się właśnie działo…

Jak to możliwe, że sprawiłam to samą myślą?! Czyżbym była najpotężniejszą czarownicą na świecie?!

I dopiero silny uścisk na moim ramieniu przypomniał mi o obecności Teda Lupina przy moim boku. Oszołomiona, oderwałam wzrok od taplającego się Spella i spojrzałam w jego kierunku — w samą porę, żeby zobaczyć, jak gdyby nigdy nic chowa sobie różdżkę do kieszeni…!

— Co…

Ale było to jedyne co zdołałam z siebie wykrztusić. Pociągnął mnie za ramię i czym prędzej wprowadził do Trzech Mioteł, zanim zdążyłam choćby poukładać sobie w głowie cały bieg wydarzeń.

I dopiero gdy byliśmy wewnątrz zatłoczonego, zaparowanego lokalu — spojrzałam na niego szeroko otwartymi oczami.

— Ty to zrobiłeś?!

— Skąd ten pomysł…! — parsknął z niewinnym rozbawieniem. — To były chyba czary!

Lecz ja nie pozwoliłam sobie docenić tego żartu.

— Jakie czary?! — wyrzuciłam z siebie, na tyle rozproszona, że aż musiał użyczyć mi pomocy w pozbyciu się płaszcza, bo nie wiem jakim cudem zaplątałam się w jego rękaw.

— Zaklęcie Przygważdżające — poinformował mnie zdawkowo, odwieszając nasze okrycia  po czym równocześnie spojrzeliśmy przez zaparowaną szybę w drzwiach, przekonując się, że zaklęcie wciąż działa. —  Podziała pewnie przez kilka minut. Albo godzin.

—  Że co?! —  wysyczałam przeraźliwie, odwracając się szybko w jego stronę – na co on uniósł brwi.

— Tak cię to martwi? — zapytał, a w jego głosie zabrzmiał niespodziewany chłód. — To chyba normalne, że świnie taplają się w błocie.

Ale ja tylko spojrzałam na niego z niedowierzaniem, po czym nie czekając, pierwsza wkroczyłam między zaludnione stoliki, przeciskając się między zajętymi krzesłami — i próbując się uspokoić. Bo nie wiem czemu, mimo silnych emocji nie odczuwałam w tym momencie szczególnej satysfakcji… No właśnie, dlaczego nie odczuwałam żadnej satysfakcji?!

   Odwlekłam jednak w czasie odpowiedzenie sobie na to pytanie, gdyż po chwili zaabsorbował mnie zupełnie inny problem — a mianowicie, czy jest tu w ogóle jakiś wolny stolik.

Gdyż wkrótce okazało się, że naprawdę miałam rację — w barze Pod Trzema Miotłami rzeczywiście byli wszyscy ci, którzy nie zmieścili się w Przystani Szczęśliwych Par — a nawet jeszcze więcej klienteli, zważywszy na to, że lokal był po prostu większy. Poza zakochanymi znalazło się tu dostatecznie dużo miejsca dla grup przyjaciół nieświętujących Walentynek (takich jak na przykład nasze ślizgonki, czy też Paczka Puchonów), kilku miejscowych oraz szajki goblinów jak zwykle siedzących w jednym kącie, podczas gdy nauczyciele Hogwartu stołowali się w drugim — w ich skład wchodzili dzisiaj Flitwick, Neville i Hagrid, przed którymi stały kolejno mały, średni i wielki kufelek kremowego piwa. Oczywiście kiedy przechodziłam, głowy mijanych przeze mnie osób odwracały się za mną automatycznie, jakbym była obciążona jakąś klątwą magnetycznego przyciągania spojrzeń. Wystarczyło też, że ledwo co zbliżyłam się do stolika pod ścianą, aby siedzący przy nim chłopcy z drużyny Hufflepuffu natychmiast pozrywali się z miejsc, by mi ich ustąpić. Wciąż podminowana, nawet nie obdarzyłam ich żadnym merci beaucoup, tylko rzuciłam się na krzesło i natychmiast wbiłam wzrok w drewniany blat, za wszelką cenę nie patrząc na otoczenie.

Boże. I po co ja zakładałam tę głupią czerwoną sukienkę?! Wszyscy się teraz na mnie gapili jak na nie wiadomo jakie zjawisko!

Chociaż przynajmniej dzięki niej bez problemu zdobyłam ten stolik! Członkowie puchońskiej drużyny wyglądali na całkiem skołowanych, kiedy odchodzili — każdy z nich oglądał się za mną i przy okazji trącał biednego Teda, a jeden koleś nawet potknął się o swoje krzesło. W końcu jednak oczyścili teren i Teddy wreszcie mógł dostać się do stolika, przy którym usiadłam. Krzywił się przy tym lekko i pocierał sobie ramiona, w które przed chwilą oberwał chyba z pół tuzina razy.

— No tak. — To był jego jedyny komentarz względem niesamowitego działania mojego uroku osobistego. Wykonał jakiś niezręczny ruch w stronę baru, po czym przestąpił z nogi na nogę. — To ja...

I zniknął pośród tłumu szybciej niż goblin deportujący się na drugi koniec świata na wieść o zakopanym złocie, podczas gdy ja wciąż siedziałam przy stoliku zdobytym przez siebie z tak niebywałym trudem, już całkiem poddając się totalnemu załamaniu i depresji. Dlaczego, dlaczego musiałam być taka?! To ja powinnam rzucić zaklęcie na Wooda, i to jeszcze gorsze — a wkurzałam się za to na Teda Lupina! I dlaczego zamiast radować się z porażki Spella, potrafiłam tylko siedzieć i rozpamiętywać, jak jego niesamowicie błękitne oczy przeszywają mnie na wskroś, jak kąciki jego ust wykrzywiają się w tym jego durnym, nieziemskim uśmiechu...

I to w jaki sposób obejmował Cecillię... 

Aaaaaaaaargh...!

— Victoire, wszystko w porządku?

Teddy usiadł naprzeciwko, lewitując na stół dwa szklane kufelki z bursztynowym, pieniącym się płynem. Przygryzłam mocno dolną wargę, jakbym miała się zaraz rozpłakać.

Tak, wszystko w jak najlepszym porządku! Poza tym, że jestem już tak bardzo zakochana w Spellu, że nie potrafię się na niego gniewać, gdy mnie obraża, ani naprawdę cieszyć się z tego, kiedy ląduje ryjem w błocie...!

I nagle całkiem mnie to przeraziło. Ja... naprawdę byłam w nim zakochana!

I to na tyle beznadziejnie i kretyńsko, że jedyne co mogłam robić, to zżymać się w środku, że to nie mnie obejmował... Jedyne o czym mogłam myśleć, to jak musiałam wyglądać w jego oczach — jak jakaś wystraszona, skonfundowana owca! Jedyne, o czym marzyłam... to wcale nie było zniszczenie Spella...

— Jesteś zła, tak?

Aż drgnęłam i spojrzałam wprost na Teddy'ego, który przyglądał mi się uważnie.

— Co? — Zaczęłam bezwiednie kręcić głową, czując, że tragicznie się rumienię. — Nie!...

— Ale jest ci przykro. — Wyczekująco zastukał palcami o blat stołu. Przysunęłam do siebie swoje kremowe piwo żeby zająć czymkolwiek ręce, które drżały mi lekko zupełnie poza moją kontrolą.

— Bo ta sytuacja była przykra — odpaliłam na odczepnego, na co on uniósł brwi.

— Jak każda z udziałem Wooda! — parsknął. — Już sam fakt jego istnienia jest dostatecznie przykry.

— Chciałabym, żeby to było takie proste.

Wypadło to o wiele chłodniej niż zamierzałam. A zresztą, w ogóle nie powinnam mówić tego na głos! Przecież Ted i tak nigdy tego nie zrozumie!

I tak jak się spodziewałam, nie znalazł na to żadnej odpowiedzi. Wyprostował się na swoim miejscu i na krótką chwilę znieruchomiał w tej pozycji, gapiąc się na mnie z leciutką zmarszczką między brwiami. Zaczęłam z niechęcią dźgać palemką puszystą piankę na swoim kremowym piwie,  unikając jego wzroku i znów zaciskając usta, żeby nie wydostały się z nich już żadne więcej niepotrzebne słowa... Gdyż powoli zaczynałam rozumieć, choć wciąż jeszcze trudno było mi to przyznać... że cokolwiek czułam do Spella Wooda, to była tylko i wyłącznie moja sprawa, to była rzecz, której Ted nigdy nie mógł się o mnie dowiedzieć.

Bo gdyby się dowiedział... przecież i tak nic nie mógł z tym zrobić!

— Żałujesz... — bardziej stwierdził niż zapytał, przybierając nagle grobowy wyraz twarzy.

Tym razem spojrzałam na niego z autentycznym zdziwieniem.

— Czego?

— Że nie rozegrałaś tego inaczej — wyjaśnił, nagle przybierając niemalże rzeczowy ton. Upił nieco ze swojego kremowego piwa i lekko otarł wąsy z piany. — No wiesz. Gdybyśmy byli przygotowani wcześniej... Zmieniłbym wygląd, a ty przedstawiłabyś mnie jako jakiegoś tajemniczego typka, który specjalnie przyleciał dla ciebie z Francji...

 Że co?

Po raz pierwszy parsknęłam śmiechem. Na widok tego zjawiska Teddy również uśmiechnął się lekko znad swojej palemki.

 — No co!  — zawołał, widocznie już całkiem ośmielony moją reakcją na ten, przecież całkiem durnowaty pomysł!  — To wcale nie jest takie głupie...!

 — Nie, nie jest głupie tylko debilne!  — parsknęłam z mieszaniną rozbawienia i politowania. — Po co miałbyś zamieniać się w tajemniczego typka z Francji?!

 — Żeby Wooda szlag trafił. — Wzruszył niewinnie ramionami, ponownie podnosząc kufel do ust.

 — Tylko że ja nie chcę, żeby go szlag trafiał. — Och, dlaczego to znów tak zabrzmiało? — To znaczy...  — zreflektowałam się szybko. — Naprawdę... wcale nie zależy mi na tym, żeby był o mnie zazdrosny, czy... coś w tym rodzaju!

Szybko upiłam łyk kremowego piwa, omal nie nadziewając się nosem na swoją palemkę, równocześnie zastanawiając się, czy Teddy jest w stanie rozszyfrować to kłamstwo. Na jego twarzy pojawił się dość złośliwy uśmieszek.

 — Ale przyznasz, że by mu to nie zaszkodziło  — zauważył, unosząc brwi. — Mógłbym chociaż zmienić wygląd na Cala Collinsa... to by dopiero było ciekawe, gdyby potem się spotkali.

 — Teddy, nie przyszłam tu z Calem Collinsem, tylko z tobą.

 — I to był twój błąd! — stwierdził. — Ja jako ja jestem nikim!...

Zatrzymałam dłoń mniej więcej gdzieś w połowie drogi od jednego kącika ust do drugiego, jakbym nagle całkiem zapomniała o pianie na swojej górnej wardze.

 — Co? Przecież ty nie jesteś nikim!

 — Och, jestem!  — odrzekł niemalże beznamiętnie. — Nie gram w quidditcha i nie mam nażelowanych włosów. A każdy wie, że to są dwa najważniejsze wyznaczniki bycia kimś.

Chyba spodziewał się, że rozbawi mnie swoim spostrzeżeniem, ale ja tylko jeszcze bardziej się zmieszałam, gapiąc się na niego szeroko otwartymi oczami, wciąż zakrywając usta, zanim wreszcie je otarłam. 

O, Mon Dieu. Czy on właśnie... naprawdę wypowiedział na głos to, o czym sama wcześniej pomyślałam?!...

Trudno było jednak stwierdzić, by zdawał sobie z tego sprawę. Bo niby skąd mógłby przypuszczać, jak bardzo jestem niegodziwa i rozpuszczona? Tak czy inaczej, musiałam jakoś mu zrekompensować te straszne myśli, skoro wcale na nie nie zasługiwał, a tym bardziej, że najwyraźniej sam w nie wierzył!

 — Przecież jesteś prefektem!  — wypaliłam pierwsze co przyszło mi do głowy. — To chyba dużo znaczy...  — Urwałam w chwili, w której Teddy bardzo sceptycznie zmarszczył brwi.

 — Chyba tylko w świecie kujonów-krukonów!

 — Ale... jesteś najlepszym uczniem w całej szkole...

 — Tak samo jak Wood!  — skontrował.  — Z tym, że ja nie mam jego zajebistej szczęki.

 — W każdej chwili możesz ją mieć!

Jego brwi błyskawicznie powędrowały tak wysoko, że niemalże zniknęły pod arbuzowymi włosami. 

 — Właśnie tego chcesz?!

Przez moment poruszałam bezgłośnie ustami jak gumochłon. Jakim cudem głupoty wylewały się ze mnie z gwałtownością fontanny w atrium Ministerstwa?! A teraz jak na złość, nie mogłam wydobyć z siebie głosu!

 — Nie!  — krzyknęłam wreszcie tak porywczo, że aż obejrzało się na nas kilka osób. Ale było już za późno... Ted stanowczo odsunął od siebie kremowe piwo, jakby szykował się do wskoczenia na stół.

 — Więc to jest to, co ci się w nim najbardziej podoba?  — zaatakował, mierząc mnie wzrokiem z wyraźnym niedowierzaniem.  — O to chodzi? Cały sekret to jego parszywa gęba zadowolonego z siebie śmiecia? 

Prześwidrował mnie takim spojrzeniem, jakby chciał zrobić we mnie dziurę na wylot i przez nią zobaczyć co jest za mną.

 — Ale co wolisz? Jego dołek w brodzie, czy nieskazitelny nos?

I zanim zdążyłam cokolwiek na to odpowiedzieć, coś poruszyło się na jego twarzy. Jego zadarty zazwyczaj nos widocznie się obniżył i wyprostował, przybierając dumne kształty nosa Wooda! Po dokonaniu tej drobnej transformacji, Teddy Lupin wykrzywił wargi w triumfalnym uśmiechu, ja natomiast wytrzeszczyłam na niego oczy.

Dlaczego przyjął nagle za punkt honoru, żeby mnie w ten sposób torturować?!

— O nie... — wyrzuciłam z siebie, nagle nie wiedząc gdzie podziać wzrok — nos Spella wyglądał na twarzy Teddy'ego zupełnie dziwacznie, ale jednak... był to nos Spella! — Nie. Nie. Nie.

 — Bo co?  — odparował złośliwie.  — Już masz mokro?

 — Zamknij się! — wrzasnęłam z takim oburzeniem, że chyba kolor mojej twarzy aż dopasował się do sukienki.

 — A więc nie nos...  — odnotował, mówiąc jakby do samego siebie.  — Aha, na pewno chodzi o włosy...!

I znów nim zdążyłam jakkolwiek mu w tym przeszkodzić, opadające mu na czoło kosmyki błyskawicznie powędrowały do góry, formując się na kształt fryzury Wooda krócej niż w dwie sekundy. Na ten widok aż jęknęłam i zakryłam oczy, nie mogąc na niego patrzeć inaczej, niż przez rozstawione palce. Teddy schylił przede mną głowę, uśmiechając się skromnie  — wyglądał... 

...okropnie!

 — I widzisz!  — rzucił niedbałym tonem, przepijając kremowym piwem w moją stronę.  — Mówisz i masz. A Woodowi zabiera to codziennie dwie godziny i przynajmniej trzy butelki Ulizanny.

Nie wiedzieć czemu, trzęsłam się od śmiechu!

 — Nie mogę... nie mogę na ciebie patrzeć!

 — Ciekawe dlaczego... — Leniwie odchylił się na krześle, zakładając ręce za głowę niczym król życia.  — Czyżbym był teraz piękniejszy nawet od ciebie? 

Prychnęłam tylko lekko pod nosem, sama nie wiedząc, czy reaguję tak na tę nagłą pewność siebie  czy też na jego skryty komplement. Tymczasem Teddy przeczesał sobie jakby od niechcenia swoje idealne włosy, doskonale oddając impresję Wooda przelatującego na miotle przed trybunami piszczących dziewczyn.

— Poczekaj, aż wyczaruję sobie jego klatę. Tylko żeby nie poszła ci krew z nosa. Ale nie martw się, na tym poprzestanę... Obawiam się, że dalsze kopiowanie Wooda mogłoby wypaść mniej korzystnie, jeśli chodzi o bardziej intymne części ciała.

Mało brakowało, a krew z nosa poszłaby mi naprawdę.

— Że co?!

— No wiesz... Nie zakładam, że ktoś, kto jest w stanie przez tyle godzin siedzieć okrakiem na kiju od szczotki, mógł być zbyt hojnie obdarzony przez...

— Ach, więc to dlatego ty nigdy nie latasz na miotle! — zakpiłam, ledwie powstrzymując się przed wsadzeniem mu palemki prosto w jego nowy nieskazitelny nos. — A zawsze myślałam, że to przez ogrom twojego intelektu!

I zanim zdążył się zorientować, poderwałam się ze swojego miejsca i z szybkością złotego znicza wystrzeliłam ręką w stronę jego głowy, po czym potargałam włosy nad jego czołem, aby w ten sposób przywrócić je do pierwotnej postaci.

 — Ha!

Z cichym zadowoleniem zauważyłam, że gdy cofnęłam rękę, twarz pod arbuzowymi włosami była lekko zaczerwieniona.

 — I nie zapomnij o nosie!  — zwróciłam mu uwagę tonem przygany. Po chwili i ten element jego wyglądu został przywrócony do porządku. — Zakazuję ci go zmieniać do końca życia!

Spoglądał na swój kufel z jakimś dziwnie nieobecnym wyrazem twarzy, a może po prostu był zażenowany.

 — Tamten nos nie był lepszy?...

 — Nie, nie był! Twój nos jest moim ulubionym nosem ze wszystkich nosów!

Dopiero teraz podniósł na mnie wzrok z uśmiechem.

 — I w ogóle... nie chcę żebyś cokolwiek w sobie zmieniał!  — kontynuowałam żywo, dla podkreślenia wagi moich słów, stanowczo stawiając swój kufelek na stole, jakby stanowił pieczęć świadczącą o mojej wiarygodności.  — Najbardziej lubię cię właśnie takim!

I była to prawda. Lubiłam go za to jaki był, nie w ile lepszych wersji siebie mógł się przemienić. Lubiłam jego zadarty nos i blade usta. Lubiłam jego oczy, które zawsze miały inny kolor w zależności od nastroju (dzisiaj były orzechowe). I wcale nie musiał mieć kwadratowego podbródka, prostego nosa, ani nie wiadomo jak umięśnionej klaty, żeby mi się podobać... chociaż...

Nagle przekrzywiłam głowę, przyglądając mu się uważniej ze zmarszczonymi brwiami.

 — Zaraz... nadal wyglądasz jakoś inaczej!

I chyba nawet archanioł nie potrafiłby zrobić miny wyrażającej większą niewinność, niż zdziwienie na twarzy Teda Lupina.

 — Ale... eee... o co ci konkretnie...

Zerknął na mnie niepewnie, podczas gdy ja zmrużyłam oczy, nastawiając je na tryb maksymalnej ostrości jakby były omnikularami.

Czy tylko mi się zdawało, czy ramiona rzeczywiście miał jakieś szersze niż zwykle...?

O Mon Dieu. Czy on zrobił coś ze swoją sylwetką?!

 — Teddy, ćwiczyłeś?!

Na krótką chwilę spojrzał na mnie trwożliwie  — po czym niespodziewanie wybuchnął śmiechem.

 — Jasne, że nie!  — parsknął, wyraźnie zgorszony. — Za kogo ty mnie masz?!

Ale ja nic na to nie powiedziałam, tylko wsadziłam sobie koniec palemki do ust   obserwując go z bardzo głupim uśmieszkiem.

I podczas krótkiej chwili milczenia jaka zapadła, kiedy oboje rozważnie sączyliśmy piwo kremowe starając się nie wybuchnąć śmiechem i nie zdmuchnąć na siebie piany — zdałam sobie z czegoś sprawę. Mianowicie z tego, że... wcale nie myślałam już o Spellu. 

I w ogóle... nie myślałam nawet o tym, jak wszyscy się na mnie gapili, ani nawet o tym, że mogliby pomyśleć coś o mnie i o Tedzie... zupełnie jakby wszystko to, co mnie tak martwiło i stresowało, całkiem rozmyło się we mgle.

Jaką magiczną właściwość posiadał Teddy Lupin? Jak on to robił, że przy nim zawsze zapominałam o tym, co dręczyło mnie najbardziej? Chyba nawet Dominique nie posiadała takiego daru.

A było tak przecież odkąd pamiętam. Nikt nie potrafił lepiej mnie pocieszyć niż on. Na przykład tak jak wtedy, kiedy płakałam w przedziale pociągu podczas mojej pierwszej podróży do Hogwartu, tęskniąc za Domie i umierając ze strachu. Przez pół drogi Teddy rozśmieszał mnie, dokonując coraz to dziwniejszych transformacji swojego nosa, nadając mu wygląd od dziobu kaczki do rogu buchorożca  — nie przestałam płakać, bo w końcu łzy leciały mi od samego śmiechu. Pamiętam, że innym razem kiedy byłam zła i rozstrojona emocjonalnie (chyba w drugiej klasie, kiedy Boorack na mnie nakrzyczał, że rozpraszam siedzących za mną chłopców), zamienił się w pokracznego ludka o kształcie piłki podejrzanie podobnego do naszego profesora i zaczął skakać wokół mnie, udając, że żądlibąk kłuje go w pośladki. "Zakazuję ci być taką ładną, panienko Weasley! Trochę Esencji Grubej Lochy i od razu ci się poprawi, ja stosuję ten cenny eliksir co noc"! Trochę gorzej zrobiło się w momencie, kiedy Boorack go na tym nakrył i natychmiast poznał się na tej parodii... to był chyba pierwszy raz, kiedy Teddy dostał szlaban.

Kiedy miał siedem lat, ubłagałam go by upodobnił się wyglądem do goblina. W końcu dał się namówić. Włosy ufarbował na zielono, zmienił oczy na małe i czarne guziczki, nienaturalnie wydłużył sobie nos, czubki uszu i palce u rąk. Wkrótce zabawa w złego goblina stała się naszą ulubioną. Teddy gonił nas, szczerząc zęby i rozczapierzając pazury, podczas gdy ja i Domie uciekałyśmy przed nim na dziecięcej miotełce, drąc się wniebogłosy.


Przypomniałam też sobie, jak bardzo błagałam go w dzieciństwie, by nauczył mnie metamorfoz. Bo już wtedy chciałam być kimś innym. Rzecz jasna, nie rozumiałam, że wygląd miał tu najmniej do rzeczy.

Zmiana jakiej pragnęłam, musiała zajść we mnie.

Tylko czy zamierzała ona kiedykolwiek nastąpić? A co jeśli miałam już nigdy nie rozstać się z tymi najmniej pożądanymi cechami charakteru — co, jeśli to właśnie one stanowiły o tym, kim byłam? A jednak mogłam mieć jeszcze jakąś nadzieję, póki wszystko było tak płynne i niestałe, póki jeszcze nie okrzepłam w swoim finalnym kształcie. Podobno miało to nastąpić dopiero za kilka lat, tak przynajmniej powtarzali wciąż dorośli. Trudno było mi w to uwierzyć. Wszystko we mnie było tak nieokreślone, a zarazem zmieniało się tak dynamicznie, że niewiele potrafiłam rozpoznać poza tym chaosem. Właściwie permanentnie  czułam się tak, jakbym z zawrotną szybkością wirowała w sieci Fiuu, widząc jedynie szalejące wokół mnie szmaragdowe płomienie i migające obok kominki, jednak żadnemu z nich nie mogąc bliżej się przyjrzeć, ani tym bardziej domyśleć się, który z nich ostatecznie okaże się być moim celem.

I w tym całym zamęcie Teddy był jedyną stałą. Ja urodziłam się jako istota na tyle niedoskonała, że naturalnie potrzebowałam szeregu poprawek w swojej osobowości — a on wręcz przeciwnie, mógłby się nigdy nie zmieniać. Może dlatego, że był po prostu dobry.

O sobie nie potrafiłam tego powiedzieć.

Gdybym była dobra, nie zakochiwałabym się w takim fiucie jak Spell!

I wprawdzie mogłabym mu to wszystko teraz wyznać — ale zamiast tego trwałam w tej chwili wiedząc, że wcale nie muszę nic mówić — Ted Lupin i tak to wie.

A jednak było coś, co chciałam mu uświadomić.

— Teddy...

— Hmm?

Właśnie dla zabawy lewitował puszystą piankę z powierzchni swojego kufelka — biała mgiełka formowała się dziwacznie w powietrzu, najwidoczniej nie mogąc sobie znaleźć żadnego sensowniejszego kształtu w tym stanie nieważkości.

— Bo jeśli chodzi o ten list do Harry'ego, to...

Pianka chlupnęła nagle, raptownie wpadając z powrotem w miejsce swego pierwotnego przeznaczenia.

— No wiesz... — mówiłam cicho, już żałując, że w ogóle poruszyłam ten temat. — Przepraszam, że ci nie powiedziałam i... 

— Victoire, nie musisz...

— Nie! — zawołałam stanowczo, nie chcąc dać sobie przerwać. — Ja serio przepraszam! Po prostu pomyślałam, że może to coś zmieni, i że...

— Victoire...

— ...i że może się pogodzicie... To wszystko!

— Vi, bądź na chwilę cicho.

Aż spojrzałam na niego z silnym wyrzutem.

— No wiesz! — wykrztusiłam. — Usiłuję cię przeprosić!

— To naprawdę świetnie i niezmiernie to doceniam, ale bądź przez chwilę cicho!

Już od pewnego czasu patrzył w jakiś punkt ponad moim ramieniem, a ja aż dotąd myślałam, że to z powodu zakłopotania — w końcu jednak wskazał mi coś głową w głębi baru, a ja przekonałam się, że przedmiot jego zaabsorbowania leżał kompletnie poza naszą rozmową.

A była to... Była to Luna Lovegood. Luna wyglądająca całkiem niedziwacznie — i może właśnie to było najbardziej dziwne. Widocznie kierowała się w stronę stolika nauczycieli, a minę miała taką, jakby odkryła właśnie nową kolonię chrapaków krętorogich — czyli rzecz jasna, bardzo przejętą.

— Wiesz co... — powiedział Teddy powoli, również podążając wzrokiem za Luną. — Nie sądzisz, że nasza randka też mogłaby się na coś przydać?...

Spojrzałam na niego pytająco, na chwilę zapominając nawet o tym, by poprawić go z "randki" na "przyjacielskie pozbawione podtekstów spotkanie".

— Ale pewnie nie masz ze sobą Uszu Dalekiego Zasięgu, prawda?

Skąd mógłby wiedzieć, że moja sukienka miała jeszcze jedną poważną zaletę poza dekoltem?

 Ja nie mam? — uniosłam brwi, sięgając do kieszeni ukrytej wśród fałd rozkloszowanej spódnicy i wyciągając z niej cielistą żyłkę z uchem na końcu. — Za kogo ty mnie masz?!

*




I znów ani się obejrzałam, a minęło tu mnóstwo czasu!
Nie wiem czy Wy też macie takie wrażenie, 
jakby ostatnio minęło jakieś pięć lat w przeciągu trzech miesięcy — 
a jednak będąc w lutym, nagle całkiem niespodziewanie obudziliście się w maju.
Ja chyba mam coś takiego.
Działo się u mnie rzecz jasna to, co u wszystkich — zarazem wiele jak i cholernie niewiele.
Wiele pod względem ogólnej, niezwykle zmiennej sytuacji i  informacji, które zewsząd do nas napływają. Niewiele, bo oczywiście siedzę w domu.
I przy okazji zastanawiam się, jak ogarnąć swoje życie w tej nowej rzeczywistości. A wy?
Mam nadzieję, że się trzymacie i dotrwacie do kolejnej części tego rozdziału, który pojawi się już za dwa tygodnie.

Nox/*

~Tita