środa, 22 czerwca 2016

38. Las skrywa wiele tajemnic

  
Czy tylko ja uważam włażenie do Zakazanego Lasu w godzinach nocnych za samobójstwo? Tak, usłyszeliście to właśnie z ust dziewczynki, która przez cały rok regularnie (jak i zresztą nielegalnie) odwiedzała tę mroczną dzicz w celu opieki nad magicznym stworzeniem, zranionym przez inne magiczne, choć przy tym o wiele bardziej krwiożercze zwierzą, które równie dobrze mogło zagryźć i ją. Aby dopełnić absurdalności całej tej sytuacji dodam, iż ta właśnie dziewczynka weszła do Zakazanego Lasu w towarzystwie dwóch innych, równie szurniętych jak ona, świrów. Zaprzeczacie temu, że Victoire Weasley i Ted Lupin są szaleńcami…? A może jeszcze mi powiecie, że to co robiliśmy nie było szalone?!

— Tylko kiedy nasze kości zostaną schrupane przez tutejszą zwierzynę, przypomnijcie sobie, że to nie był mój pomysł! – ostrzegłam Teda i Vi, kiedy ściśnięci razem pod peleryną niewidką, coraz bardziej i bardziej zagłębialiśmy się w las.

No bo doprawdy! Kto by się spodziewał, że panna Weasley, oceniona na Powyżej Oczekiwań z obrony przed czarną magią, a więc świadoma niebezpieczeństw czyhających nocą w tej drapieżnej dżungli, wstąpiła w jej mroczne knieje tak pewnie, jakby doskonale znała wszystkie ścieżki w lesie, a nie tylko jedną, jak było w rzeczywistości! Ted wprawdzie równie raźno wkroczył w ciemniejący las, lecz w jego przypadku łatwo można było to zwalić albo na Wybitnego z OPCM, albo po prostu na gryfońską głupotę… a raczej jak oni to nazywają…? Odwagę??

Ja, jako krukonka z trzyletnim stażem, której Tiara Przydziału ani słowem nie pisnęła propozycji przydzielenia do Gryffindoru, zdecydowanie nie mogłam zaprzeczyć temu, iż to wszystko jest jednym wielkim szaleństwem. „W tym lesie w nocy nie jest bezpiecznie” – mawiał Hagrid, o czym Ted i Vic powinni pamiętać! Skoro nawet Hagrid tak twierdzi…

— No dobra! – zniecierpliwił się w końcu Ted, kiedy moje gderanie stało się bardziej nie do zniesienia niż panująca wokół aura grozy. – Wiemy, że to szaleństwo! Szkoda tylko, że nie zmienisz tego, cały czas to powtarzając…

— Poza tym, chyba powinnaś już przyzwyczaić się do tego, że w tej szkole mało co jest normalne… – poparła Teddy’ego Vicky.

— Tak! – odparowałam, potykając się przy okazji o jakiś wystający korzeń. – A zwłaszcza rozpowszechnianie wszem i wobec tego całkowitego zaprzeczenia logiki, jakim jest opinia, że Hogwart to najbezpieczniejsze miejsce na ziemi! – Ted i Vi zrobili pobłażliwe miny, ja jednak nie dałam tak szybko za wygraną. – Skoro na byle lekcji zaklęć można się zakwalifikować do Skrzydła Szpitalnego, to gdzie się ląduje po wejściu w nocy do Zakazanego Lasu…

— Szpitalu Świętego Munga: przybywam! – Victoire wzniosła okrzyk w stronę niebios, na co Ted Lupin parsknął śmiechem.

Szczęście, że uprzednio rzuciliśmy Muffliato na niewidkę, tak żeby nie było słychać na zewnątrz naszych głosów, bo gdyby nie to chyba dostałabym zawału.

— Ja akurat wybieram się do Azkabanu – sarknęłam – bo zaraz was zamorduję!

— Nie musisz wcale nas mordować – rzuciła Vi. – Już samo marudztwo wystarczy, aby cię tam wtrącić!

Po tym jakże sugestywnym stwierdzeniu, postanowiłam się w końcu zamknąć i skupić na wypatrywaniu potencjalnych zagrożeń na naszej drodze. Na świecie poza lasem zmierzchało – pomarańczowa kula słońca zdążyła się już schować za linią horyzontu zanim weszliśmy do lasu, jednak niebo pozostawało jeszcze stosunkowo jasne, przy granicy z ziemią naznaczone różowo-złotymi smugami chmur, im wyżej pnąc się w górę, tym ciemniejszy przybierając odcień niebieskości. Jednak w Zakazanym Lesie gasnące blaski wieczoru już do nas nie docierały. Wokół panował zimny półmrok, a ciemne pnie drzew zdawały się rozpływać w cieniu własnych, splątanych ze sobą koron, z których co jakiś czas dobiegały do nas odgłosy stworzeń dopiero w nocy budzących się do życia – co przyznam szczerze, nieszczególnie mi się podobało.

— Zastanawialiście się w ogóle, co to są właściwie te całe testrale? – zagadnęłam mimowolnie Teda i Vicky, ponieważ zagrożenie ze strony niewidzialnych stworów od początku wzbudzało we mnie pewne zmartwienie.

— Nie – odparł krótko Teddy, zupełnie jakby postanowił sobie w duchu, że nie będzie mnie prowokował do dalszego snucia wynurzeń na temat grożących nam niebezpieczeństw.

— Ale Hagrid mówił nam kiedyś, że nie są zbyt groźne – powiedziała Victoire tonem, który raczej niezbyt podniósł mnie na duchu. – W końcu ciągną nasze powozy, którymi jedziemy do szkoły…

Szkoda tylko, że Hagrid najchętniej zaprzągłby nasze powozy w smoki gdyby tylko mógł, więc w kwestii niebezpiecznych zwierząt nie należało zbytnio ufać jego opinii… uniosłam różdżkę nieco wyżej. Wprawdzie Teddy, który szedł po środku, cały czas trzymał swoją w pogotowiu, nagle jednak doszłam do wniosku, że mimo wszystko wolę sama odpowiadać za siebie… I nie zwracajcie uwagi na to, że cały czas trzymałam Teda za ramię! Victoire również podtrzymywała się go z drugiej stronę, ale wcale nie dlatego, że się bałyśmy, po prostu w ten sposób łatwiej było nam utrzymać równowagę pod peleryną niewidką, kiedy przedzieraliśmy się przez gęste krzaczory i przełaziliśmy ponad wystającymi korzeniami. No dobra już dobra, ja się trochę bałam…

Kłębopiórka krążyła wciąż nad nami wśród drzew, czasami tylko cichym pohukiwaniem dając mi znać o swojej ciągłej obecności. Miałam tylko nadzieję, że nie padnie ofiarą jakiegoś nocnego stracha mającego schronienie wysoko w górze tam, gdzie wzbijała się moja sówka – wiedziała jednak, iż Kłębopiórka jest sprytna, zwinna, a przede wszystkim inteligentna – byłam więc w duchu wdzięczna Simonowi, że mi ją przysłał aby mi towarzyszyła, wbrew temu, jak się o nią obawiałam.

Takie też uczucia musiała mieć wyraźnie Victoire względem Teda, a przynajmniej wnioskowałam tak z tego, co udało mi się zaobserwować w ciasnej przestrzeni pod peleryną niewidką. Na początku przecież nie chciała, aby szedł z nami, jednak teraz było widoczne, że jego obecność wyraźnie jej samej dodawała odwagi. Dobrze, że Teddy przez cały czas patrzył przed siebie, bo gdyby miał w polu widzenia Victę, z pewnością nie mógłby skupić się na drodze przed nami i gdyby nawet skoczył mu prosto na głowę jakiś mały, krwiożerczy potwór, wątpię czy w ogóle by to zauważył – tak trudno byłoby mu oderwać wzrok od Victoire, której twarz zdawała się jaśnieć jeszcze bardziej niż zazwyczaj, we wnętrzu ciemnego i ponurego lasu.

Do Kryjówki dotarliśmy bez zbędnych przeszkód. Dopiero teraz ja i Vic mogłyśmy się rzeczywiście przekonać, jak faktycznie ten zakątek lasu zdaje się być opuszczony – w wysokich gałęziach drzew nie słychać było nic poza Kłębopiórką, a i niżej poza nami nic nie wydawało żadnych dźwięków, które zakłócałyby wszechobecną, złowrogą ciszę. Las nie był tu jednak jeszcze na tyle gęsty, aby nie odsłaniać małych kawałków nieba nad naszymi głowami, teraz już o kolorze ciemnogranatowym.

Zrzuciliśmy z siebie pelerynę niewidkę i pozapalaliśmy różdżki .

— Ile właściwie minęło godzin, odkąd Cristal tu nie ma? – wyszeptała Victoire, oświetlając resztki sznura zwieszające się z pnia drzewa.

— Nie wiem – odparłam w zamyśleniu. – Pięć? Może sześć…?

Teddy śledził światełkiem Lumosa niezatarte jeszcze ślady kopyt wydeptanych wśród liści. Po chwili powiódł rękę wyżej i nagle w blasku jego różdżki błysnął uczepiony na gałązce krzewu gruby, srebrny włos.

— Chyba wpadłem na trop! – przywołał nas do siebie ruchem niezajętej przez różdżkę ręki, a Victoire zdjęła świetlistą nitkę z gałęzi, wprawiając ją przy tym w lekkie drganie. – Chodźcie tędy, może dalej jest ich więcej…

Ruszyliśmy więc tropem pozostawionych prze Cristal włosów, coraz bardziej oddalając się od Kryjówki i jedynego dobrze nam znanego szlaku, a coraz dalej zagłębiając się w las i pytanie, które na początku miało formę ledwie mgły zasnuwającej pnie drzew – teraz jednak uformowało się w naszych głowach w całkiem materialnej postaci, dziwnie przypominającej kształtem włochate, zębate i niekoniecznie miłe zwierzę…

A co jeśli na końcu tej drogi, czeka nas nie jednorożec, ale Złowrogi Zwierzak?

Tymczasem wokół nas coraz głębszy zmrok zapadał w Zakazanym Lesie i chłodny wiatr powiał ku nam od północy, tchnący w nieruchome drzewa duchy dziwnych i strasznych istot. Ich gałęzie rozczapierzały się nad nami jak szpony, ich korzenie zdawały się jakby celowo podstawiać się nam pod nogi. Najgorsze było jednak wrażenie, jakby każdy pień miał parę śledzących nas bez ustanku oczu… a może to coś innego przypatrywało się nam z ciemności?

W końcu znaleźliśmy się w tak gęstej części lasu, że nie dało się w niej nawet poruszać w pelerynie niewidce, aby nie doprowadzić jej do stanu podartej szmaty, a co dopiero by przez liściasty baldachim docierał do nas choćby skrawek światła księżyca.

I właśnie kiedy stwierdziliśmy, że to bez sensu i Teddy schował niewidkę z powrotem do torby, coś poruszyło się przed nami w zaroślach – i bynajmniej nie był to letni, niewinny wietrzyk.

Mimowolnie wydałam z siebie cichy jęk. Teddy przydepnął mi mocno stopę abym była cicho, ale spowodował tym jedynie jeszcze głośniejszy syk bólu. Victoire odwróciła się raptownie w naszą stronę, oczy miała szeroko otwarte ze zgrozy – lecz nie zdążyła nawet podnieść palca do ust, kiedy tuż przed nami trzasnęła sucha gałązka, co w ciszy ciemnej i liściastej puszczy wywarło na nas takie wrażenie, jakby był to co najmniej wystrzał armatni.

Ja i Victa omal nie wskoczyłyśmy Teddy’emu na głowę ze strachu.

— Co wy…?!

Ale nie zdążył dokończyć zdania. Wielki, ciemny kształt wyrósł przed nami wśród chaszczy, któremu zaczęło towarzyszyć… tak! Wyraźnie usłyszałam odgłos kopyt drących ściółkę leśną! Ale przecież nie tylko jednorożce mają kopyta w tym lesie…

Odpowiedź na to z kim mamy do czynienia stała się oczywista w momencie, gdy Ted uniósł do góry rozjarzoną światłem różdżkę i wtedy jego wzrok napotkał ostry grot strzały, wymierzony prosto w jego własną twarz.

— Klar…!! ­– zaczęłyśmy ja i Vicky równocześnie, ale natychmiast urwałyśmy, a blade uśmiechy ulgi znikły z naszych tak szybko, jak się pojawiły.

Ponieważ centaurem, który mierzył do nas z łuku, bynajmniej nie był Klarensjo.

A właściwie jak teraz o tym pomyślałam: Klarensjo przecież nigdy nie mierzył do nas z łuku.

Nie, to zdecydowanie nie mógł być nasz stary, leśny znajomy, który swoją centaurzą wiarą w wyroki niebios, zapoczątkował naszą zabawę w pielęgniarki rannych jednorożców. Nasz centaur zawsze odznaczał się niezwykle spokojną postawą jak i całkowitym wypraniem z emocji odbijającym się na jego twarzy. Mina TEGO centaura, który bezczelnie celował w nas strzałą, bynajmniej nie wskazywała na spokój, opanowanie i harmonię z naturą – a tym bardziej z przedstawicielami ludzkiej rasy, napotkanymi przypadkowo wśród tej natury. W ogóle cały był jakiś dzikszy – włosy miał rude jak marchewka, co było widać nawet w pogrążającej nas coraz bardziej ciemności, a twarz wykrzywioną w raczej niezbyt przyjaznym wyrazie. Może to dziwne, że w tak groźnej sytuacji nachodzą mnie skojarzenia tego typu, ale właściwie ten centaur przypominał całkiem Julię McDuck w wyjątkowym stanie rozdrażnienia, na przykład wtedy, kiedy dźgała mnie różdżką na historii magii bym nie zasnęła, albo gdy Brenda szczególnie ją czymś wkurzyła… Mimowolnie poczułam rozrzewnienie tą myślą. Może za chwilę padnę raniona strzałą i już nigdy nie będzie mi dane zobaczenie wnerwionej Julii McDuck…

Tak się jednak nie stało – a przynajmniej nie tym razem. W momencie gdy padło na niego światło różdżki, wykrzywił twarz w jeszcze gorszym grymasie, po czym stanął przed nami dęba, wystrzeliwując przy tym strzałę gdzieś w wysokie konary drzew, przez co ja i Victoire wydałyśmy z siebie zduszony okrzyk, a Ted osłonił nas szybko wyciągniętą ręką, cofając się z nami na tyle, na ile było to możliwe w otoczeniu kolczastej gęstwiny.

— Celujesz we mnie magicznym patykiem?! – zawołał centaur z wyraźnym oburzeniem, opadając przednimi kopytami na ziemię i przytupując nimi nerwowo w miejscu. – Jak śmiesz, źrebaku ludzkiej rasy?!

Chyba dopiero po chwili Ted zdał sobie sprawę z tego, że słowa te skierowane są do niego – i właściwie zbytnio się temu nie dziwię; pojawienie się centaura na naszej drodze było już samo w sobie dostatecznie szokujące, a co dopiero zostać nazwanym „żrebakiem ludzkiej rasy”!

Teddy wyglądał teraz tak, jakby sam chciał spytać, jak z kolei centaur śmie celować do niego z łuku, lecz chyba jakoś nie mogło mu to przejść przez gardło. Bądź co bądź, byliśmy na terenie koniowatego, więc raczej nie należało mu się narażać, zwłaszcza, że wyglądał na takiego co szczególnie lubi się kłócić, a już przede wszystkim strzelać bez ostrzeżenia z łuku.

Mimo to, widząc, że wszystkich nas wyraźnie zatkało, nieco złagodniał.

— Opuść swój patyk, Tedzie Lupinie. – Ted jeszcze bardziej wytrzeszczył na niego oczy, lecz centaur to zignorował, podnosząc wzrok ku… ja naprawdę nie wiem, gdzie on mógł widzieć niebo pośród całej tej plątaniny gałęzi! – Dzisiejszej nocy inne czyha na nas zagrożenie…

A to ciekawe… Czyżby ten centaur wiedział coś o Złowrogim Zwierzaku…? Mimowolnie powędrowałam za jego wzrokiem, jednak nie dostrzegłam nic poza masą powykrzywianych gałęzi i ciemnych liści. I kiedy właśnie zaczęłam zastanawiać się nad tym, czy Gwiazda Jednorożca znów daje o sobie znać, naszą kontemplację (moją i centaura) przerwał cichy głos Victoire:

— Przepraszam, ale… czy… p-pan…

Centaur oderwał nagle wzrok od niebios, po czym zarżał głośno, co zabrzmiało niezwykle końsko.

— Centaury nie mianują się ludzkimi tytułami – poinformował ją szorstko, a nozdrza mu zadrgały. – Każdy jest tym, kim zapisano mu być w gwiazdach na miliardy lat przed jego istnieniem…

Cóż, nie powiem by to objaśniło Victoire jak ma się do niego zwracać i chyba nawet centaur zorientował się, że musi jej to wyłożyć jednak w bardziej przyziemny sposób.

— Noszę imię Drogo… – Zmierzył nas burzliwym spojrzeniem, jakby się spodziewał, że któreś z nas temu zaprzeczy. Nie spotykając się jednak z żadną inną reakcją z naszej strony poza wlepianiem w niego wytrzeszczonych gał, spuścił nieco z wojowniczego tonu. – Teraz wy wyjawcie ludzkie źrebięta, kim jesteście i czego szukacie w tym zakątku puszczy?

Kim jesteście!

Jakby sam przed chwilą nie zwrócił się do Teda po imieniu i nazwisku!

— Eeeee… – to było jedyne, na co młody Lupin mógł się w tym momencie zdobyć. Chyba jeszcze nigdy jego elokwencja nie pozostawiała tak wiele do życzenia jak w tej chwili!

— My… – pospieszyła mu z pomocą Vi. – Szukamy pewnego jednorożca… – Ja i Ted gorliwie pokiwaliśmy głowami. – Czy nie widziałeś może nigdzie niczego dziwnego?

Drogo zmierzył ją uważnym wzrokiem, potem spojrzał na mnie i na Teda, a na koniec zwrócił chmurne spojrzenie ponownie w górę, w stronę wyimaginowanego przez siebie nieba.

— Mars jasno dziś płonie – orzekł.

Tym razem my wszyscy podążyliśmy za jego wzrokiem. Owszem, zarejestrowaliśmy w górze parę dziwnych szyszek, jednak nic przypominającego Marsa nie dostrzegliśmy, choćby płonął na niebie niewiadomo jak jasno.

— To znaczy? – odezwał się w końcu Teddy, kiedy już przekonał się, że sam raczej z gwiazd niczego nie wyczyta.

Centaur Drogo ani drgnął, choć pomiędzy jego brwiami pojawiła się groźna zmarszczka.

— Nieprzeniknione są wyroki niebios – odrzekł z wolna, jakby nudziły go już te wszystkie pytania.

Ja, Teddy i Vicky spojrzeliśmy po sobie – jakoś niespecjalnie uśmiechało nam się wyciąganie informacji z centaura przez kolejne parę godzin naszego życia, lecz iść dalej również nie mogliśmy, jako że wokół nas rozrastały się gęsto kolczaste krzaczory, a Drogo zagradzał nam jedyną drogę.

— Przepraszam, ale… czy mógłbyś zejść nam z drogi? – W życiu nie spodziewałabym się po Victoire takiego przejawu odwagi! A może to była właśnie głupota…? Utwierdziłam się w tym drugim do reszty, kiedy ja, Ted i Vic aż podskoczyliśmy, gdy stojący dotąd w całkowitym bezruchu Drogo ponownie stanął dęba rżąc wściekle, błyskawicznie naciągając strzałę na cięciwę i celując nią prosto w przerażoną twarz Victoire, w którą wpatrywał się teraz z niewysłowioną wściekłością.

— Te ziemie od wieków należą do centaurów! – zagrzmiał, a Ted szybko zasłonił Victoire własnym ciałem. – Władza ludzi nigdy tutaj nie sięgała, a my, centaury, nigdy nie uchylimy przed wami czoła!

— Chcieliśmy po prostu, żebyś pozwolił nam przejść dalej! – krzyknął Ted ze złością, jedną ręką wciąż walcząc z wyrywającą mu się Viką, której chyba niespecjalnie spodobał się jego rycerski gest podstawienia się wprost pod wymierzoną w nią strzałę.

— Bezczelność typowa dla waszej rasy! – Drogo wyglądał już niemal tak, jakby zaraz piana miała mu wyjść na usta. – Naruszyliście granice naszego terenu, a teraz jeszcze spodziewacie się specjalnego traktowania!

— Wcale nie spodziewamy się specjalnego… – zaczęłam, lecz Drogo mi przerwał:

— Już ja wam sprawię specjalne traktowanie, przeklęte ludzkie istoty! Zobaczycie jak przywita was reszta centaurów!

Nawet Victa przestała walczyć z Tedem o miejsce pod strzałą, kiedy spojrzeliśmy po sobie wszyscy z przerażeniem.

— Nie! – wyrwało mi się, a echo mojego głosu potoczyło się po ciemnym lesie.

Drogo zdjął strzałę z cięciwy i schował ją z powrotem do kołczanu, a łuk przewiesił sobie przez ramię. Wyglądało na to, że jednak nie zamierza nas zastrzelić, przestałam się jednak cieszyć z tego powodu, kiedy dostrzegłam, że centaur sięga po róg przytroczony do swojego boku…

— NIE! – zawołała Victoire. – Proszę tego nie robić…!

Niestety. Było już za późno.

Wibrujący, niski dźwięk, przedarł ciszę panującą w lesie jak cienką kartkę papieru.

Ja, Ted i Victoire, staliśmy jak sparaliżowani, wciąż wpatrując się w siebie z pobladłymi twarzami. Kiedy dźwięk rogu ucichł, jego echo jeszcze długo odbijało się między drzewami, dając nam do zrozumienia tylko jedno – odgłos magicznego instrumentu rozniósł się o wiele dalej niż moglibyśmy przypuszczać, przy czym w najgorszym razie, na jego wezwanie niekoniecznie musiały stawić się tylko centaury…

Ledwo echo ustało, a w oddali rozległ się tętent kopyt – coraz głośniejszy i głośniejszy – aż w końcu ja, Ted i Victoire staliśmy otoczeni przez co najmniej trzydzieści rozwścieczonych centaurów.

No to zapowiada się niezła impreza.

— Cóż się stało, Drogo? – zapytał spokojnie centaur, wyglądający na najstarszego i najbardziej doświadczonego.

Drogo ponownie sięgnął po strzałę i wycelował nią w nas tym razem z ręki, jakby była wielkim, oskarżycielskim palcem wskazującym.

— Tej nocy ludzie postanowili wkroczyć na nasze terytoria!

Wśród zebranych centaurów zapanowało wyraźne poruszenie.

— Okażcie swoją twarz, ludzka raso! – zawołał donośnie najstarszy centaur.

Ted zawczasu zgasił swoją różdżkę, aby ponownie nie zostać posądzonym przez przybyłe centaury o mierzenie w nie „magicznym patykiem”, teraz jednak zapalił ją z powrotem. Ja i Victoire, orientując się, że to jedyny sposób, aby trzymać różdżkę cały czas w pogotowiu, również wyczarowałyśmy wątłe plamy światła. Teraz o wiele łatwiej było nam ocenić zaistniałą sytuację: Wpatrywał się w nas tłum centaurów, jednak na naszą korzyść działało to, że byliśmy otoczeni przez wysokie ciernie, napastnicy więc nie mogli się do nas zbytnio zbliżyć, pozostając wciąż w cieniu pobliskich drzew. Niestety jednak, nie oznaczało to, że byliśmy poza zasięgiem ich strzał.

— To studenci ze Szkoły Magii i Czarodziejstwa – orzekł cicho centaur stojący za Drogo. Miał głęboki i melancholijny głos. – Musimy opuścić łuki. Źrebaków nie krzywdzimy, źrebaków nie zabi…

— Nie zapominaj Ronanie, że wtargnęli tu nieproszeni! – odezwał się ciemnowłosy i ciemnoskóry centaur, sprawiający wrażenie jeszcze dzikszego niż Drogo. – Muszą ponieść konsekwencje!

Kilka centaurów napięło jeszcze bardziej cięciwy.

— Jesteśmy uczniami Minerwy McGonagall! – powiedział Ted donośnym głosem. – Znajdujemy się pod jej protekcją…

Tłum centaurów poruszył się niespokojnie i tylko ciemnoskóry centaur zarżał szyderczo.

— Jak na razie znajdujecie się w głębi puszczy, z dala od swojej szkoły! Nadal uważasz, że ktoś cię tu ochroni, chłopcze?!

Teddy zamknął usta i już nic więcej nie powiedział. Teraz już wszystkie centaury tak silnie napinały łuki, że aż drżały wycelowane prosto w nas groty strzał, jakby tylko czekały na to, aby się uwolnić.

— Czego szukacie w naszej puszczy?! – zagrzmiał najstarszy i najbardziej doświadczony centaur.

— Szukamy jednorożca! – zawołała Victoire, w której desperacja wyraźnie wzięła górę nad strachem. – Jesteśmy tu w dobrej woli i wcale nie zamierzamy wam przeszkadzać…

W tym momencie zawahała się, a ja pomyślałam chyba o tym samym, co ona: W tej sytuacji warto byłoby powołać się na Klarensja, ale czy to by mu nie zaszkodziło? Jego współpraca z nami mogłaby zostać przez centaury źle odebrana…

— Nie zamierzali nam przeszkadzać, ale przeszkodzili! – warknął Drogo, a ciemnoskóry centaur zaczął drzeć kopytami darń i ściółkę leśną. – Czas nauczyć ludzi, że nie życzymy sobie ich wizyt w naszej puszczy!

— Centaury nie krzywdzą niewinnych – oświadczył Ronan swym melancholijnym głosem, po czym zwrócił się do najstarszego i najbardziej doświadczonego centaura – Magorianie, ty wiesz, że mam słuszność.

Zanim jednak Magorian zdążył odpowiedzieć, zza niego z zarośli wynurzył się centaur jeszcze starszy od niego, bo cały siwy i o surowej twarzy pooranej zmarszczkami.

— Raz pozwolimy im wyjść z tego lasu, a oni znów powrócą, aby się tu panoszyć! – ryknął. – Albo wrócą i będą się przechwalać, że pozwalamy im robić w naszej puszczy co im się żywnie podoba!

— Wcale nie zamierzamy nic nikomu mówić! – zawołał głośno Ted.

Ale nikt go nie słuchał. Siwy centaur sięgnął zamaszyście po strzałę ze swojego kołczanu i nie wiedzieć czemu – wycelował ją prosto w moją twarz!

— Jesteśmy przyjaciółmi Hagrida! – wrzasnęłam  rozpaczliwie w ostatnim przypływie paniki, a cała krew odpłynęła mi z twarzy.

— Wobec tego żegnajcie, przyjaciele Hagrida…

Strzała jednak nie zdążyła trafić tam, gdzie wylądować miała. Ni stąd ni zowąd, gdzieś z czubka drzewa Kłębopiórka runęła jak pierzasty pocisk prosto na twarz centaura, którą zaczęła atakować wściekle dziobkiem i pazurkami, gubiąc wszędzie piórka w wirze walki. Już prawie zapomniałam, że sówka wciąż nam towarzyszyła! Siwy centaur zawył i stanął dęba, próbując pozbyć się puchatej kulki, która nie dawała się od niego oderwać, drapiąc go i dziobiąc.

Tymczasem poruszenie zapanowało wśród reszty centaurów. Niektóre z nich przestały celować do nas z łuku, bardziej zainteresowane tym, czy w koronach drzew nie kryje się więcej małych agresywnych sówek, gotowych rzucić się na nich w każdej chwili. W końcu siwemu centaurowi udało się oderwać od siebie Kłębopiórkę, która od razu podleciała do mnie i usiadła na moim ramieniu. Cała jego twarz była równie podrapana jak i wykrzywiona żądzą mordu.

— STRZAŁY NA CIĘCIWY! – zaryczał, ocierając łokciem strużki krwi.

Lecz i tym razem nasza śmierć została udaremniona. Rozległ się tętent kopyt i przez pobliski krzak jeżyn przeskoczył centaur, na którego widok po raz pierwszy nie odczułam strachu, ale ulgę.

— Nie krzywdźcie tych młodych! – zawołał Klarensjo donośnym głosem.

Tłum centaurów zafalował lekko. Drogo i ciemnoskóry centaur zrobili zaskoczone miny, ale nie aż tak jak siwy centaur, który aż wytrzeszczył oczy.

— Nikt ich tutaj nie prosił! – warknął ciemnoskóry. – Muszą za to zapłacić!

— Czyżbyś nie wiedział Zakało, co zamieszkało w tej puszczy? – zagrzmiał Klarensjo, młócąc powietrze przednimi kopytami. – A może planety nie podzieliły się z tobą tą tajemnicą?

Taka cisza wśród centaurów jeszcze nie zapadła, odkąd się tu zebrały. Klarensjo wzniósł rękę w stronę koron drzew.

— Mars jasno dziś płonie – oznajmił. – A przecież każdy z nas dostrzegł ostatnimi czasy nowy blask Gwiazdy Jednorożca. Czyżby ciała niebieskie nie mówiły wyraźnie o ingerencji ludzi w przyszłość?

— Chyba nie zapomniałeś, że zostaliśmy zaprzysiężeni! – wykrztusił ze złością Zakała, wyraźnie wstrząśnięty. – W naszej pieczy leży odczytywanie przyszłości z gwiazd, a nie pomaganie ludziom! Co im powiedziałeś?!

— Nie więcej, niż pozwoliła mi na to wola niebios – odparł Klarensjo spokojnie, acz dobitnie. – Czas, abyś dokładniej przyjrzał się wędrówkom Drogi Mlecznej, przyjacielu.

Mimo iż zwracał się tylko do Zakały, wszystkie centaury jak na komendę spojrzały w górę, wypatrując gwiazd wśród szalonego zalesienia.

— Istotnie, Mars jasno płonie – stwierdził Magorian, a Ronan dodał melancholijnie:

— Gwiazda Jednorożca świecie ostrzeżeniem…

Wyraźne zadumanie centaurów ośmieliło nas do zadawania pytań.

— Klarensjo… – Victoire odchrząknęła lekko, jednak centaur ani drgnął. – Może ty widziałeś gdzieś naszego jednorożca…?

— Niewinni zawsze pierwsi padają ofiarą – odparł Klarensjo, wciąż gapiąc się w niebo. – Tak było przed wiekami i tak jest do dzisiaj.

Ja, Ted i Vic spojrzeliśmy po sobie.

— To znaczy, że… – zaczęłam powoli. – CZEGO ofiarą stał się nasz jednorożec?

Klarensjo nie odpowiedział od razu. Po chwili westchnął przejmująco:

— Złe stworzę zamieszkało w puszczy… – To jak na razie była najbardziej konkretna informacja, co nie zmienia faktu, że już raz ją usłyszałam… Zanim jednak zdążyłam wdrążyć się w temat, odezwał się głęboki głos Ronana:

— Las skrywa wiele tajemnic.

— Lecz nie tak wiele jak nocny firmament – dodał Magorian, a Klarensjo westchnął:

— Niezbadane są ścieżki przyszłości.

Serdecznie dziękujemy państwu za jakże szczegółowe i obszerne informacje.

Wszystkie centaury tak zagapiły się w niebo, że kompletnie przestały zwracać na nas uwagę.

— Wycofujemy się…? – rzucił do nas Teddy kącikiem ust, a Victoire nieznacznie kiwnęła głową.

Jakimś cudem udało nam się wyminąć stojącego w bezruchu Drogo, po czym zaczęliśmy przedzierać się przez krzaki dalej w las. Tłum centaurów wciąż totalnie nas ignorował, patrząc w niebo i wymieniając między sobą natchnione uwagi:

— Księżyc ma zawsze smutne oblicze…

— Wyroki niebios nie oszczędzają Ziemi…

Zatrzymaliśmy się dopiero wtedy, kiedy centaury pozostały za nami daleko w tyle.

— Co to miało być?! – wyrzucił z siebie Teddy, wciąż zaszokowany, gdy przystanęliśmy aby wyplątać się z krzaczorów jeżyn. – Najpierw nas atakują, a potem wpadają w jakiś trans… Mówią, że nie krzywdzą niewinnych, a potem chcą nas zastrzelić…

— Nigdy nie próbuj ogarnąć centaurów, bo i tak ci się nie uda – mruknęła ponuro Vi. – Podobnież tylko raz w historii magii zdarzyło się, że centaury pomogły ludziom…

— Ciekawe kiedy, bo chyba nie miało to miejsca w naszej czasoprzestrzeni – parsknął Teddy.

— A właśnie całkiem niedawno, bo podczas Drugiej Wojny Czarodziejów – odparła Vicky.

Teraz wokół nas panował taki mrok, że ciemność zdawała się bardziej napierać na światełka naszych różdżek, niż one rozpędzać ją na boki.

— Chyba nie zgubiliśmy tropu? – odezwałam się ze zgrozą w głosie, spoglądając na ich oświetlone wątłym blaskiem twarze, wyrażające taką samą obawę.

Zaczęliśmy oświetlać różdżkami pobliskie krzaczorzyska, jednak na próżno – nigdzie nie błysnął srebrny włos.

— No pięknie! – jęknęła Victa. – Musimy się wrócić!

— Do tych centaurów?! – Teddy wytrzeszczył na nią oczy. – Nigdy w życiu!

Ruszyliśmy więc dalej, powoli posuwając się do przodu. Teraz poszycie lasu było tak gęste, że trudno było dostrzec ścieżkę, a co dopiero się jej pilnować. Zbyt skupieni na walce z ciernistymi zaroślami, przestaliśmy się konsultować w kwestii kierunku dalszej drogi, byleby tylko wydostać się z kolczastej gęstwiny. Kiedy po raz jedenasty wyplątaliśmy się jakoś z kłujących krzaków jeżyn, w końcu to do nas dotarło – zgubiliśmy nie tylko ślady po Cristal, ale i nieświadomie zeszliśmy z dróżki, czego zdecydowanie nie należało robić w Zakazanym Lesie nawet za dnia, a co dopiero w nocy!

— No nie…! – jęczałam, wyszarpując się raz po raz z zarośli czepiających się moich włosów i szaty. – Nie wolno schodzić ze ścieżki! Tak zawsze mówi Haaaa…! – nie skończyłam, bo w tym momencie jedną stopą wpadłam w jakąś norę.

— Racja. Mogliśmy wziąć ze sobą Hagrida… – sapnęła Victoire, nie mogąc wyplątać rękawa z uścisku kolczastych gałęzi. – On zna każdy zakątek lasu… I nic nie zrobiłoby nam krzywdy, gdyby szedł z nami…

— Tak, tylko jakbyś go przekonała, żeby zabrał się razem z nami? – Ted zatrzymał się na moment, aby zetrzeć strużkę krwi ze swojej twarzy, w miejscu gdzie drapnęła go jakaś roślina. – Nie mamy aresztu… Sami się na to pisaliśmy.

 Kiedy ciemność zdawała się już niemal wciskać nam gałki oczne do wnętrza czaszek, las zaczął się powoli przerzedzać i zasnuwać perłową mgłą. Cała nasza trójka była w opłakanym stanie – cali odrapani, poranieni i obszarpani, we włosach moglibyśmy założyć gniazda dla tutejszego ptactwa, tyle w nich było liści i gałęzi. Prawie podskoczyłam, kiedy po tak długim okresie milczenia, jakie zachowaliśmy na czas walki z tutejszą roślinnością, Ted wyszeptał nagle:

– Ej, patrzcie!

Coś połyskiwało słabo w blasku jego różdżki.

Ale nie był to włos jednorożca. Była to cienka, pajęcza nitka.

Po tej pajęczej nitce wędrowały w górę malutkie pajączki, wspinając się dzielnie w stronę… największej pajęczyny jaką widziałam w życiu!

Siatka rozpięta była pomiędzy dwoma drzewami niczym pułapka na ludzi, a pająki na niej już wcale nie były aż takie małe… Jedne wielkości ludzkiej pięści… Inne o rozmiarach małych psów…

Lecz za nimi rozciągał się tysiąckroć gorszy widok, do którego było jedynie uwerturą to, co do tej pory zobaczyliśmy.

Staliśmy na skraju olbrzymiej zapadliny wolnej od drzew, pokrytej pajęczyną tak wielką, że można by z niej uszyć namiot cyrkowy. A na pajęczynie roiły się pająki, pająki wielkości jamników, pająki wielkości koni. Wszędzie kłębiły się czarne, włochate odnóża, błyskały cztery pary oczu, klekotały szczypce. Wymiana przerażonych spojrzeń była ostatnią rzeczą, jaką ja, Vicky i Ted zdążyliśmy zrobić. Nie minęła sekunda, a tuż za nami rozległ się złowieszczy klekot, po czym kilka par włochatych odnóży pochwyciło nas i zaczęło ciągnąć w dół zbocza.

Teraz dopiero opanował mnie tak potworny strach, że mój mózg zareagował na niego tak, jakby rzucono na niego Klątwę Galarety. Zewsząd zbiegały się inne pająki, a ja nagle z przerażeniem stwierdziłam, że mam pustkę w głowie, że nie przychodzi mi na myśl żadne zaklęcie, które mogłoby mnie wybawić od rychłego pożarcia żywcem! Po chwili monstrum, które mnie niosło, puściło mnie, a to samo stało się również z Tedem i Victoire.

— Mosag! – Nie wiedziałam, co oznacza to słowo, ani z jakiego języka ono pochodzi, jednak w tym momencie bardziej zdziwiło mnie, iż wypowiedział jej jeden z pająków, który nas tu przyniósł. Po chwili ponowił okrzyk: – Mosag!

I wtedy z mglistej sieci wyłonił się – pająk rozmiaru młodego słonia – a raczej pajęczyca, co wywnioskowałam z jej wypowiedzi:

 — Ludzie?

Gąszcz pająków zaklekotał szczypcami w potwierdzeniu.

— Wspaniała zdobycz – powiedziała Mosag, również wprawiając szczypce w wyraźne podniecenie. – Zabijcie ich. Już od dawna brakowało nam świeżego mięsa…

— NIE! – wrzasnęliśmy wszyscy równocześnie.

— Jesteśmy przyjaciółmi Hagrida! – Po raz kolejny ten argument jako jedyny przyszedł mi do głowy. – Nie możecie nas zjeść!

Na te słowa pająki widocznie się ożywiły. Raczej niekoniecznie o to mi chodziło…

— To prawda, że to Hagrid mnie tu sprowadził… – rzekła Mosag z wolna. – Jednakże tylko mojemu mężowi Aragogowi szczególnie zależało na jego życiu. Dla mnie nie jest on niczym więcej niż wielkim kawałkiem mięsa… – zaklekotała groźnie szczypcami. – Chętnie bym się nim posiliła, ale skoro nie on tu przyszedł, możemy zadowolić się i wami.

Jej ośmioro oczu zalśniło w blasku padającego na zapadlinę światła księżyca. Wokół mnie, Teda i Victoire narastał klekot setek szczypców, coraz głośniej i wyraźniej…

I nagle wśród obezwładniającej nas paniki, jakby małe światełko rozjaśniło nam umysły.

ARANIA EXUMAI!!

Trzy promienie białego światła rąbnęły prosto w Mosag, zwalając ją z nóg. Odwróciliśmy się gwałtownie i wtedy wielka fala rozwścieczonych pająków rzuciła się na nas, usiłując dosięgnąć nas szczypcami…

To był już koniec. Pająków było zbyt wiele, a my nie znaliśmy żadnego zaklęcia, które mogłoby rozwalić większą ich ilość za jednym zamachem…

DRĘTWOTA! – ryknął Ted, oszałamiając kilka mniejszych, jamnikowatych pająków. – PROTEGO! – Zaklęcie powstrzymało pająka wielkości kucyka przed zaciśnięciem na Victoire włochatych odnóży.

Arania Exumai, Arania Exumai…! – Victoire miotała zaklęcia z szybkością błyskawicy, a ja ciskałam wszędzie Zaklęciem Pełnego Porażenia Ciała, jednak to wciąż było za mało…

BOMBARDA MAXIMA!!! – wrzasnął Ted, rzucając zaklęcie prawie że na oślep.

Wielki wybuch rozdarł kilka pająków na strzępy. Reszta z nich rozpierzchła się na wszystkie strony. To dało nam kilka sekund przewagi, ale nie na długo; ledwie zaczęliśmy uciekać, tabun pająków podążył za nami…

Czy mieliśmy jakiekolwiek szanse w starciu naszych żałosnych trzech par nóg, z ich ośmiorgiem razy pierdyliard? Już po chwili biegliśmy nie po ziemi, nawet nie po pajęczynie, ale bezpośrednio po pająkach, których owłosione odnóża łaskotały nas w kostki. Ledwo zdołaliśmy wyeliminować jedne, a już pojawiały się kolejne żądne krwi potwory…

Niewiadomo jakim cudem udało nam się dotrzeć prawie na sam skraj skarpy, wciąż atakowani przez wściekłe akromantule.

— NA DRZEWO! – ryknął Teddy pomiędzy jednym zaklęciem a drugim.

Strząsnęłam z siebie kilka pająków, po czym spojrzałam w górę. Parę metrów przed nami rósł stary, porośnięty mchem dąb… parę metrów, na których powierzchni kłębiły się pająki.

Do głowy nie przyszedł mi żaden lepszy pomysł. Wyciągnęłam różdżkę przed siebie i zawyłam:

— INCENDIO!

Jeden z koniowatych pająków zamienił się w ognisko. Reszta akromantul rozpierzchła się na boki spłoszona. Ja, Vicky i Ted puściliśmy się pędem… Victoire chwyciła za pierwszą gałąź i zaczęła wspinać się na drzewo… już miałam podążyć jej śladem, kiedy złowieszczy klekot rozległ się tuż za moimi plecami i para wielkich, włochatych odnóży oplotła moją szyję…

ARANIA EXUMAI! – usłyszałam krzyk Teda.

Biały błysk światła otoczył mnie ze wszystkich stron. Pająk puścił mnie, a ja przez chwilę nie mogłam złapać tchu…

— PAULINE, NA DRZEWO!

Skupiając wszystkie resztki sił, dźwignęłam się na pierwszej gałęzi. Wspięłam się parę metrów w górę, gdzie już siedziała Victoire, schroniona w bezpiecznej koronie dębu.

Tymczasem Ted został na ziemi całkiem sam, wciąż walcząc ze stadem pająków, nie dopuszczając ich do pnia naszego drzewa.

— Ted, właź na drzewo!! – krzyknęła w jego stronę Victa – ale jak on niby miał to zrobić, kiedy akromantule aż przyparły go do pnia, tak były blisko ze wszystkich stron?

Ted wymachiwał teraz różdżką tak szybko jak tylko się da.

Arania Exumai… Czekaj!... Drętwota… tylko załatwię… PROTEGO!... jeszcze kilka…

— TED!! – wydarła się Vika.

— Nie widzisz, że jestem trochę zajęty?! – wysapał Teddy, podczas gdy wielki pająk, który właśnie przymierzał się do skoku w jego stronę, zwalił się rażony światłem zaklęcia w zupełnie inną stronę niż zamierzał.

— WŁAZISZ NA TO CHOLERNE DRZEWO, CZY NIE?! – wrzasnęła Victoire.

— Już zaraz… AQUAMENTI! – zawył Ted, a z jego różdżki wytrysnęła wielka fala wody.

Pajaki cofnęły się, zdezorientowane. Teddy chwycił za pierwszą gałąź, lecz już wtedy bestie otrząsały się z kropel i ponownie ruszały do ataku…

— PROTEGO TOTALUM! – krzyknęła Victoire, celując różdżką w ziemię.

Niewidzialna siła odrzuciła pierwszego pająka chcącego wdrapać się na drzewo za Tedem. To samo stało się z kilkoma następnymi. W końcu tłum pająków skłębił się wokół pnia dębu, na którym się schroniliśmy, klekocząc szczypcami i przebierając odnóżami – jednak żaden z nich nie mógł wdrapać się na górę.

Ted dotarł do korony drzewa cały zadyszany.

— ŻYJEMY!! – wykrztusił, lecz zaraz został zagłuszony przez Victoire:

Ty kretynie! – rąbnęła go pięścią w ramię. Ted spojrzał na nią, oszołomiony. – Trzeba było pomyśleć o tym, że jak nie pająki cię zabiją, to ja to zrobię!

— Ale… co…?

Ale Vic już nic więcej nie powiedziała, tylko zarzuciła mu ręce na szyję. Teddy wciąż miał osłupiałą minę.

— Eee… już dobrze… – poklepał ją niezgrabnie po plecach. – Nic mi nie jest…

Oderwała się od niego.

— Pewnie, że nic ci nie jest! Uratowałam ci tyłek!

— Spójrzcie na pająki! – odezwałam się, wskazując w dół.

Akromantule wciąż próbowały dostać się na pień drzewa i cały czas odrzucała je do tyłu niewidzialna bariera, wyczarowana przez Victoire. Tak właściwie, kiedy już nie groziło nam żadne niebezpieczeństwo z ich strony… nagle zdaliśmy sobie sprawę z tego, że to całkiem zabawne!

— Patrzcie jak odrzuciło tamtego! – zawołał zachwycony Ted, kiedy jeden z koniowatych pająków aż wywinął koziołka w powietrzu. – Victoire! Ty naprawdę nas uratowałaś!

Victa tylko założyła ręce na piersi.

— I zrobiłabym to bez twojego kretyńskiego nadstawiania karku.

— Oj, wybacz mu, przecież to gryfon! – machnęłam ręką, wciąż obserwując pająki w dole. – Narażanie się bez powodu leży po prostu w jego naturze, tak jak do nas należy myślenie.

— Skąd niby miałem wiedzieć, że Victoire zna lepszy sposób na ochronę tego drzewa?

— I dlatego postanowiłeś zginąć u jego stóp, a wtedy pająki i tak by się tu dostały…? – Victoire uniosła brwi. – Genialny plan.

Ted zaczerwienił się lekko, ale mimo wszystko nie wyglądał na obrażonego. No bo co może obrazić człowieka, który dopiero co wywinął się od zjedzenia żywcem…?

— No dobra, tylko co teraz? – zapytał. – Czekamy aż im się znudzi i wrócą do domu?

— Tak szybko im się na pewno nie znudzi – stwierdziła Victoire, przyglądając się, jak pająki zawzięcie próbują dostać się na górę i wciąż im się to nie udaje. – Ale gdyby nas nie widziały ani nie słyszały… Mogłyby uznać, że po prostu zniknęliśmy.

— Ale… peleryna niewidka nie zakryje nas na tym drzewie! – zdziwił się Ted, ale Victa już go nie słuchała, ponieważ ponownie wycelowała różdżkę w ziemię.

Salvio Hexia! – Powietrzna bariera otoczyła pień drzewa, po czym zniknęła. – Muffliato!

Ted gapił się teraz na Victoire bardziej niż centaury w niebo, albo ja na pająka, który przemówił ludzkim głosem.

— Skąd ty znasz te wszystkie zaklęcia? – w jego głosie pobrzmiewał prawdziwy podziw. – Salvio Hexia… Protego Totalum… Przecież to zaawansowana magia obronna!

— No wiesz, uroda nie zawsze idzie w parze z głupotą.

Mimowolnie parsknęłam śmiechem, rozbawiona tym przejawem jakże wielkiej skromności Victy.

— Wiesz co… rzeczywiście… – Teddy przekrzywił głowę i zmierzył Vicky spojrzeniem od dyndających z gałęzi drzewa nóg w poszarpanych kolanówkach, do czubka jej głowy, ozdobionego liśćmi i gałązkami. – Jak na osobę o mało co nie pożartą przez wściekłe pająki, wyglądasz zadziwiająco dobrze… Trzeba to naprawić!

Sięgnął ku niej ręką i potargał jej włosy jeszcze bardziej, na co Victoire również poczochrała mu głowę ze złośliwą miną.

— Nie chcę wam przeszkadzać w celebracji waszego okresu godowego, ale spójrzcie na pająki! – odezwałam się, ponownie wskazując na bestie u stóp drzewa.

Akromantule nie próbowały już wdrapać się na pień dębu, ale klekotały wciąż między sobą niespokojnie szczypcami, jakby zastanawiały się, gdzie też mogły zniknąć te soczyste kawałki świeżego mięsa, które dopiero co siedziały na drzewie.

— Głupie, obrzydliwe stwory – stwierdziła Victoire, dopiero teraz, kiedy mogła przyjrzeć się pająkom z bezpiecznej odległości, patrząc na nie z prawdziwą odrazą.

— No coś ty? – udał zdziwienie Teddy. – Myślałem, że uwielbiasz takie zwierzątka.

Vika tylko wzniosła oczy ku baldachimowi z liści.

— Nigdy mi nie wybaczysz, że w pierwszej klasie kupiłam sobie ropuchę zamiast sowy?

— Bo masz za dobre serce! – zaperzył się Ted, zrywając z konaru dębu jakąś gałązkę. – Nie możesz współczuć ropuchom tylko dlatego, że są brzydkie! Musiałabyś wtedy współczuć też tym pająkom, albo jeszcze gorzej… Bacy Phellps…

— Miałam jedenaście lat! – żachnęła się Victa. – Myślałam, że robię coś dobrego dla świata!

Ted posłał w moją stronę spojrzenie pełne niedowierzania.

— Teraz możesz adoptować te pająki. – Victoire chyba niezbyt spodobał się ten pomysł, jednak Teddy nie zwrócił na to uwagi. – Tylko pamiętaj, żeby o nie dbać. Lubią być głaskane i przytulane…

Jeszcze raz spojrzałam na pająki, a na moją twarz bezwiednie wypełzło obrzydzenie.

— Nie wydaje wam się dziwne, że one są gotowe pożreć nawet Hagrida? – odezwała się Victa, ignorując Teda i również spoglądając w dół. – Zawsze myślałam, że nie ma takiego miejsca w Zakazanym Lesie, do którego Hagrid nie miałby wstępu.

Ja i Ted spojrzeliśmy po sobie. Pod nami tłum akromantul przerzedzał się powoli.

— Pewnie tylko Aragog powstrzymywał rodzinkę przed pożarciem Hagrida – stwierdziłam. – No wiecie, ten pająk, którego jako pierwszego sprowadził tu Hagrid.

Przez chwilę nic nie mówiliśmy, obserwując akromantule w dole. Potwory powoli wycofywały się z powrotem do swojego gniazda, najwyraźniej nie bardzo wiedząc, co mają ze sobą zrobić. Mosag chyba jeszcze się nie obudziła, bo jestem pewna, że ten słoniowaty pająk mimo czarów Victy, zrównałby to drzewo z ziemią, byleby tylko dopaść ludzkie mięso.

— Aż trudno uwierzyć, że uszliśmy z życiem… – mruknęłam, wciąż śledząc wzrokiem to wielkie, owłosione stado. – Mogliśmy skończyć jako uczta na ich stole…

Victoire wzdrygnęła się mimowolnie.

— Uczcijmy to! – zawołał nagle Ted. Wyjął z torby butelkę z resztką mrożonego soku dyniowego na dnie i już miał zamiar rzucić na nią Zaklęcie Napełniające, kiedy Victa prychnęła, unosząc brwi.

— Sok dyniowy? Serio? – Pogrzebała w kieszeni szaty i po chwili wydobyła z niej buteleczkę piwa kremowego. – To jest jedyny należyty trunek na taką okazję!

Teddy ponownie, odkąd znaleźliśmy się na drzewie, wytrzeszczył na nią oczy.

— Victoire! – zawołał. – Nigdy bym cię nie podejrzewał o pijaństwo!

— Jakie pijaństwo! – obruszyła się Vicky, podając mu buteleczkę, aby rzucił na nią Zaklęcie Rozmnażające. – Po prostu chciałam uczcić tą butelką koniec egzaminów…

— No tak! – zadrwiłam. – Uczcijmy tym piwem kremowym koniec egzaminów, a nie to, że dopiero co nie staliśmy się posiłkiem stada pająków!

— Mogę was przepytać jeszcze raz z zadań testowych, chcecie? – rzucił beztrosko Teddy, na co ja i Vi zareagowałyśmy zgodnie męczeńskim jękiem.

Odkorkowaliśmy swoje buteleczki, stuknęliśmy się nimi triumfalnie, po czym wzięliśmy pierwszy łyk piwa kremowego, po którym od razu poczuliśmy się lepiej. Właściwie całkiem zabawna była ta sytuacja. Siedzieliśmy wysoko na drzewie, pod nami kręciło się wciąż stado ogromnych pająków, a my jak gdyby nigdy nic popijaliśmy sobie piwo kremowe, ciesząc się końcem egzaminów i śmiejąc się w twarz profesorom i akromantulom, którzy nie mogli nam już nic zrobić. Wielka chmura co jakiś czas przysłaniała, to odsłaniała księżyc, a my czekaliśmy i czekaliśmy, aż zaaferowane pająki w końcu całkiem się rozejdą, abyśmy mogli zejść ze starego dębu i czmychnąć w noc pod osłoną peleryny niewidki.

Tymczasem Victoire doprowadzała całą naszą trójkę do porządku. Zaklęciami, których zapewne nauczyła się podczas swojego szlabanu w Skrzydle Szpitalnym, usuwała drobne ranki i zadrapania pozostawione na naszych twarzach, rękach i nogach po starciu z krzakami jeżyn i akromantulami. Ja cerowałam różdżką rozdarcia na naszych szatach, a Teddy wyjmował z naszych włosów gałązki i liście.

I właśnie kiedy miałam wyrazić żal tym, iż nie wzięliśmy ze sobą z kolacji placka dyniowego, zaczęło dziać się coś dziwnego.

Nagle gdzieś nieopodal, rozległo się głośne tąpnięcie o ziemię, która aż zadrżała, jakby pod jakimś wielkim ciężarem. Powtórzyło się to po raz drugi, po raz trzeci… coraz głośniej i głośniej… Pająki, które do tej pory kręciły się pod naszym dębem, nagle rzuciły się do ucieczki… tylko… przed czym właściwie uciekały?...

Teraz już całe nasze drzewo trzęsło się od korzeni po ostatni listek na samym jego czubku.

Odwróciliśmy głowy i zamarliśmy.

Wielki, cuchnący stwór zbliżał się do drzewa coraz bardziej i bardziej. Wysokości co najmniej czterech metrów, o zielonych włosach na głowie, brodzie, rękach i nogach, z odstającymi uszami, z paciorkowatymi oczkami, bulwiastym nosem i krzywymi zębami wystającymi mu z paszczy, wyglądał jakby był wielkim głazem gdzieniegdzie porośniętym mchem; tak gruba była jego skóra, pokryta dziwacznymi naroślami. Czy to był olbrzym? Czy to możliwe, by od czegoś takiego wywodził się Hagrid?!

— To troll leśny – poinformowała nas cicho Victoire, obserwując zbliżającego się ku nam powoli stwora. – Inaczej Troglodytarum Sylvaticum…

Victoire, błagam!... – jęknęłam, bo jakoś nie miałam w tym momencie specjalnie głowy do tego, co na ten temat miały do powiedzenia podręczniki.

Troll był już teraz tak blisko naszego drzewa, że aż czuliśmy jego śmierdzący oddech. Pogapił się przez chwilę w miejsce, gdzie siedzieliśmy, po czym nagle uniósł potężną dłoń i ułamał jedną z gałęzi ponad nami.

Omal nie pospadaliśmy wszyscy z drzewa.

Troll tymczasem jak gdyby nigdy nic, wsadził sobie gałąź do jamy gębowej i zaczął ją spożywać!

— Czy trolle nie jedzą przypadkiem ludzi? – pisnęłam. – Dlaczego ten zjada gałąź?!

— Bo pewnie jest głodny – odparła Vicky. – I dlatego zjada co popadnie.

Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo w tym momencie troll zawył; najwyraźniej jakaś drzazga wbiła mu się w język. Z wściekłością odrzucił pogryzioną gałąź, po czym – zamiast obrać okrężną drogę – wkroczył wprost w gniazdo akromantul, przeszedł przez sam jego środek i zniknął w głębi lasu, wciąż porykując ze złością.

— Teraz! – syknął do nas Ted. – Złaźmy z drzewa, póki akromantule są w ukryciu!

— Ale ten troll jest głodny! – zaoponowałam. – Co jeżeli tu wróci, bo poczuje zapach świeżego mięsa…?

— To debil! – Teddy machnął ręką. – Nic nie poczuje, póki nos ma zapchany smarkami!

Zeszliśmy więc z drzewa, w uszach mając ryk oddalającego się trolla leśnego – najwidoczniej teraz musiał wleźć w sam środek kolczastych krzaków jeżyn.

— A co jeżeli Mosag to Złowrogi Zwierzak?

Wędrowaliśmy już prawie od piętnastu minut, kiedy Victoire wysunęła takie przypuszczenie. Gniazdo akromantul pozostało już daleko za nami, zresztą jak i Troglodytarum Sylvaticum – troll leśny. W tej części Zakazanego Lasu poszycie leśne było niemal zerowe: tylko liście zaściełały podłoże, gdzieniegdzie porośnięte dziwacznymi, fioletowymi grzybami, a wokół nas drzewa osiągały chyba do dwudziestu stóp – wśród ich gałęzi siedziały ponure ptaszyska, przypatrując się nam ze złowieszczym krakaniem.

— Nie sądzę – odparłam, potykając się na kamieniach i gałęziach. – Akromantula raczej nie zaatakowałaby jednorożca… A poza tym, one nie ruszają się chyba zbytnio ze swojego gniazda, a przecież jednorożce żyją daleko za puszczą centaurów…

— Skąd to wiesz? – Victoire zmarszczyła brwi.

— Boorack tak kiedyś powiedział na moim przesłuchaniu u McGonagall…

Stadko nietoperzy przeleciało gdzieś nad naszymi głowami. Kłębopiórka, siedząca teraz na moim ramieniu, zahukała cicho.

— To by pasowało… – zamyśliła się Vi. – Boorack musiał w poprzednie wakacje dokładnie zwiedzić sobie ten las… Pewnie szukał miejsca, gdzie żyją jednorożce, specjalnie żeby zdobyć ich krew… A przy okazji załatwił sobie też jad akromantuli…

— A sam nie chciał się narażać na wieczne potępienie, więc napuścił na Cristal jakiegoś stwora, albo po prostu zwabił ją w miejsce, gdzie ten stwór grasował… – dodałam.

— Słuchajcie, znajdźmy miejsce, gdzie żyją jednorożce! – ożywiła się Vika. – Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby Cristal uciekała właśnie tam…

— Cicho bądźcie – powiedział nagle Ted.

Przystanęliśmy. Ja i Vicky spojrzałyśmy na Teddy’ego ze zdziwieniem.

— Co się dzieje? – wyszeptała Victoire, ale on przyłożył tylko palec do ust.

W naszą stronę powiał chłodny, nocny wiatr. Wokół żywego ducha, jeżeli nie liczyć ponurych ptaszysk i nietoperzy. O ile ciemne drzewa również nie były żywe…

Perłowa mgła otaczała nas ze wszystkich stron, przyprawiając nas o dreszcze.

— Ted – odezwała się nieśmiało Victoire. – Nic tu nie ma. Idźmy dalej…

Dopiero po chwili ruszył się z miejsca, jednak przez całą dalszą drogę nikt już się nie odzywał i tylko Zakazany Las szumiał od rozmów drzew, głuchych pohukiwań i rozdzierających ciszę krakań. Coś ściskało nas za gardła jak lodowata łapa strachu. Strachu przed czymś o wiele gorszym, niż wrogie centaury, troll, a nawet ogromne pająki.

Tymczasem światło księżyca ponownie całkiem znikło. Spomiędzy splątanych gałęzi wyzierały kawałki czarnego nieba i zasnuwających je ciemnych chmur, z których po chwili zaczął padać deszcz, wypełniając szumem cały las. Stadko dziwnych, małych stworzeń przebiegło tuż przed nami z piskiem, zapewne w ucieczce przed ulewą. Ja, Ted i Victoire, zarzuciliśmy na siebie pelerynę niewidkę, na którą rzuciliśmy uprzednio Impervius, aby odbijała krople deszczu i tym samym by nie przemakał materiał.

W pewnym momencie doszliśmy do niekończącego się morza pokrzywy tak wysokiej i wyglądającej na tak jadowitą, że z pewnością doznalibyśmy poparzenia na całej powierzchni kwadratowej swojego ciała, gdybyśmy tylko w nią wstąpili. Musieliśmy więc obrać okrężną drogę, co rusz wpadając w kałuże i ślizgając się na błocie. Musiało być już po północy – i idąc w całkowitej ciszy, choć zdawaliśmy się zgodnie zmierzać w dobrym kierunku do odnalezienia Cristal, zaczęłam się zastanawiać zgoła nad inną rzeczą. Co u Fiffie, Domie i Simona? Czy udało im się zatuszować naszą nieobecność w Zamku? Czy Boorack nie zorientował się, że ktoś myszkował w jego tajnym laboratorium? Czy może właśnie teraz, jakaś ekipa poszukiwawcza nie przeczesuje lasu, aby nas odnaleźć?

I kiedy tak szliśmy i szliśmy, po raz drugi tej nocy zaczęło dziać się coś, co z całą pewnością nie było normalne…

Nawet nie zauważyliśmy kiedy deszcz przestał padać, bo morze pokrzywy nagle zniknęło. Zniknęły też drzewa, ptaki, nietoperze, niebo, ziemia, Kłębopiórka, a nawet my. Z miejsca ogarnęła mnie panika – czyżbym oślepła? Ale wobec tego dlaczego deszcz również zniknął? Potem przestałam już odczuwać cokolwiek poza strasznym, przeraźliwym zimnem, które zdawało się przenikać przez moje ubranie i skórę aż do szpiku kości.

Rozumiem, czasami nawet ciepłej nocy może spaść deszcz, ale żeby było zimno jak w grudniu?! Jest lato!

Skostniałymi z zimna palcami wydobyłam z kieszeni szaty różdżkę.

Lumos… – wyszeptałam.

Krąg światła padł prosto na Teda Lupina, którego twarz była teraz bielsza od kredy. Z jego ust wydobywały się obłoczki pary. Wpatrywał się szeroko otwartymi oczami w coś, co majaczyło w ciemności… Spojrzałam w tym kierunku i…

Okrzyk przerażenia stanął mi w gardle.

Wysoka, zakapturzona postać, sunęła ponad ziemią prosto na nas. Jej szata czarniejsza była niż otaczająca nas ciemność, jej chrapliwy oddech był jedynym słyszalnym dźwiękiem pośród nienaturalnej ciszy… Spod szaty nie było widać ani twarzy, ani stóp, były za to ręce – okropne ręce, szare, pokryte liszajami, oślizgłe dłonie topielca. Zdawała się wciągać w siebie światło księżyca, wszelkie leśne odgłosy, całą noc, a po chwili była na tyle blisko, by pochłonąć i nas…

Dementor nie musiał się przedstawiać, ani mówić „dzień dobry”. Wystarczyło poczuć straszliwe zimno jego chrapliwego oddechu, aby wiedzieć, że to już koniec.

Zaklęcie Patronusa? Czy którekolwiek z nas potrafiło je wywołać…? Ale jaki w ogóle jest sens się bronić?... Po co tak usilnie trzymać się życia, skoro składa się na nie tylko rozpacz, ból i cierpienie?...

To wszystko przecież nie miało sensu.

Cristal już pewnie dawno nie żyje. Nas i tak też wkrótce zagryzłby jakiś potwór… Jeżeli nie akromantule, to cokolwiek innego…Czy nie lepiej już wcześniej pożegnać się z duszą?

Coś zawyło głucho jak ranione zwierzę. Uszy miałam jakby wypełnione wodą.

Cholerne zimno. Przecież jest lato… Dziwne…

Dziwne. Już nigdy nie będzie lata.

Już nigdy nie będę szczęśliwa.

Straszne uczucie, bo o wiele bardziej realne, niż mgliste wspomnienia szczęścia, które było kiedyś moim udziałem… Ale to już nie powróci…

Coś strasznego. A może ja w ogóle nigdy nie byłam szczęśliwa?

Zimno ustało, a morze pokrzyw zalało białe światło.

Zamrugałam, oszołomiona.

Dementor zniknął. Spojrzałam w bok. Ted Lupin leżał skulony na ziemi, cały się trząsł. Po twarzy Victoire spływały łzy wielkości grochu, jednak nie wyglądała ani na zrozpaczoną, ani na przerażoną, ale jej twarz wyrażała najszczersze zdumienie.

A w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą był dementor, stał samochód.

Tak. Samochód.

Tylko co u licha w Zakazanym Lesie robił samochód?!

Nagle zdałam sobie sprawę, że znowu pada deszcz, jednak byłam zbyt odrętwiała, aby ruszyć się z miejsca. Stałam przed autem, obejmując się za ramiona, podczas gdy peleryna niewidka leżała porzucona na ziemi u moich stóp i mrużyłam oczy przed snopami światła lejącymi się z jego reflektorów. To właściwie nie był samochód, to był dosłownie wrak samochodu. Chyba żadnej szyby nie miał całej, drzwiczki miał poobtłukiwane, cały był podrapany, zardzewiały i ogólnie wyglądał jakby w każdej chwili mógł się rozpaść.

O tym, że dementorzy wysysają duszę wiedziałam, ale o tym, że ich atak wywołuje halucynacje…?!

— To niemożliwe… – wymamrotała Victoire. Ciekawe co ona widziała na miejscu tego samochodu. Helikopter…?

— Ty też go widzisz?! – wyjąkałam, kiedy Vika podeszła do auta, aby dotknąć jego maski.

— Ja… ja wiem co to za samochód! – zawołała Victa z lekka ochrypłym głosem. – Ale nie miałam pojęcia, że on tu nadal…

Nie dokończyła, ponieważ silnik auta zaryczał, jakby cieszył się na to spotkanie.

Odwróciłyśmy się od niego i uklękłyśmy przy Tedzie, który wciąż nie ruszył się z miejsca.

— Teddy…? – wyszeptała cicho Victoire, a on drgnął lekko na dźwięk jej głosu. Po chwili odjął ręce od twarzy, całej uwalanej łzami i ziemią. Zmrużył oczy pod wpływem światła.

Pomogłyśmy mu wstać i razem wgramoliliśmy się do wnętrza samochodu. Kłębopiórka wleciała do środka za nami. Wielkie krople deszczu obijały się o z jakiegoś powodu wgnieciony dach auta, a my cali byliśmy mokrzy i brudni od błota – i chyba jeszcze nigdy w życiu nie czuliśmy się tak okropnie.

Ted wciąż wyglądał dziwnie nieobecnie, jakby nie do końca zdawał sobie sprawę z tego co się z nim dzieje.

— Ted? – powtórzyła Victoire już nieco głośniej, patrząc na niego z niepokojem. Ani drgnął. – Ted, odezwij się! – zawołała błagalnie, chwytając go za szatę, jakby bała się, że dementor rzeczywiście wyssał z niego duszę.

Dopiero po chwili zwrócił na nią wzrok – po czym nagle zmarszczył brwi i z pewnym trudem wychrypiał:

— Czy my… Czy my jesteśmy w samochodzie…?

Ja i Vic odetchnęłyśmy z ulgą.

— Tak… – powiedziała Victa ostrożnie.

— Co się stało?...

— Ten dementor… uciekł… Chyba przepędziło go właśnie to au…

— Ale kto tak krzyczał?

Ja i Vi spojrzałyśmy po sobie ze strachem.

— Nikt nie krzyczał, Teddy… – powiedziałam cicho.

— Ale przecież słyszałem… Jakby ktoś walczył…

Patrzył teraz na nas zupełnie przytomnie.

— Nikt nie walczył… – wyjąkała Vicky. – Nie wiedzieliśmy, jak…

Teraz spoglądał to na Victoire, to na mnie, jakby chciał przyłapać którąś z nas na kłamstwie.

— Czyli jak przyszedł dementor, wy też upadłyście na ziemię?

Nasze milczenie chyba mówiło samo za siebie, bo Teddy spuścił wzrok, a po chwili ukrył twarz w dłoniach. Mnie i Victoire nie przychodziło do głowy nic, co mogłoby go w tej chwili pocieszyć.

— Ted, przecież… przecież to zrozumiałe – powiedziała nieśmiało Vi, kładąc mu rękę na ramieniu. – Mnie i Pauline… nie zginęli rodzice, a…

Nie dokończyła, bo w tym momencie Ted odjął ręce od twarzy i odtrącił jej dłoń.

Zapadła dojmująca cisza. Ted wpatrywał się bez wyrazu w miejsce gdzie powinna być przednia szyba. Po policzkach Victoire spływały łzy.

— Ja… przepraszam…

Teddy zamrugał, po czym spojrzał w jej stronę tak, jakby się zdziwił, że ją tam widzi.

— Ty płaczesz?

Victa przełknęła dzielnie łzy.

— Wcale nie!

— Przecież widzę! – Teraz to on położył rękę na jej ramieniu. – Victoire, nie musisz płakać z powodu moich rodziców!

— Płaczę z powodu ciebie!

Ted znieruchomiał na moment, a po chwili na jego umorusanej twarzy pojawił się cień uśmiechu.

– Mówiłaś, że nie płaczesz…

Victą najwyraźniej targały teraz zbyt sprzeczne uczucia, aby zdołała mu odpowiedzieć. Ted, nic już nie mówiąc, pogrzebał w swojej torbie, po czym wydobył z niej zgniecione opakowanie od czekoladowej żaby.

— Macie – powiedział spokojnie, dzieląc żabę na trzy części. – Zaraz poczujecie się lepiej.

Mimowolnie zrobiłam zdziwioną minę.

— Od kiedy czekoladowa żaba jest antidotum na atak dementora?

— Od kiedy jest czekoladowa – odrzekł Ted. – Czekolada to najlepsze antidotum na wszystko.

Ugryzłam kawałek swojej żaby i od razu fala rozkosznego ciepła rozeszła się po całym moim ciele. Victoire zjadła głowę żaby, wciąż pociągając nosem, po czym wyciągnęła różdżkę i wyczarowała na swojej dłoni garść niebieskich płomieni, takich samych jakie oświetlały grotę Booracka, które rozdzieliła pomiędzy nas. Chyba poczuła się już lepiej, bo otarła łzy z policzków, a i twarz Teda odzyskała nieco koloru.

— Ale co w ogóle ten dementor robi w Zakazanym Lesie?! – wybuchłam, a Kłębopiórka aż poderwała się z mojego ramienia.

— Podczas Drugiej Wojny namnożyło się ich całkiem sporo – odparła Victoire, wyciągając swoją butelkę z resztkami piwa kremowego. – A teraz kiedy nie pilnują Azkabanu, błąkają się niewiadomo gdzie po świecie…

— Nie rozmawiajmy już o tym – przerwał nam Ted.

Ja i Teddy również wydobyliśmy z kieszeni szat swoje butelki, na które on rzucił Zaklęcie Napełniające. Wzięłam swoje piwo kremowe i nastawiłam je na działanie błękitnych płomieni tańczących na mojej dłoni – wystarczyła zaledwie minuta, aby zawartość butelki rozgrzała się do efektu rozkoszy na podniebieniu i umyśle. Widząc to, Victoire i Teddy wzięli ze mnie przykład i zrobili to samo.

Wyglądało na to, że Ted chce jak najszybciej zapomnieć o wstydzie swoją słabością podczas ataku dementora, z czego ja i Victoire chętnie skorzystałyśmy. W środku zdezelowanego samochodu może nie było tak bezpiecznie i sucho jakbyśmy chcieli, ale pokrzepieni czekoladą i grzanym piwem kremowym, zaczęliśmy czuć się o wiele lepiej w jego wnętrzu.

— Nie opowiadałam ci? – zdziwiła się Victoire po trzecim napełnieniu piwem kremowym swojej butelki. – To Ford Anglia, latający samochód dziadka Artura! Wujkowie Harry i Ron ukradli go kiedyś i polecieli nim do Hogwartu, ale rozbili się na Wierzbie Bijącej. Potem auto zgubiło się gdzieś w Zakazanym Lesie…

— Więc ono lata?! – wyrzuciłam z siebie.

Jak dotąd trudno mi było sobie wyobrazić jak ten grat w ogóle jeszcze jeździ, a co dopiero mówić o lataniu!

— O ile się nie mylę, był też gdzieś tutaj czujnik niewidzialności… – zaczęła Victoire, ale w tym momencie urwała.

Jakaś straszliwa siła szarpnęła samochodem, którego silnik kaszlnął i zaryczał głośno – po czym bez żadnego ostrzeżenia auto ruszyło prosto w morze pokrzyw, jadąc dziko przed siebie. Mnie, Teda i Victoire aż wgniotło w siedzenia, a Kłębopiórkę odrzuciło na drugi koniec samochodu; butelka trzymana przez Vikę chlusnęła na nas piwem, a niebieskie płomienie powypadały nam z rąk na kolana, a z naszych kolan na siedzenia i podłogę, kiedy odwróciliśmy się wszyscy do tyłu…

Coś nas goniło. Coś wielkiego, włochatego i szczekającego… jakby trzy ogromne psy…

Czekoladowa żaba przewróciła mi się w żołądku.

To nie były trzy psy… Pies był jeden.

To jego głowy były trzy.

 

 
___________________________________________________
 
 
 
 
No to pierwszą połowę finału mamy za sobą.
Kandydatów do tytułu Złowrogiego Zwierzaka jest sporo, ale co tak naprawdę nim jest...?
Las skrywa wiele tajemnic i wiele strasznych stworzeń, jak widać...
I czy odkrycie tożsamości Złowrogiego Zwierzaka da więcej odpowiedzi, czy namnoży pytań?
To się okaże w kolejnym rozdziale, pod tytułem "Złowrogi Zwierzak".
Jak na razie dziękuję wszystkim tym, którzy wytrwali aż do tego rozdziału... jak i podczas tego rozdziału...
Ze spraw bardziej technicznych: zainstalowałam zastępczy szablon, który przez jakiś czas będzie na tym blogu. (Przez jakiś czas, to znaczy na czas składania i realizacji ewentualnego zamówienia na mój indywidualny szablon... o ile takowe złożę, jeżeli coś nie wypali, podejrzewam, że ten szablon już tu zostanie).
Dedykacja dla Alister, która niedawno tu powróciła, oraz dla Okej, która się tu niedawno pojawiła!
I komentujcie ludki, nawet jeżeli nie potraficie i do tej pory tego nie robiliście  - wystarczy nawet krótkie "Jestem/Czytam/Podoba mi się (bądź nie)"!
Gorąco Was do tego zachęcam, bo im więcej komentarzy, tym większa motywacja do finału :)
Na koniec życzę Wam fajnych wakacji, które czekają nas już niedługo, tak jak i bohaterów tej opowieści!
 
Nox /*
 
~ Tita