Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hufflepuff. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hufflepuff. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 maja 2018

2.14 Pełnia księżyca

   Ted Remus Lupin

  Coś szumiało nieznośnie jak we wrzącym kociołku. Szum pulsował mi bólem w skroniach, niemal oślepiał. Wpatrywał się we mnie rząd nieruchomych twarzy, niby galeria mugolskich portretów.
   — Co to znaczy? — zapytał ktoś, kogo nie znałem.
   Andromeda Tonks, moja babka, wpatrywała się we mnie wielkimi brązowymi oczyma wystraszonej sarny.
— Teddy...?! — wyrzuciła z siebie ochrypłym szeptem.
  — Co to znaczy? — powtórzył obcy głos. — Dlaczego... moja mama miałaby urodzić wilkołaka?
    Zdawało mi się, że blizny na moim przedramieniu pieką mnie żywym ogniem, a równocześnie czułem się jakby nieświadomy tego bólu, a może po prostu zbyt oszołomiony by w pełni go odczuwać — zupełnie tak jak wtedy, tuż po wyjściu z Zakazanego Lasu.
   Dlaczego moja mama miałaby urodzić wilkołaka? Przecież go zabiłem.
Zabiłem go! A oni mówią... że to ja miałbym nim być...?
   — Ted... — To był głos mojego ojca chrzestnego. Dochodził do mnie jakby z oddali, jak z dna głębokiej studni. — Ted, ty... nie miałeś tego usłyszeć...
— Ale usłyszałem...! — Nagle zdałem sobie sprawę z tego, że słowa te wydobyły się z moich ust, zupełnie jakbym po raz pierwszy w życiu usłyszał brzmienie własnego głosu. Dlaczego wszyscy wyglądają na tak przerażonych? Spojrzałem w dół na swoje ręce — drżały lekko, tak jak wtedy w lesie, tuż przed tym —
— Chodzi mi tylko o to... — Harry odetchnął płytko. — Nie miałeś się tego dowiedzieć... w ten sposób...
— W ten sposób — powtórzyłem głucho, zaciskając zęby, czując jak szum wzmaga się, potęguje, staje się nie do zniesienia. — Nie miałem się tego dowiedzieć... w żaden sposób.
   Ludzie, których dotąd uważałem za rodzinę, milczeli — i nagle z całym niedowierzaniem zrozumiałem, że w milczeniu tym tkwi bolesne potwierdzenie prawdy.
   Szum powoli ustawał, zmieniał się w ustawiczny ból. W jednej chwili stałem otoczony ludźmi — w drugiej znajdowałem się sam, na ciemnej polanie w Zakazanym Lesie. Coś wiło się u moich stóp — ohydne cielsko z dziwacznie powykrzywianymi kończynami, długi pysk zbroczony ciemną krwią, cienkie kły błyszczące czerwienią. I oczy, błyszczące i zwierzęce, a jednak wpatrujące się we mnie z dziwnym żalem, błaganiem...
— Więc dlaczego... — zatknąłem się jak mały chłopiec, który zaraz miał się rozpłakać! Boleśnie przełknąłem kulę, która utkwiła w moim gardle. — Dlaczego... dlaczego nic mi nie powiedzieliście?!
   Harry i Andromeda wymienili szybkie spojrzenia.
— Ale o czym mieliśmy ci powiedzieć? — zapytała Andromeda nienaturalnie wysokim głosem, na co krew uderzyła mi do głowy tak nagłą falą niedowierzania i furii, jakby strzeliła we mnie błyskawica.
— O TYM, ŻE MÓJ OJCIEC BYŁ WILKOŁAKIEM!
   Chyba jeszcze nigdy oczy mojej babci nie były tak ogromne — i chyba jeszcze nigdy nic nie obudziło we mnie większej wściekłości niż to.
   Bo właśnie zdałem sobie z czegoś sprawę — a świadomość ta zaatakowała mnie jak ostry nóż, boleśnie i zimno. Ona oszukiwała mnie przez całe życie, a teraz... teraz nadal usiłowała to robić! I nagle zacząłem czuć przemożną nienawiść do tej kobiety, palące pragnienie sprawienia jej bólu, zmuszenia jej do powiedzenia prawdy...
   Jej twarz wciąż była mokra od łez, jednak Andromeda Tonks już nie płakała — siedziała sztywno w swoim kącie, zaciskając ręce i spoglądając na mnie z tym szczególnym blaskiem w oczach, za który gotów byłem ją udusić. Jak ona kiedykolwiek mogła sądzić, że wyświadcza mi przysługę ukrywając prawdę... jak mogła twierdzić, że miała na celu moje dobro...?
— PRZESTAŃ! — wrzasnąłem tak głośno, że aż wszyscy drgnęli na swoich miejscach. — Przestań... przestań tak na mnie patrzeć, przestań kłamać...!!!
— Robiłam to tylko po to, żeby cię...
— Tylko nie mów, że chciałaś mnie CHRONIĆ!
  Powstała, wciąż jeszcze wysoka, mimo iż w życiu przygniotło ją tyle trosk. Na jej twarzy odmalowywał się teraz drażniący upór.
— Zrobiłam wszystko, żeby zapewnić ci szczęśliwe dzieciństwo. Chroniłam cię przed mugolami, którzy nie zrozumieliby twoich zdolności... i chroniłam cię przed prawdą o twoim ojcu, abyś nie musiał z nią żyć.
— A może to mugoli chroniłaś przede mną? — parsknąłem gniewnie. — Może bałaś się, że pewnego dnia zamiast mnie zastaniesz włochatego potwora z kłami?
— Ted, zastanów się co ty w ogóle wygadujesz...! — odezwał się Harry, a ja zmusiłem się by na niego spojrzeć — i pożałowałem tego prawie natychmiast. Jeszcze nigdy nie widziałem, by patrzył na mnie aż tak poważnie. — Jasne, masz prawo się na nas wściekać! Ja... nigdy nie zgadzałem się z tym, żebyś... Nie chciałem, żeby do tego doszło...
— I dlatego nagadałeś mi, że mój ojciec był świetnym człowiekiem — przerwałem mu. — Rozumiem.
— Harry nic ci nie nagadał! — To wuj Ron nagle jakby obudził się z transu. Spojrzał po wszystkich nerwowo, chyba celowo unikając mojego wzroku. — Tak właściwie, to on jako jedyny mówił ci prawdę...
— PRAWDĘ! — Miałem ochotę się roześmiać, a z drugiej strony rzucić się na Rona. — Tak! Rzeczywiście, Remus Lupin był wspaniały! Najlepszy nauczyciel jakiego mieliście! Wspaniały uczeń, prefekt naczelny i te wszystkie inne bzdury! TO nazywacie prawdą? A jak nazwiecie fakt, że porzucił mnie i moją mamę? Że co miesiąc zamieniał się w krwiożerczą bestię, która w każdej chwili mogła zranić moją matkę? A może powiecie mi, jak to się stało, że oni w ogóle się pobrali? Zagroził jej kłami?
— To wcale nie było tak! — zaperzył się Ron. — To Tonks chciała za niego wyjść, a on się opierał!
— Jasne! Znam mnóstwo kobiet, które tylko marzą o małżeństwie z wilkołakiem! — zadrwiłem.
— Patrząc w twoi kategorie, to ja nie wyszłabym za Billa! — oburzyła się Fleur. — A wyszłam, bo go kochala! I Tonks też kochala Remusa Lupina!
— Skoro go tak kochała, to czemu nie pozwoliła mu wypruć mnie ze swojego brzucha?!
— Teddy! — zawołała babcia Molly, ale ja już kompletnie nie myślałem nad tym co mówię ani co robię — chciałem tylko... rozerwać samego siebie na kawałki, żeby nie musieć już w ogóle nic czuć...
— No co? Co?! Nie żyłoby się wam wtedy lepiej?! Mój ojciec nie chciał mieć tego problemu, więc może wy też...!
   Babcia Molly wyglądała, jakby miała się zaraz rozpłakać.
— Ależ Teddy, kochanie... Proszę, postaraj się uspokoić... Wszyscy jesteśmy trochę poddenerwowani... doskonale wiemy, co czujesz...
— WY... WY NIC NIE WIECIE! WY TYLKO MYŚLICIE, ŻE WIECIE, WY...
— Jasne, że wiemy! — przerwał mi Harry. Zielone oczy mojego ojca chrzestnego zdawały się przenikać mnie na wylot, jakbym stanowił przezroczystą materię. — Myślisz, że nigdy nie byliśmy młodzi?! I każde z nas musiało zmierzyć się z jakąś prawdą i kłamstwem! Ja w wieku trzynastu lat byłem święcie przekonany, że mój ojciec chrzestny zdradził moich rodziców i uciekł z Azkabanu by mnie zabić...
— NIE OBCHODZI MNIE TO! — wrzasnąłem tak głośno, że aż zabolało mnie gardło. — Twój ojciec nie porzucił twojej...
— Nie, ale był za to nędznym smarkiem, który znęcał się nad słabszymi od siebie! I czułem się tak samo jak ty, kiedy się o tym dowiedziałem... Ja też żyłem w przeświadczeniu, że mój ojciec był ideałem, nie potrafiłem zrozumieć, że przede wszystkim był człowiekiem, niedoskonałym tak jak my wszyscy...
— I dlatego... postanowiłeś wmówić mi, że mój ojciec był idealny, chociaż był sto razy gorszy od twojego?! — zawołałem drżącym głosem. — To jest ta twoja prawda?! Kłamałeś tak samo jak wszyscy...!
— Nie kłamałem...
— TAK?! — krzyknąłem. — Więc powiedz! Czy to wszystko prawda? Mój ojciec był wilkołakiem? Porzucił moją matkę? Nie chciał, żebym się urodził...?
   Na moment zapadła cisza — i dostrzegłem wahanie na twarzy mojego ojca chrzestnego.
— Tak... — powiedział powoli. — Twój ojciec był wilkołakiem. I w pewnym momencie odszedł od Tonks, ale... musisz zrozumieć, że to była tylko chwila słabości... Po prostu bał się, że...
   Urwał niespodzianie, ale ja wiedziałem, co chciał powiedzieć.
   Bał się tego, co powtarzano mi przez całe życie... że będę taki jak on.
   W milczeniu podszedłem do choinki, odwracając się od nich plecami. Nie wiedziałem, czy w tym momencie wolałbym ich wszystkich zabić... czy może raczej uciec od nich, wyjść stąd i biec przed siebie, daleko, daleko stąd... Krew wciąż buzowała w moich żyłach sprawiając, że miałem ochotę krzyczeć, krzyczeć na całe gardło, tak głośno, że wytłukłbym wszystkie szyby... albo zacisnąć zęby i oczy... ale wtedy znów znalazłbym się w Zakazanym Lesie, znów patrzyłbym na wilkołaka, który... wyglądał dziwnie znajomo... Nie, dłużej tego nie zniosę, zrobię cokolwiek, żeby to się wreszcie skończyło...
   Chwyciłem za choinkę i szarpnąłem ją z całej siły.
   Rozległo się kilka okrzyków. Drzewko runęło. Przez moment zdało mi się, jakby runął z nim cały świat — aż zatrzęsły się szyby w oknach, ściany i sufit. Tysiące ozdób roztrzaskało się na podłodze, rozsyłając w najdalsze kąty nieskończone odłamki bombek i zaczarowanych sopli lodu, co wszystko razem rozbrzmiało jak wystrzał armatni.
   Lecz nawet to nie było dźwięczniejsze niż cisza, która nastała w chwilę później.
  Stałem nad swoim dziełem zniszczenia, wciąż ciężko dysząc. Powoli gniew opadał ze mnie jak dym z wypalonej świecy, aż nagle poczułem coś o wiele, wiele gorszego. Wstyd.
   Nie, przecież... jeżeli ktoś tutaj powinien się wstydzić... to na pewno nie ja...
   Lecz powoli coraz głębiej docierała do mnie świadomość, że tak... to ja jestem największym powodem do wstydu. I było tak zawsze. Byłem czymś tak wstydliwym, że własna babka ukrywała mnie przed światem i nie chciał mnie nawet wilkołak... nawet mój własny ojciec.
   Zdawało mi się, że minęły całe wieki, zanim w końcu ruszyłem się z miejsca. Harry próbował chyba jakoś mnie powstrzymać... ale zachowałem się tak, jakbym kompletnie go nie słyszał. W uszach wciąż dudniły mi jego dzisiejsze słowa... "nawet nie wiesz, jaki jesteś podobny do swojego ojca"... jak on mógł powiedzieć mi coś takiego? Ale zrozumienie tego w tej chwili było niemożliwe, ból rozsadzał mi czaszkę... Nie, nie chciałem tego zrozumieć!
   Jakaś niewidzialna siła odrzuciła Weasley'ów, kiedy pomiędzy nimi przeszedłem — a przecież nie użyłem żadnych czarów. Coś do mnie krzyczeli, ale było tak, jakbym ich nie słyszał. Jedyne co teraz słyszałem to głos Andromedy: "Zostawił ją... nie chciał jej, nigdy jej nie chciał...! I nie chciał Teddy'ego..."
   A więc ja też go już nie chcę. Nikogo nie chcę.
   Rzuciłem proszek Fiuu w płomienie, które natychmiast stały się zielone. Po chwili cały świat zawirował w garstce popiołu.
 
 ***

   Samotna bahanka brzęczała smętnie w poszarzałych zasłonach. Po krawędzi materaca łaziła pluskwa — za pomocą różdżki oszołomiłem ją i przygniotłem podeszwą. Drugi but walał się gdzieś pod oknem — padała na niego blada plama światła. Reszta obskurnego pokoju pozostawała w cieniu.
    Leżałem na łóżku i gapiłem się w sufit — przez parę godzin, może lat — i nie mogłem zasnąć. W końcu noc zamieniła się w dzień, a ja wciąż leżałem — czynność tę przerywało jedynie okazjonalne zabijanie pluskiew, jedynych istot, których życie wydawało mi się w tym momencie nędzniejsze od mojego. Blizny przebiegały wzdłuż mojego przedramienia od samego łokcia, znacząc się na nim brzydkimi rysami — sweter Weasley'ów cisnąłem w kąt i gapiłem się na nie, zupełnie jakbym do tej pory nie miał dość czasu, by w końcu je zaakceptować. O piątej rano w mojej głowie uformowało się odkrycie, że jeszcze moment, a pazury przeorałyby mi tętnicę. Głupia myśl, ale zarazem dziwnie satysfakcjonująca.
   Gospodę Pod Świńskim Łbem prowadził niejaki Mundungus Fletcher — stary pijaczyna, dla którego bar był jedynie przykrywką dla załatwiania nieco ciemniejszych interesów. Więcej raczej o nim nie wiedziałem i zresztą nie potrzebowałem wiedzieć nic poza tym, że jest starą, zapyziałą szumowiną, która skąpi pokoju nawet w tak opłakanym stanie jak ten, w którym się znajdowałem. Na całe szczęście Hogsmeade było tak blisko szkoły, że Namiar tracił tu swój zasięg i bez problemu mogłem go skonfundować — był więc święcie przekonany, że zapłaciłem ile się należało. Raczej nie byłby zadowolony gdyby się dowiedział, że opuściłem dom bez grosza przy duszy — ba, nawet bez szczoteczki do zębów.
   Rzecz jasna, do Hogwartu nie mogłem od tak się dostać. Kominki w Zamku nie były podłączone do sieci Fiuu na czas Świąt, a brama szkoły pozostawała dla mnie zamknięta i jakoś nieszczególnie chciało mi się nawoływać przez nią Hagrida, by mnie wpuścił. Zresztą, tego właśnie potrzebowałem. Leżenia na wyleniałym materacu. Zabijania pluskiew. Odcięcia się od świata. Złośliwego rozmyślania o tym, jak czuje się rodzina, której zniszczyłem całe Święta... I jeszcze rozwaliłem im choinkę! Pewnie złamałem im serca.
   O dziewiątej rano stwierdziłem, że nie chce mi się o nich myśleć. Ale kiedy nie myślałem o nich, myślałem o mojej mamie... i ojcu. Zdawało mi się, jakby ktoś wbijał mi w klatkę piersiową ostry kolec... Nie chciałem tego, ale równocześnie nie mogłem przestać o nich myśleć — jakbym nie mógł się powstrzymać przed rozdrapywaniem świeżej jeszcze rany...
   Bo gdybym nie myślał o nich, pozostałoby mi już jedynie wspominanie tego, co wydarzyło się w Zakazanym Lesie — a chyba jeszcze nigdy nic nie napawało mnie większym strachem, niż to.
  I pomyśleć, że miałem poprosić Harry'ego o nauczenie mnie Patronusa…! Aż prychnąłem głośno, chociaż poza pluskwami i bahanką, nikt nie mógł tego usłyszeć. Jeszcze nigdy ojciec chrzestny nie wydawał mi się tak odległy — nawet wtedy, kiedy wiecznie nie miał czasu przez pracę w ministerstwie. Bo to wszystko... to była jego wina... i nic nie było już w stanie tego zmienić!
   Zawsze miałem dwóch ojców. Tego, którego nie znałem, ale którym żyłem przez cały czas — i tego, który zawsze był przy mnie, choć nie był tym prawdziwym. Myśl o jednym czy o drugim zawsze dodawała mi otuchy, była dla mnie dumą i dawała inspirację do stania się kimś równie wartościowym — a teraz skompilowała się w moim umyśle w jedną wielką mieszankę rozżalenia i rozczarowania, niosła ze sobą najgłębszą gorycz, jaką kiedykolwiek dane mi było przeżyć. Zawsze na równi uważałem ich za bohaterów — teraz nie wiedziałem nawet kim rzeczywiście byli. Kim naprawdę był dla mnie Harry Potter, skoro okazało się, że nawet nigdy nie był ze mną szczery? Kim był Remus Lupin, który tak jak ja był kiedyś prefektem? Kim był mój ojciec, który nauczał Obrony Przed Czarną Magią, a potem zginął w walce ze śmierciożercami Voldemorta? Kim był człowiek, który był wilkołakiem? Który poślubił Nimfadorę Tonks… i zostawił ją, gdy była w ciąży...
   Bahanka brzęczała bez ustanku. Sufit zmieniał się przez te wszystkie godziny — najpierw ciemny, potem coraz jaśniejszy i jaśniejszy. Próbowałem zdecydować która wina mojego ojca była cięższa — to, że był tym, kim był, czy może to, że mnie nie chciał...? Dziwna rzecz, ale im dłużej tak leżałem, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że nie winię już Andromedy, że jej zachowanie było całkiem zrozumiałe i że to Harry jest wszystkiemu winien. Bo to on sprawił, że to wszystko jest tak bolesne, takie trudne...
   Plama światła padała teraz wprost na moją twarz. Przymknąłem lekko powieki... jestem taki zmęczony... tak jak to zimowe słońce, które świeci ostatkiem sił, a jednak okrasza moje oczy krwistą czerwienią...
   A potem nastała ciemność — ciemność nieprzenikniona, a jednak coś w niej tkwiło... wokół mnie ciemne pnie drzew... i te wpatrzone we mnie oczy...
   Cały rękaw zbroczony miałem świeżą krwią. Mimo to unosiłem obie dłonie, w których trzymałem kamień. Najzwyklejszy w świecie, podniesiony spod jakiegoś krzaka... Wiedziałem, w które miejsce uderzyć, ale wciąż stałem, nie mogąc tego zrobić.
   Najdziwniejsze było to, jak cała podręcznikowa wiedza momentalnie uleciała mi z głowy, jak zostałem tylko ja, mój strach, nienawiść, wilkołak — i kamień.
   I ten nikły przebłysk, ta myśl, z której istnienia zdałem sobie sprawę dopiero teraz, choć wiedziałem, że powstała ona właśnie tam, że istniała przez cały ten czas pod moją skórą, choć ja nie miałem o tym pojęcia... Jak pełnia księżyca, która wykształca się powoli z cienkiego nowiu...
   A więc... to musiał być człowiek.
A ja...
    Puk, puk, puk!
   Otworzyłem oczy i zmrużyłem je boleśnie pod wpływem światła.
   W powietrzu unosiły się drobiny kurzu. Leżałem całkowicie nieruchomo, odrętwiały, nasłuchując uważnie jak zwierzę ścigane w lesie przez większego drapieżnika.
   Czy rzeczywiście ktoś właśnie zapukał do drzwi...?
   Nawet jeśli... nich ten ktoś nawet nie marzy, że go tutaj wpuszczę.
   Puk, puk, puk!
— Idź sobie... — powiedziałem głośno w przestrzeń i zdziwiłem się, jak bardzo zachrypnięty może być mój głos.
— Ted Lupin...? — Głos zza drzwi był niepewny i niewątpliwie należał do mężczyzny z lekką wadą wymowy. Raptownie usiadłem na łóżku.
   Czego mógł tutaj chcieć profesor Longbottom…?!
— Jesteś tam? — zapytał głos. — Mam odprowadzić cię do Zamku... twoje rzeczy już tam czekają, więc...
   Szybko przyskoczyłem do drzwi.
— Ktoś tam z panem jest? — zapytałem trochę za ostrym tonem. Mgliście przypomniałem sobie to, co kompletnie wyleciało mi z głowy — to co usłyszeliśmy, zanim Harry i Andromeda wszczęli swoją kłótnię... Przecież dzisiaj miał tu być ktoś z Zakonu! A teraz, po mojej ucieczce... może nawet był tutaj Harry...?
— Nie, nikogo ze mną nie ma... — odpowiedział lekko zdziwiony Neville. — Czy mógłbyś... eee… otworzyć te drzwi?
   O ile pan nie kłamie, pomyślałem.
   Szybko rzuciłem się po swoje buty i sweter, który wciągnąłem na głowę tył naprzód, równocześnie otwierając drzwi. Sądząc z miny profesora Longbottoma kiedy mnie zobaczył, popełniłem chyba błąd, nie spoglądając wcześniej w lustro. Musiałem wyglądać okropnie — i niewykluczone, że miałem też jakiś dziwny kolor włosów, nie chciało mi się nawet zgadywać jaki. Równie dobrze mógł być to czarny jak dementor, a równie dobrze biały jak inferius — co w obu przypadkach w połączeniu z nieprzespaną nocą odbijającą się na mojej twarzy mogło wywoływać niezbyt korzystny efekt.
— Mam tu ze sobą twój płaszcz... — Jakimś tajemniczym sposobem Longbottom wiedział, że znalazłem się tu zupełnie bez niczego... Pytanie tylko, kto mu o tym powiedział? — Reszta twoich rzeczy jest już w Wieży Gryffindoru… jak już mówiłem.
— Przepraszam, ale... kto tutaj pana przysłał? — zapytałem, równocześnie zastanawiając się, czy nauczyciel powie mi prawdę.
— Był tutaj Ron Weasley… — Neville zawahał się. — Zakłada w Hogsmeade filię swojego sklepu, więc... miał trochę spraw do załatwienia... W każdym razie, to on mi powiedział, że tu jesteś.
   Jasne! Doskonała wymówka. Ciekawe o czym jeszcze rozmawiali sobie z Ronem... zapewne przy kremowym piwie...
   Szyld Gospody Pod Świńskim Łbem dyndał smętnie nad drzwiami. Niebo było białe, zwiastujące kolejną warstwę śniegu, która niebawem miała przykryć ulicę. Zazwyczaj przyzwyczajony byłem do całych tłumów ludzi, teraz jednak wioska sprawiała wrażenie całkowicie opustoszałej — jakiś zmarznięty bezpański pies był jedyną żywą duszą, którą napotkaliśmy na swojej drodze.
   To takie dziwne, że ostatni raz byłem tutaj, kiedy Victoire miała randkę z Woodem. Wydawało mi się, jakby od tamtego czasu minęły całe wieki... Czy naprawdę wtedy to było moim najpoważniejszym problemem...? Teraz to wszystko wydawało mi się tak obojętne...
   Milczałem uparcie, pokonując grudy śniegu na drodze — profesor Longbottom wyraźnie nie czuł się w obowiązku do zadawania mi pytań. Nagle uderzyła mnie dziwna myśl — skąd właściwie oni wiedzieli, że będę właśnie tutaj? Równie dobrze mogłem być Pod Dziurawym Kotłem na ulicy Pokątnej, daleko stąd. Albo w jakiejkolwiek czarodziejskiej miejscowości, niekoniecznie w Hogsmeade…!
— Panie profesorze?
   Neville spojrzał na mnie, równocześnie potykając się o jakąś szczególnie zmarzniętą grudę na drodze.
— Skąd pan właściwie wiedział, że jestem właśnie Pod Świńskim Łbem?
   Po raz pierwszy lekki uśmiech pojawił się na okrągłej twarzy profesora Longbottoma.
— Och...! Musisz wiedzieć, że mam rozległe kontakty w Hogsmeade… a zwłaszcza w Gospodzie Pod Świńskim Łbem. Podczas Drugiej Wojny przez Świński Łeb prowadziło jedyne tajemne przejście z Hogwartu niestrzeżone przez śmierciożerców — wyjaśnił, kiedy wytrzeszczyłem na niego oczy. — Często wymykaliśmy się tam, żeby zdobyć coś do żarcia... przepraszam, do jedzenia... kiedy już nie wypadało pokazywać się w Wielkiej Sali.
   Przez chwilę trawiłem tę informację, zastanawiając się, czy sam mogłem to odkryć, kiedy tam byłem — może wtedy dostałbym się do Zamku bez pomocy Longbottoma.
— Nikt też właściwie wtedy nie wiedział, że gospodę prowadził brat Dumbledore'a — ciągnął Neville. — Aberforth. Oczywiście po jego śmierci wszyscy się o tym dowiedzieli i Ab stał się sławny... tylko jego bar został taki, jaki był.
   No cóż, jeśli to był cały dorobek jego życia, to raczej nie miał się czym chwalić, zostawiłem jednak tę uwagę dla siebie.
— Ale może ty nie chcesz o tym słuchać? — zaskoczył mnie nagle Neville. — Druga Wojna... to dla wielu osób bardzo trudny temat...
   Nie odpowiedziałem. Odwróciłem wzrok od Longbottoma i bezwiednie spojrzałem w niebo — niekoniecznie po to, by kontemplować niewidzialną obecność wojennych ofiar. Nagle zdałem sobie sprawę z tego, jak dziwnie jestem pusty w środku. A może byłem po prostu zmęczony...
— Może nie powinienem poruszać tego tematu... ale chcę ci coś powiedzieć. Nigdy nie przetrwałbym tego, co działo się w Hogwarcie podczas Drugiej Wojny, gdybym wcześniej nie nauczył się pokonywać swojego strachu. A tego nauczył mnie twój tata.
   Poczułem się tak, jakby na dno żołądka opadło mi coś ołowianego. Wciąż uparcie milczałem.
— A resztę zrobił twój tata chrzestny. Kiedy stawiał się Umbridge… na pewno o niej słyszałeś... to nauczyło mnie później przeciwstawiać się śmierciożercom. Naprawdę... wiele im zawdzięczam. Obu.
   Kiedy potem znalazłem się w Wieży Gryffindoru, rzeczywiście w dormitorium czekał już na mnie mój kufer.
   Stara, wysłużona walizka, w wielu miejscach poprzecierana, z zepsutym zamkiem, obwiązana sznurkami. I podpisana: "Profesor R. J. Lupin".
   Rzuciłem się na łóżko i zacisnąłem oczy, starając się zignorować pieczenie pod powiekami.

***
 

— Jak się czujesz? 
   Pauline Mary Glam wyglądała jakby siedziała przy łóżku kogoś umierającego.
   Nawet ubrana była na czarno, a konkretniej w czarną sukienkę w srebrne gwiazdki — w sam raz na Nowy Rok i poprzedzającą go sylwestrową noc. Za oknem niebo ciemniało coraz bardziej, co jakiś czas rozjaśniał je jakiś samotny, przedwczesny fajerwerk. Trudno było oczekiwać nie wiadomo czego — zakończenie tego roku gwarantowało równie beznadziejny początek nowego. Po raz pierwszy czułem wobec tego taką obojętność.
   Być może odwiedziny Pocky powinny nieco przywrócić mnie do życia. Niestety jej widok psuł fakt, iż za jej plecami stał Larieson, opierający się o kolumienkę sąsiedniego łóżka z taką miną, jakby od dwóch godzin stał w jakiejś poczekalni. Siedziałem na swoim posłaniu, trzymając na kolanach książkę, którą zawsze zasłaniałem się, gdy ktokolwiek śmiał tu wejść, a z której w rzeczywistości nie przeczytałem jeszcze nic poza tytułem. A więc jednak Victoire coś napisała... problem w tym, że bynajmniej nie do mnie! Podejrzewałem, że moi obecni goście byli tu z powodu jakiegoś listu od niej, w którym zapewne polecała im zaopiekować się mną w obliczu mojego obecnego stanu psychicznego... Szkoda tylko, że w ciągu ostatnich dni sam w zupełności poradziłem sobie z wyzbyciem się wszelkich uczuć.
   I jedynym co zaprzeczało temu, że dementor wyssał ze mnie duszę było to, że tam gdzie brakowało mi wszystkich innych odczuć, tam stale trwało znużenie podszyte irytacją.
   Odczuwałem to również w tej chwili.
— Czuję się świetnie — powiedziałem zamiast tego, jednak Pocky nie wyglądała na zbyt przekonaną — wciąż spoglądała na mnie tak jakby bała się, że zaraz rzucę się jej na szyję wybuchając płaczem.
— Nie wyglądasz... — poważyła się na ostrożne stwierdzenie. — No chyba, że mówisz w imieniu jakiegoś inferiusa…!
— Może to przez oświetlenie... — rzuciłem wymijająco, na co ona uniosła brwi. — Zresztą, ty też nie wyglądasz najlepiej...!
— To dlaczego tak wcześnie wróciłeś ze Świąt? — zastrzeliła mnie celnym pytaniem, ignorując moją wcześniejszą uwagę. Spojrzała na mnie spod ciemnych rzęs — Pokłóciłeś się z kimś...?
— Nie, nie pokłóciłem się...
— To w takim razie... co się stało...?
— Victoire ci nie napisała?
   Pokręciła przecząco głową. Wzruszyłem ramionami.
— W takim razie nic się nie stało...
— Skoro tak, to dlaczego wróciłeś...
— Może zmieniłem zdanie.
— Nikt normalny nie ucieka z Wigilii, żeby iść do szkoły!
— A mogłabyś się tak z łaski swojej odwalić? — nie wytrzymałem, pocierając czoło dłonią aby jak najdobitniej okazać jej, jak bardzo jestem tym wszystkim zmęczony. — Jeżeli Victoire kazała ci tu przyjść, to oficjalnie cię z tego zwalniam...
— Ale ja... ja sama tutaj przyszłam...! — Jej ciemne oczy rozszerzyły się, pełne wyrzutu. — Może to głupie, ale jednak trochę się o ciebie martwię!
— Tylko czy ja cię o to prosiłem? — Spojrzałem na nią beznamiętnie. — A teraz Szczęśliwego Nowego Roku. I życzę dobrej zabawy.
   Przez moment myślałem, że się rozpłacze, albo rzuci we mnie jakimś zaklęciem — jednak nic z tego się nie wydarzyło.
   Pauline zacisnęła usta, odwróciła się na pięcie i wyszła z dormitorium, nie oglądając się ani na mnie, ani na Lariesona, który dopiero teraz przestał wyglądać, jakby był uczestnikiem jakiegoś śmiertelnie nudnego pogrzebu.
   Być może powinno mnie zaniepokoić to, że jej wyjście nie zrobiło na mnie prawie żadnego wrażenia.
   — Wiesz co, Lupin... — odezwał się Larieson. — Ty to jednak jesteś dupkiem.
   Nie zareagowałem. Zmarszczył czoło, jakby nagle coś mu się przypomniało.
— Pamiętasz tamtą noc, kiedy wyszliście z Zakazanego Lasu? Nie, nie pamiętasz... totalnie odleciałeś.
   Na chwilę zapomniałem o jawnej niechęci i spojrzałem na niego zaskoczony. Larieson uniósł lekko brwi na ten widok.
— No więc leżałeś wtedy jak jakaś glizda, na łóżku tak samo jak teraz. Na moim łóżku. I to ja polazłem po maść do Skrzydła Szpitalnego, żebyś przypadkiem nie zdechł. — Patrzył na mnie z góry, chłodno. — Nie zrobiłem tego, żebyś pomiatał Pauline Glam.
— Doprawdy? — wysiliłem się na ironiczny ton. — Od kiedy to jesteś takim wielkim przyjacielem Pauline? Myślałem, że to raczej ja nim jestem.
   Jego oczy zwęziły się w wyrazie odrazy.
— W takim razie czemu nie zachowujesz się tak, jakbyś nim był?
   Zamilkłem, nie znajdując na to odpowiedzi — i zresztą, Larieson wcale jej ode mnie nie oczekiwał. Na progu odwrócił się jeszcze w moją stronę.
— Szczęśliwego Nowego Roku... i życzę dobrej zabawy.
   Po chwili i za nim zamknęły się drzwi.
   Zacisnąłem oczy i wypuściłem głośno powietrze z płuc — książka ześlizgnęła się z moich kolan i huknęła o podłogę. Jeszcze przez moment gapiłem się w baldachim i zastanawiałem się nad tym, co właściwie takiego zrobiłem, że wszyscy się na mnie obrażają...? Przecież ja chcę tylko odrobiny spokoju, samotności i ciszy... nie żądam niczego więcej...!
   BUM!
   Omal nie podskoczyłem, kiedy do dormitorium wpadło coś, co ze spokojem raczej niewiele miało wspólnego.
   Stworzenie owo, dość okrągłe, owinięte było flagą Gryffindoru, w łapie dzierżyło płonący zimny ogień, na pucołowatej, piegowatej twarzy miało coś, co wyglądało jak Omnikulary Pomyluny obramowane cekinami, a na nasprężynowanej głowie czapeczkę, przypominającą nieodłączny element stroju Poltergeista Irytka. Z braku lepszego środka prewencyjnego, odruchowo sięgnąłem po swoją poduszkę i narzuciłem ją sobie na twarz — niestety nadaremnie, bo Warwick wyrwał mi ją prawie natychmiast.
   — A ty co tutaj jeszcze robisz?! — wydarł się, wywalając ją za siebie. — Impreza już się zaczęła, nawet Jackson pytała, gdzie jesteś...
— Ta...? — rzuciłem nieuważnie, bo właśnie schylałem się po wcześniej upuszczoną książkę, choć marne były szanse na to, by to właśnie ona miała mnie ocalić, skoro nawet poduszka zawiodła... Tymczasem Warwick również zanurkował pod moje łóżko.
— Gdzie ty masz te swoje super-zarąbiste fajerwery ze sklepu Weasley'ów…?
   W normalnych okolicznościach prędzej odciąłbym mu łapy, niż pozwolił mu tknąć moją najcenniejszą własność — teraz jednak spoglądałem obojętnie na to, tak samo jak wcześniej na wychodzącą Pocky, jak Pickering taszczy za sobą błyszczącą skrzynkę w stronę drzwi.
— A ty co się tak wylegujesz?! — wysapał. — Może byś tak ruszył ten swój tyłek i mi pomógł...!
— A może byś tak ruszył tym swoim zakutym łbem i użył czarów...?
   Warwick zatrzymał się tuż pod drzwiami, zdjął cekiniaste okulary i otarł pot z czoła.
— Tak czy siak, chyba musisz wstać! — parsknął. — No chyba nie zamierzasz tutaj zostać...
— A jeśli zamierzam, to co?
   Spojrzał na mnie, jak na jakiegoś totalnego czubka! A to przecież nie ja miałem na sobie kretyńską czapeczkę.
— Jaja sobie robisz?! — wydarł się z wyraźnym oburzeniem. — Jesteś prefektem! Musisz przecież pilnować porządku!
— Niech Jackson pilnuje porządku.
   Teraz Warwick nie był już nawet wzburzony — tylko po prostu zaniepokojony. Jego zimny ogień wypalił się w tej samej chwili, w której jego usta uformowały się w okrągłe "o" wyrażające taką grozę, jakbym nagle oświadczył, że Sylwestra chcę spędzić w towarzystwie Filcha i pani Pince.
— Co jest z tobą?! — wydukał. — Przecież ty się w ogóle nie ruszasz z tego zapierdzianego łóżka...
— Bo nie chcę.
— Nie chcesz?! — wykrzyknął takim tonem, jakby ziściły się wszystkie jego najgorsze obawy. — Ty po prostu za dużo zadajesz się z tymi cholernymi krukonami!
— A co to ma do rzeczy? — zdziwiłem się mimowolnie. Nagle znalazłem nazwę dla dziwnego pozornego braku emocji po wizycie Pocky i Lariesona — to był po prostu niesmak. Zakryłem twarz otwartą książką z myślą, że jednak wolałbym nie nazywać tego uczucia...
— Widziałem tych twoich krukońskich kolesi, jak stąd wychodzili! — zawołał Warwick oskarżycielsko. Zdjął mi książkę z twarzy i ją również wywalił za siebie — uderzyła o ziemię z głuchym tąpnięciem. — Zrobili ci wodę z mózgu...!
— Oni... oni nic mi nie zrobili, ja po prostu... — usiadłem na łóżku i spojrzałem na niego, znowu czując coś nowego: złość! — Ja po prostu mam to wszystko totalnie gdzieś, czaisz?! Mam w dupie Nowy Rok, tę zasraną imprezę i was wszystkich!
   Przez chwilę gapił się na mnie, najwyraźniej porażony tym wybuchem. A potem zacisnął usta i założył swoje wystrzałowe okulary na nos.
— Dobra... skoro tego chcesz.
   Wyciągnął różdżkę, w moim mniemaniu po to, by użyć jej wobec skrzynki z fajerwerkami — lecz kiedy zorientowałem się w sytuacji, było już za późno.
— LEVICORPUS! — Huknęło, błysnęło i nagle coś gwałtownie poderwało mnie w górę — i już po chwili wisiałem w powietrzu, zawieszony pod baldachimem za kostkę u nogi, dyndając do góry nogami jak jakiś zdechły nietoperz w chacie Hagrida…!
   Tymczasem Warwick jak gdyby nigdy nic uniósł skrzynkę z moimi fajerwerkami i odwrócił się w stronę drzwi.
— No to do zobaczenia w 2014 roku!
— C-co... — wydukałem, huśtając się w powietrzu jak totalny debil! — Czekaj! PICKERING!
— Tak? — Spojrzał na mnie, unosząc brwi z chłodną uprzejmością.
— Powaliło cię?! — wykrztusiłem, czując jak krew coraz bardziej napływa mi do twarzy. — Wypuść mnie...!
— Coś mówiłeś? — udał, że nie dosłyszał.
— NO DOBRA! — wydarłem się. — PÓJDĘ Z TOBĄ NA TĘ DURNĄ IMPREZĘ, TYLKO OPUŚĆ MNIE NA DÓŁ...!
— I oficjalnie zapoznasz mnie z Vickes?
— Vi... JEJ NAWET NIE MA W SZKOLE, KRETYNIE!
   Westchnął z rezygnacją, spoglądając ponuro na moje zmagania z niewidzialnymi pętami.
— Dobra... ale puszczę cię pod warunkiem, że wyrwiesz mi jakąś laskę...
— Sam... sobie wyrwij — wyrzuciłem z siebie, czując jak z każdą chwilą czynność oddychania staje się dla mnie coraz trudniejsza. — Masz przecież te swoje oksy zarąbistości...
— W takim razie obiecaj, że złamiesz przynajmniej trzy punkty regulaminu szkolnego...
— DOBRA! Dobra, zgadzam się na wszystko...!
   Ale dopiero w pokoju wspólnym dotarło do mnie, jak wielki popełniłem błąd.
   A mianowicie tak wielki, jak... pustka i cisza w tym pomieszczeniu, co najmniej jakby cały dom Gryffindoru wymarł z powodu epidemii smoczej ospy! Zdezorientowany, spojrzałem na Warwicka.
— To... niby gdzie jest ta cała impreza?
— No jak to gdzie... — żachnął się, najwyraźniej oburzony moją niewiedzą. — Na Wieży Astronomicznej, chyba cała szkoła to wie!
— Cała... cała szkoła?! — wykrztusiłem, a moja wyobraźnia już popędziła jak szalona, wyświetlając w mojej głowie szereg przerażających obrazów: całe tłumy pijanych i obściskujących się uczniaków, gwar, ścisk, pisk i wrzask, pierwszaki wypadające z wieży i lecące w dół...
— Nie no, całej szkoły tam nie ma! — uspokoił mnie Warwick,. — Tylko Gryffindor, Hufflepuff i pół Ravenclawu…
   Ledwie skończył, już odwróciłem się w z powrotem w stronę dormitorium — niestety zdążył złapać mnie za kołnierz i dość brutalnie przepchnął mnie przez dziurę pod portretem Grubej Damy, tak, że o mało co nie wybiłem o nią zębów.
— No, ej! Miałeś nie zmuszać mnie do przemocy...
   Uważaj tylko, żeby role się zaraz nie odwróciły...
— A gdzie... gdzie reszta? — zapytałem, kiedy byliśmy już na ruchomych schodach.
— Jaka reszta?
— Reszta krukonów i ślizgoni!
   Warwick zrobił pobłażliwą minę.
— A kogo to obchodzi? Pewnie na Wieży Północnej...
— Ale dlaczego nie jest tak jak zwykle?!
   Wzruszył ramionami, krzywiąc się lekko.
— A skąd mam wiedzieć? Ktoś to zorganizował... pewnie jakiś puchon, bo tych kujonów-krukonów to nie podejrzewam... Może ten cały Crister Welch i jego banda...? W końcu to w Hufflepuffie zawsze są najlepsze imprezy... A zresztą, co to za różnica, gdzie i z kim się nawalimy...
   Ale ja już go nie słuchałem, bo właśnie zacząłem się zastanawiać, na której wieży będą znajdować się Pocky z Lariesonem… Czy jest szansa, że na Wieży Północnej? Fiffie miała chyba jakiegoś kolesia ze Slytherinu, tylko czy mogło to mieć jakiś wpływ na to, gdzie siostry Glam będą świętować Nowy Rok...? Nie, na pewno będą na Wieży Astronomicznej, tam gdzie Paczka Puchonów… niech to szlag!
   Dziwna rzecz, ale jakoś wolałem unikać myśli, że spotkam je jeszcze w tym roku.
   I im bliżej celu się znajdowałem, tym bardziej przeklinałem siebie, że jednak nie zostałem w dormitorium, chociażby wisząc do góry nogami, chociażby przez całą noc! Już nawet to nie wydawało się takie złe w obliczu tego, co czekało mnie przez kilka kolejnych godzin...
   Udawanie, że wszystko jest w porządku i że świetnie się tam bawię!
    Wszystko to jednak momentalnie wywietrzało mi z głowy, kiedy w końcu znaleźliśmy się na schodach Wieży Astronomicznej.
   Pierwszym skojarzeniem była bardzo długa kolejka do toalety. Całe schody prowadzące do Wieży, jak długie i szerokie, zapełnione były uczniami.
   Z samej góry docierało do nas głośne dudnienie, od którego drżały wszystkie poręcze — jednak nikomu zdawało się to nie przeszkadzać. Kiedy ja i Warwick pokonywaliśmy drogę po kręconych stopniach, mijaliśmy wiele ładnych dziewczyn i po raz pierwszy od kilku dni zacząłem żałować, że sam nie zadbałem lepiej o swój wygląd. Większość ludzi tylko gadała, pewien procent obściskiwał się, sprawiając wrażenie obojętnych na to iż przebywają w miejscu bądź co bądź publicznym — a wszyscy bez wyjątku trzymali butelki kremowego piwa, lub szklanki z innymi kolorowymi napojami. Zdarzało się też, że na mój widok cichły głośne śmiechy i rozmowy. Spojrzałem na Warwicka.
— O co im chodzi...? — dyskretnie zasięgnąłem jego opinii, kiedy odkleiła się od siebie już druga mijana przez nas para. Powoli coraz bardziej zaczynałem się martwić, że naprawdę wyglądam jak jakieś straszydło, jednak mój towarzysz tylko parsknął pod nosem.
— To chyba jasne! Jesteś prefektem, boją się, że zafundujesz im Pocałunek Minerwy...
   Raptownie przystanąłem na stopniach.
— Pocałunek Minerwy?!
— Pocałunek Minerwy! — powtórzył, wyraźnie zdziwiony. — Pocałunek Dementora — Pocałunek Minerwy... Minerwa.... dementor… czaisz...?
   Ale ja już ruszyłem dalej, kręcąc głową nad głupotą tego żartu.
   I w końcu dotarliśmy na sam szczyt Wieży Astronomicznej — stanowiący również szczyt hałasu, ścisku i sylwestrowego szaleństwa. Całkiem oszołomiony, rozejrzałem się dookoła, nagle czując się jak totalny mugol.
   Widok był piorunujący. I jeżeli wcześniej miałem jakieś obawy, że spotkam tu kogoś znajomego, to rozwiały się one w ułamku sekundy — tłum był tutaj tak wielki, że kompletnie nikt nie zwracał na nas uwagi.
   Na błoniach śnieg zapewne iskrzył pięknie w blasku księżyca, jednak na Wieży Astronomicznej nie było chyba żadnej osoby, która miałaby ochotę na tego typu kontemplacje. Impreza trwała dopiero od dwudziestu minut, a wszyscy już szaleli jak dzikie małpy w gaju. Panowała tam całkowicie pokojowa temperatura, na co szczególnie wskazywały stroje większości dziewczyn. Muzykę musiano słyszeć chyba aż w Hogsmeade — tak samo jak zapewne doskonale widoczne były tam fajerwerki, które co jakiś czas rozpryskiwały się na ciemnym niebie tysiącem kolorowych iskier, następnie dryfując ponad całym Zamkiem — ogniste smoki, koła, rakiety... W powietrzu unosił się zaczarowany brokat — dopiero po chwili zorientowałem się, że jest to magiczna iluzja. Pośród uczniów dryfowały tace wypełnione jedzeniem i napojami, często całkiem wyskokowymi — był taki ścisk, że niosących je skrzatów domowych nawet nie było widać. A więc nie dość, że ktoś wydębił pozwolenie na imprezę w tym miejscu, to jeszcze załatwił z kuchni domowe skrzaty?! Ale przecież organizatorami tego Sylwestra nie mogli być prefekci... Boorack Junior nigdy nie sprzeciwiłby się tatuśkowi, a nawet Kaitlyn była po prostu zbyt leniwa, by urządzić wydarzenie na taką skalę...
   Z transu wybudziło mnie dopiero szturchnięcie Warwicka, wymierzone łokciem niezbyt umiejętnie w moje żebra.
   — Idziemy się nawalić — zakomenderował, odważnie wkraczając w niebezpieczny tłum. — Widzę stary, że tego potrzebujesz!
   I ledwie to powiedział, tuż przy nas pojawił się cherlawy chłopak, którego nigdy wcześniej nie widziałem na oczy.
— Jak chcecie po fajce, to po dwa galeony... — nagle ogarnął, do kogo mówi, po czym jego oczy rozszerzyły się. — Ups… sorry...
   I już miał się wycofać, kiedy chwyciłem go za kołnierz.
— Co to jest? — wyjąłem mu z ręki jednego ze skrętów. Chłopak wyglądał na wyraźnie przerażonego.
— To... nic! — wyrzucił z siebie. — Sproszkowane odchody bahanek i trociny! Sprzedaję to dla jaj!
— Ta? — uniosłem brwi. — A czy to przypadkiem nie są tęczowe fajki?
— Ale za to jakie zajebiste! — Chłopak szybko się poddał. — Podobno Dumbledore wypalał takich dziesięć razy dziennie...
   Cóż, Harry dużo czasu spędzał w gabinecie dyrektora i jakoś nigdy nie wspominał o tym, by Dumbledore miał palić jakieś tandetne fajki... Skrzywiłem się jednak na myśl o ojcu chrzestnym, szybko wyrzucając ją z głowy. Chłopal zachwalający skręty chyba odebrał to jako wyrok na siebie, bo zaczął się zaklinać:
— Przysięgam, że oddam ci pieniądze, tylko nie każ mi ich wyrzucać!
— Wyrzucać? — uniosłem brwi. — Po co miałbym marnować taki dobry towar, skoro mogę go skonfiskować?
— Co?! — Chłopak wytrzeszczył gały. — Ale to tylko gówno bahanek…!
— Lepiej ciesz się, że za to gówno bahanek nie odjąłem ci żadnych punktów! — oświadczyłem, wyjmując mu wszystko, co miał w rękach. — Szczęśliwego Nowego Roku!
   Po czym razem z wyraźnie zachwyconym Warwickiem zwinęliśmy się na bok, aby zbadać naszą zdobycz.
— I co? — zapytał. — Prawdziwe?
— Na to wygląda...
— No to dawaj! — Wyciągnął różdżkę, na co ja spojrzałem na niego jak na wariata.
— Zwariowałeś? Ja naprawdę to skonfiskowałem!
   Zmarszczył brwi, jakby nie zrozumiał.
— No tak... żeby zajarać, no nie?
   Spojrzałem na niego, zastanawiając się nad tym co powiedział. Potem mój wzrok spoczął na skrętach.
   Nie wyglądały szczególnie groźnie.
   Uniosłem głowę i znów zobaczyłem tłum ludzi. A w tym tłumie — całkiem nieoczekiwanie — multum zupełnie nowych możliwości. Mogłem zaprzeczać lub nie, ale prawda była taka, że właśnie użyłem swojej władzy by zdobyć całe naręcze fajek, z których aż wstyd było nie skorzystać. Bo właściwie, czemu nie? Skoro już wpadły w moje ręce...
   Od początku tego roku szkolnego byłem wzorowym prefektem. Ludzie wciąż powtarzali mi, że jestem prawdziwym synem swojego ojca, że podążam jego śladami. Ale co jeśli on nie chciał być moim ojcem? Pomyślałem, że ja również nie chcę już być jego synem.
   I podpalając skręta, poszedłem dalej — stwierdziłem, że w ogóle nie chcę już być Tedem Lupinem. Czy przynajmniej na czas tej nocy nie mogłem się stać kompletnie kimś innym? Kimś, kto po raz pierwszy w życiu nie przestrzega zasad, kto nie jest grzecznym prefektem i wzorowym uczniem? Kimś bezmyślnym, a dzięki temu wolnym i szczęśliwym...?
   Wybuch kaszlu, który nastąpił w chwilę później, nie był zbyt przyjemny. Oczy zaszły mi łzami od dymu, którym się zakrztusiłem, lecz po chwili kasłanie przerodziło się w śmiech. Jakie to jest głupie, że Jackson tyle razy proponowała mi szluga, a ja do tej pory nie nauczyłem się, jak to robić! A mogłem korzystać z lekcji, póki był na to czas!
   Kolejne zaciągnięcie się było już lepsze — i wtedy dostrzegłem, że dym snujący się z końca fajki rzeczywiście jest tęczowy. Znowu parsknąłem śmiechem i zwróciłem wzrok na Warwicka, który wytrzeszczał na mnie oczy.
   — Ziom, ja tylko żartowałem z tym jaraniem! — Gapił się na mnie, jakby mnie zobaczył po raz pierwszy w życiu. — Nie wierzę, że w końcu widzę na własne oczy, jak łamiesz szkolny regulamin!
   Złośliwie wypuściłem na niego tęczową chmurę dymu. Chwycił mnie za rękaw i pociągnął w stronę większego tłumu.
— Chyba aż muszę się napić. — Jakimś cudem wyhaczył wśród szalejących uczniaków wyraźnie zbłąkanego skrzata domowego, chyba nie do końca świadomego co spoczywa na niesionej przez niego tacy. — Ognista?! — Warwick skrzywił się. — Ja chciałem tylko kremowe piwo...
— Kremowe piwo...! — powtórzyłem, jakby to była najśmieszniejsza rzecz, jaką dzisiaj usłyszałem. Szturchnąłem go łokciem w bok, tą ręką, w której trzymałem szluga. — Dawaj, tylko jeden toast za Nowy Rok! — Sięgnąłem do dryfującej w tłumie tacy i wyłowiłem z niej do połowy pełną butelkę.
   I kiedy łyk whisky zapiekł mnie w gardło, z prawdziwym zdumieniem odkryłem, iż z tęczowymi skrętami stanowi ono najlepsze połączenie w moim życiu. Tymczasem Pickering coraz bardziej wyglądał tak, jakby już żałował, że jednak mnie tu przyprowadził. W jednej ręce wciąż taszczył moją skrzynkę z fajerwerkami Weasley'ów i pomyślałem, że najwyższy czas, by zrobić z niej jakiś użytek.
   Z blanków Wieży Astronomicznej można było dojrzeć Wieżę Północną, na której całkiem widoczna była konkurencyjna impreza. Spojrzałem wzdłuż murów — stało przy nich wiele nietańczących acz flirtujących ludzi, lecz czynność wypuszczania w niebo sztucznych ogni, potencjalnie najniebezpieczniejsza, prawie całkowicie spoczywała na maluchach. Wywaliłem wypaloną fajkę za blanki i wydarłem się na cały głos:
   — PIERWSZOROCZNI! DO MNIE!
   Prawie natychmiast znalazło się przy mnie kilka bachorów z Gryffindoru. No proszę, jak je wytresowałem...!
   Ślizgoni z całą pewnością mieli o wiele mocniejszą grupę uderzeniową — już po chwili nad Wieżą Północną rozjarzył się ogromny fajerwerk, posyłając w niebo różnobarwne iskry. Był piękny. Wyciągnąłem palec w jego stronę.
— Widzieliście to?! — wrzasnąłem. — Chcą wojny, to będą ją mieli!
   Dzieciary wydały z siebie wojenne okrzyki. Mój wzrok padł na Warwicka — wpatrywał się we mnie jak w jakiegoś pomyleńca.
— Można wiedzieć, co ty odwalasz z tymi dzieciarami?!
— Prowadzę je na wojnę! — odparłem, mocując się ze skrzynką, na co mina Pickeringa nabrała jeszcze więcej niedowierzania.
— Dobra, chcesz się bawić w przedszkolankę, to nie przeszkadzam! Ja idę wyrwać jakąś laskę...
   I jak gdyby nigdy nic, zniknął w tłumie! Pożegnałem go z uśmieszkiem pełnym powątpiewania — już widziałem, jak on będzie "wyrywał laskę" w tych swoich kretyńskich okularach...
   Wypiłem jeszcze trochę whisky, tak na szczęście, i ku uciesze gówniarzy, wypuściłem w niebo pierwszego fajerwerka, który wybuchł, mieniąc się miliardem czerwonych i złotych iskier. Ślizgoni najwyraźniej przyjęli wyzwanie, bo już po chwili ku Wieży Astronomicznej dryfował wielki, zielono-srebrny wąż, który później zaczął okręcać się wokół niej. Następnie odpłynął ponad ciemny Zakazany Las i zasyczał na nas w powietrzu. Pierwszaki aż pootwierały buzie — gdybym chciał, mógłbym policzyć wszystkie ich plomby, a nawet by tego nie zauważyły.
   — Na co się gapicie! — krzyknąłem na nie, aż podskoczyły. — Bierzcie! — Wskazałem na skrzynkę z fajerwerkami. Dzieciarnia rzuciła się na nie ochoczo. — Na "trzy, czte i ry"...
   Wszyscy podrzuciliśmy swoje fajerwerki wysoko do góry.
   Połączyły się, wybuchając w powietrzu — i już po chwili ponad szkolnymi błoniami unosił się wielki złoty lew. Otoczył cały Zamek i zatrzymał się tuż przed Wieżą Północną — otworzył paszczę i zaryczał tak, że niemal wszyscy, którzy się tam znajdowali, poupadali na ziemię jak kręgle. Spojrzałem na swój oddział, zadowolony:
   — I właśnie tak się to, do cholery, robi! — Uniosłem butelkę z whisky, niczym trofeum. — Wasze zdrowie...!
   Prawie nikt nie zwrócił na mnie uwagi.
   Zostawiłem skrzynkę w ich rękach, a sam zanurkowałem w tłum ludzi. Upiłem jeszcze trochę whisky i stwierdziłem, że czuję się wcale a wcale świetnie. I kiedy zapaliłem kolejną tęczową fajkę, o mało co nie parząc sobie placów końcem różdżki, jednak na kogoś wpadłem — był to na moje nieszczęście Cal Collins, który natychmiast uśmiechnął się szyderczo, gdy tylko zobaczył, z kim ma do czynienia.
— Lupin, ty tutaj?! — Nagle zobaczył co trzymam w ręku i uśmiechnął się jeszcze szerzej. — Ależ prefekcie...! Bardziej pedalskiego zioła nie mogłeś wytrzasnąć, co?
— Smakuje truskawką — wzruszyłem ramionami i już miałem odejść, kiedy chwycił mnie za ramię i powiedział mi wprost do ucha:
— Chcesz skonfiskować coś lepszego?
   Zmarszczyłem brwi.
— Niby co?
— Słyszałem, że mają tutaj Kadzidło.
   Kadzidło... zaraz, zaraz! Czyżby chodziło o to coś z domieszką Amortencji, za które w zeszłym roku Vi i Pocky omal nie wyleciały ze szkoły...?
— I to ma być twoim zdaniem niby mniej pedalskie? — zadrwiłem, na co Collins puścił moje ramię.
— Ja ci tylko dobrze radzę, jeśli chcesz się ostro nawalić... a widzę, że chcesz.
   Po czym jak się pojawił, tak zniknął w tłumie.
   Wciąż marszcząc brwi przyłożyłem butelkę do ust, kiedy zorientowałem się, że jest już pusta. Ale... kiedy to się stało?! I od kiedy to Cal Collins czuł się w obowiązku do udzielania mi tak mądrych porad...
   Ale właściwie, czemu nie? Może warto się przekonać, czy rzeczywiście opłaca się wylecieć za to ze szkoły? W łokieć uderzyła mnie kolejna taca niesiona przez skrzata — nie było na niej whisky ani kremowego piwa, ale dziwny dzban z niebieskim płynem i cała misa bąbocuksów. Sięgnąłem po dziwny napój — był słodki, ale niewątpliwie zawierał jakiś tam alkohol. Wziąłem jednego bąbocuksa, ale po chwili namysłu zamiast go zjeść, rzuciłem go do jakiejś dziewczyny, która ledwo co go złapała. Puściłem do niej oko, co w tej chwili wydało mi się szalenie zawadiackie — ale ona tylko spojrzała na mnie jak na zdechłego karalucha i wróciła do tańczenia. Wzruszyłem ramionami.
   Nie wiadomo kiedy wypiłem jeszcze dwie szklanki niebieskiego płynu i jedną zielonego. Zacząłem rozglądać się za czymś, co jeszcze mógłbym wypić i zobaczyłem Cristera Welcha unoszonego na ramionach chyba dwudziestu osób. Pomyślałem, że to szalenie zabawne, ale wtedy ta jedyna znajoma postać zniknęła mi sprzed oczu i znów pozostałem sam — całkiem sam w wielkim tłumie obcych, groźnych stworzeń. I powoli zacząłem odczuwać, jak wciąga mnie ta czarna dziura, w której nie ma nikogo poza mną...
   Gdzie jest Victoire?!
   Przecież cała szkoła wróciła już ze Świąt! Dlaczego jeszcze jej nie ma?
   Wyszedłem z Wieży i wypadłem na schody — wciąż jeszcze było tam dużo ludzi. I wtedy to zobaczyłem. Jakaś dziewczyna o kręconych włosach trzymała w ręku flakonik.
— Jestem... prefektem! — Zanim zdążyła się zorientować, wyrwałem go jej z rąk. — Konfiskuję...!
   Dopiero po chwili zorientowałem się, że moje słowa ledwo co do niej dotarły — już była nawalona.
   Do flakonika przytwierdzona była mała rurka — podejrzewałem, że należy umieścić ją w dziurce od nosa. Wytarłem jej koniec rękawem. Oparłem się o ścianę drżącą pod wpływem dudnienia muzyki i przymknąłem oczy.
   Trudno mi opisać to, co nastąpiło później.
   A było to coś takiego, jakbym nagle znalazł się w zupełnie innym świecie.
   I zrozumiałem, że teraz już naprawdę mogę zapomnieć... zapomnieć o tym, kim jestem, co tu robię... Zapach wypełnił mnie całego, jak spływające do żołądka lekarstwo... Zapach pergaminu, starej skóry, morskiej wody... i czegoś słodkiego, a zarazem kwaśnego... może to jakiś kwiat, albo owoc...?
   Różowy grejpfrut.
   Otworzyłem oczy i pierwsze co zobaczyłem, to dziewczynę o kręconych włosach, której skonfiskowałem flakonik — zajęta była wymiotowaniem w kąt schodów. Chyba jeszcze nigdy żadna nieznana mi osoba nie wydała mi się aż tak piękna. Przez chwilę gapiłem się na jej kręcone, brązowe włosy, które zakrywały jej twarz, kiedy pochylała głowę. Naprawdę nigdy nie widziałem, żeby ktoś rzygał tak niesamowicie.
   A potem wróciłem na Wieżę Astronomiczną.
   Wydawało mi się, że kolory są jakby jaskrawsze niż zwykle. Fajerwerki wciąż dryfowały nad głowami ludzi, brokat mienił się na ich głowach. Kłębowisko ludzkich ciał wiło się w moich oczach leniwą falą... Och, gdybym mógł, objąłbym ich wszystkich! Objąłbym cały świat, bo jestem taki szczęśliwy, że mogę na nim być, właśnie z nimi...
   I wtedy ją dostrzegłem! To była Pocky, siedziała pod blankami, gapiąc się na ludzi z miną, jakby raczej niezbyt podzielała mój zachwyt. Przecisnąłem się do niej i porwałem ją w objęcia.
   — Pocky!!! Pocky… tak bardzo cię przepraszam! Przepraszam!
   Odsunęła się ode mnie i rozbawił mnie wyraz szoku na jej twarzy.
— Ted, ty... ty jesteś kompletnie nawalony!
Och...! Naprawdę?
— Naprawdę? Wcale... nie, może trochę...
— Co to jest?! — krzyknęła, wskazując na flakonik, który wciąż ściskałem w spoconej dłoni.
— To? — Postarałem się zrobić niewinną minę. — To tylko... taki... tonik na nerwy...
— Tonik na nerwy?! — Spojrzała na mnie z wyraźną złością. — Przecież to Amortencyjne Kadzidło!
— Nie, naprawdę? — udałem zdziwienie, co zniszczył nieco fakt, że mój głos drżał od tłumionego śmiechu. — To niemożliwe...
   Ale Pauline nie wyglądała, jakby również miała ochotę się śmiać. Jednym ruchem, który mnie wydał się błyskawiczny, wyrwała mi z ręki flakonik i już po chwili buteleczka mignęła za blankami. Momentalnie przestałem się uśmiechać.
— Pocky, co... coś ty zrobiła?!
— Jeszcze będziesz mi za to dziękować... — poklepała mnie po ramieniu z czymś, co mógłbym nazwać chyba tylko współczuciem... tylko że ja nie potrzebowałem współczucia, potrzebowałem z powrotem mojego flakonika..!. — I błagam cię, nie dotykaj już więcej tych świństw. Szczęśliwego Nowego Roku, Ted.
   Uśmiechnęła się smutno i odeszła. Wciąż stałem nieruchomo, jakbym oberwał obuchem w głowę.
   Jak ona mogła mi to zrobić?! Podzieliłbym się z nią! Od razu zaczęłaby się bawić lepiej... Dlaczego, dlaczego odebrała mi jedyne źródło szczęścia...?!
   Jak w ogóle mógł istnieć ktoś tak okrutny...!
   Oparłem się o zimny mur i odetchnąłem niematerialną chmurą brokatu.
   Dziwna rzecz, jak bardzo rozdarty może czuć się człowiek. Jakby był zrobiony z papieru... przymknąłem powieki i przypomniałem sobie cudowny zapach pergaminu... starej, skórzanej walizki po ojcu... pod palcami czułem kamień... kamień...
   Kamień drżał w moich uniesionych dłoniach.
   Krew kapała z rękawa na ziemię, krople uderzały o kałużę krwi tego drugiego... W ciszy lasu brzmiało to jak armatnie wystrzały. Głuchy warkot wydobył się z gardła wilkołaka... on już wiedział, że to zrobię... dlatego obnażył kły...
   Uderzyłem, tylko jeden raz. Ale to wystarczyło — kamień wypadł mi z rąk i potoczył się po ziemi.
   Kamień zbroczony ciemną krwią.
   Zrozumiałem, że płaczę. Stoję pod blanką, wokół mnie jest pełno ludzi, a mi z oczu ciekną łzy i spadają na koszulę. Czym prędzej wytarłem twarz rękawem, żeby nikt tego nie zobaczył — i postarałem się przypomnieć sobie pozostałe zapachy... morska woda... i ten ostatni... ten, na myśl o którym uderzała mnie tak wielka tęsknota, że odczuwałem ją niemal jako fizyczny ból...
   Och, do cholery jasnej, weź się w garść!
  Zacisnąłem usta i z poczuciem jakiegoś szczególnego znaczenia tego momentu, wkroczyłem pomiędzy bawiących się uczniów.
   Moje zmysły wariowały coraz bardziej. W jednej chwili od ostrości wzroku łzawiły mi oczy, w drugiej miałem wrażenie, że nie widzę nikogo ani niczego, że wokół mnie są tylko poruszające się, kolorowe plamy. Nogi plątały mi się — dziwiłem się, w jaki sposób wszyscy wokół tak dobrze trzymają się rytmu. Tłum napierał na mnie, ale mi przestało już to przeszkadzać. Chciałem odnaleźć Vi... ale równocześnie sam chciałem się zgubić. Nie... nie wiem już, czego chciałem.
   A może już nic nie mogło mi pomóc...?
   Może to był człowiek. Może zabiłem człowieka... Może jestem mordercą, którego również powinno się zabić. Mój ojciec był nim na pewno... Ale co jeśli nie będąc wilkołakiem, i tak jestem większym potworem niż on?
    I nagle wpadłem na kogoś z impetem — tak gwałtownie, że Kuchenna Sherry, którą ta osoba trzymała w ręce, chlusnęła wprost na moją koszulę. Chyba tylko cudem odzyskałem równowagę — i wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że patrzę na Gigi Bulstrode.
   — Ted...! — wyrzuciła z siebie zaskoczona, po czym słodki uśmiech tak błyskawicznie pojawił się na jej ustach, że omal nie poczułem się jak na kolejce w podziemiach Gringotta, zjeżdżającej ostro w dół... tylko co to ma właściwie ze sobą wspólnego...? Nie odpowiedziałem jej, tylko bezceremonialnie objechałem ją wzrokiem. Miała na sobie krótką i bardzo, bardzo obcisłą czarną sukienkę na cieniutkich ramiączkach, w wycięciu której widoczne były bardzo przyjemne dla oka rzeczy. Przez chwilę gapiłem się na nie jak jakiś totalny troll. Uniosła mój podbródek dłonią, zmuszając mnie, bym oderwał od nich wzrok — w jej migdałowych oczach igrało rozbawienie i dopiero wtedy do mojego otępiałego mózgu dotarło, że ona doskonale wie, co tak bardzo przykuło moją uwagę.
— Czy mi się zdaje, czy ty jesteś kompletnie naj**any...!  
   Skoro tak mówisz Gigi, to chyba rzeczywiście musi być prawda...
— Ja... wcale nie... — wybełkotałem zamiast tego, ale prawie natychmiast urwałem.
   Gigi była jakoś dziwnie blisko, bliżej niż kiedykolwiek. Tak blisko, że prawie odbierało mi dech.
   Za blisko.
   Coś stało się z dźwiękiem. Uszy jakby wypełniła mi woda — i jedyne, co teraz do mnie docierało stanowiło głuche dudnienie i słodki zapach jej włosów. Ledwo zauważyłem, kiedy jej ręce oplotły moją szyję... Zastanawiałem się tylko, dlaczego ta woń wydawała się tak dziwnie znajoma...? Chyba już ją gdzieś czułem... Zapach z Nory, może Muszelki...
   Tylko dlaczego Gigi miałaby pachnieć Muszelką...?
   Przytłoczony tym wszystkim, zamknąłem oczy.
   Ból wypełniający moją klatkę piersiową zniknął. Przez chwilę już całkiem nie wiedziałem, co się ze mną dzieje — aż nagle uderzył mnie całkiem realny dotyk jej warg na moich. To było takie dziwne... zupełnie jakby całe moje cierpienie z tych ostatnich dni było tylko dymem, mgłą, która momentalnie ulatywała na wietrze, kurczyła się, zanikała... to było lepsze niż jakikolwiek narkotyk... i całowałem ją, nie dbając już o to, że ociekam Kuchenną Sherry, że wokół jest pełno ludzi, nawet o to, że jeszcze nigdy tego nie robiłem... Skupiłem się tylko na swoich zmysłach i na tym, jak chłoną jej pocałunek, niczym balsam na ranę, czując jak robię się lekki, wolny, unoszę się bezwolnie wraz z nią...
   Jeszcze raz delikatnie pocałowałem jej usta i spojrzałem na Victoire.
   Kolorowy blask fajerwerków kładł się miękko na jej srebrzystych włosach. Jej wielkie, ciemnoniebieskie oczy wpatrywały się we mnie ze zdziwieniem.
   — Ted...? — Jej głos był cichy i niepewny, tak jak wtedy w śniegu, ale jednak jakoś inaczej... jakoś bliżej, bardziej intymnie...
   A ja wciąż patrzyłem na nią, nie mogąc wyrzec słowa.
To naprawdę była Victoire!
A ja właśnie ją pocałowałem.
Dlaczego to zrobiłem...?
— Victoire…
— Ted! 
   Szybko zamrugałem powiekami — i momentalnie poczułem się tak, jakby ktoś chlusnął we mnie lodowatą wodą.
   Srebrne włosy i niebieskie oczy Victoire zniknęły. Zamiast nich pojawiły się złote loki okalające twarz Gigi Bulstrode, która świdrowała mnie spojrzeniem zielonych oczu, wyraźnie wściekła. 
— Gi… Ginger…? — wyjąkałem, całkowicie zbity z tropu.
— Tak, to ja...  — wysyczała, wciąż patrząc na mnie wzrokiem bazyliszka pełnym żądzy mordu. — Zawiedziony...?
   W tym momencie całkiem trzeźwo pomyślałem, że wolałbym się chyba nigdy nie urodzić.
   Ginger wyglądała jak rozwścieczona samica rogogona — i jedyne co powstrzymywało ją od popełnienia na mnie krwawego morderstwa był brak umiejętności zionięcia ogniem. Jeżeli chodzi o pazury, to je akurat miała, jestem pewien, że swoim tipsami rozszarpałaby mi gardło bez trudu.
   Chyba oczekiwała jakichś wyjaśnień, od których zapewne zależało moje życie — jednak ja wciąż stałem, nie będąc w stanie wykrztusić ani słowa. Nie pocałowałem Victoire… Po prostu śliniłem się z Gigi Bulstrode! Ale... jak mogło do tego dojść...?
   To w ogóle nie powinno się wydarzyć!
   I zamiast zrobić cokolwiek innego, po prostu potrąciłem ją, rzucając się w tłum. Uciec od niej, uciec od tego tłumu, uciec jak najszybciej! I uciec od widma Victoire… z każdą chwilą stawało się coraz bardziej realne... To co się stało, było takie rzeczywiste! Ale przecież Vi była oddalona o tysiące mil, daleko stąd... To nie mogła być ona.
   I nagle poczułem dziwne pragnienie — aby ktoś uderzył mnie w twarz, bardzo mocno.
   Księżyc przyglądał mi się obojętnie, nic nie mówiąc.
 
 



 
No tak.
Jeżeli ten rozdział zrył Wam banię, to bądźcie pewne, że mi bardziej.
Wybaczcie! Tak jakoś w trakcie pisania umknęło mi to, że w sumie mogłabym ten rozdział podzielić... Ale w sumie i tak nie bardzo wiedziałabym jak.
Miałam wyjaśnić, czemu tak późno (jak zwykle).
Nie będę jakoś rozwlekle się na ten temat rozpisywać, a więc krótko:
Po pierwsze, miałam wernisaż swojej wystawy w szkole, a to wymagało ode mnie naprawdę wiele zaangażowania i niewiele miałam czasu na cokolwiek innego.
Po drugie: zgubiłam telefon. I nie byłaby to jakaś straszna tragedia, gdyby nie to, że miałam tam wszystkie notatki odnośnie tego bloga, łącznie z całym planem fabuły i wieloma już skończonymi scenami... których kopii oczywiście zapisanej nigdzie nie miałam, bo po co.
(O telefon się nie martwcie, był zepsuty i nie miał karty, więc był raczej bezwartościowy).
Myślałam, że się załamię... No, ale patrzmy na pozytywy, może od nowa napiszę to wszystko jeszcze lepiej...
Miejmy nadzieję.
Pozdrawiam serdecznie i życzę udanego weekendu!
 
Nox /*
 
~ Tita

niedziela, 17 stycznia 2016

34. Dziewczyna Booracka Juniora

03-19 05. 2013 r. CZWARTEK

    - Psst! Psssst!
 Brenda Pussycat wychyliła się ze swojej obskurnej ławki w ciemnym lochu.
- Poooocky… Pocky Glam…!
Nieśpiesznie odwróciłam się w jej stronę, a wtedy ona wystrzeliła jak z narowistej różdżki:
   - Opchnąć ci najnowszą Accio Plotę za dwa sykle?
- Cisza! – warknął Boorack gdzieś spod tablicy.
   Szybko obróciłam się na krześle w stronę swojego stanowiska pracy, korzystając z okazji danej mi przez profesora, abym nie musiała po raz tysięczny słuchać paplaniny Brendy o szkolnym pisemku, które ze swoją dwudniową historią zdążyło już oblecieć jak na Błyskawicy całą szkołę. Prawda jest taka, że Accio Plota opętała cały Hogwart, a to tylko dlatego, że Brenda wyczuła zdecydowanie najlepszy moment na debiut dziennikarski: wszyscy chcieli dowiedzieć się jak najwięcej o ucieczce Malvy-Loreine ze szkoły. Któż lepiej nadawałby się na redaktora naczelnego plotkarskiej gazetki szkolnej, jeżeli nie Brenda? Accio Plota zdecydowanie gwarantowała najświeższe ploty prosto z chwili zdarzenia, skoro Brenda przez cały rok patentowała sposób dowiadywania się wszystkiego o wszystkich w błyskawicznym tempie.
  - Udało mi się zrobić wywiad z drużyną Puchonów – rzuciła jeszcze Brenda, upewniwszy się czy Boorack jest dostatecznie zajęty wystawianiem tyłka z kredensu w kącie lochu.
   Lekko uniosłam brwi i kąciki ust, wzruszając przy tym ramionami, jakbym była najbardziej niewinną osobą pod słońcem. Już wcześniej z Victoire ustaliłyśmy, że najbezpieczniej będzie podchodzić do całej sprawy z takim samym średnim zainteresowaniem, jak do napadu w gabinecie Booracka na początku roku; może wtedy nikt się nie domyśli, że nie tylko drużyna Puchonów była świadkami najbardziej emocjonującego wydarzenia ostatnich dni.
   Boorack wyłonił czerwoną facjatę z czeluści szafki.
- Ktoś gada! – zakomunikował złowieszczo, jakby nie wiedział, że cała klasa szemrze za jego plecami jak zaaferowane stadko bąkojadów.
   Wszyscy jak na komendę zaczęli równym tempem mieszać w kociołkach, ważyć składniki i siekać zioła z tak skupionymi minami, jakby od tego zależało ich życie.
   - No. – Na szerokiej twarzy Booracka rozlało się obleśne samozadowolenie. – Została wam jeszcze godzina pracy… - zawiesił głos i zmrużył świńskie oczka, patrząc powoli po klasie, która w szale wykonywania eliksiru kompletnie nie zwracała na niego uwagi. – I lepiej ją dobrze wykorzystajcie…
   Z humorem poprawionym tym, iż w swoim mniemaniu zasiał wśród uczniów aurę grozy, która w rzeczywistości nie zrobiła na nikim wrażenia, Boorack usiadł majestatycznie za biurkiem i zaczął grzebać w swojej podejrzanej teczuszce, powodując tym nową aktywność klasy. W mgnieniu oka Julia powróciła do konsultowania się z Quirkiem w sprawie podręcznika, Lisa do wymiany zdań z Orellią Craig dotyczącej ucieczki Malvy Loreine z Hogwartu, Esme i Claudia do konwersacji na prawdopodobnie ten sam temat, a Brenda – do namawiania wszystkich do kupna jej pisemka oczywiście.
   - Simon, to może ty! – wgapiła się w niego drapieżnym wzrokiem Rity Skeeter u szczytu pasji. – No ktoś musi w końcu to kupić! – dodała żałosnym tonem, chyba bardziej do siebie niż do niego. – Wszyscy rzucili się na temat jak na czekoladowe żaby, a moja własna klasa ma życie szkoły gdzieś!
  - A kto powiedział, że mam gdzieś życie szkoły? – rzucił Simon niezbyt uważnie, bo jak zwykle swoim beznadziejnym antytalentem odziedziczonym po Paczce Puchonów, doprowadził swój eliksir do stanu wrzącej pulpy przytwierdzonej do dna kociołka.
   Wzniosłam oczy do nieba - o ile obślizgłe sklepienie lochu można nazwać niebem – i zaczęłam obdzierać ze skóry indyjską włochatą marchew.
- Gdyby cię interesowało, to nie żałowałbyś dwóch sykli! – poskarżyła się Brenda, wyciągając z torby egzemplarz Accio Ploty i błyskając spod ławki jego tandetną okładką raczej niezbyt kusząco. – A trafiłaby ci się akurat ruchoma okładka…
   Przez cały wczorajszy wieczór musiałam wysłuchiwać jej biadolenia o tym, że nie starczy jej eliksiru do uruchomienia zdjęć we wszystkich Accio Plotach. Nie zdziwiłabym się więc, gdyby teraz podbiła cenę za ten luksus, jakim są ruchome fotografie. Jakby ktoś bardzo chciał gapić się, jak niski pałkarz puchonów na okładce, ukradkiem dłubie sobie w nosie!
- Naprawdę sądzisz, że chcę oglądać jak ten kurdupel z ich drużyny grzebie sobie w nosie? – Simon powtórzył moje myśli. Właściwie rzeczywiście mógł mieć dosyć takich widoków, skoro to co miał w kociołku wyglądało jak zawartość nosa trolla.
- A to moja wina, że ten debil nie zajarzył, jak jego drużyna ustawiła się do zdjęcia? – odcięła się Brenda.
- Zapłacę sykla, pod warunkiem, że w środku jest jakaś krzyżówka.
- Tylko Julia jest na tyle rąbnięta, że dawałaby do gazety krzyżówki! Mają być dwa sykle i ani knuta mniej!
   Zaczęli się po cichu targować, podczas gdy Boorack z pasją wstawiał nowe Trolle i Okropne za wypracowania. Powiększyłam różdżką ogień pod swoim kociołkiem, czując irytację narastającą we mnie jak bąbel na powierzchni mojego wywaru. Czy czułam się obrażona tym, że Simon woli już nawet droczyć się z Brendą o to jej durne pismo, niż siedzieć ze mną w drętwej ciszy? Nie, bo przecież wiedziałam, że zrobiłby wszystko, byleby nie męczyć się już dłużej ze swoim glutem w kociołku i jakoś przetrwać mękę, jaką były dla niego eliksiry. Zaczęłam siekać łodygi gwiazdeczników z werwą uderzając nożykiem o deseczkę i zmusiłam się do myślenia o jedynej rzeczy, która powinna mnie teraz martwić: o Teddy’m Lupinie.
   W ławce na przedzie klasy, obok Setha Sorensa, Victoire pochylała się nad gwiazdecznikami. Jej świetlista głowa kontrastowała z ciemnością i obmierzłością lochu. O czym mogła teraz myśleć? O Dominique, która dzisiaj rano wyrzuciła na nią całe swoje zmęczenie? O Cristal, która samotnie siedzi w Kryjówce? A może o Złowrogim Zwierzaku, który czyha na jej życie? Spuściłam wzrok na swoją deseczkę z posiekanymi na drobno łodygami błękitnawych roślin. W tym samym momencie Victoire syknęła cicho i zamachała ręką. Już wiedziałam, co myśli: „Aua, zacięłam się w palec, boli, aua, aua”.
   Boorack wstał zza biurka, obrzucił klasę mętnym spojrzeniem i z przeciągłym westchnięciem zaczął obchód wśród uczniów. Brenda w ostatniej chwili cisnęła na naszą ławkę egzemplarz Accio Ploty, prawie równocześnie z Simonem, który podrzucił jej sykla. Spojrzałam na Accio Plotę pogardliwie, dopóki Simon nie wziął jej do rąk, oddarł pierwszą stronę, wsadził do kociołka, zawinął w nią swojego gluta i taką oto kulkę papieru z niespodzianką, niezwykle celnie rzucił z ławki do śmietnika. Moje spojrzenie padło na Brendę; minę miała oburzoną.
    - Chcesz…? – Simon wyciągnął w moją stronę pozostałe wnętrzności Accio Ploty. – I tak niczego się nie nauczysz na tej lekcji. – Zerknął mimochodem na mój idealny eliksir.
- Zapłaciłeś mi za gazetkę, żebym się nie nudziła? – uniosłam brwi. – To wzruszające…
- Mi była potrzebna tylko okładka – usprawiedliwił się.
- Tobie to jest potrzebna okładka od podręcznika. Może wtedy się dowiesz, że jesteśmy na eliksirach, a nie na nauce wytwarzania glutów.
    To nie miało nic wspólnego z Accio Plotą, ale mimo to on niespodziewanie podjął ten temat.
- Wolałbym, żeby było inaczej. Wtedy byłbym najlepszy w klasie.
- Ale nie jesteś, Larieson, więc może łaskawie przestaniesz gadać.
   Boorack stał przed naszą ławką, bezczelnie wgapiając się nam do kociołków.
- Co to ma niby być? – Kociołek Simona wciąż był w śluzie po wywalonym glucie. – To eliksiry, czy produkcja kleju? – Boorack odwrócił się powoli w stronę mojego eliksiru. Wpiłam w niego spojrzenie, bacznie obserwując, jak patrzy na wywar pozornie bez wyrazu, ale żyła na jego skroni pulsuje i drgają mu nozdrza, kiedy dochodzi do wniosku, że mój eliksir jest doskonały.
   Czasy, kiedy musiałyśmy mu odkupić jego składniki, minęły. Minęły także przesłuchania i ciągłe oskarżenia pod naszym adresem: ale czy kiedykolwiek odzyskam swój status na tych lekcjach?
   Boorack wyglądał jak opona, z której gwałtownie uszło powietrze.
- Eeeee… więc… Glam… tego… No. – Odchrząknął i wrócił do swojego biurka.
   Nie będę ukrywać, że poczułam się rozczarowana.
   Minuty w ciemnym lochu mijały powoli. Zaczęłam miarowo mieszać różdżką swoją miksturę dwa razy w lewo, trzy razy w prawo, na zmianę wciąż powtarzając tę czynność, aż do utworzenia się kremowej masy. Potem przestałam, odczekując, aż na powierzchni wywaru pojawi się warstwa niebieskawego osadu. Między mną a Simonem znów zapanowało milczenie, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że przed chwilą rozmawiałam z nim naprawdę całkiem swobodnie.
   Różdżką ściągnęłam osad z eliksiru i umieściłam go we flakoniku, którym wstrząsnęłam, by utworzyć pianę. Następnie wlałam ją ostrożnie do kociołka, a ona połączyła się z różowawą substancją, która razem przybrała barwę delikatnie fioletową. Eliksir był dość gęsty, by można było do niego dodać soku z selera morskiego. Kiedy sięgnęłam po jego buteleczkę, zauważyłam, że Simon mnie obserwuje.
   Przez chwilę zatrzymałam rękę nad buteleczką, patrząc na niego w milczeniu, po czym odwróciłam wzrok by odmierzyć trzy próbki soku z selera. W głowie kłębiło mi się leniwie mnóstwo myśli o niczym konkretnym, ale podświadomie niewyobrażalnie się trudziłam, aby zachować taki stan umysłu. Gdzieś wewnątrz czaszki stukała mi irytująca świadomość, że jego spojrzenie nie jest mi obojętne – tak samo jak nasza wcześniejsza pozornie błaha wymiana zdań. Czyżby Simon chciał w końcu przerwać kłęby drętwego zakłopotania między nami? Zaczęłam dodawać odmierzone wcześniej miarki soku do wywaru w równych odstępach czasu, czując się, jakbym każdy swój ruch wykonywała w pełnym świetle reflektorów.
   Victoire widać, że miała takie same problemy z koncentracją, z tą jedynie różnicą, że nie było to u niej bynajmniej spowodowane zachowaniem jej sąsiada z ławki. Seth wprawdzie zerkał na nią tak często, że mi mogło wydawać się to aż denerwujące, ale w końcu dla Victy było to na porządku dziennym. Wiedziałam jednak, że coś absorbowało ją do tego stopnia, że radziła sobie na tej lekcji gorzej niż zwykle. Tylko co to mogło być? Od początku wiedziałam, że Victoire najbardziej z nas wszystkich przejmuje się „złym stworzeniem, które zamieszkało w puszczy”, lecz od bardzo dawna nie miałyśmy żadnej wskazówki ani od Klarensja, ani Hagrida, ani kogokolwiek i czegokolwiek innego, o co mogło chodzić i jak wielkie jest zagrożenie.
   Ta myśl wprawiła mnie w lekkie zastanowienie, kiedy wrzucałam do eliksiru skrzydełka barwinka, a one z cichym sykiem spoczywały na jego powierzchni. Teraz, gdy Malva-Loreine uciekła z Hogwartu, wydalenie ze szkoły miała zagwarantowane, a my wreszcie miałyśmy spokój od napaści na gabinet Booracka oraz od śledztwa i przesłuchań McGonagall. Wciąż jedynie musiałyśmy wykonywać prace społeczne z Filchem, za co Flitwick nagradzał nasz dom punktami, ale kto by się po tych wszystkich szlabanach tym przejmował? Teraz całkowicie możemy oddać się problemowi podejrzanego stwora z lasu i przede wszystkim – wyjawić w końcu nasze sekrety Teddy’emu.
   Został mi najobrzydliwszy składnik, czyli martwy nietoperz.
   Victoire, która doszła do tego samego punktu warzenia co ja, odwróciła lekko głowę, by posłać mi spojrzenie. Aż za dobrze pamiętałam, jak Malva-Loreine unicestwiła swojego nietoperka w Starych Lochach.
   Zostało jeszcze dziesięć niemiłosiernych minut lekcji.
   Delikatne bańki unosiły się z mego kociołka z Eliksirem Lekkiej Próżności.
   - Glam… ekhm… - to był jedyny komentarz ze strony Booracka na widok próbki mojego wywaru. Zerknął na nią kwaśno, po czym z miną, jakby opędzał się od jakiejś złośliwej muchy, wstawił mi ocenę i tak szybko zatrzasnął dziennik, że ledwo co zdążyłam zorientować się w sytuacji.
- Czyli – zaczęłam powoli – co właściwie pan mi wpisał…?
   Boorack nabrał powietrza, nadął się jak balon, zaczerwienił jeszcze bardziej niż wcześniej, wypuścił powietrze, odchrząknął, zacisnął szynkowate łapska po czym w końcu przyznał niechętnie:
- Ehmmm, no… Wybitnego.
   Za wszelką cenę starałam się, aby na mojej twarzy nie odbił się nawet cień triumfu, jakiego doznałam, kiedy w końcu odniosłam nad nim to zwycięstwo. Dbając o to, aby zachować kamienną twarz, grzecznie wycofałam się i śpiesznie wróciłam do swojej ławki. Simon już stał i jak zwykle z beznamiętnym okrucieństwem upychał rzeczy w tym swoim nieszczęsnym kociołku. Kiedy podeszłam bliżej, podniósł na mnie wzrok.
   Szybko wbiłam paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni. W tamtym momencie myślałam tylko o jednym: żebym niepotrzebnie się nie zaróżowiła, bo to zniszczyłoby mi doszczętnie tę wspaniałą chwilę. Sądziłam, że znowu zapanuje pomiędzy nami niezręczność, ale on zauważył tylko:
- Udało ci się.
   A ja, już nie mogąc się dłużej powstrzymywać, uśmiechnęłam się do niego szeroko acz triumfalnie.
    Zabrzmiał dzwonek. Simon, także uśmiechając się pod nosem, oczywiście pierwszy wyszedł z lochu. Koło mnie stanęła Victoire – i nie można było powiedzieć, by była w tej chwili tak uszczęśliwiona jak ja.
   - Musimy porozmawiać – oznajmiła na jednym wydechu.
   Ależ oczywiście, że musimy porozmawiać. Musimy wszystko jeszcze raz przeanalizować i przedyskutować wszelkie możliwości. Poszperać gdzieś, podpytać kogoś, upewnić się w czymś i co do czegoś. Do tego jednak potrzebujemy pomocy Fiffie i Domie – a one teraz nie wiem co robią.
- Chodź. – Victa pociągnęła mnie za łokieć, kiedy w końcu upchnęłam swoje rzeczy do torby.
   Wyszłyśmy na ciemny korytarz, oświetlony zaledwie kilkoma ponurymi pochodniami, których płomienie rzucały na oślizgłe ściany zielone cienie. Victoire pruła przed siebie takim krokiem, jakby ktoś rzucił na nią Imperiusa. W końcu wyszłyśmy z mrocznych schodów do sali wejściowej, gdzie Vi chwyciła mnie za ramię i – zamiast pójść ze mną do Wielkiej Sali, gdzie każdy inny normalny człowiek udałby się w celu spożycia obiadu – pociągnęła mnie do małych drzwiczek od schowka na miotły, po czym wepchnęła mnie do środka.
   Spojrzałam na nią zaskoczona, gdy ona wręcz siłą posadziła mnie na odwróconym do góry dnem pudle po Magicznych Detergentach Pani Skower.
   - Pocky. – Wpiła we mnie spojrzenie tak palące, jakby zaraz miała mi wyznać, że dysponuje bronią zdolną do wysadzenia całego świata czarodziejów. – Musimy powiedzieć Teddy’emu o wszystkim.
   Zapadło krótkotrwałe milczenie, podczas którego Vicky wciąż patrzyła na mnie uważnie, oczekując ode mnie jakiejś reakcji.
- I dlatego wepchnęłaś mnie do tego schowka? – zdziwiłam się.
   Victoire westchnęła z irytacją i sama usiadła na jakimś pudełku.
- Bo to ważne! – Jej oczy zapłonęły uniesieniem, a twarz zapałała lekkim rumieńcem przejęcia. – Już dosyć tych tajemnic i kłamstw!
- Ale… nie było żadnych kłamstw…
- Dobrze wiesz, co mam na myśli!...
   Zlustrowałam ją wzrokiem, próbując w ten sposób ocenić poziom powagi sytuacji.
- Musimy najpierw powiedzieć Fiffie i Domie.
- Musimy przede wszystkim opowiedzieć Teddy’emu wszystko od początku do końca.
   Już dawno nie widziałam jej tak zdecydowanej i zdeterminowanej zarazem. Zupełnie tak, jakby miała jakieś obawy co do tego, czy zgodzę się na to, żeby w końcu wtajemniczyć Teda w nasze sprawy.
   Postanowiłam rozwiać jej wszelkie wątpliwości.
- Victoire… Jasne, że powiemy mu o wszystkim.
   Ale Victa nadal miała niespokojne, rozbiegane spojrzenie.
- Ty nie rozumiesz… - Wyprostowała się lekko i opuściła wzrok na swoje ręce, tak że rzęsy przysłoniły jej chabrowe oczy. – Przez całą noc nie dawało mi to spokoju – podjęła – jak mogłyśmy dopuścić do tego, że on… kompletnie nic nie wie?
   A więc to ją gryzło! I mnie wyraźnie również, ponieważ gdy wypowiedziała to na głos, ja także się zaróżowiłam.
   Szybko chwyciłam Victę za rękaw, aby ukryć własne zawstydzenie.
- Obie jesteśmy temu winne! – Spojrzała na mnie, rozplatając ręce. – Co ja mówię, cała nasza czwórka! Cały czas miałyśmy przed nim jakieś sekrety… A przecież znasz Teddy’ego, po prostu nie chciał nas na nic naciskać…
- Ale to nie zmienia faktu, że powinnyśmy wyjaśnić mu wszystko już następnego dnia po Napadzie – odparła Victoire z goryczą. – A nawet wcześniej! Powinnyśmy mu powiedzieć wszystko już wtedy, kiedy pożyczałyśmy od niego pelerynę!
   Otworzyłam usta, ale natychmiast je zamknęłam. To, o czym mówiła było tak dawno, jakby minęły całe wieki od tych wydarzeń… a jednak… to uświadomiło mi jedynie, jak wiele straciłyśmy czasu.
   A Vic oczywiście zorientowała się o tym wcześniej ode mnie. Bo jej najbardziej zależy na tym, żeby być uczciwą, dobrą i szlachetną. Bo jej najbardziej zależy na Teddy’m.
   Ale mnie przecież też zależy!
- Wszystko mu powiemy – zapewniłam ją. – Nigdy na nic nie jest za późno… - dodałam, co chyba nie było zbyt mądre wobec tego, jak w tych okolicznościach puste wydawały się te słowa.
- Tylko martwi mnie jeszcze jedna rzecz – powiedziała Victoire cicho. Oparłam głowę na rękach, a łokcie na kolanach, aby lepiej ją słyszeć. – Jeżeli opowiemy mu to wszystko teraz. Po tym, jak wszystkie kłopoty mamy za sobą. Co jeśli… - zawiesiła głos, jakby dobierając najodpowiedniejsze słowa – on wkurzy się na nas, że przez cały rok nie pisnęłyśmy mu o niczym ani słówkiem?
   Podniosłam głowę i wyprostowałam się. O tym nie pomyślałam! Ale Victoire miała przecież całą noc na to, aby rozważać szereg takich możliwości.
- To wtedy… to będzie nasza kara za zwłokę – rzekłam powoli. – Jeżeli się tak stanie, to Ted ma do tego święte prawo… - Zaraz urwałam, kiedy zdałam sobie sprawę z tego o czym ja właściwie mówię. Teddy Lupin, który obraża się na Victoire Weasley?!
   Nawet w mojej głowie zabrzmiało to absurdalnie.
   Tylko jak wyjaśnić to Victoire.
   W tym przypadku należało zrobić jedynie to, co należało; zaryzykować, wyznać wszystko Tedowi i liczyć na to, że jego reakcja nie będzie tak ostra, jakiej obawia się Vika.
   Nie, na pewno nie będzie.
   Pokrzepiona takimi oto myślami, wstałam z pudła po Magicznych Detergentach Pani Skower.
- Chodźmy na obiad. – Być może dlatego, że starałam się mówić beztroskim tonem, Victoire spojrzała na mnie z mieszaniną zaskoczenia i zgorszenia. – A ty przestań się już zadręczać. Co będzie to będzie, ale prędzej w Zakazanym Lesie zamieszkałyby milusie sarenki i wesołe krasnoludki, niż miałaby się rozwalić nasza przyjaźń z Teddy’m Lupinem!
   Victoire w końcu pozwoliła sobie na lekki uśmiech.
- No dobrze! – poderwała się do pozycji stojącej, już całkowicie pozbawiona trosk i gotowa do działania, emanując energią podobną do Dominique u szczytu pasji podczas niezwykle emocjonującego meczu quidditcha. – Chodźmy do Domie i Fiffie!
   Po czym wyszłyśmy ze schowka na miotły i udałyśmy się na obiad.
   W Wielkiej Sali jak zwykle był gwar. Tysiące uczniaków rozmawiało ze sobą, śmiało się, szeptało, siorbało, mlaskało, jadło i piło, a wszędzie rozlegały się odgłosy nalewania soków, stukania widelcami o talerze, brzdęk pucharów i setki głosów. Ja i Victoire usiadłyśmy koło (no jakże by inaczej) Brendy, która darła się do nas na całą Wielką Salę, dlatego też nie sposób było jej zignorować.
   A Fiffie i Dominique jak na złość nie było nigdzie widać, chociaż siedzący nieopodal przy stole Ravenclawu Matthew i Jake byli doskonale widoczni!
   - No i gdzie one są…? – mruczała Victoire z niezadowoloną miną, wciąż wpatrując się w drzwi Wielkiej Sali, podczas gdy Brenda trajkotała w najlepsze:
- Udało mi się już zarobić z dwadzieścia pięć galeonów…!
   No jasne, ta jej durna gazetka.
- A, Pocky! – Aż podskoczyłam, kiedy Brenda zwróciła się niespodziewanie do mnie swoim przenikliwym głosem. Wychyliła się za Vic, żeby móc mi powiedzieć coś w poufałości. – W sprawie tego perfumiku… - Zastygłam na swoim miejscu. – To już nie musisz go wcale warzyć! – Brenda ciamknęła beztrosko swoją grzankę, a ja odetchnęłam z ulgą. Po tym roku miałam już chyba dosyć eliksirów… - Wprawdzie cofnęłam tę plotkę o Spellu, tak jak chciałaś i oczywiście wszyscy to połknęli i już nikt nie będzie cię o to męczył, już ja o to zadbałam, ale w każdym razie…
   Ale ja już przestałam jej słuchać, kiedy dotarło do mnie to, co Brenda dopiero co mi powiedziała. Cofnęła plotkę o Spellu! I wszystkie dziewczyny w szkole nie pragną już mojej śmierci! A Spell nie myśli, że się w nim bujam! A Simon… Ale zaraz. Niby w jaki sposób Brenda cofnęła tę plotkę…?
- …tak więc powinnaś być chyba zadowolona, bo wiesz, ja nie zawsze bywam tak wspaniałomyślna dla…
- Brenda…
- …dla dziewczyn, które zagrażają mojemu związkowi z Quirkiem, bo są w tym samym domu… - Brenda urwała nagle swój słowotok i utkwiła we mnie zdziwione i chyba niezbyt przytomne spojrzenie. – Chwilka, coś mówiłaś?
   Przejechałam oczyma po błękitnym sklepieniu Wielkiej Sali, na którym widniały puszyste, chmurowe owieczki.
- Czy mogłabyś mi łaskawie wyjaśnić, jak ci się udało cofnąć plotkę?
   Brenda wyglądała, jakby na moment ją zatkało. W końcu jednak odzyskała rezon.
- Jak to „jak cofnęłam”, oczywiście, że rozpuszczając inną plotkę…!
- Co. – Spojrzałam na nią tępo.
- Oj Pocky, to ty nie wiesz? – Brenda miała minę pełną pobłażania dla mojej ignorancji co do tajemnych sposobów jej działalności. – Plotkę trzeba zwalczać plotką, nie ma innej rady!
- Ale jaką plotkę rozpuściłaś, żeby zwalczyć tamtą…? – zapytała Vicky rozbawiona, która już od dłuższej chwili zamiast wypatrywać Fiffie i Di, czy chociażby jeść, przysłuchiwała się naszej wymianie zdań; a raczej potokowi słów Brendy i moim wtrąceniom.
- Mam nadzieję, że prawdziwą… - wycedziłam cicho z nutką groźby, której Brenda oczywiście nie wychwyciła.
- Prawdziwa plotka? Przecież nie istnieje coś takiego…!
- Brendo Pussycat…
   Lecz w tym momencie usłyszałam coś, czego chyba nigdy nie chciałabym usłyszeć:
- PATRZCIE, DZIEWCZYNA BOORACKA JUNIORA!
   Błyskawicznie obróciłam się jak fryga w stronę puchońskiego pierwszoroczniaka, który śmiał to wywrzeszczeć i wskazać na mnie paluchem. Zdążyłam jeszcze zarejestrować okładkę Accio Ploty, którą dzieciak trzymał wciąż we wstrętnej łapie. Jego koleżanka z kretyńską grzywką wstała i również wycelowała we mnie oskarżycielsko Accio Plotą zwiniętą w trąbkę.
- TO ONA! NIECH SIĘ TERAZ PRZYZNA!
   A ja wciąż siedziałam jak wryta, zupełnie jakby ktoś potraktował mnie zaklęciem Petryficus Totalus.
   Nie.
   Nie, nie, nie.
   Błagam!
- Dziewczyna Booracka Juniora…? Gdzie?
- Gdzie ona jest?
- Niech się pokaże…!
- To ten goblin jest jego laską…?
- Gdzie jest dziewczyna Booracka Juniora?!
   Bardzo powoli odwróciłam twarz w stronę Brendy, która zdążyła się już całkowicie oblać potem stresu.
  I słusznie.
- Ekhm… no… więc… ten… - dukała. Dziwne, zwykle nie ma żadnych problemów ze składaniem tasiemcowatych zdań… Wciąż patrzyłam na nią kamiennym wzrokiem. – Ja pomyślałam tylko, że to by był idealny temat do artykułu do Kącika Miłości… - wyrzuciła z siebie.
- Aaaarghh! – ścisnęłam widelec tak mocno, że aż pobielały mi knykcie.
   Victoire bez słowa patrzyła teraz wielkimi oczami to na mnie, to na Brendę, która sprawiała wrażenie, jakby panicznie bała się, iż widelec w moim ręku stanie się nagle narzędziem śmierci. Niepewnie przełknęła ślinę.
- Przecież sama mi kazałaś!
- Jeszcze słowo…! – krzyknęłam, lecz nie zdążyłam już dokładnie opisać Brendzie przebiegu wszystkich tortur, jakich na niej zastosuję, ponieważ do naszego miejsca podbiegła Sandra Kench i zaczęła obejmować Brendę za szyję, o mało co nie pozbawiając jej przy tym głowy.
- Odkryłaś to, Brendie, ODKRYŁAŚ!
- No, nie…! – wyjęczałam, tym razem wyrażając bardziej rozpacz niż złość.
   A tymczasem wzdłuż stołów poszczególnych domów przebiegało coraz więcej głosów:
- To jakaś krukonka…
- Siedzi przy Victoire Weasley…
- TO jest dziewczyna Booracka Juniora?
- Dziewczyna Booracka Juniora!
- A więc niepotrzebnie się martwiłam! – rozległ się za mną głos rozpieszczonej dziewczynki. Za mną stała Nannah Stone, wyraźnie bardzo z czegoś ucieszona. – Chociaż i tak nie miałabyś szans u Spella… ale… zawsze to o jedną rywalkę mniej!
   Tym razem oparłam się pokusie uświadomienia Nannie tego, że ma jedenaście lat.
- A tu co się dzieje?
   Nannah odwróciła się. Victoire wyprostowała się lekko na swoim miejscu, a Brenda spojrzała wciąż oniemiała w stronę Fiffie i Dominique, z których ta ostatnia podpierała się pod boki i świdrowała nas spojrzeniem zmrużonych oczu.
- O, dobrze, że jesteście! – odezwała się Victoire, siląc się na radosny ton, choć wciąż zerkała na mnie, jak na łajnobombę grożącą nagłym wybuchem. – Musimy porozmawiać!
   Spojrzałam na Vicky z mieszaniną złości, rozpaczy i niedowierzania, czyli w ogólnym wytrąceniu z równowagi.
- Jak ja teraz z kimkolwiek mam normalnie rozmawiać?! – zawołałam histerycznie.
- Czy to prawda, że jesteś dziewczyną Booracka Juniora?
- No właśnie?
   Poderwałam się z miejsca i przeszłam pomiędzy Orellią, Esme i Claudią tak, jakby były dla mnie powietrzem.
- Ej, spytałyśmy cię o coś! – usłyszałam jeszcze za sobą rozkapryszony głos Orellii, ale nie obchodziło mnie to.
   Zaczęłam iść szybkim krokiem w stronę wyjścia. Za wszelką cenę starałam się zachować twarz nieprzeniknioną jak niezmącona niczym tafla jeziora na błoniach w wyjątkowo duszną noc – tylko jak miało mi się to udać, skoro zewsząd wciąż słyszałam głosy uczniaków, których mijałam?
- To ONA!
- Teraz już się nie ukryje!
- To ona lizała się z Boorackiem Juniorem i jeszcze żyje?!
- Zabić to zanim złoży jaja!
- Dziewczyna Booracka Juniora!
   Jak najszybciej dopadłam wyjścia, jedynie marnymi resztkami samokontroli powstrzymując się od rzucenia na nich wszystkich Bombardy Maximy i wysadzenia ich na tysiące obślizgłych kawałeczków. Nie miałam jednak szczęścia, ponieważ na progu na kogo wpadłam? Oczywiście, że na mojego rzekomego ukochanego!
   Odbiłam się od niego jakbym podświadomie sama wyczarowała Zaklęcie Tarczy i może rzeczywiście tak było. Boorack Junior ogarnął głupawym wzrokiem wszystkich uczniaków, wciąż brzęczących, jak rój wyjątkowo rozsierdzonych bahanek:
- A już myślałam, że to tylko plotka!
- Patrzcie, wreszcie pokazali się razem publicznie!
- BOORACK JUNIOR ZE SWOJĄ DZIEWCZYNĄ!
   Czy ten puchoński pierwszoroczniak nie może się zamknąć?!
   Teraz patrzyła na nas cała Wielka Sala. Na nas… Czy ja właśnie nazwałam siebie i Booracka Juniora… nami?!
   Boorack Junior przeniósł wzrok swoich świńskich oczek na mnie.
- To my… jesteśmy razem? – Ten tekst był tak kretyński, że aż miałam ochotę parsknąć histerycznym śmiechem. Jeszcze tego by brakowało, gdyby sam Boorack Junior uwierzył w tę plotkę!
   Albo jeszcze gorzej… Automatycznie spojrzałam na stół nauczycielski.
   Profesor Boorack gapił się na mnie oczami okrągłymi jak talerze i sprawiał takie wrażenie jakby dostał zawału.
    Odwróciłam się w stronę jego synala, starając się zapomnieć o tym, co przed chwilą zobaczyłam.
- Nie, nie jesteśmy razem! – Starałam się sformułować to jak najwyraźniej i najjaśniej, co dało taki efekt, jakbym zwracała się do skretyniałego trolla i rzeczywiście Boorack Junior wyglądał w tym momencie jak skretyniały troll. – A zresztą… - Po raz ostatni rzuciłam spłoszonym spojrzeniem w stronę Wielkiej Sali, po czym zwiałam jak najszybciej do sali wejściowej, ignorując to, że Boorack Junior zaraz potem został osaczony przez zgraję żądnych informacji uczniów.
   Wybiegłam na błonia szkolne i zatrzymałam się przed roztaczającym się przed mną widokiem na Zakazany Las, jezioro, łąkę i chatkę Hagrida. Przymknęłam na chwilę oczy, zrobiłam trzy głębokie wdechy i wydechy aby się uspokoić – po czym zaczęłam samotnie schodzić po zielonym zboczu, mając nad sobą pogodne błękitne niebo z owieczkowatymi chmurkami, które przepływały po nim leniwie. Wokół mnie wszystko było ciche i spokojne, ale mimo że starałam się za wszelką cenę oczyścić umysł z jakichkolwiek emocji – w mojej głowie wciąż szalała burza strasznych i przerażających myśli.
   CO TA BRENDA ZROBIŁA?!
   Zniszczyła mi życie jeszcze bardziej niż wtedy, kiedy rozpuściła plotkę o Spellu!
   Wprawdzie wszystkie dziewczyny w szkole życzyły mi wtedy bolesnej śmierci z udziałem dwunastu samochłostających biczów i batów, ale przynajmniej uważały, że mam jakiś gust! A teraz wszyscy rozszarpią mnie na strzępy i co gorsza – stwierdzą, że w ogóle nie mam gustu!
    To już nawet przestałam się dziwić Boorackowi Juniorowi, że ukrywał tę swoją prawdziwą dziewczynę!
   O ile w ogóle miał jakąś dziewczynę…
   Stanęłam nad brzegiem jeziora po raz pierwszy podczas swojego pobytu w Hogwarcie poważnie zastanawiając się nad tym, czy się w nim nie utopić.
   Nie pójdę na resztę lekcji. O nie! Jeżeli ktokolwiek wyobraża sobie, że spędzę jeszcze obronę przed czarną magią i transmutację w towarzystwie szkalujących mnie Gryfonów z Sandrą Kench na czele, to grubo się myli! Rozejrzałam się za miejscem, w którym mogłabym zaszyć się na jakiś czas bez ryzyka, że dopadnie mnie jakiś krwiożerczy uczniak. Wciąż uważałam utopienie się w jeziorze za niezły pomysł, aczkolwiek z drugiej strony oznaczałoby to samobójstwo z powodu Booracka Juniora. Jakie pozostawały mi opcje…? Chatka Hagrida, gdzie zaserwowana przez gospodarza domu melasa zagwarantowałaby mi niezwykle nieprzyjemne zatrucie pokarmowe? Wierzba Bijąca, która stłukłaby mnie na krwawą miazgę? Stadion quidditcha, na którym rąbnięci pałką quidditchoholicy zaatakowaliby mnie serią śmiercionośnych tłuczków? Zakazany Las, zamieszkany przez najgroźniejsze stworzenia i pniaki, jakie w ogóle istnieją na tym świecie?
   Dlaczego najgorsza z tych opcji wydaje mi się być tą najlepszą?!
   - Pocky! – usłyszałam głos za swoimi plecami.
   Odwróciłam się, aby zobaczyć Victę, która z gracją schodziła ku mnie z trawiastego zbocza. W końcu stanęła przy mnie, patrząc na mnie ostrożnie i trochę z taką miną, jakby nie była pewna, czy nie rzucę się na nią, gdy tylko się do mnie odezwie.
- Nie idziesz na transmutację…?
- Nie.
- Pocky… - westchnęła, po czym usiadła po turecku na trawie. – Nie możesz ot tak opuszczać sobie lekcji.
- A właśnie że mogę – odparłam buntowniczo. – W końcu mój chłopak może mi załatwić zwolnienie u swojego tatusia w każdej chwili…
- Pauline! – Victoire spojrzała na mnie z wyrzutem. – Nie możesz uciekać z transmutacji tuż po tym, jak McGonagall w końcu nas ułaskawiła!
   Co racja to racja, tego nie mogłam zrobić.
   A więc jednak trzeba będzie się utopić...
- Wyjmuj pióro i kałamarz - rzekłam do Victy zrezygnowanym tonem. - Spiszesz moją ostatnią wolę...
- Wierz mi, nie będzie takiej potrzeby.
   Och, jak bardzo się wtedy myliła.
   Kto by się spodziewał, że na czas nauki przed egzaminami przypadnie akurat najczarniejszy okres mojego życia? Kiedy następnego dnia w bibliotece napadła na mnie Paczka Puchonów, przekonana iż zbratałam się z szatańskim nasieniem ich największego wroga, a pani Pince z powodu krzyków omal nie cisnęła w nas swoim drogocennym egzemplarzem Atlasu Tysiąca Trujących Grzybów, zrozumiałam, że nie ma już dla mnie szczęścia i beztroski na tym świecie. Nie dość, że przeżyłam czerwone tipsy Rosalie, które wbijała mi boleśnie w ramię, oraz łokieć Cristera, którym wymierzył prosto w moją twarz podobnież czysto przypadkowo, nagle zostałam zasypana liścikami od anonimowych uczniaków, w stylu: "Nie składaj jaj z Boorackiem Juniorem i oszczędź nam małych Booracków"! A i tak to nie było najgorsze. Teraz stałam się nagle szeroko znana, jako Pani Boorackowa!
   - To już nawet Pani Prefektowa jest lepsze - powiedziała mi Nickie pewnego słonecznego dnia na którymś z zamkowych dziedzińców, nawiązując do krótkiego epizodu z początku tego roku szkolnego, kiedy to Sean został prefektem Hufflepuffu, przez co on i Nickie stracili cały miesiąc beztroskiego życia. - Mnie przynajmniej nikt nie zabraniał wydawania na świat małych prefektów...
    Tak jakbym ja chciała zaludniać świat małymi Boorackami! 
    Jak więc można było się spodziewać, niedługo po ukazaniu się sławetnego artykuliku w Kąciku Miłości, redaktorka naczelna tego zacnego dzieła, otrzymała niezwykle romantyczną, różową bombonierkę w kształcie serca, razem z załączonym bilecikiem, zawierającym niezwykle gorące wyznanie miłości, podpisane przez tajemniczego "Q.S". Oczywiście zanim Brenda skosztowała choćby jednego z ciągnących i rozpływających się w ustach dwukolorowych cukierków, przez cały wieczór czyniła nam wywód niepozbawiony pochwał pod adresem niejakiej Sandry Kench, której lekcje podrywu ponoć "w końcu przyniosły oczekiwane rezultaty"! Nie wiedzieć czemu, Julia zamiast wszcząć z nią zwyczajową kłótnię, zaczerwieniła się jak burak, zacięła usta i natychmiast opuściła dormitorium (sądząc z krzyków dochodzących z pokoju wspólnego, przed opuszczeniem Wieży Ravenclawu z niewiadomych przyczyn potraktowała Quirke'a Simpsona niezwykle wściekłym Upiorogackiem). Moim zdaniem przed podjęciem tych drastycznych kroków, powinna lepiej przyjrzeć się zawartości wyżej wymienionej bomboniereczki. Już niedługo po jej wyjściu, Brenda krwawiła z nosa tak obficie, jakby zobaczyła Quirke'a całkiem nago.
    Wyłączając jednak te drobne przyjemności, życie Pauline Mary Glam w Szkole Magii i Czarodziejstwa stało się piekłem. Nagle okazało się, że sprawa tajemniczej dziewczyny Booracka Juniora stała się niemniej emocjonująca od ucieczki Malvy-Loreine Bat z Hogwartu! A widać i Boorack Junior zaakceptował wizję siebie skąpanego w aurze mojej wątpliwej sławy, bo na obiedzie w środę podszedł do mnie bezceremonialnie, zlustrował mnie wzrokiem od czubka głowy po czubki butów, obszedł mnie dokładnie dookoła, powiedział "Możesz być" i z zadowolonym, głupawym uśmieszkiem, odszedł do stołu Puchonów! Niedługo po tym incydencie Ted Lupin musiał prostować sobie uśmiech na twarzy, bo nie darowałam mu tego, że podczas gdy ja przeżywałam najpodlejsze upokorzenie w swoim życiu, ten, stojąc obok mnie, o mało co nie pokładał się ze śmiechu na podłodze.
   Była jeszcze jedna kwestia życia w Hogwarcie po ukazaniu się artykułu w Kąciku Miłości, która okazała się być o wiele większą torturą niż najbardziej bezczelne liściki o mnie i Booracku Juniorze.
   Odkąd w czwartkowy poranek usiadłam w ławce z tyłu klasy w lochach, Boorack zerkał na mnie tak często, jakby był mną bardziej zainteresowany niż jego własny syn. I chociaż przez całą lekcję udawał, że jest dla mnie dziwnie miły, od czego już dawno się pewnie odzwyczaił - to mimo to wciąż przyłapywałam go na dziwnych spojrzeniach rzucanych w moją stronę - coś pomiędzy "Czym ona otruła mojego synusia?!" a "Jak silna była ta Amortencja...?".
   Mogłabym się założyć o to, że już kalkulował zawzięcie nad tym, czy jakiś ze skradzionych składników, które musiałyśmy mu kiedyś odkupić, mógł mi się przydać w wielkim spisku spojenia jego syna Eliksirem Miłości.
- No, no, panno Glam! Doskonały eliksir, wyśmienity... Aczkolwiek... - w takim momencie zwykle pozwalał sobie na efektowną pauzę - ...każdy, nawet najwybitniejszy Mistrz Eliksirów, musi pilnować pobudek jakie nim kierują i nie wykorzystywać swoich zdolności w, eee... niegodziwych celach!
   Być może Boorack sądził, że jak będzie czynił mi takie aluzje co pięć minut lekcji, to w końcu się rozpłaczę i grzecznie przyznam do winy. Jeżeli o mnie chodzi, mógł mi podać nawet eliksir prawdy, ale i tak nigdy nie usłyszałby ode mnie, że starałam się w jakikolwiek sposób poderwać jego syna!
   I to wszystko musiało stać się akurat wtedy, kiedy tajemniczej dziewczyny Booracka Juniora nawet Brenda i Sandra nie potrafiły wytropić, więc już mało kto w ogóle wierzył w jej istnienie!
   Pomijając jednak moje męki i cierpienia, w ciągu dwóch tygodni wieść o ucieczce Malvy-Loreine tak się rozniosła, że w połowie maja nie było w szkole chyba żadnego ucznia, który by o tym nie słyszał. Na szczęście mało kto powiązywał tę sprawę ze mną i z Victoire, a nikomu nawet przez myśl nie przeszło, aby zasięgać informacji na ten temat u profesora Booracka - tak więc na celowniku ognia pytań pozostała drużyna quidditcha Hufflepuffu, która po wywiadzie w Accio Plocie i ogólnym zamieszaniu z jego powodu, zaczęła mieć treningi podejrzanie zbyt często jak na koniec sezonu, prawdopodobnie aby w ten sposób wymigać się od niechcianej popularności. W zaistniałej sytuacji Hogwart ześwirował. Z jednej strony była ucieczka Malvy-Loreine, z drugiej strony zdemaskowanie dziewczyny Booracka Juniora, z trzeciej romans Filcha z panią Pince, z czwartej McGonagall w ognistym związku z Irytkiem...
   - Mówię wam, cała szkoła oszalała! - wypaliła Dominique, gdy siedziałyśmy na szkolnych błoniach nad jeziorem. - Jakiś ślizgon przez całe śniadanie przekonywał mnie, że Malva-Loreine wyleciała ze szkoły na nielegalnym smoku Hagrida, którego trzymał po kryjomu w swojej chacie, a jeszcze dziś rano słyszałam jak jakieś dwie dziewczyny gadały o tym, że Malva-Loreine była ukrytym animagiem i zamieniła się w hipogryfa! A jeszcze ponoć jakiś puchon twierdzi, że zanim odleciała, zamieniła głowę Booracka w wielką dynię i...
   Nie dokończyła, bo na miejsce koło nas opadła Fiffie z cierpiętniczą miną.
- Przed chwilą napadła na mnie Bacy - wyjęczała, kładąc się na trawie, jakby miała zaraz wyzionąć ducha. - Chciała mi wmówić, że Malva-Loreine zamieniła Booracka w wielką skrzydlatą świnię, na której poleciała do Świńskiego Łba w Hogsmeade i tam zażyczyła sobie upiec ją na rożnie, żeby ją zjeść...
- A co powiedziała, gdy weszła do Wielkiej Sali w nadziei zwędzenia czegoś do jedzenia, i zobaczyła, że Boorack nie jest świnią i nie wygląda na zjedzonego? - uniosłam brwi.
- Z tym, że nie jest zjedzony to się zgodzę - rzekła Di powoli. - Ale że nie jest świnią...? - w tym miejscu udała głębokie zastanowienie.
- Bacy twierdzi, że Boorack to oszukany sobowtór Booracka zamienionego w świnię... - wyparskała Fiffie.
- Z tych wszystkich teorii można by spisać księgę! - stwierdziła z niedowierzaniem Vi.
   Dominique zamachała energicznie nogami zanurzonymi w wodzie, aby odpędzić małe, różowe rybki, które otaczały je ze wszystkich stron.
- Ale normalnie jeszcze większa sensacja, niż wtedy jak wujek George i Fred zrobili wielkie bagno na korytarzu! - zawołała, po czym zamachnęła się i wrzuciła jakiś kamyk do jeziora, który kilkakrotnie odbił się z pluskiem od jego tafli. - Albo jeszcze lepiej! Większa sensacja, niż jak wujek George i Fred wysadzili kibel na szóstym piętrze! Albo jak wujek George i Fred...
- Tak, tak, z pewnością twoja rodzina dokonała wiele godnych czci i chwały zacnych czynów w tej szkole - rzuciła Fiffie gdzieś w stronę nieba, tego dnia czystego jak łza.
- Ale ucieczki wujka George'a i Freda z Hogwartu raczej nic nie przebije - wtrąciła Victoire, końcem patyka robiąc kręgi na wodzie. - Bądź co bądź, Malva-Loreine nie zamieniła głowy Booracka w dynię, a wujkowie zostawili całą szkołę opanowaną przez Narowiste Świstohuki Weasley'ów...
- A czy coś przebije sensację o dziewczynie Booracka Juniora? - zapytałam mimochodem.
   Mogłabym przysiąc, że wszystkie równocześnie westchnęły i wywróciły oczami.
- Pocky! - Fiffie poderwała się do pozycji siedzącej. - Przestań to tak przeżywać!
-  Łatwo ci mówić! - odparowałam. - Nazywam się Pauline Mary Boorack, jak mam tego nie przeżywać!
   Domie z impetem wrzuciła do wody kolejny kamień.
- A co cię obchodzi co ludzie gadają? - No tak, typowe podejście do życia Dominique Weasley.
- Bądź ponad to - poradziła Victoire, która codziennie syczące na nią dziewczyny mijała z nosem wycelowanym w sufit.
- Ale nie obrażaj się od razu na cały świat... - dodała Fiffie tak, jakby ona nigdy się nie obrażała na nikogo, a już zwłaszcza na cały świat.
   Tylko pokiwałam głową, w sposób pełen politowania dla ich pożałowania godnych rad.
- Tak, tak. Wszystko pięknie i cudownie, tylko chciałabym zobaczyć was na moim miejscu.
   Ale dziewczyny jedynie wzruszyły ramionami po czym powróciły każda do swojej czynności; Fiffie ponownie legła na trawie z rękami założonymi za głowę, Domie wznowiła puszczanie kaczek na wodzie, a Victoire bezmyślną zabawę patykiem w falach jeziora.
   Nie żebym się na nie obraziła, ale następnego dnia kiedy chciały iść ze mną na błonia, odmówiłam, wymawiając się nauką w bibliotece.
   Niestety jednak pod względem wyboru towarzystwa był to wielki błąd...
   - Jak w takich warunkach można się w ogóle uczyć?! - Julia McDuck zwaliła stos książek na blat stolika, aż podskoczyły na nim moje pergaminy. - Wszyscy zajmują się tylko wymyślaniem niestworzonych opowieści i innych głupot... Co z tego, że jakaś dziewucha wyleciała ze szkoły, skoro była zdemoralizowaną, młodocianą recydywistką?! Sama sobie na to zasłużyła i świetnie, że Hogwart w końcu się jej pozbył, ale dlaczego musiało to wzbudzić taki chaos tuż przed końcowymi egzaminami?!
- Julia - wycedziłam przez zaciśnięte zęby, starając się mówić jak najłagodniej i najspokojniej, żeby nie zostać wyrzuconą z biblioteki przez panią Pince. - Tylko jedna prośba. Zamknij. Się.
   Julia znieruchomiała z otwartą buzią, tak jakby miała zamiar coś jeszcze powiedzieć zanim jej przerwałam. Po chwili zamknęła usta i znowu zaczęła szperać energicznie w swoich księgach, łypiąc na mnie groźnie.
- Tak, oczywiście przepraszam, rozumiem że się uczysz i pochwalam to... Ale nie musisz zwracać się do mnie w tak chamski i impertynencki sposób.
   Współczuję całej młodzieży przyszłości, jeżeli Julia McDuck kiedykolwiek zostanie nauczycielką.
   Mimo tego, coraz częściej zamiast towarzystwa Fiffie i Domie, wybierałam znoszenie gderania Julii w bibliotece, a nawet pozwalałam Brendzie, aby wpychała się między mnie a Victę podczas posiłków. Po paru dniach doszłam do wniosku, że Fiffie miała rację: ja naprawdę obraziłam się na cały świat!
   Nie pomagałam dziewczynom w szukaniu odpowiedzi na pytanie czym jest Złowrogi Zwierzak, nie interesowało mnie uświadomienie Teda Lupina o naszych tajemnicach. Ciągle chodziłam korytarzami Hogwartu, znosząc wytykania palcami i szepty za moimi plecami - nie skupiałam się więc zbytnio na plotkach krążących po całym Zamku na temat ucieczki Malvy-Loreine. Nie słuchałam, gdy dziewczyny chciały mnie bardziej zaangażować w sprawy Cristal i Teddy'ego, zbyt zajęta unikaniem dwóch Booracków kręcących się po szkole. Miałam już dosyć swoich problemów. Chciałam zabić człowieka-pecha, który we mnie siedział!
   Gdy w sobotę obudziłam się o siódmej trzydzieści, ranek wpadający wraz ze wschodem słońca do dormitorium był jasny i pogodny, choć trochę chłodny jak dla kogoś, kto parę godzin przeleżał pod ciepłą kołdrą. Odsunęłam zasłony przy łóżku i usiadłam na pościeli, by rozejrzeć się po uśpionej sypialni. Kotary przy łóżkach moich współlokatorek były zasunięte, choć spod zasłony Brendy wystawała jej bezwładna ręka, a spomiędzy płacht zwieszających się z baldachimu Julii widać było kawałek jej marchewkowych loków rozsypanych w nieładzie na poduszce. Pozostało już tylko trzydzieści minut do śniadania, ale w sumie nie mogłam się dziwić, że dziewczyny jeszcze spały. W końcu Julia pół nocy uczyła się do astronomii, historii magii i transmutacji, Brenda i Lisa przez długie godziny męczyły się nad tabelami na numerologię, a Vicky do późnego wieczora spiskowała w pokoju wspólnym z Dominique i Fiffie. A ponieważ była wolna sobota, nie poczuwałam się do obowiązku budzenia ich na śniadanie, poszłam więc na nie sama.
   W Wielkiej Sali sklepienie miało kolor błękitnych piór zimorodka. W weekendy zwykle na porannym posiłku zjawiało się mniej ludzi niż zwykle, aczkolwiek od razu po zajęciu miejsca przy stole Ravenclawu skonstatowałam, że jest jeden mały problem: nie było nikogo znajomego! Owszem, przy naszym stole siedzieli Matthew, Jake, Lucy, Nannah i Bacy, ale za to nigdzie nie mogłam dostrzec Fiffie i Dominique. Tak samo było z Paczką Puchonów, której nieobecność stawała się oczywista już po pierwszym spojrzeniu na stół Hufflepuffu. Nie było także Teda. Zdezorientowana, usiadłam pomiędzy Pamellą Goldson, a jakąś dziewczynką z drugiej klasy, gdy uświadomiłam sobie, że na przeciwko mnie siedzi Quirke razem z Sethem i Ivem, pożerającym wielką górę jajecznicy na bekonie. Najwyraźniej Quirke i Seth rozmawiali o czymś bardzo ważnym przyciszonymi głosami, bo zauważyli mnie dopiero wtedy gdy byłam już w połowie jedzenia jajka sadzonego i właśnie sięgałam po drugiego tosta.
   - Pauline? - Quirke spojrzał na mnie ze zdziwieniem, jakbym właśnie przed chwilą teleportowała się na jego oczach. - Co ty tu robisz?
- Eee... jem śniadanie? - odkroiłam kawałek jajka widelcem.
- No tak, ale... - rzucił znaczące spojrzenie Sethowi. - Nie powinnaś być teraz w dormitorium?
- Podasz mi sok dyniowy? - rzuciłam.
   Postawił obok mnie złoty dzban, a ja nalałam sobie napoju do pucharu.
- Aaa... gdzie reszta naszych koleżanek? - zapytał.
- Śpią - wzruszyłam ramionami, po czym posiliłam się kolejnym kawałkiem tostu.
- To nie powinnaś ich obudzić? - odezwał się Seth.
   Teraz to ja spojrzałam na nich ze zdziwieniem.
- O co wam chodzi?
   Spojrzeli po sobie szybko.
- Co? O nic...! - I znowu pogrążyli się w swoich własnych sprawach.
   Dziwne... Sięgnęłam po swój puchar, zastanawiając się nad tym wszystkim, upiłam łyk soku z dyni, po czym nagle coś kliknęło mi w mózgu. Który dzisiaj dzień miesiąca...?
- Który dzisiaj? - rzuciłam w stronę Quirke'a i Setha.
- Dzisiaj jest dziewiętnastego ma... - odparł Quirke, ale zanim zdążył skończyć zdanie, ja już poderwałam się z miejsca i wybiegłam z Wielkiej Sali, nie zważając na to, że sowia poczta jeszcze nie nadeszła.
   Jak mogłam być tak zaabsorbowana swoją niedolą, że zapomniałam o własnych urodzinach?!
   Nie zrobiłam w tej kwestii nic - nie przygotowałam nawet przyjęcia, nikogo nie zaprosiłam, nie zorganizowałam żadnego miejsca spotkania, jedzenia, muzyki, czegokolwiek! Tak długo starałam się nie interesować tym, co się wokół mnie działo, że aż zignorowałam samą siebie! Wbiegłam na złamanie karku na kręcone schody Wieży Ravenclawu i załomotałam kołatką w drzwi pokoju wspólnego.
- Czym inteligencja różna od mądrości?
   Tak jakbym miała teraz czas na te głupie zagadki.
- Pierwsze rodzi się wraz z człowiekiem, a drugie z nim umiera - odpowiedziałam niecierpliwie.
   Nie słuchałam już jak kołatka gratuluje mi rozsądku, bo czym prędzej wpadłam do pokoju wspólnego i popędziłam po stopniach do dormitorium.
   A tam...
- WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!!! - wydarli się: Victoire, Fiffie, Dominique, Teddy, Lisa, Brenda, Julia, Nickie, Crister, Florence, Scarlett, Carrie, Laura, Rosalie, a nawet Sean! Rozejrzałam się oszołomiona po dormitorium: nie dość, że dziewczyny były już całkowicie ogarnięte (podejrzewam, że zerwały się z łóżek, gdy tylko wyszłam), to jeszcze wszyscy byli obsypani złotymi płatkami konfetti, które wystrzeliła z wielkiej tuby Brenda, a które wciąż jeszcze unosiły się w powietrzu - na dodatek mieli na sobie mugolskie czapeczki urodzinowe, lub kapelusze z cukierków niespodzianek; Vicky była w tiarze z pluszowym orłem, Lisa w tekturowej czapeczce z pomponikiem, Crister w czapie błazna z dzwoneczkami bardzo podobnej do nakrycia głowy Irytka, Julia w zwykłej szkolnej tiarze z doczepioną serpentyną, Sean w kapeluszu z wypchanym sępem, Nickie w podobnym, tyle że ze strusiem, Florence w nakryciu głowy ze śpiewającymi kwiatami, Laura i Carrie w czapeczkach, Brenda w swoim absurdalnym kapeluszu z Nocy Duchów, Fiffie i Domie w tęczowych tiarach, Rosalie w różowej czapeczce, Ted w czapeczce i Scarlett w czapeczce! Pod ścianą stały dwie miotły; przemycony do Hogwartu Nimbus Dominique i stary Zmiatacz Cristera.
   - No to co, Pocky! - zawrzasnęła Brenda. - Im-pre-zka! Na nasz koszt!
- C-co?
   Ale oni już otoczyli mnie ze wszystkich stron, paplając beztrosko jedno przez drugie.
- Pomyśleliśmy sobie, że skoro z usposobienia zaczynasz przypominać Filcha, to urozmaicimy trochę twoje szare życie... - zaczął Crister.
- Specjalnie dla ciebie nie zaprosiliśmy Booracka Juniora! - dodała pogodnie Florence, na cześć moich urodzin jeszcze bardziej obwieszona kolczykami niż zwykle.
- ...dlatego wyprawię ci teraz mega-hiper-super-ekstra imprę, żebyś się na mnie odbraziła! - trajkotała podekscytowana Brenda.
- ...i odbraziła się na cały świat... - wtrąciła Nickie.
- No i oderwała troszkę od nauki - mruknęła bardzo cicho Julia, choć i tak nie byłam pewna, czy w tym przypadku się nie przesłyszałam.
- Mam czarodziejski koc piknikowy, więc pójdziemy na błonia, nażremy się naleśników po wszystkie czasy, wrzucimy Pocky do jeziora, ukoronujemy ją glonami...
   Ale dalszej części planu na przyjęcie już nie usłyszałam, bo Vicky, Fiffie i Domie odciągnęły mnie w kąt dormitorium.
   - Obiecasz, że wrócisz do życia i pomożesz nam w chronieniu Cristal? - spytała Vi, patrząc na mnie poważnie.
- I będziesz uczestniczyć w uświadamianiu Teda... - dodała z naciskiem Di.
- I nie będziesz przejmować się Boorackami! - zażądała twardo Fiffie.
   Spojrzałam po nich po kolei. Oczywiście, że byłam gotowa pomóc im w zidentyfikowaniu Złowrogiego Zwierzaka. I naturalnie chciałam powiedzieć o naszych sekretach Teddy'emu. Niepotrzebnie tylko to wszystko przedłużałam, martwiąc się Boorackiem Juniorem i Seniorem...
   Zanim jednak zdążyłam im to powiedzieć, usłyszałam ciche stukanie w okno. Po chwili wpuściłam do sypialni nieznaną mi sowę, która o dziwo wystawiła nóżkę w moją stronę.
- Nie odebrałaś poczty na śniadaniu? - zdziwiła się Vi.
- Nie... Ale... to nie mogą być żadne życzenia ani prezent, nie znam tej sowy.
   Pospiesznie odwiązałam zwitek pergaminu z nóżki ptaka, podczas gdy Crister tłumaczył reszcie działanie czarodziejskiego koca piknikowego.
-...zawija się jedzenie w taki koc, ono znika, rozwijasz koc a ono znów się pojawia...
   Odwinęłam papierowy rulonik i razem z dziewczynami odczytałyśmy klika nabazgranych na nim słów:

"Manny tu był.

M.-L."
  


  ________________________________________________


   

  
 
Hop, hop? Jest tu ktoś jeszcze?
Przepraszam bardzo za to, że musieliście tyle czekać na rozdział i za wszelkie pojawiające się w nim błędy, ale pewnie skłamałabym twierdzeniem, że nie urodziłam go w prawdziwych bólach.
Ponieważ zbliżamy się powoli do końca, musiałam popchnąć wszystko trochę bardziej w stronę czerwca, a chyba nie jestem zbyt dobra w opisywaniu wydarzeń rozwleczonych na kilka tygodni...
Ale to już pozostawiam Waszej ocenie.
Dedykacja dla Izi Bels, która dała mi pomysł uczynienia z Pocky dziewczyny Booracka Juniora!
A teraz napiszę o czymś, o czym zdecydowanie należy tutaj wspomnieć...
Nie wiem jak wy, ale kiedy dowiedziałam się o śmierci Alana Rickmana, można było mnie z powodzeniem zamknąć w pokoju skonstruowanym z poduszek i bez klamek.
Dlatego wznieśmy różdżki w górę za Alana Rickmana, który nigdy nie będzie siedział w bujanym krześle, nie będzie miał osiemdziesięciu lat, nie będzie czytał swojej rodzinie "Harry'ego Pottera" i nigdy nie powie "Always".
 
 
Nox /*
 
~ Tita