niedziela, 15 października 2017

2.11 Stała czujność

   Ted Remus Lupin


  

   TRZASK! - trzasnęły drzwi od kawiarenki pani Puddifoot, omal nie wypadając z zawiasów. Na zewnątrz było już szaro - płatki śniegu wirowały szaleńczo w powietrzu jak chochliki kornwalijskie zamknięte w szklanym pojemniku bez wyjścia, a wiatr wył głucho w alejce, niby stado Ponuraków.

   Uliczki Hogsmeade były już całkowicie opustoszałe, mieszkańcy pochowali się w swoich chatach niczym myszy w bezpiecznych norach, a uczniowie Hogwartu poupychali się w sklepach i pubach - nikt nawet nie myślał o narażeniu choćby czubka nosa na mróz. Zza oszronionych i zaparowanych szyb dobiegały radosne odgłosy cisnącej się przy kominkach ciżby, stłumione przez sypiący gęsto śnieg, powoli przybierający postać świszczącej nawałnicy, która rozhulała się na pustej ulicy głównej i drodze z wioski do zamku. Zakryłem się gryfońskim szalikiem po sam nos, wcisnąłem ręce w kieszenie i, nie oglądając się za siebie, zacząłem przedzierać się przez śnieg. Kłujące igiełki mrozu wciskały mi się pod szalik, szczypały nos i drażniły oczy...

  “Nie chcę, żebyś znikał”... Też coś! A ja chciałbym, żeby Wood zniknął i to bardzo!!

   Rozpościerający się przede mną obraz, już i tak zaśnieżony niczym ekran zepsutego mugolskiego odbiornika, rozmył się niby mętna zupa i znów przed oczami stanął mi widok zaparowanego, mdląco obrzydliwego wnętrza Przystani Szczęśliwych Par. I Wood i Victoire nadal jeszcze tam są… Siedzą przy mikroskopijnym stoliku, omal nie ocierając się o siebie pod blatem swoimi wstrętnymi syrami i gruchają niby zakochane gołąbki… A może już wylizują sobie wzajemnie resztki przesłodzonej kawy pani Puddifoot, które zostały im w otworach gębowych… Wzdrygnąłem się na tę okropną myśl, a może tylko z zimna, po czym kopnąłem mocniej zaspę przed sobą - i widmo kawiarenki natychmiast znikło.
  Jakiś tępy ból wwiercał mi się w czaszkę, odkąd trzasnąłem tymi drzwiami. A może to nie był wcale ból… może to było po prostu jedno wielkie niedowierzanie…?

  A jak ona wypowiedziała jego imię…! Na to świeże jeszcze wspomnienie fala krwi uderzyła mi do głowy i jeszcze mocniej kopnąłem śnieg, którym wiatr natychmiast dmuchnął mi prosto w twarz.

  Zdawało mi się, że w świście śniegu słyszę szelest jej głosu o tonie miękkim i topniejącym, i że ten głos, choć tak cichy, kłuje mnie bardziej niż ostry mróz, że w mroku widzę rumieniec, który przyoblekł wtedy jej twarz.

  Spell...

  Nie… chyba zaraz się porzygam!

  Idiotka, idiotka… cholerna idiotka!
  A przecież z początku tak dobrze jej szło! Co się więc nagle stało? W którym momencie Vi postanowiła nagle oświadczyć się Woodowi? Co mi umknęło? Chyba nigdy tego nie zrozumiem!
  Dziewczyny są… są…
  Po raz ostatni kopnąłem śnieg.
  Coś zamigotało w oddali. Zatrzymałem się i przetarłem oczy rękawem - tak, to musiały być już światła zamku. Przez chwilę stałem w miejscu, oddychając ciężko po szybkim marszu - i dopiero teraz odwróciłem się za siebie, gdzie nie było już widać ani Przystani Szczęśliwych Par, ani całej reszty Hogsmeade, tylko zasypaną drogę, niknącą gdzieś w burzy szarości i zapadającym zmroku.
  Zawrócić…?
  Nie… Nie! Śmieszna myśl. Nie, to całkiem niedorzeczne. Niby po co? Żeby wejść tam i krzyknąć “Nie zgadzam się!”? Żeby przerwać im upojną chwilę, która być może właśnie ma miejsce? Żeby przetrącić Woodowi nos, jak powinienem był zrobić już dawno, a Victoire wypalić prosto w twarz, że jest głupią, wstrętną, beznadziejną kretynką…?
  Bo Victoire jest kretynką! Kretynką i koniec, kropka. Może sobie być w Ravenclaw, może sobie być najinteligentniejszą dziewczyną, jaką znam, ale to i tak nie zmienia faktu, że jest kretynką do kwadratu!
  A ja kretynem do sześcianu… Jak mogłem się łudzić, że cholerny “czar” Wooda na nią nie podziała?!
  I co on niby ma w sobie takiego? Przecież jest palantem, nawet w książkach o swoim ukochanym quidditchu ogląda jedynie obrazki! Co te wszystkie laski w nim widzą…?
  Co Victoire może w nim widzieć?
  Nie, nie… Trzeba iść dalej, trzeba wracać do zamku. I tam czekać, aż oni wrócą… a zresztą, niech robią co chcą, to mnie i tak nic ale to absolutnie NIC nie obchodzi...
  Ruszyłem przed siebie, ale już nie rozkopywałem śniegu - już i tak buty i nogawki miałem kompletnie przemoczone.
  Ale przecież to nie mogło wydarzyć się naprawdę!
  Bo niby czemu przez całą drogę nie opuszcza mnie to dziwne wrażenie nierealności, zupełnie jakby to był jakiś koszmarny i zarazem dziwaczny sen?
   Następnego dnia okaże się, że Wood był w Hogsmeade z jakąś inną dziewczyną, która mnie nic nie obchodzi, a gdy zejdę do Wielkiej Sali, zobaczę Victoire, ładną i miłą jak zawsze... a ona ucieszy się na mój widok... i zaczniemy jak zwykle omawiać sprawy Wtajemniczonych We Wszystko, jedząc grzanki razem z Pocky, Domie, Fiffie i Lariesonem…
  A może wręcz przeciwnie… A co jeśli... jeśli zastanę ją jutro siedzącą na jego kolanach, oboje karmiących się wzajemnie śniadankiem…?!
  Nie… przecież w życiu tego nie zniosę! Prędzej spalę wszystkie swoje książki, niż będę na to codziennie patrzył! Zresztą, mniejsza nawet o książki… Prędzej wyrzeknę się OPCM!
  Ale przecież Vi jest za mądra dla Wooda! - przekonałem sam siebie, wycierając rękawem stopniały śnieg z nosa. A nawet jeśli Woodowi udało się ją w jakiś sposób ogłupić, to chyba właśnie od tego ma Teda Lupina? Mimowolnie zacisnąłem pięści w kieszeniach, kiedy przez głowę przemknął mi szereg niezbyt miłych dla niej obrazów: Wood szepczący coś do Vi w Miodowym Królestwie, Wood zamykający ją w ramionach z ustami tuż przy jej czole, oni idący razem pod ramię, Victoire trzymająca go za rękę w kawiarni, wpatrzona w niego jak w święty obraz…
  Już nigdy więcej nie pozwolę mu jej tknąć!
  Szkoda tylko, że ona chyba nie ma nic przeciwko temu.
  Brama zwieńczona uskrzydlonymi dzikami zamajaczyła mi tuż nad głową. Światła zamku były już całkiem blisko - przyspieszyłem kroku, aż w końcu zacząłem biec na ile pozwalały mi na to zaspy, aby pomóc wichrowi wywiać mi wszystkie myśli z głowy. Śnieżyca znów wzmogła się, lodowe skry cisnęły mi się do oczu, szalik rozluźnił się i twarz zapiekła mnie boleśnie, ale nie zwolniłem dopóki nie dobiegłem w końcu do dębowych wrót Hogwartu. Nie przystanąłem ani na chwilę w Sali Wejściowej rozświetlonej ciepłym blaskiem, nie zważając na to, że wszędzie zostawiam po sobie wielkie kałuże (i że Filch będzie mnie za to ścigał po całej szkole listem gończym), po czym ruszyłem w stronę Wieży Gryffindoru, gdzie zatrzymałem się dopiero na ruchomych schodach.
  I ktoś mógłby wysnuć przypuszczenie, że ta desperacka przebieżka w śniegu powinna pozwolić mi ochłonąć po tak okropnym przeżyciu jakim było podglądanie Victoire i Wooda w ich intymnych chwilach. Mimo to, gdy tylko wyburczałem Grubej Damie hasło, wpadłem do pokoju wspólnego, wbiegłem po schodach do dormitorium i pierwsze co zrobiłem, ledwie myśląc o tym co robię, to z całej siły uderzyłem w szafkę nocną, przy okazji strząsając z siebie resztki śniegu.
   Nie pomogło.
  Lustro nie pokazywało już nieznajomego mulata. Najwyraźniej podczas drogi sam nie zauważyłem, kiedy znów stałem się sobą. Moje odbicie miało czerwoną gębę, kosmyki włosów przylepione do czoła, zadarty nochal i oczy zaczerwienione jak królik. Szybko odwróciłem się od tej okropnej mordy, po czym zerwałem przemoczoną czapkę z głowy i cisnąłem ją w bliżej nieokreślone miejsce na podłodze, to samo czyniąc z resztą garderoby, po czym rzuciłem się na łóżko i wbiłem wzrok w baldachim.
  No tak, wszystko jasne. Kogo ja oszukuję… Wood przy tobie jest chyba jakimś półbogiem. Czempion quidditcha zasrany…
  Tylko kto lepiej wie, że nie należy oceniać książki po okładce, jeśli nie Victoire? Ach, no tak… Przecież to dziewczyna. Człowiekowi wydaje się, że dziewczyna wie czego chce, ale oczywiście to gówno prawda… Dziewczyny są pokręcone.
  Pokręcone hipokrytki.
  A ty przez całe życie sądziłeś, że ona jest inna…! Prychnąłem cicho i pociągnąłem nosem. Oczywiście, była inna! Była... bo teraz już nie jest, teraz jest taka, jak cała reszta.
  Pauline nie dałaby się omotać Woodowi! Aż usiadłem na łóżku, kiedy dokonałem tego odkrycia. No tak, ale przecież nawet ona zgodziła się z nim wtedy zatańczyć na Sylwestrze i tego faktu nie zmieni nawet setne powtarzanie tego, jakie to było okropne… Opadłem z powrotem na poduszki, wzdychając.
  Nie, wszystkie one są takie same. Wszystkie mają w sobie większy lub mniejszy pierwiastek pustoty, skoro Wood jawi im się jako jakiś bóg…
  Ale już absolutnie nie będę o tym myślał! Szybko porwałem z szafki nocnej pierwszą lepszą książkę i otworzyłem ją na pierwszej lepszej stronie.
   W kronikach Departamentu Czarodziejskich Gier i Sportów odnotowano siedemset rodzajów fauli w quidditchu; wszystkie z nich miały miejsce podczas finałów pierwszych mistrzostw świata… No tak, że też musiałem trafić akurat na cholerny Quidditch przez wieki… Tak czy inaczej dziewięćdziesiąt procent odnotowanych fauli jest obecnie niewykonywalne, bo łączy się z użyciem różdżki podczas gry… No tak, ale przecież ja siedzę na trybunach… Jeśli chodzi o pozostałe dziesięć procent, to z całą pewnością można stwierdzić, iż większości z nich nie popełniłby dzisiaj nawet najbardziej brutalny zawodnik… Och, jaka szkoda, że drużyny innych domów tak nienawidzą naszej… Oto przykłady: podpalanie ogona miotły przeciwnika… To problematyczne, pióropusz ognia zdradziłby miejsce, z którego rzucono zaklęcie… atakowanie miotły przeciwnika maczugą… pałka chyba by się do tego nadała, można by w tym celu wynająć Warwicka… atakowanie przeciwnika toporem… ta, pomarzyć sobie mogę...
  Miałeś nie myśleć o tym, jak uszkodzić Wooda! - przypomniał mi w głowie głosik pełen wyrzutu. Szybko przewróciłem z dwadzieścia stron dalej…
  Zjednoczeni z Puddlemere… Cholera, drużyna ojca Wooda… To na niej trzepie tyle hajsu, żeby zapewnić najlepszy sprzęt sobie i synalkowi…
  Nie, zdecydowanie to nie była odpowiednia książka.
  Ile czasu już tak leżę z nią na twarzy…?
  Zejść na kolację? Nie chce ci się jeść. Masz jeszcze zbyt silne mdłości po rozanielonej Victoire mrugającej słodko oczkami prosto w gały Wooda. Z drugiej strony, mógłbyś się przekonać, czy już wrócili… I jesteś naprawdę pewien, że zniesiesz widok Vi na kolanach Wooda, karmiącej się z nim kolacyjką…?
  Ale może istnieje szansa, że ona tam na ciebie czeka? Może potrzebuje tam pomocy, żeby Wood się w końcu od niej odwalił? Ale kiedy widziałeś ją ostatnio, wcale nie wyglądała jak ktoś, kto takiej pomocy oczekuje… Nie, nie zejdę na dół. Nie będę im  przeszkadzać...
  To jest po prostu śmieszne. Czy ty właśnie zmarnowałeś dwie godziny swojego życia, żeby przejmować się tym dupkiem…
  A raczej tym, że dziewczyna, którą do tej pory miałeś za rozsądną, postanowiła polecieć na tego dupka.
  I leżąc tak w bezruchu, z książką otwartą na twarzy, poczułem się tak, jakby gdzieś we mnie, głęboko w środku, zamierał, powoli gasł najwyższy z ideałów, w który jeszcze wczoraj święcie wierzyłem, który miałem zaszczepiony w umyśle od dzieciństwa. Jakby za sprawą tego jednego wieczoru odwróciły się nagle wszelkie prawa natury… bo to było przecież wbrew naturze, by Victoire Weasley zachowywała się jak ktoś, kim nie była i kim być nie chciała…!
  Ale może nie chciała tym być, bo tym właśnie naprawdę była…?
  A ja myślałem, że ją znam! A jednak… w tym momencie w moim życiu nie istniała chyba większa zagadka.
  Nawałnica wciąż wyła za oknami, sprawiając, że szyby podzwaniały lekko, jakby zaraz miały pęknąć na milion oszronionych kawałków. Poza burzą, która szalała bezgłośnie w mojej głowie, były to jedyne słyszalne tutaj dźwięki - gdy nagle dołączyło do nich coś jeszcze. Zerknąłem spod książki na drzwi od dormitorium. Na schodach za nimi rozległy się kroki i rechot trzech osób, rosnący z każdą chwilą.
   ...niezła beka…
...ale widziałeś jaką minę zrobił ten barman…
...to jasne, że w przyszłym meczu ich rozgnieciemy...
  Drzwi otworzyły się z hukiem, a ja westchnąłem i ponownie zakryłem się Quidditchem przez wieki.
   No nie...
  Ktoś zdjął mi książkę z twarzy, a ja z nieukrywanym niezadowoleniem zmrużyłem oczy przed światłem. To Warwick ośmielił się oderwać mnie od dalszych wisielczych refleksji nad sensem egzystencji - stał teraz nade mną w swojej rażąco czerwonej czapie z pomponem, teraz właściwie różowej z powodu pokrywającej ją warstwy śniegu, a na jego piegowatym, okrągłym obliczu (co raczej nie odstawało zbytnio od normy) odmalowywał się wyraz pełen najwyższego politowania na sam mój widok.
   A ty kujonie, jak zwykle nic, tylko babskie czytanki sobie urządzasz…  - Ujął książkę w dwa palce, jakby trzymał śmierdzącą skarpetkę, po czym nagle zmarszczył brwi i spojrzał na mnie jak na niedorozwoja: - Quidditch przez wieki?! Oczadziałeś, czy co? Przecież Wood w życiu nie przyjmie cię do składu!
   A ja w życiu nie będę startował do jego głupiego składu! - krzyknąłem, siadając raptownie na łóżku.
   Warwick aż odskoczył do tyłu z dość zaskoczoną miną, wyglądając przy tym całkiem jak ożywiony zaklęciem bałwan, który zdziwił się, że ktoś wyrwał mu z twarzy marchewkowy nos.
   Dobra człowieku, luz! - Cisnął swoją czapkę na metalowy grzejnik, z której w chwilę później śnieg zaczął skapywać na podłogę. - Tak w ogóle to gdzie ty byłeś?! Bo chyba nie zostałeś w zamku żeby czytać…
Nie, wyobraź sobie, że nie zostałem w zamku, żeby czytać...
Weź go zostaw, Pickering… - odezwał się nagle Cal Collins, asystent numer jeden Wooda w debilizmie, do tej pory zajęty rechotaniem z czegoś wraz z Willem Watsonem, który był drugim asystentem Wooda w debilizmie. - Nawet jeśli nie czytał, to pewnie nie robił nic ciekawszego… co najwyżej ryczał w kiblu, że Woodowi udało się wyrwać jego laskę…
Ona nie jest moją laską - wymamrotałem.
   Ale Cal tylko uniósł brwi.
Doprawdy? No to tym gorzej dla ciebie, Woody zaliczy ją przed tobą! - uśmiechnął się obrzydliwie. - A wiesz, kto jest zawsze w kolejce za nim...
   Nagle wszystkie światła w dormitorium zamrugały, przygasły na moment, aż w końcu rozjarzyły się blaskiem tak silnym, jakby zaraz miały pęknąć. Dziwne, że równocześnie z tym zjawiskiem, poczułem, jak w żyłach zaczyna pulsować mi wrząca wściekłość, której chętnie dałbym ujście, poprzez roztrzaskanie wszystkich lamp i skierowanie ich szczątków prosto w twarz Collinsa.
Skoro ty i Wood tak się wszystkim dzielicie, to może powinniście przespać się ze sobą, co? - parsknąłem, zaciskając ręce na książce aż pobielały mi knykcie, lecz Collins tylko uśmiechnął się drwiąco, co bynajmniej nie polepszyło sytuacji.
Spokojnie, Lupin… Chyba jako prefekt, powinieneś popierać nasz recykling, co? W końcu Wood oddaje mi tylko odpadki, które nadają się do ponownego użycia, to wszystko…
Zaraz ja zrobię z ciebie taki odpadek, że…
No tak! - Warwick pospiesznie wparował w moje pole widzenia, skutecznie przysłaniając mi wstrętny uśmieszek Collinsa swoją krągłą osobą. - Wszystko fajnie, pięknie, tylko może byście już przestali nakręcać tę spiralę nienawiści? - wyszczerzył do nas zęby, na co Cal tylko wywrócił oczami, a ja ponownie położyłem się na plecach, wzdychając z irytacją i zakrywając twarz Quidditchem przez wieki. - Lepiej zgadnij gdzie byliśmy, Ted!
No nie wiem - wymamrotałem spod książki, nie mogąc pozbyć się myśli, jak nisko dzisiaj upadłem, zmieniając sobie wygląd na kogoś tak beznadziejnego jak Cal Collins. - Siedzieliście jak zwykle w Trzech Miotłach i próbowaliście poderwać Rosmertę na kawał o goblinie, skrzacie i…
Nie, byliśmy pod Świńskim Łbem i nie uwierzysz… ten koleś sprzedał nam Ognistą, czaisz?! - wyparował Warwick, jakby od samego początku nie czekał na nic innego, niż zaskoczenie mnie tą niebywałą informacją. - Nam, czaisz? Nieletnim! Namiarowiczom!
Pickering, ty kretynie… - Watson, który już wyciągnął się na swoim łóżku, wytrzeszczył na niego oczy. - I po co mielesz tym ozorem?! Po jakiego grzyba gadasz to prefektowi?!
Na szczęście jako prefekt, mam ważniejsze sprawy na głowie niż trójka głupków, która daje z siebie wyciągać hajs zramolałemu barmanowi za jakiś zaśniedziały sok ze szczura...
Na przykład to, że Wood odbił ci lasię?
   Nawet nie obdarzyłem Collinsa spojrzeniem, tylko uniosłem książkę, spod której spojrzałem na Warwicka, marszcząc brwi.
Czy ja już mu mówiłem, żeby się zamknął…? - zapytałem go spokojnie.
Nie, jeszcze nie mówiłeś - odrzekł Warwick usłużnie.
Wobec tego - uniosłem się na łokciach - Collins, wyświadcz łaskę i zamknij się.
   Collins wymienił znaczące spojrzenia z Watsonem.
  Reszta wieczoru minęła w atmosferze względnego spokoju - o ile spokojem można nazwać to, że Cal, Will i Warwick bez reszty poświęcili się namiętnemu obrazowaniu wizji tego, jak to spektakularnie rozgniotą krukonów w nadchodzącym meczu, w analizie czego nie brałem szczególnego udziału, jako osoba określana mianem “ten dziwak, który ma gdzieś quidditcha”. Zamiast tego, siedziałem wciąż na swoim łóżku usiłując czytać Jak przechytrzyć czarnoksiężnika, w rzeczywistości zerkając bez ustanku na drzwi. Kolacja skończyła się piętnaście minut temu…
  Dwadzieścia minut temu…
  Pół godziny temu…
  Gdzie oni są?!
   Nie śmiałem zapytać Warwicka o to, czy byli na kolacji, nie w obecności Watsona i Collinsa. Ale przecież gdyby nie byli, Filch zamknąłby im bramę do zamku! Może zejść tam, tak po prostu, żeby przekonać się, czy…
  Czytaj książkę, nakazałem sobie twardo w duchu, po czym oderwałem wzrok od drzwi.
  Zazwyczaj czarnoksięskie przedmioty, jakkolwiek niebezpieczne, są jednak łatwe do wykrycia przez najzwyklejsze rutynowe wykrywacze wrogów używane przez tropicieli śladów czarnej magii... Ach, żebym miał taki wykrywacz, który powiedziałby mi, czemu oni nie wracają…
  Ale przecież musieli już być w szkole…! Więc czemu Wooda jeszcze tutaj nie ma…? Bo w końcu co niby można robić z ładną dziewczyną w opustoszałym ciemniejącym zamku, pełnym schowków na miotły, nieużywanych klas, tajemnych przejść i innych sekretnych zakamarków…? Chyba tylko…
  BUM!
  Huk drzwi od naszego dormitorium wstrząsnął chyba całą Wieżą Gryffindoru.
   Warwick, Watson i Collins podskoczyli jak jeden mąż nad makietą boiska quidditcha (kiedy oni zdążyli ją rozłożyć?!) po czym pierzchli pod ściany. Lampy ponownie zamrugały, kiedy zobaczyłem... to coś, co wpadło do naszego dormitorium... Z początku wyglądało to rzeczywiście tak, jakby uciekło z prywatnego rezerwatu pod łóżkiem Hagrida…
  A potem nagle okazało się, że to Wood!
  Ale to nie był ten Spell Wood, który mieszkał z nami od pięciu lat w dormitorium, ani ten, co łaził po korytarzach szczerząc się w firmowym uśmiechu do mijanych lasek, ani ten, który widowiskowo bronił na meczach quidditcha… ani nawet ten Spell Wood, którego zostawiłem dzisiaj w kawiarni, trzymającego się za rękę z Victoire.
  Ten Spell Wood był Spellem Woodem żałosnym, obrzydliwym, Spellem Woodem zdesperowanym, zrozpaczonym i wściekłym. A na jego twarzy… tak, na tej samej, w którą wszystkie dziewczyny wpatrywały się jak w najpiękniejszy krajobraz… cóż, rzeczywiście rozpościerał się krajobraz, chyba cała łąka upstrzona czerwonymi makami... Lecz niestety... bardzo daleko było temu do dzieła sztuki! Jego zazwyczaj gładką wstrętną buźkę, pokrywały teraz bąble i krosty tak odrażające, że czyniły ją bardziej podobną do mugolskiego kebaba niż do czegokolwiek innego.
  I naprawdę, tylko wściekły obłęd mieniący się wśród tych pryszczy w jego oczach powstrzymał mnie od tego, aby uderzyć pięścią w powietrze ze szczęścia, albo po prostu ryknąć ze śmiechu.
   Wiedziałem, od początku wiedziałem, że Vi nie zawiedzie! Oj, rzadko kiedy można było oglądać skutki tak wybornie rzuconego Furnunculusa!
   A tymczasem Wood potoczył dzikim wzrokiem po dormitorium, jakby wraz z uszkodzeniem twarzy doznał również uszkodzenia mózgu.
   WOODY! - Chyba nigdy w życiu nie podejrzewałbym Cala Collinsa o wydanie z siebie tak piskliwego dźwięku, już prędzej jakąś dziewczynę która zobaczyła pająka pod prysznicem. - C-co ci się stało w… twarz?!
Twarz? - powtórzył Warwick z wyraźnym powątpiewaniem. - Sorry stary, ale to wygląda bardziej jak pizza… zrobiona z czyrakobulwy… na którą rzuciło się stado żądlibąków...
ZAMKNĄĆ SIĘ! - wydarł się histerycznie Wood, a Warwick natychmiast urwał z przerażoną miną. - Zamknąć się, mówię!!! Od tej chwili ktokolwiek to skomentuje, zostaje wypie****ony z drużyny na zbity ryj!!!
   Z jego pryszczy trysnęły soki. Zerknąłem na chłopaków stojących tuż przy ścianie - tak jak się spodziewałem, przerażenie na ich twarzach ustąpiło miejsca skrajnemu obrzydzeniu, a już zwłaszcza na pucołowatym obliczu Warwicka.
To… jeśli wolno spytać kapitanie… co ci się właściwie stało…?
   To pytanie było chyba błędem, bo Wood kopnął kolumienkę łóżka tak mocno, że aż sam wrzasnął z bólu.
Ta… ta Weasley…! T-to wiedźma...!!!
Co, sprzedała ci syfa?! - Cal wytrzeszczył oczy ze zgrozy.
Rzeczywiście, ciekawa odmiana choroby wenerycznej - zakpił Will, przejeżdżając oczyma po suficie. - Co on, czyrakobulwę ruchał?!
Zamknijcie się, kretyni! - przerwał im Wood, aż czerwieniejąc pod swoimi pryszczami. - Ona jeszcze zobaczy… ze mną się nie zadziera… a ona śmiała… cholerna jędza… sama się nie przyzna, że jej było dobrze…
Wybacz Woody… - wtrącił łagodnie Collins. - Ale to co gadasz, kompletnie nie ma sensu.
No właśnie - Warwick uniósł brwi. - Niby jak jej było dobrze, skoro postanowiła zamienić cię w żyjątko z dna oceanu?
Wszystko było w jak najlepszym porządku! - przekrzyczał go Wood, świdrując go wściekłym spojrzeniem. - Już prawie ją miałem, nie moja wina, że nagle się jej coś odpitoliło w tym móżdżku…!
Nic dziwnego, to chyba jasne, że nie zadziera się z wilami - rzekł zdawkowo Warwick.
   Wood zmrużył oczy, spoglądając na niego złowróżbnie.
Nie, Pickering… - pokręcił powoli głową, z miną jakby postradał zmysły. - To ze mną się nie zadziera. I ja jeszcze nauczę tę świruskę, gdzie jest jej miejsce… Jeszcze będzie mnie błagać, żebym do niej wrócił…
Kobieta zmienną jest, ale chyba nie aż tak - mruknął Warwick.
Ty jej nie znasz, Pickering - rzekł Wood, oddychając ciężko przez nos. Jego oczy błyszczały niezdrowym blaskiem, jakby dopiero co urwał się ze świętego Munga z oddziału długotrwałego pobytu. - Jeszcze wszyscy zobaczycie, przywlecze się do mnie na kolanach… A te drobne komplikacje… To po prostu dlatego, że ta głupia szmata jest zwyczajnie popie**olona…!
   Rozległ się donośny huk, kiedy książka sama wyślizgnęła mi się z rąk i zsunęła się po łóżku, spadając na podłogę.
Nie powinieneś jej tak nazywać.
   Wszyscy utkwili we mnie wzrok z przestrachem - zupełnie nie wiem, czym spowodowanym, skoro powiedziałem to bardzo cicho, skryty w cieniu baldachimu swojego łóżka. Jednak Wood wytrzeszczył na mnie oczy tak, jakbym nie wiadomo jak się na niego wydarł.
Będę ją nazywać jak mi się żywnie podoba, Lupin, czy ci się to podoba, czy nie!! - krzyknął, podczas gdy ja stanąłem tuż przed nim, patrząc mu prosto w tę groteskową twarz. Aż pobladł pod swoimi pryszczami. - A jutro ty, jako prefekt, przyprowadzisz tutaj grzecznie panią Pomfrey…
A to niby po co?
A co, myślisz, że pokażę się gdziekolwiek w takim stanie?!
Przez chwilę zapadło pełne napięcia milczenie. A potem…
Tak… - rzekłem spokojnie, marszcząc brwi. - Tak, myślę, że się pokażesz.
Przez kolejną chwilę Wood świdrował mnie wzrokiem. Aż nagle, wbrew wszelkim oczekiwaniom, jego usta rozciągnęły się w jadowitym uśmiechu.
Nie, Lupin… ty ją tutaj ściągniesz.
Nie, Wood - zaprzeczyłem, również się uśmiechając. - Sam do niej pójdziesz. Ale nie, nie po to, żeby się u niej leczyć! - zastrzegłem szybko, uprzedzając wyraz szoku na jego pryszczatej twarzy. - Pójdziesz tam grzecznie, żeby w ramach czynu społecznego wyszorować wszystkie nocniki... rzecz jasna, bez użycia czarów… A zdaje mi się, że po ostatnim meczu puchonów i ślizgonów, no wiesz, tym podczas burzy z piorunami… jest bardzo duże zapotrzebowanie na czyste nocniki.
   Na moment Wooda totalnie zatkało, aż w końcu wykrztusił z siebie:
Wlepiasz mi szlaban?! - Zaśmiał się histerycznie, patrząc po reszcie chłopaków, jednak nikomu nawet nie drgnęła szczęka. - Ty… n-nie masz prawa tego zrobić…!
Mam prawo. I właśnie z niego korzystam.
   Niedowierzający uśmiech zniknął z krościatego oblicza Wooda, ustępując miejsca prymitywnej furii.
Powienieneś wlepić szlaban tej je*anej wariatce, a nie mnie! To ona mnie pierwsza zaatakowała…!
   Ale w tej sekundzie błyskawicznie chwyciłem go za szatę i szarpnąłem nią mocno, uderzając Woodem o kolumienkę łóżka z taką siłą, że aż zatrząsł się baldachim.
JESZCZE RAZ JĄ TAK NAZWIESZ, A DOROBIĘ TWOIM PRYSZCZOM JESZCZE CZUŁKI!
Pu...szczaj… jak… śmiesz… ty…
NIGDY JUŻ SIĘ DO NIEJ NIE ZBLIŻYSZ, ROZUMIESZ?! - wrzasnąłem, a kurz zleciał na nas ze szpar w suficie. - NIE TKNIESZ JEJ NAWET KOŃCEM KIJA OD MIOTŁY…
Już… za późno… - Jego brzydką, pokrytą bąblami gębę rozjaśnił złośliwy uśmiech. - Za późno...
  Stałem nieruchomo, wciąż trzymając go za szatę pod szyją, przyciskając go do kolumienki, dysząc ciężko i gapiąc się na niego, czując się tak, jakby tymi słowami splunął mi prosto w twarz, a potem jeszcze zepchnął w dół stromej przepaści. Nie, to niemożliwe… Absurdalne! Na pewno Victoire rzuciła na niego zaklęcie, gdy tylko zorientowała się, jaki Wood jest naprawdę… Pytanie tylko, w którym momencie się o tym zorientowała…?
Kłamiesz - wycedziłem, z uczuciem jakby wyschło mi gardło.
Nie kłamię - wycharczał Wood, a jego oczy rozbłysły. - Sam jej spytaj… jak było...
   Puciłem jego szatę ze wstrętem.
   To było pewne, że on kłamał.
   Kłamał, łgał jak z nut, nie istniała żadna inna racjonalna opcja… Mścił się za ten wlepiony szlaban, a zresztą, mniejsza o jego motywy, to był w końcu Wood, on był po prostu popieprzony… Prawda jest taka, że jedyne co dostał od Victoire w prezencie to te pryszcze i koniec, dlatego jest taki wściekły, dlatego kłamie, kłamie i jeszcze raz kłamie…
  Bo przecież to, co widziałem w kawiarni, nic nie znaczy, prawda? “Nie chcę, żebyś znikał”... dlaczego to powiedziała? Do czego to potem doprowadziło…?
  I kiedy w środku nocy krążyłem jak głupi po pokoju wspólnym zamiast iść spać, coraz głębiej zapadałem w przekonanie, że to wszystko jest jednym wielkim nieporozumieniem, oszustwem. To co widziałem w kawiarni... to wszystko nie ma żadnego znaczenia! Wood kłamał, to jasne… Po prostu chciał mi dopiec. Chciał się zemścić na Vi.
   Musiałbym być strasznie głupi, żeby w to uwierzyć.
   Następnego dnia osobiście dopilnowałem, aby Wood przeparadował przez cały zamek ze swoimi pryszczami w godzinach porannego szczytu. Wprawdzie próbował zasłonić się najpierw krawatem, potem torbą, a potem szkolną szatą (nie mówiąc już o tym, że rano wytrzasnął od któregoś z dziewczyńskich dormitorium mugolski podkład pod makijaż), ale i tak wciąż wokół nas rozlegały się piski jego przerażonych wielbicielek, a po przejściu kilku zatłoczonych korytarzy - nieustanne klikanie aparatu, ponieważ Brendzie Pussycat bardzo zależało na jak najlepszym ujęciu. I choć zazwyczaj jestem z nią na wojennej ścieżce, jeżeli chodzi o jej szmatławą gazetkę, w końcu przecież miałem na głowie doprowadzenie skazańca na miejsce jego wyroku, a to było o wiele ważniejsze zadanie, niż konfiskowanie niewinnej dziewczynce aparatu... niech przynajmniej tego ranka jak najlepiej rozwija swoją pasję!
   A w Wielkiej Sali Victoire nie było. Nie było również Dominique, która mignęła mi gdzieś w Sali Wejściowej z miotłą i w stroju do quidditcha (to wariatka... ale jeżeli te poranne treningi w śniegu pomogą jej w załatwieniu Wooda na przyszłym meczu, to Boże, daj jej swoje błogosławieństwo). Pauline pojawiła się przy stole krukonów piętnaście minut po rozpoczęciu śniadania z warkoczem tak potarganym, jakby dopiero co wstała z łóżka i chyba tylko obecność Lariesona, który podał jej ogromny kubek z kawą, powstrzymała ją od położenia się na stole i zaśnięcia przy swoim talerzu. Przy stole gryfonów wrzało (głównie za sprawą Sandry Kench), ale nikt nie dawał powodów do przydzielenia mu ujemnych punktów za zachowanie, wręcz przeciwnie - jeśli ktoś głośniej wybuchnął śmiechem z powodu plotki o kimś, kto w przeciągu ostatniej doby dostał gwałtownego wysypu trądzikowego, byłem skłonny nawet dodać mu punktów za prawidłową postawę społeczną.
  I dopiero wtedy, kiedy siedząc w swoim swetrze od babci Molly nałożyłem sobie drugą porcję jajek sadzonych i kiełbasek, odkryłem nagle, nie bez zdziwienia, że mam całkiem niezły nastrój, który jeszcze się polepszył, kiedy podczas sowiej poczty dostrzegłem sowę śnieżną - niewątpliwie należącą do mojego ojca chrzestnego, tak, tego samego, który ponoć miał w ministerstwie tyle pracy. Harry nie pisał do mnie od wieków! A nie widziałem go od czasu, kiedy natknąłem się na niego w lochach w Noc Duchów, o czym on sam nie miał zielonego pojęcia. Przed rozpoczęciem szkoły ogólnie się od siebie oddaliliśmy - on miał mnóstwo kłopotów w Biurze Aurorów, a ja odseparowałem się od świata z powodu niezbyt fortunnych dla mnie przygód w Zakazanym Lesie. A teraz wreszcie nadszedł od niego list - list, którego wcale się nie spodziewałem, nawet niezbyt na niego oczekiwałem, jako że sam nie wysiliłem się na nabazgranie ani jednego słowa z mojej strony - i który sprawił, że po raz pierwszy od wczoraj całkowicie zapomniałem nawet o Victoire.
   Zaadresowany był fioletowym atramentem, a koperta zaopatrzona była w pieczęć Szefa Biura Aurorów - a więc pisał do mnie, jakżeby inaczej, z pracy...
  
   Drogi Teddy


   Bardzo Cię przepraszam za to długie milczenie, ale jak dotąd praca w ministerstwie nie pozwalała mi na napisanie do Ciebie listu. Mam nadzieję, że chociaż Ty nie posądzasz mnie o "manię ratowania świata" tak jak Ginny. Zarzuca mi, że bardziej niż ona, moją żoną jest facet ze Służb Porządkowych, który donosi mi do Biura posiłki... Ale nie piszę tego listu, żeby zwierzać Ci się ze swoich małżeńskich problemów.
   Na początku chciałbym wiedzieć, jak Ci idzie w szkole. Nie mam wątpliwości co do tego, że idzie Ci świetnie, ale pytam o to, bo Percy strasznie mnie męczy, czemu jeszcze nie wysłałeś mu żadnego raportu na temat swoich obowiązków prefekta. Kazał Ci przekazać, byś nie brał ze mnie przykładu i nie robił tego wszystkiego, co ja robiłem w szkole: czyli nie warzył zakazanych eliksirów, nie chadzał do Zakazanego Lasu, nikogo nie szpiegował, nie podsłuchiwał itd., bo inaczej na pewno możesz pożegnać się z odznaką. (Zauważ, że ja nigdy nie byłem prefektem, ale za to byli nimi Ron i Hermiona, i jakoś nie przeszkadzało im to w robieniu tych wszystkich rzeczy).
   Nie będę przed Tobą ukrywał, że poza Hogwartem nie dzieje się najlepiej. Biuro Aurorów dostaje mnóstwo doniesień o różnych dziwnych i niepokojących rzeczach, które dzieją się właściwie na terenie całego kraju. Nic więcej nie mogę Ci zdradzić - na pewno nie za pośrednictwem sowiej poczty. Chcę jednak, żebyś miał uszy i oczy szeroko otwarte. Jeśli tylko zauważysz coś, cokolwiek, co przykuło Twoją uwagę, natychmiast daj mi o tym znać.
   Mam nadzieję, że przyjedziesz ze szkoły na Święta. Twoja babcia urwałaby mi głowę jeszcze skuteczniej niż James, gdybym Cię do tego nie namówił.
   Pamiętaj: Stała czujność!
Do zobaczenia -
Harry


   Zwinąłem list i schowałem go do kieszeni.
   Jakie to było... typowe!
   Najpierw beztroska wzmianka o pracy, potem jakieś cytowanie głupich rad od Percy'ego, a w to wszystko wpleciona informacja być może najważniejsza, a zamknięta tylko w pięciu marnych zdaniach pod tytułem "Dzieje się coś poważnego, więc bądź ostrożny, ale i tak nic ci nie powiem". I o co w tym wszystkim miało chodzić - niby co miałbym zauważyć?
   To, że Boorack trzymał w Zakazanym Lesie wilkołaka, że ukrywa coś w lochach, rzucił na to Zaklęcie Fideliusa i sam jest Strażnikiem Tajemnicy?
   "Przecież nie możesz napisać czegoś takiego w liście, głąbie!" pomyślałem, dźgając widelcem jajko sadzone na swoim talerzu, jakby to ono podsunęło mi ten pomysł. Ale z drugiej strony, czy kiedy spotkam się z Harrym w Święta... czy może już być za późno?
   Zresztą, my nawet nie wiemy, czy to co Boorack robi rzeczywiście jest nielegalne, może działa na zlecenie ministerstwa... Tylko po co wtedy Harry i Hermiona szukaliby czegoś w lochach w Noc Duchów...
   Nie, za dużo jest jeszcze znaków zapytania, żeby stawiać jakiekolwiek twarde wnioski, które stanowiłyby jakiekolwiek mocne dowody. Harry sam już chyba z dziesięć tysięcy razy opowiadał, jak to kiedyś wszyscy podejrzewali Severusa Snape'a o najgorsze, a potem to okazało się rzecz jasna nieprawdą. Nie możemy ryzykować, że z Boorackiem jest inaczej... Nie, oskarżenie go teraz o cokolwiek byłoby niedorzeczne...
   Wilkołak nie żyje, pracownia Booracka zniknęła... Wszystkie dowody szlag trafił.

   I właśnie wtedy, kiedy postanowiłem, że nic o tym wszystkim nie napiszę, podeszła do mnie Kaitlyn, która dziś postanowiła użyć odznaki prefekta jako spinki do włosów, które i tak bardziej przypominały miedziane mrowisko, niż cokolwiek innego.
   — Lupin... wyskocz ze mną na szluga.
   Warwick, który siedział tuż obok, zakrztusił się sokiem z dyni. Spojrzałem na Jackson jak na wariatkę, a jednak - wyglądało na to, że propozycja jest całkiem poważna.
— Jackson... czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteśmy prefektami...? - zapytałem, mimowolnie myśląc o tym, co by było gdyby Percy Weasley to usłyszał - chyba dostałby apopleksji.
— No właśnie, a prefektom wolno więcej, no nie? - uniosła brwi, a widząc, że nie ruszam się z miejsca, westchnęła ciężko, robiąc znużoną minę. - Z ciebie to jest jednak beznadziejny przypadek... Ale rusz ten swój święty tyłek, bo serio muszę z tobą pogadać.
— Co?! - Warwick wytrzeszczył na nas oczy. - Nie idź, bo następnym razem przylezie i powie "wyskocz ze mną na numerek"!
   W tym miejscu muszę stanowczo zaznaczyć, że powyższa wypowiedź nie miała NAJMNIEJSZEGO wpływu na to, że w chwilę później stałem już z Kaitlyn na krużganku, obserwując, jak szara chmura dymu unosi się z jej cienkiego papierosa.
  Poranek skrzył się w ogromnych soplach lodu, zwieszających się z łuków pod arkadami, dając skojarzenie z tysiącem błękitnych, lodowych dzwoneczków. Śnieg już nie padał, tylko leżał grubą, gładką kołdrą na dziedzińcu w dole - o tej porze nie było tutaj żywej duszy.
   — Wystarczy, że ktoś nas zobaczy, a wylatujemy z posady...
— Na szczęście mam gdzieś twoją karierę, Lupin - Jackson uniosła brwi, po czym dmuchnęła wprost we mnie śmierdzącą chmurą, z całą pewnością umyślnie.
— Ale chyba nie zaprosiłaś mnie tu na randkę, co? - zniecierpliwiłem się.
   Zaciągnęła się szarym dymem.
— Możesz sobie być przystojny, ale ja jestem lesbijką.
— Ja jestem... ty jesteś... że CO?!
   Kaitlyn wywróciła oczami.
— Zanim się zesrasz, może przejdziemy do rzeczy, co? - zagdakała z petem w ustach. - Wyobraź sobie, że wczoraj, kiedy ty zajmowałeś się pierdołami w Hogsmeade, byli tutaj starzy Sophie! I może mi powiesz, co ty wiesz na ten temat?!
   Dźgnęła mnie zapalonym petem w pierś, a ja cofnąłem się do tyłu, instynktownie unosząc rękę.
— Ja... nic o tym nie wiem!
— No jasne... - westchnęła, znów robiąc znużoną minę. - Ale możesz się dowiedzieć, no nie.
— Ja? - zmarszczyłem brwi. - Niby od kogo? Przecież już pytaliśmy McGonagall co się stało z Sophie, powiedziała, że nie jest w stanie nam udzielić żadnej informacji...
— A ten list z rana to niby od kogo dostałeś, od ministra magii czy od szychy Wizengamotu?! - poirytowała się, po czym pstryknęła mi palcami tuż nad czołem. - Masz wtyki w pieprzonym Biurze Aurorów!
— Ale może Sophie po prostu zachorowała i nikt nam nie może nic powiedzieć z powodu tajemnicy lekarskiej... albo może po prostu przenieśli ją do innej szkoły...!
— To dlaczego słuch o niej zaginął? - zaatakowała Kaitlyn. - Dlaczego nie ma z nią żadnego kontaktu?
— Już mówiłem, może jest chora.
— Gdyby była chora, starzy siedzieliby z nią w domu, a gdyby tylko zmieniała budę, to odpowiadałaby na listy, tak czy nie...
— Dobra! - przerwałem jej szybko, aż kropelki poskapywały z sopli nad naszymi głowami. - Mogę się podpytać... ale nie gwarantuję, że czegokolwiek się dowiem, zresztą wątpię, by naprawdę stało się coś poważnego...
— Bo nie widziałeś wczoraj jej starych - wpadła mi w słowo, po czym wyrzuciła papierosa za ośnieżoną balustradę. - Zachowywali się trochę tak, jakby Sophie już kopnęła w kalendarz.
   Tylko wzruszyłem ramionami, po czym zdjąłem z włosów Kaitlyn odznakę prefekta, przypiąłem ją do jej szaty i bez słowa opuściłem krużganek.
   W głębi ducha przyznałem już Jackson rację - choć, rzecz jasna, nie wygłosiłem tego w obawie, by woda sodowa nie uderzyła jej do głowy. Tak czy siak, cała ta sprawa z Sophie od początku była dziwnie podejrzana. Mimowolnie moje myśli znów powędrowały do listu od chrzestnego: Biuro Aurorów dostaje mnóstwo doniesień o różnych dziwnych i niepokojących rzeczach... Nic więcej nie mogę Ci zdradzić... Chcę jednak, żebyś miał uszy i oczy szeroko otwarte...
    Jeśli tylko zauważysz coś, cokolwiek, co przykuło Twoją uwagę, natychmiast daj mi o tym znać.
   A może... a może to jest właśnie ta rzecz? 
   Gwałtownie skręciłem z drogi powrotnej do Wielkiej Sali i przyspieszyłem kroku, kierując się prosto do Sowiarni. Słabe zimowe słońce znaczyło posadzkę białymi plamami.
   Moja sowa, którą swego czasu nazwałem Szalonooką (i której oczy naprawdę były trochę szalone) natychmiast sfrunęła do mnie z najwyżej usytuowanej żerdzi, ku niezadowoleniu innych sów, które wybudziła z drzemki gwałtownym trzepotem skrzydeł. Wyciągnąłem z torby potrzebne rzeczy, rzuciłem Chłoszczyść na kawałek parapetu, z którego zniknęło trochę ptasiego łajna, położyłem na nim skrawek pergaminu, odkorkowałem buteleczkę z tuszem, zanurzyłem w niej końcówkę pióra, przyłożyłem ją do papieru - i nagle się zatrzymałem. Atrament skapnął czarną kroplą na pergamin.
   I jakby tu zacząć...?
   Może obierz taką samą taktykę jak twój ojciec chrzestny. Napisz coś o Sumach, pracach domowych... Jakąś krótką relację z tego, jak wlepiłem Woodowi szlaban, żeby Percy się dowiedział, jak świetnie się wywiązuję ze swoich prefekcich obowiązków... I niewinną wzmiankę na temat Sophie...
   Kilka tygodni temu jedna z moich koleżanek całkiem niespodziewanie opuściła szkołę. Wczoraj byli tu jej rodzice. Może wiesz cokolwiek o tym, co się z nią stało? Cała moja klasa się nad tym zastanawia.
   Pióro znów zawisło nad pergaminem, a ja spojrzałem w okno. Potem z powrotem pochyliłem się nad listem.
   U mnie ogólnie wszystko w porządku. A tego faceta ze Służb Porządkowych powinieneś zaprosić na niedzielny obiad.
   Do zobaczenia w Święta -
Ted
Tak... tak może być.
   W kolejne dziesięć minut napisałem drugi list, tym razem do Andromedy, w którym zapewniłem ją, że świetnie się odżywiam, że doskonale godzę obowiązki prefekta z nauką do Sumów, a także zapytałem ją co tam u mojego psidwaka Moody'ego i czy radzi sobie z odgnamianiem ogrodu. I właśnie zalakowywałem obie koperty, kiedy na schodach do Sowiarni rozległy się kroki i ktoś pojawił się w drzwiach.
   Gigi Bulstrode i ja mieliśmy swoje dziwne zwyczaje, do których należało również spotykanie się w różnych dziwnych miejscach - i to wbrew pozorom, bynajmniej nie w celach towarzyskich. Niezbyt więc przejął mnie jej widok. Zacząłem przywiązywać oba listy do nóżki Szalonookiej, która w przeciwieństwie do mnie, okazywała Gigi większe zainteresowanie, bo łypała wciąż na nią wyłupiastymi oczyma. Ja natomiast nawet nie podniosłem głowy.
   — No? Co tam?
   To pytanie zadane przeze mnie mimochodem również wcale nie miało na celu zagajenia zwyczajnej rozmowy. Przekładając je na język, który chcąc nie chcąc dzieliłem z Bulstrode, w luźnym tłumaczeniu pytanie "Co tam" oznaczało "Co tam w Slytherinie", a to z kolei konkretniej odczytywało się jako "Co tam u Booracka". Bulstrode wstąpiła w progi Sowiarni na palcach, wyraźnie brzydząc się sowich odchodów, ale równocześnie nie mając nic przeciwko temu, by otrzeć się o moją biedną osobę, gdy przechodziła, aby przysiąść na oczyszczonym wcześniej przeze mnie parapecie. Zaraz jednak z niego zeskoczyła, prosto w plamę ptasich odchodów na podłodze, kiedy Szalonooka wyleciała przez okno, zamiatając skrzydłem o jej głowę.
   — Cholera jasna!!!
   Zaczęła kopać dookoła nogą, aby pozbyć się z podeszwy niepożądanej substancji. Przyglądałem się jej wysiłkom z beznamiętnym wyrazem twarzy.
  — Zadałem ci pytanie, Ginger.
 — Nie nazywaj mnie tak! - spojrzała na mnie ze złością swoimi jadowicie zielonymi oczami. - I nic się nie dzieje, jeśli chcesz wiedzieć. Boorack siedzi w swojej norze i nie wychyla z niej nawet nosa.
   No jasne. Dziwne, żeby wychylał nos z miejsca, na które rzucił Zaklęcie Fideliusa.
 — A wiesz cokolwiek o zniknięciu Sophie Lynch?
   Gigi przestała pozbywać się łajna ze swojego buta i uniosła głowę, a złote loki zaszły jej na twarz. Zmarszczyła groźnie brwi.
 — O zniknięciu kogo?
 — Sophie Lynch! - powtórzyłem, patrząc na nią z niedowierzaniem. - Na miłość boską Bulstrode, chodzisz z nią do klasy od pięciu lat...
 — Na miłość boską Lupin, a od kiedy to obchodzą mnie gryfońskie szlamy?! - przedrzeźniła mnie, z miną jakbym palnął coś totalnie nielogicznego.
 — Mogłabyś przestać nazywać ludzi szlamami.
 — Bo co, wlepisz mi szlaban, tak jak Woodowi?
   Naprawdę, już mnie zaczynają męczyć takie odzywki!
 — Słyszałam, co się stało - powiedziała Gigi cicho, po czym podeszła kilka kroków w moją stronę. - Podobno Weasley nieźle poraniła mu buźkę...
 — Tak, osiągnęła całkiem ciekawy efekt - odparłem chłodno.
 — Na pewno musisz być z niej bardzo dumny.
   Teraz staliśmy już twarzą w twarz. Jej różowe usta rozciągnęły się w delikatnym, lecz zdradliwym uśmiechu.
 — Cóż... ja osobiście nie spodziewałabym się tego po niej... Do tej pory uważałam, że taki pluszowy królik jak ona nie ma szans z Woodem, a tu proszę...
   Dotknęła mojego szalika, po czym pociągnęła go powoli, chcąc go rozluźnić.
 — A może... - uśmiechnęła się figlarnie i przekrzywiła głowę, wodząc wzrokiem po mojej twarzy. - Może masz ochotę trochę się na niej zemścić...?
   Złapałem za jej rękę, która ciągnęła za mój szalik. Gigi była już tak blisko, że jej loki zasłaniały mi całą resztę Sowiarni. 
 — Zemścić...?
   Zaśmiała się cicho, ale nie tak jak zwykle, kiedy była otoczona swoim ślizgońskim haremem. Jej prawdziwy śmiech był ochrypły i z całą pewnością o wiele bardziej do niej pasował.
 — Ty to jednak jesteś dziecinny!
   Wcale a wcale mi się to nie spodobało.
 — A myślisz, że niby czemu rąbnęła Wooda urokiem? - Odrzuciła włosy do tyłu, patrząc na mnie z nieukrywanym rozbawieniem. 
 — No nie wiem... Bo może zorientowała się, że jest totalnym debilem?!
   Znów się zaśmiała, co nie spodobało mi się jeszcze bardziej.
 — Przykro mi, że muszę cię uświadomić, ale to chyba jasne, że coś między nimi zaszło... Zresztą, znam Wooda nie od dziś i wiem, że jest świetnym graczem nie tylko w quidditchu...
 — Pieprzysz, Bulstrode - wycedziłem, w końcu odrywając jej palce od mojego szalika. - Victoire nie pozwoliłaby...
 — Ach, jak ty bezgranicznie w nią wierzysz...! - westchnęła. - Tylko że nie wszyscy są takim aseksualnym kamieniem jak ty...
   Wyrwała mi rękę z uścisku i znów pociągnęła za mój szalik, tym razem o wiele mocniej i gwałtowniej. Cofnąłem się, ale za mną były już tylko zasyfione żerdzie, na których zaszumiały skrzydła sów, gdy tylko się do nich zbliżyłem. Gigi uniosła brwi, już całkiem rozwiązując mój szalik, niemal troskliwymi ruchami rąk wyposażonych w ostre metaliczne tipsy.
 — Jeszcze nie jest za późno, Teddy - szepnęła, spoglądając na mnie spod rzęs. - Jeszcze nie jest za późno...
   Za późno... Tak powiedział mi Wood. Przez moment stałem totalnie sparaliżowany, aż w końcu odepchnąłem ją od siebie i bez słowa po prostu wyszedłem z Sowiarni, nie dbając o to, że zostawiłem w jej rękach swój szalik...
   Za późno! Za późno, bo Wood zarzucił przynętę, którą Victoire prawdopodobnie już połknęła?! Za późno, bym mógł zapobiec temu, by popełniła największy błąd na świecie, zakochując się w tak skończonym palancie?! Za późno, żeby cofnąć to, co wydarzyło się między nimi, zanim Victoire rzuciła zaklęcie...
   I nagle wpadłem na kogoś z takim impetem, że o mało co oboje się nie wywróciliśmy. Ledwo jednak zarejestrowałem, że ten ktoś również ma na sobie sweter Weasley'ów, kiedy stało się coś zupełnie niespodziewanego - osóbka o długich, srebrzystych włosach nagle przycisnęła mnie do ściany z taką siłą, której nie spodziewałbym się nawet po buchorożcu, tak że obiłem sobie boleśnie tył głowy - i na dodatek jeszcze wbiła mi w szyję koniec różdżki, żebym nie zdołał jej uciec!
    — Victoire...! Co ty...?!
 — Co TY! - krzyknęła, a jej głos poniósł się echem po pustym korytarzu. - CO...TO...MIAŁO...DO...CHOLERY...BYĆ!
   Chyba jeszcze nigdy nie była na mnie tak wściekła! Mimowolnie uniosłem ręce do góry, jak zbiegły więzień z Azkabanu, którego chcą ponownie aresztować.
 — Ale... o co ci chodzi...
 — O co mi chodzi?! - zawołała z oburzeniem. - Byłeś wczoraj w Hogsmeade, tak czy nie!
 — No tak, byłem... - Wzruszyłem ramionami, co było dość trudne ze względu na położenie, w jakim się znalazłem. - To chyba jeszcze nie zbrodnia...
 — Dobrze wiesz o czym mówię! - zaperzyła się. - Naprawdę sądziłeś, że cię nie poznam?!
   Otworzyłem usta, ale zaraz je zamknąłem.
   Cóż. Z pewnością o wiele łatwiej byłoby mi sformułować jakąś sensowną odpowiedź, gdyby nie rozpraszał mnie ten dziwny zapach... Równocześnie słodki, ale jakby kwaśny... Nagle zorientowałem się, że ciemno-niebieskie oczy Vi wciąż wpatrują się we mnie z wściekłością.
 — Eee... Co to za zapach?
   To ją troszkę zdezorientowało. Puściła mój sweter i odrobinę opuściła różdżkę.
 — Różowy grejpfrut - powiedziała, zmieszana. - A zresztą, nie zmieniaj tematu!
   Szybko wyrzuciłem z głowy myśli o moich nowych doznaniach związanych z różowym grejpfrutem.
 — Nie rozumiem - rzekłem, marszcząc brwi i odbijając się od ściany, co sprawiło, że Vi cofnęła się o krok. - Myślałaś, że znając Wooda, pozwolę ci iść z nim samej? Mieszkam z nim od pięciu lat w dormitorium, doskonale wiem jak on traktuje ludzi!
 — Ach, a więc chciałeś mnie chronić, tak? - zakpiła. - No więc jak widzisz, sama się ochroniłam. Nie chcę mieć z nim już nic wspólnego.
 — To ciekawe, bo odniosłem inne wrażenie.
   Spojrzała na mnie chłodno, jakby jej oczy zawierały w sobie drobiny lodu.
 — Cokolwiek widziałeś, czy usłyszałeś... mimo że nie miałeś do tego prawa... wcale nie było skierowane do niego, tylko właśnie do ciebie. Bo chciałam, żebyś w końcu się ode mnie odwalił.
   To zabolało.
 — Dobra... - powiedziałem powoli, siląc się na spokojny ton. - Czyli niemal nie wyznałaś Woodowi dozgonnej miłości, tylko po to, żebym ja się odwalił, tak?
 — Tak, bo... - zacięła się, po czym skrzyżowała ręce na granatowym swetrze z literą V. - ...ty wszystko zepsułeś!
 — JA wszystko zepsułem!
 — Tak! - odparowała, rzucając mi ostre spojrzenie. - Gdyby cię tam nie było, wszystko byłoby inaczej...
 — Gdybyś ty tam NIE POSZŁA, wszystko byłoby inaczej!
 — To trzeba było mi ZAKAZAĆ, skoro jesteś taki mądry! - krzyknęła, świdrując mnie wzrokiem jak jakaś harpia. - Skoro uważasz, że masz prawo decydować za mnie...
 — Bo ty nie umiesz decydować o sobie, Victoire! - przekrzyczałem ją. - Jak mogłaś dać się omotać takiemu kretynowi?! Nie rozumiesz, że jesteś dla niego czymś mniej istotnym niż pyłek na jego miotle?! On się tobą bawi, on ma cię kompletnie za nic! I co, miałem twoim zdaniem spokojnie popijać sobie kremowe piwo w Trzech Miotłach, kiedy on... on... Ty na to nie zasługujesz, Vi! Nie zasługujesz na to, żeby ktokolwiek cię tak traktował, a zwłaszcza ktoś taki jak Wood! Jesteś ostatnią osobą, która na to zasługuje!
   Na moment zapadło milczenie, podczas którego Vi wpatrywała się we mnie z półotwartymi ustami. Potem zacisnęła wargi i wbiła wzrok gdzieś w głąb korytarza - płomienie pochodni tańczyły w jej oczach, jednak nie wyglądała tak, jakby je widziała.
— I niby co zamierzałeś zrobić - prychnęła w końcu, po czym cisnęła na mnie z oczu niebieskie iskry. - Rzucić na niego Drętwotę?
— O ile mi wiadomo, sama rzuciłaś na niego urok i to całkiem niezły.
— Tylko że rzucenie uroku nie cofnie...
— Czego?
   Na chwilę Vi przygryzła mocno wargę, wciąż patrząc na mnie roziskrzonym spojrzeniem, aż w końcu wybuchła:
— Chodzi o to, że ja... ja wcale nie czuję się, jakbym zwyciężyła! Bo niby czym jest zwycięstwo nad kimś, kto go nad sobą nie uznaje? Co z tego, że JA wiem, że zwyciężyłam? Takie zwycięstwo jest niepełne, a niepełne zwycięstwo nie jest żadnym zwycięstwem!
   Złość opadła z niej, ustępując miejsca rezygnacji i zmęczeniu. Nagle uderzyło mnie, jak delikatnie bezbronnie wyglądała, kiedy tak stała, próbując opanować drżenie warg, zła na samą siebie za targające nią rozgoryczenie. Zupełnie tak, jakby już nosiła w sobie głęboką, ciętą ranę, zadaną przez kogoś, przed kim nie zdołała się obronić i jakby teraz sama czyniła sobie za to wyrzuty...
— Vi... co właściwie wydarzyło się między tobą i...
   I właśnie wtedy stało się coś okropnego - twarz Victoire oblekła się ciemnym rumieńcem, a ona sama odwróciła głowę.
   Za późno...
   To stwierdzenie odbiło mi się głuchym echem w moim umyśle.
   I jak ja mogłem jej pomóc, skoro było już za późno... Nie... po raz pierwszy nie mogłem jej pomóc.
   Po raz pierwszy mogłem tylko stać i bezsilnie przyglądać się, jak Victoire  Weasley coraz bardziej zapada w zdradziecką pułapkę, nie mogąc krzyknąć do niej, żeby się cofnęła, ani nie mogąc w żaden sposób jej pocieszyć, gdyby już w nią wpadła... Nie mogąc jej objąć, ani nawet dotknąć jej ramienia. Po raz pierwszy stała się dla mnie całkowicie niedostępna.
   Jakby oddzieliła nas wodna zapora, w której żadne z nas nie chciało się zamoczyć.
   Za późno.
   Zastanawiałem się tylko, co by było, gdyby wtedy, kiedy leżeliśmy razem w śniegu... tak, pamiętam tę dziwną myśl, która mnie wtedy nawiedziła... co by się stało, gdybym wtedy się nie zawahał...?
   Wszedłem do pustego dormitorium w Wieży Gryffindoru i cisnąłem torbę na łóżko, która pod wpływem uderzenia otworzyła się i księgi zaklęć wysypały się z niej na narzutę, wraz ze starym kałamarzem, połamanym piórem, oraz dwiema zgniecionymi rolkami pergaminu - jedna z nich była moją pracą na transmutację, ocenioną na Powyżej Oczekiwań, druga stanowiła moje wypracowanie na OPCM, za które dostałem Wybitny.
   Stała czujność! Tak mawiał mentor mojej mamy, Alastor Moody, i tak zawsze powtarzał mi mój ojciec chrzestny... A ja się niczego od nich nie nauczyłem!
   Szybko zabrałem kałamarz z łóżka, by nie poplamić pościeli, a wypracowania odrzuciłem na bok, jakby nic nie znaczyły.
   Ty to jednak jesteś głupi, Tedzie Lupinie.


Hop, hop.... Jest tu kto?
+ przepraszam za te świrowanie czcionki... Tak to się kończy, kiedy ostatnia wspaniała "aktualizacja" zmiecie ci Worda z powierzchni systemu.
Nox/*

~ Tita