piątek, 18 września 2015

28. Poszukiwania i drugi sąd


   25. 03. 2013 r. PONIEDZIAŁEK
 

   - Brenda! - zawołałam ją. Odwróciła się w moim kierunku.
- Co?
   Gestem ręki kazałam jej, żeby podeszła. Przepchała się przez rozgadaną grupkę krukonów z drugiej klasy, mających wyjść z pokoju wspólnego na śniadanie i stanęła przy mnie.
   - No co? Coś nie tak z moim wyglądem? Pośpiesz się, bo muszę iść do Sandry, mamy bardzo ważne sprawy do omówienia, ale to absolutnie top top secret i ściśle tajne łamane przez nie wiem, także nawet mnie nie pytaj... A tak w ogóle to gdzie Vicky? Nie idzie na śniadanie z nami?
- Brenda, uspokój się - przerwałam jej. - Chcę ci tylko coś zaproponować.
- Ale o co ci chodzi? - wyjęczała Brenda marudnie. - Ja nic nie wiem, to Gigi Bulstrode kręci ze Spellem Woodem...!
   Prychnęłam jak poirytowana pani Norris.
- Och, nie chodzi mi o tego dupka Spella!
- To o co?
- No chyba nie powiem ci tego tutaj! - Specjalnie przewróciłam oczami, aby Brenda nabrała nieco więcej zainteresowania wobec mojej przyszłej propozycji. - Tylko Sandra może to jeszcze wiedzieć.
- Jakaś tajemnica? - podnieciła się, a jej oczy zabłysły jak latarenki. - No to chodźmy!
   I wyciągnęła mnie z pokoju wspólnego.
   Ponieważ było jeszcze wcześnie, w sali wejściowej była tylko garstka osób, które szły do Wielkiej Sali na śniadanie, więc bez trudu dostrzegłyśmy Sandrę, która przysiadła na najniższym stopniu schodów, najwyraźniej wypatrując Petera, czego domyśliłam się po tym, jak zawile i ekspresyjnie tłumaczyła Brendzie, że nie, nie może teraz z nią kategorycznie nigdzie iść, bo właśnie rozgrywa się sprawa jej życia i śmierci. W końcu jednak Brenda ją przekonała i weszłyśmy w trójkę do pustej klasy, a Sandra wskoczyła na ławkę z nadętą miną.
   - Ale jeśli to nic ważnego, to po tobie Pauline Glam! - oświadczyła, patrząc na mnie spode łba. Ojeju, straszne, nie zobaczy swojego Petercia żrącego śniadania! Dobrze, że ja nie mam takich problemów.
- Tak się składa, że to jest ważne - odparłam. - Jeżeli chcecie zdobyć Quirke'a i Petera...
   Brenda i Sandra jak na komendę przyskoczyły do mnie i zaczęły słuchać z uwagą.
- Ale co właściwie masz na myśli??! - wydyszała Sandra.
- Ten twój Amortencyjny Perfum, co ci go dała jedna gryfonka... Mogę go dla was zrobić.
- Co?? - zdziwiła się Brenda. - Przecież przez cały semestr byłaś beznadziejna z eliksirów!
- Ale moje wywary nie były beznadziejne, prawda? To tylko Boorack je tak oceniał...
- Ciekawe dlaczego...? - Sandra zaczęła się zastanawiać, więc postanowiłam jak najszybciej przejść do rzeczy, żeby nie zdążyła się przypadkiem niczego domyśleć.
- W każdym razie mogę go dla was uwarzyć.
- No ale czemu TY chcesz NAM pomagać? - zapytała Sandra, nagle robiąc podejrzliwą minę.
- No chyba to oczywiste! - Słowotok Brendy jak zwykle nie dopuścił mnie do głosu. - Pewnie chce go trochę dla siebie, żeby zamortencjować Spella, no nie?
- Nie, nie chcę go dla Spella i jeżeli jeszcze raz wspomnisz o tym czubku, to nici z naszej umowy!
- No to w takim razie czego chcesz?
   Zamilkłam i pozwoliłam sobie na minutkę zastanowienia. Kiedy razem z Vi, Fiffie i Di omawiałyśmy w Kryjówce szczegóły tej transakcji, nie było mowy o żadnej zapłacie ze strony Brendy i Sandry w zamian za moje usługi, które miały być czysto bezinteresowne... Ale skoro same tak nalegały...
   Już wymyśliłam idealne żądanie.
- Cofniesz swoją plotkę. Tę, że niby kocham się w Spellu. I powiesz wszystkim, że to nieprawda. Albo pomyłka. Coś wymyślisz.
   Brenda otworzyła usta.
- Ale że ja...?
- Zgoda! - Sandra już zdecydowała.
- No to gdzie mogę znaleźć tę twoją gryfonkę?
   Sandra, która do tej pory miała wyraz twarzy bardzo zadowolony z zawarcia tej umowy, teraz spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
- A po co ci ona? - zapytała tępo.
- No wiesz, pierwszy raz będę robić ten eliksir...
   Sandra i Brenda milczały. Po chwili ta pierwsza uśmiechnęła się lekko i trochę tak, jakby przepraszała mnie za to, że w gospodzie nie ma już miejsc.
- No wiesz... Tak jakby... nie pamiętam jak się nazywała - wyrzuciła z siebie. Zaraz jednak postarała się ratować sytuację: - Ale jak byłam w drugiej klasie, to ona była w piątej, więc teraz musi być już w szóstej... I miała takie czarne włosy, krótkie takie, bo ona taką trochę chłopczycą chyba była... i tyle pamiętam.
   No świetnie.
   Co za idiotka z tej Sandry, brać towar od kogoś, kogo nie zna się nawet z imienia?!
- A znasz kogoś, kto może ją znać? - zadałam rzeczowe pytanie.
- Eyyyy... no nie wiem...
- Ale Ivo może ją znać! - wykrzyknęła nagle Brenda. - Raz widziałam go chyba z taką dziewczyną z krótkimi włosami!
   No naprawdę wspaniale zaczyna się to śledztwo! Podziękowałam im jednak i skierowałam się do Wieży Ravenclawu, gdzie weszłam na schody do dormitorium chłopców.
   Jeszcze nigdy tam nie wchodziłam, trochę więc trwało zanim znalazłam drzwi z tabliczką "kl. III", które były na samym szczycie schodów, a ponieważ trochę się bałam, że zastanę tam kogoś w jakiejś niezręcznej sytuacji (niekoniecznie uśmiechało mi się napotkanie jakiegoś chłoptasia podczas porannego łażenia w samym slipach po dormitorium), zapukałam zanim weszłam. Jednak zamiast odpowiedzi, ktoś po prostu bezceremonialnie otworzył mi drzwi i wpuścił do środka.
   Weszłam więc do chłopięcego dormitorium. Byli w nim tylko Ivo i Seth i to ten ostatni najwyraźniej mnie tu wpuścił, bo Ivo siedział na swoim łóżku i wyglądał jak człowiek, który... totalnie zatopił się w lekturze?! Seth natomiast sznurował buty, zapewne chcąc za chwilę zejść na śniadanie razem z Quirkiem, który czekał na niego w pokoju wspólnym, bo widziałam go, jak tam gadał sobie w najlepsze z Julią na temat systemu oceniania.
   - O, Pocky! - zdziwił się Seth, wyjątkowo w dobrym nastroju. - Co ty tu robisz?
- Ja tylko na chwilę... - rzuciłam, po czym podeszłam do łóżka Iva, na którym nigdy nie spodziewałabym się takiego porządku, zupełnie jak u Quirke'a! Na ich szafkach nocnych książki i pergaminy leżały schludnie ułożone, a Ivo nawet poustawiał kałamarze w równym rzędzie, według kolejności od największego do najmniejszego. Nad łóżkiem Quirke'a wisiała magicznie powiększona rozpiska wszystkich zajęć i lekcji, spis książek bibliotecznych do oddania, oraz gruby kalendarz z notatkami, przy łóżku Simona był lekki rozgardiasz i tylko Seth miał straszny bałagan. Przynajmniej nie dostrzegłam żadnych skarpet, więc może nie było najgorzej...
   Stanęłam nad Ivem.
- Ivo - odezwałam się. Ledwo podniósł na mnie oczy znad książki. Wyrażały one tak bezkresną naiwność, że nawet nie wiem, jak on mógł nimi czytać! - Chciałam się tylko spytać, czy kojarzysz taką dziewczynę z szóstej klasy Gryffindoru? Takie krótkie, czarne włosy...
   Ivo milczał. Jedyne, co w ogóle powiedziało mi, że mnie usłyszał to to, że na jego czole pojawiła się lekka zmarszczka, jakby się zastanawiał. I nagle otworzył usta... ale zamiast coś powiedzieć, po prostu je zamknął, zaczerwienił się i powrócił do lektury.
   I Ivo mógł sobie czytać tę inteligentną książkę, na jego łóżku mógł być pedantyczny porządek, jego kałamarze mogły być posegregowane nawet według jakości i gęstości zawartego w nich atramentu, a Quirke mógł sobie twierdzić, że Ivo nie jest kretynem - ale ja i tak wiedziałam, że niczego się od niego nie dowiem, bo jest po prostu zbyt ograniczony by sklecić jedno zdanie! I wtedy odezwał się Seth, mający zaraz wyjść:
- Jeśli kogoś szukasz, to idź spytaj się Quirke'a, ona ma pełno znajomości!
- Serio? - spytałam.
- Serio.
   Przez chwilę stałam w zastanowieniu. No tak, przecież Quirke jest całą kopalnią informacji! Zawołałam więc:
- Dzięki, Seth! - I wybiegłam przed nim z dormitorium chłopców, by złapać Quirke'a, czekającego na Setha w pokoju wspólnym.
   Na szczęście Julia poszła już na śniadanie, bo moja wyobraźnia nie była w stanie nawet mgliście wyimaginować sobie ewentualnego przebiegu popełnionego przez nią na mnie krwawego morderstwa, gdybym tylko śmiała przerwać jej pasjonującą dyskusję z Quirkiem na temat systemu oceniania. Szybko do niego podbiegłam.
   - Quirke! - zawołałam, hamując przed nim tak ostro jak Błyskawica przed tłuczkiem.
- Słucham? - Jak zwykle ułożony, majestatycznie odwrócił się w moją stronę.
- Seth mówił, że znasz taką dziewczynę z szóstej klasy z Gryffindoru.
- A dlaczego pytasz?
   Na chwilę zaniemówiłam, po czym wyszczerzyłam do niego zęby jak ostatnia idiotka.
- Każda wiedza się przydaje!
- Co racja to racja - przyznał, a ja w duchu odetchnęłam z ulgą. - Więc... - Nachylił się w moją stronę w ten swój konspiracyjny sposób - ...o kogo konkretnie chodzi?
   Ja również rozejrzałam się wokoło, upewniając się, że każdy krukon w promieniu paru metrów jest zajęty wychodzeniem na ślepo z pokoju wspólnego z nosem w książce.
- Gryfonka. Czarne, krótkie włosy, klasa szósta - wyrecytowałam.
- Loreine?
- Och, nie znam jej imienia... - żachnęłam się, a Quirke uniósł brwi. - To znasz ją, czy nie?
- Tylko raz rozmawiałem z nią quondam... - zmarszczył czoło niczym grecki filozof. - Tylko że ona nie jest w szóstej klasie...
- Ale mi chodzi o tę z szóstej!
   Quirke wywrócił tylko oczami.
- Och, Pauline, uspokój się, nemo sapiens nisi patiens, nie pamiętasz? A kto ma olej w głowie...
- ...temu dość po słowie, tak, tak - przerwałam mu niezbyt grzecznie, bo zrobił obrażoną minę. - Ale może wreszcie mi coś powiesz?
- No więc Loreine nie może być teraz na szóstym roku, ponieważ powtarza piąty... z tego co wiem.
- Co? - zdziwiłam się.
- Znaczy się nie mogę tego stwierdzić z całą stanowczością... Mówię, że to było quondam...
   Teraz to ja przejechałam oczyma po gwiaździstym suficie pokoju wspólnego.
- Mógłbyś z łaski swojej mówić po ludzku?
- Przecież mówię! - zaperzył się Quirke. - I może jakbyś zapisała się na łacinę, lepiej byś sobie przyswoiła nie tylko mój sposób wysławiania się, ale także wszystkie uroki, których używamy na transmutacji, OPCM i zaklęciach!
- Tak, tak, zapiszę się w przyszłym roku - zapewniłam szybko. - Coś jeszcze...?
   Quirke spojrzał na mnie z ukosa tak, jakby zastanawiał się, czy może udzielić tak poufną informację tak nieodpowiedzialnej osobie jak ja.
- Jeżeli chcesz się dowiedzieć czegoś jeszcze... - Spojrzałam na niego wyczekująco. - ...to idź do Simona.
   Patrzyłam na niego bez zmrużenia oka.
- Do Simona...? - powtórzyłam głucho.
- No, do Simona, do Simona!
- Aaa... do kogoś jeszcze?
   Quirke zrobił zdziwioną minę.
- A po co ci ktoś jeszcze?
- Nooo... jakby Simon nie wiedział...
- Ale on będzie wiedział.
- Ale jakby nie!
   Quirke znowu spojrzał na mnie z urazą.
- To idź do Marie Curtin z drugiej klasy!
- Ale w którym ona jest domu!
- Nie wiem, nie wiem! - Po czym spiesznym krokiem wyszedł z pokoju wspólnego, wciąż machając wokół siebie rękami, jakby opędzając się od roju latających muszek, mimo że  ja wciąż stałam w tym samym miejscu, nie zamierzając nawet za nim iść.
   Po chwili podszedł do mnie Seth.
- Gdzie Quirke?
- Już poszedł... - I zeszłam na śniadanie do Wielkiej Sali, w zamyśleniu o mało co nie wpadając w fałszywy stopień. Ciągle mi się zdawało, że skądś znam to nazwisko - Curtin - kiedy nagle mnie olśniło - siostra Scarlett! No tak. Trzeba było tylko spytać się Paczki Puchonów, do którego należy domu.
   Lecz minuty śniadania pełzły, powoli narastając do rozmiarów węża boa, a piątej klasy Hufflepuffu wciąż nie było. Wyszłam więc z Wielkiej Sali jeszcze przed sowią pocztą, aby zejść do ich pokoju wspólnego, znajdującego się w piwnicy i zobaczyć, co się dzieje.
   A w dormitorium Seana i Cristera cała Paczka stała wokół Rosalie, która darła się i ryczała na przemian, a przed nią...
   Florence w ramionach Cristera?!
   Stanęłam na progu, sparaliżowana na ten widok jedną, jedyną myślą: CO SIĘ DZIEJE W TYM ZAMKU?
- Crister, jak mogłeś! - wrzeszczała Rosalie. - Jak mogłeś mi to zrobić!!
- I tak mnie zdradzałaś!
- Ale Flora ma Bartha!
- Już nie!
- A ty mnie!
- To też już nie!
- Och, zamknijcie się, to żenujące - odezwała się Laura, krzyżując ręce na piersiach, jak zwykle podtrzymująca poziom w ich grupie.
   Ale nikt nie zwrócił na nią uwagi. Sean parsknął i walnął się na swoje łóżko, Nickie obserwowała wszystko z ironicznym wyrazem twarzy, Carrie i Scarlett były przerażone, Laura zdeterminowana, a Rosalie po prostu zrozpaczona i wściekła. Korzystając z zamieszania, podeszłam do Scarlett, ale ona była zbyt zajęta przeżywaniem dramatycznej sceny rozgrywającej się przed nią, aby mnie zauważyć. Zawróciłam więc do Nickie.
   - Hej, co tu się dzieje? - wyszeptałam.
- A nic... - Nickie westchnęła. - Chyba Rosalie i Crister zrywają ze sobą na dobre.
   Zanim jednak zdążyłam jakkolwiek to skomentować, do mojego ucha wdarł się głos Rosalie:
- Sean, powiedz coś temu obślizgłemu hipokrycie!
- Mówię ci coś - rzucił niedbale Sean w stronę Crisa.
   Rose zrobiła oburzoną minę.
- Rosalie, uspokój się - wtrąciła łagodnie Carrie, zanim blondynka zdążyła rozszarpać Seana na strzępy. - Kiedyś musiało to nastąpić...
- Czyli mi tego życzyłaś, tak?! - wyparskała Rosalie jak rozwścieczony bazyliszek. - A ty co tu robisz? - burknęła w moją stronę.
   Wszyscy się na mnie spojrzeli. Zaczerwieniłam się.
- Ja... chciałam tylko spytać, w którym domu jest Marie...
- W HUFFLEPUFFIE! - wrzasnęli równocześnie, tym samym skutecznie wykurzając mnie ze swojego dormitorium. Sądząc z krzyków dochodzących do salonu puchonów, Rosalie od razu po moim wyjściu powróciła do wrzeszczenia na Florence i Cristera.
   A w Wielkiej Sali Victoire już na mnie czekała.
  - Prorok przyszedł - oznajmiła na wstępie, podając mi gazetę. - I nie pytaj o Teddy'ego, już z nim rozmawiałam. Powiedział, że nie kojarzy nikogo w swoim domu, kto by pasował do roli dilera.
   Usiadłam obok niej i nałożyłam sobie jajko sadzone na talerz, gazetę na razie odkładając na bok. Victoire sięgnęła po swój dyniowy sok.
- Ja dowiedziałam się jak ma na imię... no i jak mniej więcej wygląda - wyszeptałam, a ona podniosła na mnie wzrok znad pucharu. - Ale z kolei nie wiadomo, w której jest klasie, bo Quirke coś mówił, że nie zdała do szóstej, a Sandra, że jest w szóstej...
- Jeżeli ćpa w lochach jakimś eliksirem, to w sumie nic dziwnego, gdyby nie zdała - rzekła Vi z namysłem. - Ale potrzebny nam jest ktoś, kto może to potwierdzić. Może Quirke mógłby podrzucić nam jakieś kontakty, w końcu ma pełno znajomości... - Chwyciła widelec i dźgnęła nim swoją jajecznicę.
- Już to zrobił - wzruszyłam ramionami. - Ale nie wiem czy na coś się to zda...
- To sprawdź! - Victoire jakby po chwili zastanowienia postanowiła jednak zabrać się za to, co miała na talerzu. - A potem dopiero pomyślimy co dalej...
   Wstałam więc i zaczęłam iść wzdłuż stołu Hufflepuffu, szukając siostry Scarlett. W końcu znalazłam ją po środku długiej ławy, ale po drugiej stronie, więc musiałam obejść cały stół, żeby do niej dotrzeć.
   - Marie Curtin? - rzuciłam pytająco w stronę jej jasnej głowy. Odwróciła się do mnie - mała kopia Scarlett, tyle że z szarymi oczyma i złotymi plamkami piegów na nosie.
- O, siostra Nickie! - stwierdziła nieśmiało.
- Ja właściwie chciałam tylko spytać... Czy znasz taką Loreine z... - Z której klasy? Dobra, strzelam - ...z piątej klasy Gryffindoru?
- Nie - stanowczo pokręciła głową.
- Nie? - zdziwiłam się. - A z szóstej?
- Nie, nie znam żadnej Loreine... - powtórzyła. - Z piątej klasy kojarzę tylko Lolę, Malvę i jeszcze takie dwie blondynki... A poza tym, to nie wiem... - zerknęła na mnie przepraszająco, po czym spuściła wzrok, jakby z poczuciem winy, że nie może udzielić mi pomocy.
- Aha... - mruknęłam w zamyśleniu, zastanawiając się, czy Quirke na pewno dobrze się dziś czuje, skoro udzielił mi błędnej informacji. - No dobrze. Dzięki. Albo nie, czekaj! - dodałam szybko, kiedy coś innego wpadło mi do głowy.
   Marie, która już miała powrócić do rozmowy z koleżankami, spojrzała na mnie pytająco.
- O co chodzi?
- Jesteś w drugiej klasie, prawda?
- No tak... - odparła Marie, najwyraźniej zaskoczona tym pytaniem.
- Do twojej klasy chodzi taki ślizgon... Chyba Teofil, tak?
- Teofil? - jeszcze bardziej się zdziwiła. Czy ta dziewczynka w ogóle kogokolwiek zna?! - Żaden Teofil do nas nie chodzi, tylko Teodor, Teodor Taylor.
   Wypuściłam bezgłośnie powietrze z płuc.
- To... z kim on się najbardziej przyjaźni? - wysiliłam się na rzeczowy ton.
- Z takim Skandarem... Ale tak najbardziej, to chyba z tą przyjaciółką tej wili z pierwszej klasy... Twoją siostrą, tak?
- No dobra, już nie ważne - powiedziałam szybko. - Dzięki!
   I wróciłam do Victoire i do swojego jajka sadzonego.
   - No i co? - spytała mnie Vicky cicho.
   Westchnęłam tylko, podnosząc z blatu swój widelec.
- Nic...
- Jak to: nic? Quirke cię oszukał...?
- Nie sądzę, raczej po prostu się pomylił... - mruknęłam, myślami wciąż mimo woli błądząc przy tajemniczym ślizgońskim przyjacielu mojej młodszej siostry. Victa porysowała nożem po krawędzi swojego talerza.
- Wiesz co, znowu zaczynam się martwić - ściszyła głos tak, że musiałam nachylić się w jej stronę, aby ją usłyszeć. - Julia znowu zaczęła prawić swoje domysły na temat Napadu... A już myślałam, że przestała się tym interesować.
   Automatycznie spojrzałam w kierunku Julii. Spodziewałam się zobaczyć ją stojącą ponad stołem i wygłaszającą przemówienie, jak to często widywało się na początku roku szkolnego, ale zamiast tego zobaczyłam ją ze skuloną głową i gadającą z Quirkiem i Sethem przyciszonymi głosami.
   Zmarszczyłam brwi.
- A skąd wiesz, że po prostu nie gada z nimi jak zwykle o programie nauczania? - wzruszyłam ramionami.
- A stąd wiem, ze Lisa mnie ostrzegła.
- No to róbmy to co zwykle - obruszyłam się.
- A co zwykle robimy? - nie zrozumiała Vi.
- Nic. - Odwróciłam się do swojego talerza i zaczęłam pałaszować jajko, podgryzając tostem. Victoire spojrzała na mnie z niedowierzaniem. - Po prostu jak zawsze nie zwracajmy na to uwagi.
- Och, no niech ci będzie... - zgodziła się Vicky niechętnie, po czym również zabrała się za kończenie śniadania, aczkolwiek minę wciąż miała lekko zmartwioną.
   Przez chwilę zapadło milczenie, podczas którego byłyśmy zajęte jedzeniem. Po paru minutach musiałam sięgnąć po drugi tost, podczas gdy Victoire wciąż dziobała te same resztki jajecznicy. W końcu przerwała ciszę między nami:
- To co robimy w sprawie tej dilerki?
   Przełknęłam kawałek grzanki tak szybko, że o mało co się nim nie udławiłam. Szybko popiłam sokiem z dyni, po czym poderwałam się z ławki.
- Spytam się jeszcze Quirke'a, ok?
- Bien - zgodziła się. - Tylko nie narzucaj się zbytnio...
- Spokojna głowa - machnęłam ręką.
   Minęłam Lisę, sprawiającą takie wrażenie, jakby miała ochotę utopić się w swojej owsiance i stuknęłam Quirke'a w ramię, a on odwrócił się z westchnieniem, najwyraźniej poirytowany, że przerywam mu rozmowę.
- Marie nic nie wie - walnęłam na wstępie.
  Quirke obejrzał się na Julię i Setha, którzy wyglądali na bardzo zainteresowanych naszą rozmową. Wreszcie spojrzał na mnie.
- Wiesz, wcześniej nie uważałem za... eee... istotne, aby ci o tym mówić... - zawiesił głos z ociąganiem - ...ale jest jeszcze jedna osoba...
- Kto? - zapytałam chyba zbyt szybko, bo Julia i Seth spojrzeli po sobie z uniesieniem brwi.
   Quirke wyglądał, jakby walczył z zaklęciem Język w Supeł.
- Bacy Phellps - wyrzucił z siebie w końcu.
   Wytrzeszczyłam oczy i parsknęłam śmiechem równocześnie.
- No to chyba dam sobie spokój!
- Tak, tak chyba będzie lepiej... - rzekł w zamyśleniu, po czym powrócił do swojego spiskowania z Julią i Sethem. A ja odwróciłam się na pięcie, ponownie minęłam Lisę, która gapiła się teraz na nóż tak, jakby miał jej posłużyć za samobójcze narzędzie, szepnęłam Vicky, że będę czekać na błoniach aż ona skończy śniadanie, po czym wyszłam z Wielkiej Sali, następnie przechodząc przez salę wejściową i uchylając dębową bramę.
   Po raz pierwszy od miesięcy pogoda była naprawdę ładna. Niebo nabrało wreszcie nieco błękitu, trawa też jakby odżyła i odzyskała nieco koloru, a słońce przygrzewało lekko, dzięki czemu nie musiałam lecieć do dormitorium po płaszcz, tylko mogłam wyjść na dwór w samej szacie. Jedynie wiatr był dojmująco zimny i sprawiał, że moje włosy latały na wszystkie strony, ale nie przeszkadzało mi to. Zaczęłam schodzić w dół trawiastego zbocza porośniętego przebiśniegami, po czym usiadłam nad jeziorem i poddałam się rozmyślaniom.
   Bacy Phellps jest naszą ostatnią nadzieją.
   Aż zaczęłam się śmiać, gdy ta myśl wpadła mi do głowy, a mój śmiech potoczył się po tafli wody i odbił się od linii drzew Zakazanego Lasu. Bacy Phellps, ta brzydka, ohydna "dziewczynka" w różowych sukieneczkach i kokardkach, grubsza nawet od Lisy Ackerley, która miała przecież niegdyś dobrze przy kości, właśnie ta obrzydliwa Bacy Phellps, która kradła jedzenie z Wielkiej Sali i Kuchni i trzymała je pod swoim łóżkiem, Bacy Phellps, która spała w przykrótkiej koszulince nocnej z kaczuszką na piersi, Bacy Phellps, posługująca się swoją nieodłączną poduchą pierdziuchą!
   Ale jeszcze pozostawał Simon. Ta myśl wprawiła mnie w pewne zastanowienie. Jak to możliwe, że Simon był powiązany z jakąś dziewczyną, która ćpała w lochach Amortencją? Ale w końcu ona nie zdała do szóstej klasy, więc musi być teraz w piątej, a więc razem z Paczką Puchonów... Tak, to pewnie przez nich Simon kojarzył Loreine, tak samo jak Marie...
   Ale przecież Marie powiedziała, że nie zna żadnej Loreine.
   I kiedy już wszystko zaczynało mi się plątać, zobaczyłam Victoire, schodzącą ku jezioru po zboczu porośniętym przebiśniegami. Wyglądało to tak ładnie, że zagapiłam się na nią jak na obrazek, dopóki do mnie nie podeszła.
   - A więc co ci powiedział Quirke?
- Naraził mnie na głęboki szok.
- Dlaczego?
- Bo powiedział, że Bacy Phellps jest naszą ostatnią deską ratunku.
   Victoire parsknęła śmiechem.
- Bacy?! A nie ma kogoś innego?
- Nie... - Odwróciłam wzrok w stronę jeziora i Zakazanego Lasu, starając się zapomnieć o Simonie. Pewnie gdybym teraz o nim powiedziała, Vika zaczęłaby namawiać mnie, abym do niego poszła. A szczerze mówiąc, perspektywa spotkania z Bacy, której unikałam od miesięcy, była dla mnie mniej przerażająca niż wizja rozmowy z Simonem, po tej całej sytuacji z Sylwestrem i wrzaskach Brendy w Dzień Kobiet.
   Victoire usiadła obok mnie na trawie, a wiatr odgarniał jej z twarzy srebrzyste kosmyki.
- No to chyba rzeczywiście musimy iść do Bacy...
- Ale ona i tak nam nic nie powie! Równie dobrze możemy już opowiedzieć McGonagall o Cristal i o wszystkim... - Z rezygnacją wrzuciłam do jeziora jakiś patyczek, tworząc tym na wodzie małe kręgi, wciąż powiększające się i zamiatające delikatnie o brzeg.
- Nie mów tak - wyszeptała Victa. - Przecież wtedy już na pewno by nas wyrzuciła...
- A za to całe kadzidło nas nie wyrzuci? - uniosłam brwi. - Wiesz, dla ciebie to nawet bez różnicy, bo nawet jeżeli wylecisz, to możesz iść do Beauxbatons... Ale ja musiałabym bezpowrotnie wrócić do świata mugoli.
- Daj spokój... - Victoire wyrwała kępkę trawy i w zamyśleniu zaczęła drzeć ją na małe strzępki. - A może Bacy naprawdę coś wie?
- Taaa... Pójdę do niej - zgodziłam się, a w myślach dodałam: "A kiedy Bacy wychrumka mi już, że nic nie wie, to pójdę do Simona".
   Tak, chyba będę musiała to zrobić. Z ciężkim sercem.
   I wtedy zobaczyłam Bacy, Nannę, Lucy, Fiffie, Dominique i pierwszaki z Hufflepuffu, zmierzających do cieplarni, a za nimi Marka i Conrada, wrzeszczących ciągle "Bacy, zaczekaj!!!", oraz myszowatego Ryana, wlokącego się na samym końcu. Wskazałam ich Victoire.
   - Mają teraz zielarstwo - mruknęłam.
- No to poczekajmy - westchnęła Vika i rozłożyła się na chłodnej trawie, ale zaraz znów poderwała się do pozycji siedzącej. - Ej, przecież miałyśmy powiedzieć Teddy'emu, że Domie i Fiffie go szukały!
- Serio? - Rzeczywiście, na śniadaniu podeszły do nas Fiffie i Di, ale byłam zbyt zajęta wypatrywaniem Paczki Puchonów i ledwo co skupiałam się na tym, o czym mówiły. - A tak nawiasem, ciekawe co oni teraz przerabiają na zielarstwie...
- Chyba krzaczki ogników - odparła Vi, wrzucając strzępki trawy do wody, a one zaczęły mozolnie płynąć wzdłuż brzegu.
- O, Merlinie... - przypomniałam sobie. W pierwszej klasie wszyscy nienawidzili krzaczków ogników i nie zdziwiłabym się, gdyby z klasą Fiffie i Dominique było podobnie.
- Ciekawe, kiedy zaczną przerabiać szczorki - dodała jeszcze Vicky, a ja jęknęłam na samo wspomnienie, bo właśnie dotarło do mnie, że szczorki były jeszcze gorsze od ogników. I wtedy zobaczyłam dwie postacie zbiegające ze zbocza i całkiem lekceważące to, iż swoim szalonym biegiem tratują przebiśniegi, które latały pod ich butami we wszystkie strony. To Jake i Matthew! Po chwili zniknęli w cieplarni.
- U, spóźnieni - skomentowałam. - Na szczęście profesor Longbottom jest wyrozumiały. Swoją drogą, ciekawe o jakiej "większej" od naszej tajemnicy mówili?
- Oui, to bardzo interesujące - rzuciła lekceważąco Victoire, zrywając jakąś stokrotkę i zakładając ją sobie za ucho, lecz zaraz silny podmuch wiatru zwiał stokrotkę chyba na drugi koniec błoni. - Wiesz co... Chodźmy do Hagrida! Dawno u niego nie byłyśmy.
   Kiwnęłam tylko głową, po czym wstałyśmy i zaczęłyśmy iść wzdłuż jeziora do chatki Hagrida.
   Hagrid był właśnie przed chatką i zajmował się swoją grządką z dyniami i chociaż dynie były do połowy zielone, to wydały mi się podejrzanie duże, a gdy podeszłyśmy bliżej, zauważyłam jak Hagrid szybko chowa za plecy swój różowy parasol.
   - Cześć, młodziaki! - wyszczerzył do nas zęby niewinnie, a my spojrzałyśmy po sobie unosząc brwi. - To co, napijecie się może herbatki?
- Bardzo chętnie! - odparła wesoło Victoire, a Hagrid podniósł ogromną łopatę, którą skopywał ziemię wokół dyń, powiedział "Kieł, do nogi!" i szczeniak posłusznie to zrobił, po czym weszliśmy do chatki.
   Usiadłyśmy przy ogromnym stole, a Hagrid zaczął krzątać się przy kredensie i kominku, odnajdując torebki herbaty po całym pomieszczeniu i zagotowując wodę w wielkim kotle. Po paru minutach na stole stanęły ogromne kubki z parującą herbatą i talerzyk z tymi podejrzanymi ciasteczkami.
   Victoire pokręciła noskiem.
- Nie Hagridzie, non! - zawołała.
- Co? - zdziwił się Hagrid.
- Popatrz. - Podniosła z talerzyka jedno ciasteczko. - Widzisz te czarne pod spodem? - Hagrid przekrzywił brodatą głowę, a Victoire podsunęła mu ciastko pod nos. - Spaliły się!
- Mówisz? - Hagrid patrzył to na nią, to na ciasteczko, ale raczej bez większego przekonania. - Ja tam lubię! - po czym odebrał jej wypiek i schrupał go w sekundę.
   Przejechałam ręką po twarzy.
- Jak chcesz Hagridzie, to pokażemy ci jak to się robi - zaproponowałam.
   I tak resztę czasu wolnego spędziłyśmy w chatce Hagrida na pieczeniu cynamonowych ciasteczek, tyle że przez to spóźniliśmy się na opiekę nad magicznymi stworzeniami, więc kiedy wyszliśmy z chatki, cała reszta klasy już tam była. Oczywiście Orellia i jej kumpele zaczęły narzekać, że musiały tyle czekać na tym straszliwym chłodzie, ale kiedy rozdaliśmy wszystkim ciasteczka, to zamknęło im usta. Z początku rzecz jasna zaczęli je podejrzliwie obwąchiwać, lecz w końcu tak im zasmakowały, że bardzo żałowali iż się skończyły, a Hagrid był z siebie tak dumny, że poprowadził jedną z najlepszych lekcji OMNS jaką mieliśmy.
   A potem znowu był czas wolny. Ja i Victoire wróciłyśmy do Wieży Ravenclawu, gdzie ona kończyła wypracowanie na mugoloznastwo ("Wyjaśnij, dlaczego mugole nie mogą się obejść bez elektryczności"), a ja jej pomagałam, obserwując przy tym Mrukota, goniącego szczura Setha i tratującego przy tym cały pokój wspólny, dopóki nie przylazła rozwścieczona prefekcina Sherry Power, a my zwiałyśmy do pustego dormitorium, ponieważ Julia, Lisa i Brenda były na numerologii. A kiedy Victoire skończyła swoją pasjonującą pracę, poszłyśmy na drugie śniadanie.
   W drzwiach do Wielkiej Sali spotkałyśmy zielonowłosego Teda Lupina.
   - O, jesteś wreszcie! - przywitała go beztrosko Vicky. - Dominique i Fiffie cię szukały rano.
- Tak? - zdziwił się.
- Chyba się dawno z nimi nie widziałeś - odezwałam się znacząco.
- Możliwe... - Teddy zastanowił się przez chwilkę. - Mam nadzieję, że Dominique mnie za to nie rozszarpie, bo... naprawdę mam urwanie głowy.
- Przecież wiemy - powiedziałyśmy równocześnie, po czym weszłyśmy do Wielkiej Sali, na odchodnym rzucając mu ciasteczko, które zostało nam z opieki nad magicznymi stworzeniami.
   I gdzież można łatwiej znaleźć Bacy, jeżeli nie na drugim śniadaniu?
   Wystarczyło tylko ogarnąć wzrokiem stół Ravenclawu i zobaczyć gdzie jest największa luka - bo nikt o zdrowych zmysłach, czy chociażby posiadający jakiekolwiek poczucie estetyki - nie chciał siedzieć przy Bacy.
   - Bacy! - zawołałyśmy.
- Co? - Usta miała pełne od parówek i owsianki. Instynktownie odsunęłam się od niej, starając się nie myśleć o obrzydliwości połączenia tych dwóch pokarmów.
- Czy znasz taką dziewczynę z Gryffindoru? Z piątej klasy? Czarne włosy? Krótkie? - Victoire chyba specjalnie oddzielała od siebie informacje w ten sposób, aby łatwiej mogły dotrzeć do rozproszonego ogromem jedzenia mózgu Bacy.
- Chodzi o Malvę? Bo raz ją widziałam w kiblu!
- Nie, Bacy - westchnęłam. - Nie Malvę, tylko Loreine. I żeby było jasne, nie obchodzą nas twoje kiblowe znajomości.
  Bacy spojrzała na mnie z urazą.
- Mówię tylko, że widziałam Malvę w kiblu Srającej Marty! To chyba wartościowa informacja, co?
- Jęczącej Marty - poprawiłam ją tylko.
- A co to za różnica? Mugolaczka się znalazła, albo bardziej groźnie... szlama...
   Wystarczył mi ułamek sekundy, aby za pomocą różdżki umieścić owsiankę Bacy na jej głowie. Nie zwracając uwagi na jej parskające kwiki, spokojnie udałam się na drugi koniec stołu krukonów, a Victoire za mną.
   A następnie poszłyśmy na eliksiry z Boorackiem i puchonami.
   Teoretycznie Boorack powinien przestać się nas czepiać po tym jak kupiłyśmy mu składniki i oczywiście już nie próbował obniżać nam ocen, ale kiedy już wpuścił wszystkich do klasy, powiedział:
   - Nie, nie, nie, Weasley możliwie jak najdalej od Glam! Nie będzie już więcej gadania na moich lekcjach... Glam! Do Lariesona, a Weasley do Sorensa! Proszę, zaczynamy lekcję...
   Postawił swoją podejrzaną teczuszkę na biurku i otworzył ją, po czym zanotował coś w notesiku, pewnie te nowe przesiadki. Westchnęłam i cofnęłam się na sam koniec klasy, pozostawiając Victoire i Setha z bardzo wymuszonym wyrazem obojętności.
   Zwaliłam swoją torbę na ławkę. Simon właśnie wywalał niedbale składniki, które wcześniej zostały przez niego upchnięte do kociołka. Woreczek z kłami szczura potoczył się w moją stronę, więc odsunęłam go na jego połowę, a on tylko uniósł brwi i wyjął z torby swój zmaltretowany podręcznik. Bardzo szybko domyśliłam się jego stosunku do eliksirów, który był dokładnie taki sam jak jego brata Seana i reszty Paczki Puchonów.
   - Dzisiaj przyrządzamy Eliksir Postarzający! - ogłosił Boorack. - Wszystkie wskazówki - machnął różdżką - są wypisane na tablicy. Czas - start!
   Julia i Quirke natychmiast rzucili się po swoje pęczki księżycowych ziół, zapominając nawet o nastawieniu ognia pod kociołkiem. Otworzyłam swój podręcznik, po czym za pomocą Aquamenti napełniłam swój kociołek wodą i ustawiłam pod nim płomień - nie za duży, ale i nie za mały. Za to Simon w ogóle nie dbał o ogień pod swoim garem, który tylko go osmalał. Cóż, postanowiłam nie zwracać na to uwagi, bo wiedziałam, że prędzej minie cała lekcja, zanim ja odważę się odezwać.
   A tymczasem Boorack zaczął obchód. Stanął nad Julią, z politowaniem patrząc, jak ruda męczy się z księżycowymi ziołami, potem podszedł do Puchona Kevina, który nie wlał nawet wody do kociołka, Ivu od razu kazał wszystko wylać, a Orellię zwymyślał za to, że brzydziła się dotykać zębów szczura. Natomiast ja wrzuciwszy do kotła posiekane księżycowe zioła, odmierzywszy szczurze kły i dodawszy do wywaru kilku kropel esencji z korośca, zaczęłam machać różdżką nad swym eliksirem mrucząc zaklęcie na oziębienie, podczas gdy Simon nadal męczył się z księżycowymi ziołami, które utworzyły coś w rodzaju gluta na dnie jego kociołka, bo nie dość, że dodał ich o połowę za dużo, to jeszcze ten za duży ogień, o którym wciąż bałam się mu powiedzieć! Oczywiście gdy Boorack przeszedł obok mojego wywaru, powiedział "Dobrze" takim tonem, jakby było wręcz odwrotnie, a nad eliksirem Simona przeszedł ze zwykłym wyrazem obrzydzenia. Wtedy Simon się zniecierpliwił i po prostu opróżnił swój kociołek jednym machnięciem różdżki, żeby zacząć od początku, ale zużył już cały swój pęczek księżycowych ziół. Przerwałam więc na chwilę czarowanie i po chwilce wahania, przysunęłam do niego swoje ziele.
   I tak pomagałam mu do końca lekcji, chociaż nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem. Kiedy Simon bez sensu mocował się z księżycowym zielem, pokazałam mu w jaki sposób powinno się je siekać, gdy proporcje w ingrediencjach mu się nie zgadzały kręciłam głową, gdy sięgał po jakiś zły składnik syczałam cicho przez zęby z dezaprobatą. Sądzę, że dzięki mnie, Simon uzyskał najlepszy wywar jaki kiedykolwiek udało mu się stworzyć, lecz kiedy Boorack ogłosił koniec mieszania składników, Simon nachylił się do mnie i powiedział:
   - Niepotrzebnie się starałaś. Boorack i tak ci tego nie oceni!
   Obrzuciłam go tylko wyzywającym spojrzeniem, po czym napełniłam swoim Eliksirem Postarzającym flakon, opróżniłam kociołek i nie oglądając się za siebie pomaszerowałam do biurka Booracka.
   I kiedy już odwróciłam się aby wyjść, pewna tego, że i tak dostanę Wybitnego - usłyszałam dźwięk, który zdecydowanie zaliczał się do najmniej pożądanych i najbardziej okropnych dźwięków jakie można usłyszeć na lekcjach eliksirów.
   BRZDĘK.
- Ups! - zachichotał Boorack ponad kawałkami rozbitego flakonu i mokrą plamą - wszystkim co pozostało z próbki mojego eliksiru. - No i zero, Glam! Ale jestem pewien, że bardzo się starałaś!
   Obok mnie pojawiła się Victoire.
- Co się stało? - mruknęła do mnie.
- Nic, poza tym, że Boorack zmarnował moją godzinną pracę!
- Zaczekajmy chwilę.
   Poczekałyśmy aż wszyscy wyjdą i zostaniemy same z Boorackiem.
- Panie profesorze Boorack! - zaczęła Vi. - Dlaczego dalej obniża nam pan oceny, skoro już odkupiłyśmy panu składniki?
- Przypominam, że nie wszystkie składniki odkupiłyście! - warknął Boorack. - A ja wcale nie obniżam wam ocen! A dom Ravenclawu traci trzy punkty za twoją bezczelność, Weasley!
   Po czym wywalił nas z klasy.
   No i Simon oczywiście miał rację.
   To na pewno wszystko przez te przesłuchania...
   Ja i Victoire, zrezygnowane, wyszłyśmy z lochów w drodze na lekcję obrony przed czarną magią, lecz na domiar wszystkiego, gdzieś na drugim piętrze dopadła nas Bacy Phellps, cała zdyszana, spocona i w przekrzywionej kokardzie na głowie, trzymająca się za brzuch by złapać oddech.
   - Portki! Portki...
- POCKY! - wykrzyknęłam. - Czego chcesz?!
- No jak to czego, należnej zapłaty! - wydyszała. - Za informacje, których udzieliłam wam rano! - Nagle spojrzała na mnie z miną pełną wzburzenia. - Plus odszkodowanie za tę owsiankę na mojej głowie!
- Zapłata? A proszę, bierz ją sobie - rzuciłam bez zastanowienia, wyjmując z kieszeni ciasteczko, które upiekłyśmy z Hagridem, zaraz jednak zorientowałam się, że to było te spalone na węgiel - ale jakoś niezbyt się tym przejęłam, a Bacy i tak schrupała je ze smakiem. Ja i Victoire tylko spojrzałyśmy po sobie, po czym jak najprędzej wykorzystałyśmy okazję i zwiałyśmy na schody, gdzie zajęta ciachem Bacy nie mogła już nas dopaść.
   Kiedy zadzwonił dzwonek na lekcję, Elfiatka już czekała na nas w klasie. Wszyscy usiedli na swoich miejscach, szemrając przy tym między sobą, bo ostatnio skończyliśmy temat i nikt nie wiedział co teraz zaczniemy przerabiać, no może tylko Quirke, który zdawał się znać na pamięć cały program.
   - Ale już jest lekcja, więc naprawdę nie widzę potrzeby wycia w klasie! - uciszyła wszystkich profesor i po jej wypowiedzi od razu cała klasa domyśliła się, o czym będziemy się teraz uczyć, a Patrick nawet pozwolił sobie na głośne "auuuuuuuuuuu!".
   Elfiatka zmierzyła go sceptycznym wzrokiem.
- Widzisz tu gdzieś księżyc w pełni Hattpierson, bo nie zauważyłam? Tylko żebyś nie zawył, kiedy odejmę punkty Gryffindorowi.
   Gryfońska część klasy jęknęła z przestrachem. Elfiatka uśmiechnęła się pod nosem tym złośliwym, nauczycielskim uśmieszkiem, który znają uczniowie czy to czarodziejskich, czy mugolskich szkół na całym świecie - po czym zaczęła grzebać w papierach na swoim biurku.
- Dobrze. Proszę otworzyć podręczniki na stronie trzysta dziewięćdziesiąt cztery!
   Chwyciłam za podręcznik i zaczęłam przerzucać w nim kartki, aż w końcu dotarłam do strony trzysta dziewięćdziesiąt cztery, na której królował nagłówek:

WILKOŁAKI
 
   A więc wreszcie zaczynamy przerabiać wilkołaki... No, to już tylko jeden krok do wampirów!
   Cała klasa zdawała się być zachwycona.
   - Kto potrafi powiedzieć, jak odróżnić wilkołaka od prawdziwego wilka? - zapytała Elfiatka.
   Ręce Julii i Quirke'a wystrzeliły w górę, ale tym razem to ruda okazała się szybsza.
- No, panno McDuck, proszę wymienić pięć podstawowych różnic pomiędzy wilkiem a wilkołakiem.
- No więc... - Julia odchrząknęła z godnością, po czym zaczęła recytować: - Wilkołak różni się od wilka kilkoma drobnymi cechami. Pysk wilkołaka jest dłuższy, nos mniejszy, a kły przesiąknięte wilkołaczą klątwą. Odznacza się także innym ogonem i łapami, które mają dłuższe pazury. Poza tym wilkołak porusza się na tylnych łapach.
- Bardzo dobrze - pochwaliła ją Elfiatka, wkładając taśmę w starodawny projektor. Machnęła różdżką, a na tablicy rozwinął się arkusz papieru, na którym zaczęły wyświetlać się wizerunki wilków, wilkołaków i półludzi - półwilkołaków. - Ravenclaw otrzymuje dziesięć punktów. A kto potrafi określić, czym właściwie jest wilkołak?
   Klasa zamilkła. Elfiatka spojrzała po wszystkich.
- Nikt...? - zdziwiła się.
- No... półczłowiek - półwilk, prawda? - odezwał się Quirke zdawkowo.
- Och, bardzo bystre - zadrwiła Elfiatka. - A tak bardziej stricte?
   Quirke jakby od razu się ożywił, być może dlatego, że Elfiatka użyła łacińskiego słowa.
- Wilkołak przemienia się zawsze na pełnię księżyca - zaczął z entuzjazmem - a na czas przemiany kompletnie zapomina kim jest i całkowicie traci świadomość. Może komunikować się tylko z innym wilkołakiem i nie szczędzi żadnego człowieka, którego napotka na swojej drodze...
- Super! - skomentował Patrick, a Elfiatka spojrzała na niego unosząc brwi. Patrick zmieszał się - Ja... mówiłem o tym zdjęciu, pani profesor!
   Wskazał na wyświetlany pokaz wilkołaków, ale nie miał zbyt wiele szczęścia, bo właśnie w tym momencie na arkuszu pojawiło się zdjęcie człowieka podczas przemiany, z twarzą wykrzywioną niewysłowionym bólem. Oczywiście fotografie były ruchome, więc nie muszę chyba mówić, jakie to robiło wrażenie.
   Brwi Elfiatki uniosły się jeszcze wyżej.
- Tak, wspaniała fotografia - powiedziała. - Właśnie tutaj widać człowieka podczas przemiany w wilkołaka. Jest to bardzo bolesny proces, ale dzięki Wywarowi Tojado... Pussycat i Kench, czy wy kiedykolwiek przestaniecie rozmawiać?!
   Brenda i Sandra przestały ględzić.
- Pussycat, o czym przed chwilą mówiłam?
- Eeee...
- Kench?
- O... o... o wilkołakach? - strzeliła Sandra, a cała klasa parsknęła cichym śmieszkiem.
   Elfiatka tylko zacisnęła usta.
- Brawo Kench, to było takie odkrywcze... - odparła chłodno. - Gryffindor i Ravenclaw tracą po dwa punkty. Wracając do transformacji wilkołaka widocznej na tym zdjęciu...
- Szkoda mi tego, kto robił to zdjęcie... - szepnął głośno Seth, a cała klasa znowu zachichotała.
- ...a teraz pierwsze zadanie - oznajmiła pani profesor. Julia i Quirke poderwali głowy. - Kto sporządzi wyczerpującą notatkę na temat Wywaru Tojadowego, zarobi dziesięć punktów dla swojego domu. Czas - start!
   Quirke i Julia natychmiast rzucili się po podręczniki, pióra i kałamarze, a ja spojrzałam leniwie na Victoire i zaczęłam mozolnie kartkować książkę. Było wiadomo, że i tak Julia i Quirke odwalą za nas całą robotę, bo któż z Gryffindoru mógł być szybszy od nich? Tymczasem Sandra chyba postanowiła odrobić dla gryfonów te dwa punkty, bo wypaliła:
   - A psze pani, czytała pani "Włóczęgi z wilkołakami" Gilderoya Lockharta?
- A ty czytałaś? - rzuciła nauczycielka. - Czy tylko wpatrywałaś się w Lockharta na okładce i przypadkowo zapamiętałaś tytuł?
- No pani! - zawołała Sandra z wyrzutem. - Naprawdę czytałam!
   Ale ja jakoś bardziej byłam skłonna uwierzyć w wersję Elfiatki niż w to, co utrzymywała Sandra.
   No i oczywiście Julia i Quirke zarobili dla Ravenclawu dziesięć punktów.
   Do końca lekcji Elfiatka przechadzała się między stolikami i prawiła nam wykład na temat wilkołaków, a wszyscy robili notatki z podręcznika i z tego, co mówiła. Cała lekcja pisania, a na deserek Elfiatka dowaliła nam jeszcze katorżniczą pracę domową.
   - Na następne zajęcia proszę wyszukać mi informacje na temat traktowania wilkołaków w społeczności czarodziejów. A żeby na Wielkanoc wam się nie nudziło... wypracowanie o rozpoznawaniu i uśmiercaniu wilkołaków, dwie rolki pergaminu, na pierwszy czwartek po Świętach. Obowiązkowo.
   Wtedy zadzwonił dzwonek.
   Wszyscy wypadli z klasy, z rozemocjonowanymi gryfonami na czele. Teraz trzecia klasa Ravenclawu miała czas wolny i każdy zamierzał wykorzystać go inaczej. Otóż Seth i Quirke udali się na swój ulubiony dziedziniec, by tam wyszukiwać w podręczniku wiadomości o wilkołakach, Ivo zamknął się w dormitorium chłopców ze swoją inteligentną książką, a Simon oczywiście zniknął nie wiadomo gdzie. Julia natychmiast pobiegła do biblioteki by już zacząć wypracowanie, Lisa poszła z nią, aby zaczerpnąć u niej trochę inspiracji, czy raczej po prostu pomocy, Brenda porwała natomiast Victoire na błonia, ponieważ na dworze ociepliło się od rana. W takiej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak kontynuowanie węszenia po całym Zamku w sprawie dilerki Amortencyjnego Kadzidła z Gryffindoru.
   I nagle wpadłam na pomysł.
   Nannah!
   Skoro tak bardzo chce zdobyć Spella, to czy przypadkiem nie knuła ze swoimi przyjaciółeczkami jak naszpikować go Eliksirem Miłości? Brzmiało prawdopodobnie. Wprawdzie nie wiedziałam, czy Nannah wie w ogóle o czymś takim jak Amortencyjny Perfum, ale co szkodziło spróbować? Miałam tylko nadzieję, że od Nanny dowiem się czegoś więcej, niż od Bacy!
   Zapomniałam tylko o jednym drobnym szczególiku.
   A mianowicie: Nannah Stone mnie nie cierpi.
   Weszłam do dormitorium dziewcząt z pierwszej klasy, w którym Lucy New siedziała na swoim łóżku i karmiła swojego słodziutkiego pufka. Nannah właśnie skończyła malować paznokcie, natomiast zdziwiłam się, widząc, że Bacy nic nie żre, tylko siedzi okrakiem na swoim barłogu, wyciskając sobie paluchami krostę na nosie. Nawet ja współczułam Nannie, której łóżko sąsiadowało z Bacy! Aż zasłoniła kotarę od tej strony, by nie mieć na nią widoku i siedziała z oczami w słup i z rozczapierzonymi palcami, na których wysychał lakier.
   - Nannah, Sandra i Brenda mają do ciebie sprawę - zaczęłam gładko.
- Nie widzisz, że wysychają mi paznokcie?!
- Och, daj spokój - zniecierpliwiona wyciągnęłam różdżkę i przejechałam jej czubkiem po jej paznokciach.
- O, dzięki! - zdziwiła się. - Więc co to za sprawa?
- Powiem ci na zewnątrz.
   Nannah błyskawicznie zeskoczyła z łóżka, ale kiedy już miałyśmy wyjść, Bacy zmierzyła nas spojrzeniem swoich świńskich oczek, nie wiadomo czemu obrażona.
- A ja to już nie mogę wiedzieć co to za sprawa?! - kwiknęła z oburzeniem, ale ja już trzasnęłam drzwiami.
- No więc? O co chodzi? - zapytała Nannah, strzelając swoimi różowymi do bólu paznokciami.
- Chodzi o to, że Sandra i Brenda potrzebują pewnego kadzidła... Pytają się, czy masz jakieś kontakty.
- Niby z kim?
- A z taką gryfonką z piątej klasy na przykład...
- Chodzi o Malvę?
   Co oni wszyscy z tą Malvą?!
- Chodzi mi o Loreine!
   Nan zrobiła minę pełną zastanowienia, ale zaraz spojrzała na mnie podejrzliwie.
- Zaraz, chwila, moment... A skąd ja mam niby wiedzieć, że to te dziewczyny cię przysłały? A jeśli sama chcesz to kadzidło, żeby zdobyć Spella?!
   Nawet już nie było mnie stać na jakiekolwiek zdenerwowanie. Teraz tylko uniosłam ironicznie brwi, znudzona.
- A co cię to tak obchodzi, Nannah? Nie uważasz, że musisz poczekać jeszcze parę lat, zanim zaczniesz snuć plany matrymonialne?
   Dlaczego nie ugryzłam się w język?! Prawdopodobieństwo tego, że Nannah nic już mi nie wyjawi nie tylko nie było już prawdopodobieństwem, ale stuprocentową pewnością.
   Jej policzki powlekły się ciemnym rumieńcem, który jeszcze pogłębiał nałożony wcześniej róż.
- Przecież chodzę z Jakiem! - obruszyła się, a ja ledwo co zamaskowałam parsknięcie śmiechem. - I nie znam żadnej Loreine, także nara bez pozdrowień!
   Po czym wparowała do swojego dormitorium, a ja bez żalu zeszłam do pokoju wspólnego.
   Jednak się myliłam. Od Nanny dowiedziałam się jeszcze mniej, niż od Bacy.
   Victoire i Brenda wciąż były na błoniach. Brenda właśnie opowiadała żywo Vice pasjonującą zapewne opowieść, jak to jej pufek pigmejski zrobił coś tam. Kiedy Vi mnie zobaczyła, zrobiła taką minę, jakbym ratowała ją nie od ględzenia natrętnej "przyjaciółki", ale jakbym co najmniej wybawiła ją od męczarni z udziałem Booracka, Cruciatusa i dwunastu magicznie wzmocnionych biczów.
   - Hej - zawołałam, specjalnie przerywając Brendzie wpół zdania. - Vicky, idziesz na obiad?
- Jasne - zgodziła się szybko Victa.
- To ja idę z wami! - wykrzyknęła entuzjastycznie Brenda. - Już zgłodniałam...
- Jesteś głodna? - Victoire udała zdziwienie. - A podobno się zakochałaś.
   Brenda spojrzała na nią zbita z tropu.
- No... tak! Jestem zakochana! - Ja i Victoire spojrzałyśmy po sobie, zadowolone z zastawionej na Brendę pułapki, w każdym razie dopóki nasza ofiara nie powiedziała: - Ale przecież czymś muszę się odżywiać.
   I tak, zrezygnowane, powlekłyśmy się na obiad z Brendą depczącą nam po piętach i kontynuującą swoją emocjonującą historię o pufku.
   A na obiedzie spotkałyśmy Teddy'ego. Zdaje się, że ostatnio ciągle spotykamy się tylko na posiłkach, bo Teddy ma "urwanie głowy", jak sam twierdzi.
   - I co, Dominique cię rozszarpała? - spytałam go.
- Nie, chociaż była temu bliska - odparł, przejeżdżając ręką po zielonych włosach. - Chyba uważa, że specjalnie ich unikam...
- Co za pomysł - prychnęła Vika. - To już bardziej ona nas unika! Tylko chodzi wciąż i wciąż z tym całym Matthew, Jakiem i tym ślizgonem...
   I choć Victoire powiedziała to zjadliwym tonem, wiedziałam, że w głębi duszy odczuwa gorycz, bo ponoć siostry Weasley w dzieciństwie były nierozłączne. Ale cóż, teraz różnica wieku rozciągnęła się jak gumka recepturka i każdą siostrę bardziej ciągnie do rówieśniczego środowiska. I chyba trzeba po prostu to przeczekać...
   - Wiecie co, wieczorem mam chwilę czasu wolnego, to może wyszlibyśmy nad jezioro? - zaproponował Teddy, przyglądając się Victoire z ukosa i tak samo jak ja, jakby dokładnie wiedząc o jej prawdziwych odczuciach. - Może wtedy udałoby się je ściągnąć.
- Ale teraz z kolei my nie mamy czasu wieczorem! - jęknęłam. - Bo na jutro mamy wyszukać coś tam bla bla bla na obronę przed czarną magią!
- A co teraz przerabiacie?
- Wilkołaki...
   Ja i Victoire znieruchomiałyśmy, kiedy zobaczyłyśmy, jak na twarzy Teddy'ego zachodzi wyraźna zmiana.
- Teddy...? - zapytała niepewnie Vi.
   Jego rysy wyraźnie się wyostrzyły a oczy pociemniały mu z zielonych przez orzechowe aż do głębokiej czerni.
- Wilkołaki, mówisz...?
- No, wilkołaki... - odezwałam się ostrożnie. - Coś nie tak...?
   Teddy milczał przez chwilę. W końcu potrząsnął lekko głową i zacisnął na sekundę powieki - a kiedy je otworzył, jego oczy znów były zielone, a twarz na powrót taka sama jak wcześniej.
- Nie... skąd. Po prostu... - urwał na chwilę, jakby szukając odpowiednich słów. - Nie za bardzo podoba mi się ten temat.
- Mnie też nie - odparła Victoire cicho.
   Obrzuciłam wzrokiem ich oboje, nie wiedząc o co chodzi. Teddy i Vi spojrzeli na siebie krótko i jakby na chwilę ich oczy połączyła niewidzialna nić porozumienia, kompletnie niewidoczna i niezrozumiała dla wszelkich osób postronnych, w tym również i mnie.
- Co jest złego w temacie o wilkołakach? - zapytałam niewinnie, tym samym zmuszając ich do przerwania kontaktu wzrokowego i spojrzenia na mnie.
- Przez całe dzieciństwo miałem wpajane, że wilkołaki to najgorsze zło - powiedział Teddy w końcu.
- Mój ojciec został poraniony przez wilkołaka podczas Bitwy o Hogwart - dodała Victoire, patrząc wprost na mnie.
   Wytrzeszczyłam na nią oczy. No tak! Przez całe Święta w Muszelce zastanawiałam się, dlaczego Bill ma tak poranioną twarz. Szramy zadane przez wilkołaka są przeklęte, nigdy się nie goją i...
- Ale to znaczy, że... - Na chwilę mnie zatkało, zanim wydusiłam z siebie tak, aby nie usłyszała nas Brenda: - Twój ojciec jest wilkołakiem?!
   Teraz to oni wytrzeszczyli oczy na mnie.
- Nie! - zaprzeczyła głośno Vika. - Na szczęście...
   Napotkałam wzrok Teda, który wciąż patrzył się na nas z pełną powagą.
   Ale dlaczego wpajano mu, że wilkołaki to najgorsze zło...?
   Ta myśl nie opuściła mnie aż do transmutacji, która była ostatnią poniedziałkową lekcją, dlatego też wszyscy byli na niej zniecierpliwieni i zmęczeni, chociaż kończyliśmy już temat o zamienianiu cukiernicy w ropuchę, więc teoretycznie powinniśmy się cieszyć. Aczkolwiek nie cieszyliśmy się, bo jeszcze nikomu nie udało się zaczarować swojej cukiernicy bardziej niż do połowy i właśnie to było najbardziej zniechęcające. Moja ropucha wciąż miała czubek głowy porcelanowy, przez co nie mogła skakać, bo ją to strasznie obciążało. Zazdrościłam Simonowi i Julii talentu w transmutacji, zwłaszcza, że lekcje z McGonagall po tym przesłuchaniu to był dodatkowy koszmar.
   I wreszcie dzwonek! Ja i Victoire szybko pozbierałyśmy książki i pierwsze poszłyśmy do dormitorium, dokąd w chwilę później weszły Lisa, Brenda i Julia, które od razu zajęły się swoimi zwykłymi czynnościami: Lisa - lenieniem się, Julia - uczeniem się, a Brenda? Świrowaniem, oczywiście.
   - ...i wtedy Seth powiedział, że wolałby wypić kubeł odorosoku niż zaprosić mnie na Wielkanoc, ale oczywiście Quirke tam był i to usłyszał, to powiedział Sethowi, że już widzi, jak on pije ten cały odorosok, a ja normalnie prawie że nie wysadziłam się ze szczęścia, że Quirke mnie obronił! A wy jedziecie do domu na Wielkanoc?
   Nikt jej nie odpowiedział, bo każda z nas już dawno wyłączyła się z jej paplaniny. Brenda wzięła głęboki oddech i wydarła się na całe dormitorium:
- CZY JEDZIECIE DO DOMU NA WIELKANOC?!
- Co...? - spytała Lisa nieprzytomnie.
   Brenda zmrużyła oczy.
- Czy wy mnie w ogóle słuchacie?
- Jasne, że słuchamy! - pośpieszyła Vicky z wyuczonym tekstem. - Właśnie pytałaś, czy jedziemy do domu na Wielkanoc.
- No to jedziecie, czy nie? - ponowiła pytanie Brenda naburmuszonym tonem.
- Ja jadę - rzuciła nieuważnie Lisa.
- I ja - mruknęła Julia znad swoich notatek.
- A ja zostaję! - oświadczyła Brenda. - A ty, Vicky?
- My z Pocky jedziemy - oznajmiła Vi.
   Nagle, Lisa spojrzała na nas, Julia podniosła głowę znad notatek, a Brenda zatrzymała się wpół ruchu. Cisza zaległa w naszym dormitorium, a one wytrzeszczały się na nas jakby nie wiem co.
- Wy... jedziecie? - zdziwiła się Julia i zmarszczyła czoło.
   A potem każda błyskawicznie powróciła do swoich zajęć.
   Ja i Vika zdążyłyśmy wymienić tylko skołowane spojrzenia, zanim Brenda powróciła do swojego trajkotania.
- No... bo wiecie, ja zostaję, bo muszę zostać - podjęła, znów zaczynając okręcać się wokół kolumienki swojego łóżka. - No bo w końcu i Quirke zostaje, i Seth, i Ivo... Dużo chłopaków zostaje. No i oczywiście Sandra zostaje! Dlatego, że Peter zostaje. Ale on pewnie zostaje dlatego, że Paris zostaje...
   I w taki oto sposób wyliczała chyba przez piętnaście minut.
- ...i Eleanor zostaje, i Katie zostaje, i Vanessa zostaje...
   Ale nam z Victoire nie było już dane wysłuchać tej wyliczanki do końca, kiedy szybko zwiałyśmy z dormitorium, żeby iść do Teddy'ego aby zaczerpnąć u niego pomocy w OPCM, co zajęło nam aż do kolacji.
   A na kolacji jak zwykle był gwar i hałas. Ponieważ na dworze już się ściemniało, pozapalano świece i pochodnie. Julia, Quirke i Seth znowu zaczęli coś razem knuć tak samo jak przy śniadaniu, tyle że tym razem również z Ivem i Brendą, Simon przysłuchiwał się im mimo woli, dalej Fiffie i Dominique siedziały w otoczeniu swoich przyjaciół. Przy stole Gryffindoru Teddy był jakiś dziwnie nieswój, podczas gdy Peter wciąż coś do niego gadał, a Spell Wood jadł samotnie, oddalony od swojej laski z Walentynek chyba o całą długość stołu. Długo nie mogłam znaleźć Paczki Puchonów przy stole Hufflepuffu, lecz zaraz zorientowałam się, że wszyscy są, ale siedzą oddzielnie; Carrie rozmawiała ze Scarlett przyciszonymi głosami, dziesięć uczniaków dalej siedzieli Nickie z Seanem dyskutujący o czymś żywo, parę metrów od nich Crister z Florence na kolanach, a na samym końcu stołu Rosalie, wypłakująca się na ramieniu Laury. Widząc to wszystko, w sumie nie zmartwiłam się zbytnio - byłam pewna, że od razu po Świętach Paczka scali się na nowo, bo ci ludzie długo bez siebie nie wytrzymają.
   Ja i Victoire byłyśmy jednymi z pierwszych osób, które wstały od stołu. Wróciłyśmy do pokoju wspólnego i ledwo co zdążyłyśmy zrobić jeden mały kroczek w stronę najlepszych foteli przy kominku - do salonu krukonów wparowali Quirke, Seth, Julia, Lisa i Brenda.
   - No dobra, koniec tych kłamstw! - krzyknął Quirke.
- Co...
   Ale oni już zaczęli się drzeć jeden przez drugiego, tak że nie dało się nikogo zrozumieć, dopóki w końcu nie przekrzyczała ich wszystkich... Lisa...?
- STOP! Trzeba zawołać jeszcze Iva...
   Wszyscy zamilkli jak za machnięciem różdżki.
- Ale po co? - parsknęła Brenda. - Przecież wiadomo, że on nic nie powie w większym gronie!
- Uważam, że powinna być przy tym cała klasa! - sprzeciwiła się Julia.
   Znowu zaczęli wrzeszczeć i się kłócić.
- EJ! - krzyknęłam. - Dobra, już ja pójdę po Iva... Ale powiecie nam po ludzku o co chodzi.
- Właśnie po to się tu zebraliśmy! - wyparskał Quirke. - Tylko szybko, Glam!
   A ja tylko obrzuciłam go ironicznym spojrzeniem, po czym wspięłam się, już drugi raz podczas tej doby, do dormitorium chłopców z trzeciej klasy.
   Lecz w środku nie było nikogo oprócz Simona, siedzącego na swoim łóżku z książką na głowie i gapiącego się beznamiętnie w przeciwległą ścianę. Na wszelki wypadek rozejrzałam się po sypialni, by upewnić się, że na pewno nie ma tam Iva, ale zanim zdążyłam się zapytać, pierwszy odezwał się on:
   - A ty co tu robisz?
- Wiesz gdzie jest Ivo? - spytałam go.
- Nie.
   Przez chwilę zapadło milczenie, aż w końcu postąpiłam mały kroczek w jego stronę.
- A ty nie idziesz?
- Raczej niespecjalnie mam ochotę brać w tym udział, więc raczej podziękuję.
   Ale w czym brać udział?
   Nawet nie miałam czasu aby jakoś to sobie zinterpretować, bo do dormitorium wpadł Quirke z okrzykiem:
- Ivo już jest...!
   Zobaczył, że stoję przy łóżku Simona i stanął jak wryty na ułamek sekundy, żeby po chwili przejechać oczyma po suficie.
- Po co ty w ogóle marnujesz cenny czas na jakąkolwiek konwersację z tym idiotą?! - Chwycił mnie za rękę i wyprowadził z dormitorium, jakby był moim starszym bratem, albo wręcz surowym ojcem!
   Zmusiłam go do zatrzymania się i wyrwałam rękę z jego uścisku.
- Dlaczego nazwałeś go idiotą? - spytałam ostro.
- Co...? - zdziwił się.
- Dlaczego nazwałeś go idiotą!
- Bo nim jest! - zaperzył się Quirke. - Nie chciał uczestniczyć w przesłuchaniu!
- Jakim przesłuchaniu...? - jęknęłam.
   Zamiast mi odpowiedzieć, pociągnął mnie z powrotem do pokoju wspólnego.
- No nareszcie! - zawołała Julia. - Dawać mi je tu!
   Quirke pchnął mnie na środek ich zgrai. I chociaż Julia zawsze znajdowała się w mniejszym, lub większym stanie rozdrażnienia, to jeszcze nigdy nie widziałam jej tak energicznej i zdecydowanej, zupełnie jak profesor McGonagall.
- A więc mówcie... - Ale nie skończyła, bo do salonu krukonów wpadła Sandra, zupełnie jak odbezpieczona łajnobomba.
- Spóźniłam się?!
   Brenda wytrzeszczyła gały.
- Jak ty się tu...
- Drzwi były otwarte!
- To dlaczego ich nie zamknęłaś? - spytał Seth rozsądnie, jak na krukona przystało.
- No bo jeszcze przyjdzie parę osób...
   Na te słowa Julia momentalnie znalazła się przy drzwiach i zatrzasnęła je z impetem.
- Nikt tu nie będzie wchodził! A teraz gadajcie - wskazała na mnie i na Victoire - kto zbezcześcił gabinet profesora Booracka na początku roku?!
   Zapadła grobowa cisza i gdyby nie trzask ognia w kominku, pewnie mogłabym usłyszeć granie świerszczy na błoniach znajdujących się daleko w dole pod Wieżą Ravenclawu. Wszyscy gapili się na nas w napięciu i aż się zdziwiłam, kiedy dotarło do mnie, że Victoire się śmieje!
- A skąd my niby mamy to wiedzieć?
   Udawała doskonale. Jak to możliwe, że nie dała się wyprowadzić z równowagi? No ale w końcu miałyśmy już tyle kłopotów w tym roku, że starcie z jakimiś żałosnymi trzynastolatkami rzeczywiście wydawało się śmieszne wobec wszystkiego przez co już przeszłyśmy i Vice było dzięki temu o wiele łatwiej wpaść w ten swój wilowaty, wyniosły ton.
   Mina Quirke'a wyrażała teraz sto procent niedowierzania.
- Nie udawaj że nie wiesz, quandoquidem - zaczął przechadzać się w tę i z powrotem - wszystko wskazuje przeciwko wam. Po pierwsze: twoja siostra w noc Napadu oficjalnie oświadczyła przed całym naszym domem, iż zna winowajcę i ty możesz to potwierdzić, po drugie: Lupin został uniewinniony, a wszyscy wiedzą, że się przyjaźnicie, po trzecie: zostałyście ukarane od razu po Napadzie codziennym szlabanem do końca semestru, więc nie wmawiajcie nam, że nic nie zrobiłyście, po czwarte: profesor Boorack obniżał wam oceny, po piąte: kradniecie pelerynę niewidkę Brendzie, po szóste: ostatnio wezwała was dyrektorka, a po siódme: dzisiaj Pauline pytała mnie o osobę, która jest ośrodkiem czarnego rynku w naszej szkole!
   Ou.
   Dosyć dużo tych dowodów.
   - Yyyy... Przepraszam... - Sandra z otwartą buzią podniosła rękę jak na lekcji, co wyglądało dosyć komicznie. - Co to znaczy, że ktoś jest ośrodkiem czarnego rynku?
- Bo wiesz, jak zbliżają się Sumy i Owutemy... - zaczął Seth - to niektórzy uczniowie zaczynają sprzedawać różne takie środki do wspomagania koncentracji... na przykład Eliksir Mózgowy Barufia... albo smocze pazury... bo ja wiem...
- Ale sproszkowany pazur smoka naprawdę działa! - podnieciła się Brenda. - Dają takiego kopa w mózg, że kumasz wszystko!
- Tylko że tak naprawdę to nie jest żaden smoczy pazur, tylko przykładowo sproszkowane bobki pufka pigmejskiego.
   Mimowolnie parsknęłam śmiechem, kiedy przypomniałam sobie, jak kiedyś w drugiej klasie pufek Brendy narobił Vicky na poduszkę. Quirke spojrzał na mnie sceptycznie.
- Ej, rozmawiamy o twojej niewinności!
- A co ty mi niby możesz zrobić?
- Mogę zebrać wszystkie dowody i pójść z nimi do profesor McGonagall!
   Ops...
- No to w końcu to one to zrobiły, czy nie? - nie skumała Sandra.
- Och, przecież Quirke wymienił przed chwilą wszystkie dowody... - sarknęła Julia.
- To niech wymieni jeszcze raz!
   Wszyscy zebrani poza Sandrą, a łącznie ze mną i Viką, przejechali rękoma po twarzach.
- No dobrze - wysiliłam się na spokojny, ugodowy ton. - Skąd niby wiadomo, że kradniemy pelerynę Brendzie?
   Brenda spojrzała w sufit.
- No to chyba oczywiste! - prychnęła. - Bo to odkryłam!
- A skąd mamy wiedzieć, że po prostu nie chcesz nas wkopać? - odgryzłam się.
   W zasadzie nie wiem za co Brenda miałaby nas wkopywać, ale przecież musiałyśmy się jakoś wykręcić. Brenda otworzyła usta.
- Ja - wkopać?! - powtórzyła piskliwym głosem. - Swoją najlepszą przyjaciółkę?!
- No wiesz, właśnie to robisz - odparłam.
   W jednej chwili Brenda stała się czerwona jak rzodkiewka.
- Ja mówię tylko prawdę - zaperzyła się. - I robię to tylko i wyłącznie dla ogólnego dobra!
   Natychmiast przed oczami stanął mi obraz Brendy w fartuchu i z szufelką w ręku pod transparentem "Wysprzątajmy świat ze wszelkiego zła". Czemu takie myśli nawiedzają mnie w takim momencie? Może dlatego, że kompletnie się nie bałam tej zgrai i podobnie musiało być z Victoire, bo uniosła brwi.
   - Dla ogólnego dobra! Zabawne! - Po czym zrobiła jeden krok do przodu, jakby chciała odejść, ale Quirke i Julia zaskoczyli jej drogę.
- Ej, nie tak szybko! - krzyknął Quirke. - Lepiej nam powiedzcie, gdzie znikacie, kiedy idziecie na błonia z peleryną Brendy!
   I dopiero teraz naprawdę się wystraszyłam. Ale Victoire była już chyba zbyt zdenerwowana, aby zwrócić uwagę na sens słów Quirke'a. Wokół nas wszyscy znieruchomieli w napięciu.
- Powtarzam... - zaczął Quirke dobitnie. - Gdzie znikacie?
   I wtedy Victoire również zatrzymała się w bezruchu. Zrobiła zaskoczoną minę.
- A kto powiedział, że gdzieś znikamy?
- No bo przecież kradniecie niewidkę Brendy! - wrzasnęła Sandra, niby rozdrażniona papuga, wszędzie gubiąca piórka. - I ciągle gdzieś wyłazicie!
- I nie mówcie mi, że robicie sobie piknik na pelerynie Brendy! - rzekł ironicznie Quirke.
   Spojrzałam na Victoire, a potem znowu na Quirke'a.
   I jak tu wyleźć z tej sytuacji...?
   Wysiliłam swoją krukońską część mózgu, aby w oddali dostrzec jedyne światełko nadziei: Jeżeli same nie możemy wybrnąć, to może skłócenie ich między sobą wystarczy, aby skutecznie odwrócić ich uwagę od nas...?
   Nie wiele więc myśląc, zawołałam w stronę Setha rozpaczliwie:
    - Seth, przecież sprałeś Quirke'a w Dzień Kobiet, więc czemu nie zrobisz tego teraz?!
   Chyba dopiero po minucie do Quirke'a dotarło, jaki w ogóle poruszyłam temat. Cofnął się zdekoncentrowany i spojrzał na Setha, który miał równie zakłopotaną minę - po czym jakby z lekkim oporem, odwrócił się znowu w moją stronę.
- Już to sobie wyjaśniliśmy...
- No jakoś nie widzę. I nie obraź się, ale to wygląda, jakbyś go trochę szantażował.
- No właśnie... - Victoire szybko załapała, o co mi chodzi. - Szantażujesz Setha, a teraz chcesz zaszantażować nas?!
- Nikt mnie nie szantażuje! - zaperzył się Seth, prawie w tym samym momencie co Quirke:
- Ja nikogo nie szantażuję!
- No wiesz, teoretycznie powinniście być ze sobą dłużej skłóceni! - pisnęła niewinnie Lisa.  
   Spojrzałam na nią, prawie w tym samym momencie, w którym ona zerknęła na mnie. Lisa była tu jedyną osobą, która znała prawdę. Mogła wszystko wyśpiewać Julii i Quirke'owi, a jednak... jednak postanowiła nam pomóc.
- Ale czemu wy się w ogóle wtrącacie?! - powiedział ze złością Quirke. - Przecież jesteśmy tu w innej sprawie!
   O nie, ich uwaga znowu zaczyna skupiać się na nas...!
- A ty Brenda, wiadomo czemu nas oczerniasz... - zawołałam jak najszybciej, zanim ktokolwiek inny zdążył się odezwać. - Uważasz, że Victoire to twoja najlepsza przyjaciółka, ale i tak wszyscy wiedzą, że najbardziej przyjaźnisz się z Sandrą!
   To był chyba najgorszy zarzut, jaki mogłam przed nią postawić. Brenda nagle stała się blada jak papier, a po chwili usta zaczęły jej drżeć, a oczy wypełniły się łzami.
- No wiesz co Pocky... Jak mogłaś!! Wszyscy i tak wiedzą, że to kłamstwo... Ale... - Z wrażenia aż usiadła na podłodze i już całkiem zalała się łzami.
   Wszyscy rzucili się ją pocieszać. Victa skinęła na mnie głową, po czym powoli zaczęłyśmy się przesuwać koło nich w stronę schodów do dormitoriów dziewcząt, ale oczywiście Quirke musiał się zorientować.
   - Ej, jeszcze z wami nie skończyliśmy! - krzyknął, podrywając się na równe nogi i zagradzając nam drogę własnym ciałem.
- Ale my skończyłyśmy - rzuciła Victoire, bez trudu przechodząc koło niego.
- Nie możecie odejść! - zawył, dopadając do schodów i rozkładając ramiona, aby w dalszym ciągu blokować nam drogę.
- Lepiej idź pocieszać Brendę - odparowałam.
   Wystarczyło usunąć go z drogi, aby osiągnąć azyl. Na schodach do dziewczęcych sypialni już nic nie mógł nam zrobić... Chyba że specjalnie by na nie wszedł, abyśmy zjechały z powrotem na dół na magicznej ślizgawce. Może Petrificus Totalus załatwiłoby sprawę, ale jakby na to zareagowała reszta grupy? Jeżeli chodzi o Julię, mogła nas dopaść wszędzie, nawet gdybyśmy zabarykadowały się w dormitorium za pomocą miliarda Coloportusów.
   Nie miałyśmy jednak tyle czasu, aby się nad tym zastanawiać. Ja i Victoire, jakby działając na zasadzie telepatii, równocześnie wyciągnęłyśmy różdżki.
- Zejdź nam z drogi! - zawołała Vicky ostrzegawczo.
- Nie zejdę, dopóki się nie przyznacie! - wykrzyczał, mimo wszystko spoglądając na nasze różdżki z pewną obawą.
   Uniosłyśmy różdżki jeszcze wyżej, tak że znajdowały się na wysokości jego twarzy.
- No już!! - krzyknęłam na krawędzi paniki.
- NIE, BO TO WY ZNISZCZYŁYŚCIE GABINET BOORACKA!
   Sandra, Julia, Lisa, Seth, Ivo, a nawet zapłakana Brenda, zamilkli, wytrzeszczając na nas oczy. Ja i Victoire wciąż stałyśmy trzymając uniesione różdżki, a Quirke dysząc ciężko, nadal bronił przed nami schody, tak zdeterminowany, jakby od tego zależało jego życie. Można sobie wyobrazić, jak widok Quirke'a w tym stanie był dla nas wszystkich szokujący, skoro zwykle sprawiał wrażenie tak ułożonego i grzecznego, jakby nigdy nic nie mogło go wytrącić z równowagi.
   I wtedy na schodach do dormitorium chłopców rozległy się kroki, aż w końcu na najniższych stopniach przystanął Simon.
   Jednym spojrzeniem omiótł całą sytuację w pokoju wspólnym - czyli zapuchniętą i czerwoną na twarzy Brendę, otoczoną na podłodze przez zatroskaną Lisę, poirytowaną Julię, ogłupiałego Iva, zakłopotanego Setha i zaaferowaną Sandrę; oraz na mnie i na Victoire zgodnie celujące różdżkami w niestabilnego emocjonalnie Quirke'a - po czym powiedział głośno:
   - Może byście się zamknęli, co?
   Wszyscy na niego spojrzeli, nawet zaryczana Brenda. Simon patrzył na nas z góry, jakbyśmy byli stadem nierozgarniętych dzieci, które uciekły z Zoo.
- Wyobraźcie sobie Pauline i Victoire, które rozwalają Boorackowi gabinet. Da się? Nie! Więc przestańcie się drzeć!
   Po czym zniknął z powrotem na schodach, pozostawiając za sobą w pokoju wspólnym taką ciszę, jakiej nie gwarantowało nawet najsilniejsze Silencio.
   Mogłoby się wydawać, że tym razem naprawdę usłyszałam granie świerszczy zza okna wieży.
   Brenda miała teraz oczy otwarte tak szeroko, jakby zaraz miały jej wypłynąć. Julia potarła się po czole i poprawiła okulary, które z wrażenia zsunęły jej się z nosa. Ivo wyglądał jakby go zatkało, Sandra miała otwartą gębę, Seth gapił się z osłupiałą miną w miejsce, w którym przed chwilą stał Simon, podobnie jak Lisa, tyle że z tą różnicą, iż ona patrzyła w tę stronę wyraźnie poruszona i zaróżowiona na policzkach. Natomiast ja i Victoire opuściłyśmy różdżki powoli, ale nikt chyba nawet tego nie zauważył.
   Quirke Simpson , który ze swoją mędrkowatą miną zawsze utrzymywał postawę Sofoklesa, chyba jeszcze nigdy nie miał tak głupiej miny, jak w tym momencie. Przez chwilę stał całkowicie nieruchomo, wciąż wskazując palcem i gapiąc się z otwartymi ustami w ten sam punkt na schodach do sypialni chłopców - aż w końcu zamknął usta, opuścił rękę i spojrzał na mnie i na Victoire - ale prawie natychmiast uciekł spojrzeniem gdzieś w bok, jakby nie mógł znieść dłuższego kontaktu wzrokowego.
   - No... to... ten... - odchrząknął, najwyraźniej wytrącony z równowagi tym, iż w takiej chwili cała jego elokwencja, łącznie ze znajomością wszystkich łacińskich słówek, zniknęła gdzieś jak za machnięciem różdżki.
   W pokoju wspólnym wciąż panowała grobowa cisza.
- Zapomnijmy o sprawie - wyrzucił z siebie w końcu Quirke.
   Ja i Vi patrzyłyśmy na niego w milczeniu. Minęła mnie ruda burza włosów i Julia stanęła koło nas.
- Co za kompromitacja... - Zmierzyła Quirke'a spojrzeniem, pokręciła głową i pierwsza udała się do dormitorium.
   Po czym wszyscy poczęli się rozchodzić, a ja, Victoire, Julia, Lisa i Brenda nie odezwałyśmy się do siebie przez całą resztę wieczoru, poprzez zgaszenie światła i dopóki każda z nas nie zasnęła.


________________________________________




KOCHANE IZI BELS I MROCZNA KOSIARKO! 
Przepraszam! 
Kompletnie nie mam pojęcia czy mnie skonfundowało, czy zamieniono mi mózg w ogłupiałego pufka pigmejskiego, którego ma w swojej głowie Brenda... 
Otóż to był czysty przypadek, że opublikowałam wcześniej kawałek tego rozdziału, miałyście więc mały spojler.
W każdym razie Wasze komentarze chyba pozostały... 
A, no i oczywiście przepraszam za tak długi czas oczekiwania na rozdział. Tłumaczę to nawałem zajęć i podobnie jak Teddy, urwaniem głowy.
Macie w rekompensacie dłuuugi rozdział, ale ostrzegam - coś za coś - za długi rozdział mają być długie komentarze!
A dedykacja leci do Izi Bels i Mrocznej Kosiarki.
(Kit, że Izi miała swoją ostatnio ;-;)
Nox/*

~ Tita 

czwartek, 17 września 2015

27. Amortencja

24. 03. 2013 r. NIEDZIELA
 
 
   Co by się stało, gdybyśmy powiedziały, że robiłyśmy Amortencyjny Perfum? Co by się stało, gdybyśmy zaplątały Brendę w całą sprawę? Co by się stało, gdybyśmy przysięgły, że to na jej polecenie skradłyśmy składniki?
   Wrzuciłam ostatnią książkę do torby i zamknęłam ją. Było oczywiste, że wkręcając Brendę w aferę z Napadem, popełniłybyśmy największe głupstwo, jakie kiedykolwiek popełniono by w  domu Roweny Ravenclaw. Dlaczego? Po pierwsze: bo wpakowując ją w to, zrobiłybyśmy rzecz niewybaczalną, więc Brenda na pewno zemściłaby się na nas w jakiś paskudny sposób, poza tym nasze sumienia nie pozwalają nam zwalać winę na Brendę, skoro tak naprawdę jest niewinna i nie ma z tą sprawą nic wspólnego. Po drugie: Brenda musiałaby się siłą rzeczy dowiedzieć, kto tak naprawdę zdemolował gabinet Booracka, a wtedy niechybnie dowiedziałaby się cała szkoła. A po trzecie: przecież nie wszystkie składniki lekarstwa i perfum się zgadzały. A Victoire tak wykorzenia ze mnie pomysł zwalenia winy na Brendę, jakby wypłynął właśnie ode mnie. No trudno! Wybiła ta godzina - czas iść do dyrektorki.
   Wyszłam z dormitorium, przeszłam przez pokój wspólny i wyjrzałam na korytarz. Musiałam chyba zbiec ze stu pięćdziesięciu schodków, zanim dotarłam do siedziby McGonagall, a potem czekać jeszcze z dwadzieścia minut, nim wyszła stamtąd Victoire, podobnie jak wczoraj Fiffie i Di, cała zielona na twarzy.
   - Idź - zdołała tylko wykrztusić, gdy mnie zobaczyła.
   Przełknęłam ślinę. Czy ja też wychodząc z gabinetu dyrektorki, będę cała zielona? Jak ta McGonagall przesłuchuje, stosuje tortury czy co?!
   - Słodzone precelki - wydukałam w stronę chimery, a ona odskoczyła w bok bym mogła wejść na schodki, które natychmiast zaczęły sunąć w górę.
   O Merlinie, nie, nie chcę tam iść! Jak bardzo chciałabym znaleźć się teraz w pokoju wspólnym, w fotelu przed kominkiem, z Mrukotem na kolanach i lewitującą przede mną robótką...
   Zastukałam kołatką.
   - Proszę - odezwał się drżący głos profesor McGonagall.
   Chcąc uciec z tego miejsca przynajmniej na odległość drogi stąd do Wieży Ravenclawu, nacisnęłam klamkę i otworzyłam drzwi.
   Cała komisja sądownicza już tam była. Minerwa McGonagall siedziała za biurkiem z surowym wyrazem twarzy, obok niej Filius Flitwick zachowywał całą powagę sytuacji, a po drugiej stronie stanowiska McGonagalli stał (nie znam imienia) Boorack, którego zacięta mina najbardziej mnie przeraziła. Jak mogli wezwać Booracka na te okropne przesłuchanie?! By uczynić je jeszcze okropniejszym?! Kiedyś byłam jego ulubienicą, ale straciłam ten przywilej w najgorszy sposób jaki był możliwy.
   - Siadaj, Glam. - McGonagall wskazała mi twarde krzesło przed swym biurkiem.
   Dominique jak zwykle miała rację: to JEST koszmar! I żeby go dopełnić moim zdaniem brakowało tu tylko dementorów, albo jakiegoś bogina tuż nad moją głową. Niepewnie usiadłam na krześle.
   - Zostałaś już tylko ty, panno Glam, tak? - staruszka McGonagalla jak zwykle ma sklerozę. Pokiwałam głową.
- No dobrze. Powiedz nam teraz, jakie składniki ubyły za waszą sprawą z prywatnych zapasów profesora Booracka. 
   Spojrzałam na nią zdziwiona. Uniosła brwi.
- No, mów, mów!
- No więc... parścina... - Za wszelką cenę nie patrz na Booracka! Ale już prawie czułam, jak powietrze drży od fali wściekłości, która zalewała krwią jego twarz, barwiąc ją jeszcze bardziej na czerwono. - Nektar z rzodkiewek słodkowodnych, włoski kocimiętki, listki mięty suszone w pierwszej kwadrze księżyca i... bezoar w proszku.
   Ufff. Zerknęłam na Booracka. Był pozornie spokojny, ale fioletowa żyła na jego skroni pulsowała okropnie. Szybko odwróciłam wzrok.
- Jak to się stało, że zdecydowałyście się na ich kradzież? Czy było to zaplanowane od dawna, czy też było to tylko spontaniczne, nieprzemyślane działanie?
- Oczywiście, że spontaniczne i nieprzemyślane! - wyparskał Boorack, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. - W końcu o mało co NIE WYSADZIŁY mojego gabinetu!
- Dziękuję, Boorack - skwitowała McGonagall zjadliwie. - Panno Glam...?
- No więc... eee... ta druga opcja...
   Boorack wydał z siebie tryumfalne "ha!". Minerwa nie zwróciła na to uwagi.
- Proszę wymienić wszystkich zaangażowanych w... tę akcję! - odezwał się piskliwie Flitwick, jak zwykle tak niespodziewanie, że aż drgnęłam na krześle.
   Znowu obejrzałam się na nich ze zdziwieniem. Przecież oni to wiedzą! Powiedziałam jednak:
- Moja siostra Caroline, oraz Dominique i Victoire Weasley.
- A Ted Lupin?
- Nie! - powiedziałam szybko, na nowo wystraszona tym, że na Teda ponownie miałyby paść jakieś podejrzenia.
   McGonagall coś zanotowała.
- Dobrze. Teraz opowiedz, w jakim celu ukradłyście te ingrediencje.
- Ach, to też wiadomo - nie wytrzymał Boorack. - Jest oczywistym, że Glam, która w pierwszych latach miała pozytywne wyniki z eliskirów, była pewna, że uda jej się uwarzyć jakiś zakazany eliskir z Listy Wzbronionych Eliksirów!
- Ależ kolego Boorack! - oburzył się Flitwick. - Proszę nie przerywać, jeżeli chce się pan czegokolwiek dowiedzieć! Panno Glam...?
- Może pani... powtórzyć pytanie? - wykrztusiłam, czując jak zasycha mi w ustach. McGonagall zmierzyła mnie wzrokiem znad okularów.
- W jakim celu ukradłyście ingrediencje.
   Milczałam. Boorack wzniósł oczy ku niebu.
- Tak jak myślałem...
- Kolego...
   McGonagall westchnęła.
- Otóż Glam. Sprawdziliśmy dokładnie w jakich wywarach stosuje się skradzione składniki i są to Amortencyjny Perfum, albo Lekarstwo Płynny Księżyc stosowane wobec jednorożców. Powiedz, który z nich przyrządziłyście.
- Żaden - wymamrotałam.
- Kłamie! - wykrzyknął natychmiast Boorack, a jego twarz z różowej stała się ceglasta jak Sok z Czerwonych Owoców wzbudzający agresję.
- Panie kolego, chyba nie chce pan zostać wyproszony? - zapiszczał Flitwick surowo. - Utrudnia pan przesłuchanie!
- Nie utrudniam przesłuchania panie profesorze Flitwick, tylko usiłuję ustalić fakty, których Glam prawdopodobnie nigdy nam nie wyjawi, tak samo jak jej siostra i siostry Weasley! A ja wciąż przypominam, że do kręgu podejrzanych powinno zaliczyć się także zdemoralizowanych uczniów piątej klasy Hufflepuffu, którzy planowali wysadzić moją pracownię w przeddzień tego porażającego wydarzenia!
- Dobrze wiem, kogo zaliczyć do grona podejrzanych - odparła chłodno McGonagalla. - A przecież sam dobrze znasz wyniki przeszukania dormitorium dziewcząt i chłopców piątej klasy Hufflepuffu, więc nie mam pojęcia, w czym tu się jeszcze utwierdzasz.
- Ale starsza siostra Glam...
- ...zdaje się być całkowicie nieszkodliwa dla otoczenia, jeśli o to ci chodzi - wpadła mu w słowo Minerwcia. - A więc, panno Glam, czy otrzymam odpowiedź na pytanie?
- Mówiłem, w tym przypadku skuteczne jest tylko Veritaserum - mruknął Boorack.
   Veritaserum? A co to takiego? Jakaś trucizna? Zdaje się, ze kiedyś natrafiłam na ten termin przy poszukiwaniu przepisu na lekarstwo dla Cristal, ale już nie pamiętałam, jakie właściwie było jego działanie.
- Boorack, zamilcz proszę, bo naprawdę cię wyproszę... - wyparskała McGonagall.
   O nie, niech Boorack dalej gada te swoje podejrzenia i kłóci się z McGonagallą! To była teraz moja jedyna szansa...
- Panno Glam, no proszę, śmiało! - zachęcił mnie profesor Flitwick.
   Zapadło milczenie. Boorack, McGonagall i Flitwick gapili się na mnie, a ja wciąż nie mogłam wykrztusić z siebie głosu. Co jakiś czas dawni dyrektorowie na portretach mlaskali, ziewali, pochrapywali i chrumkali, a ja wciąż się nie odzywałam i kiedy już byłam prawie pewna, że Boorack zaraz nie wytrzyma i wybuchnie jak rozwścieczona dynia, ciszę przerwała McGonagall:
   - Glam, czy zdajesz sobie sprawę z wagi konsekwencji?
- Właśnie, czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z WAGI KONSEKWENCJI?! - wrzasnął Boorack.
- Boorack!! - krzyknęła Mcgonagalla. - Na litość boską...
- No co...!
- Chyba się trochę zapominasz!
   Boorack zamilkł speszony, ale nadal zbuntowany. McGonagall zaczęła:
- Otóż Glam, jeśli chcesz wiedzieć, w jakim znajdujesz się położeniu, powiem ci. Tak więc Dominique Weasley twierdziła, że nie pamięta nazwy eliksiru, twoja młodsza siostra, że chciałyście stworzyć własną miksturę, a Victoire Weasley przekonywała, że nic nie ukradłyście, tylko te składniki uległy zniszczeniu. Żądam sensownej odpowiedzi: Co zrobiłyście z ingrediencjami?
   To był genialny pomysł!
   Przecież wcale nie musiałyśmy kraść tych składników - mogły ulec zniszczeniu, kiedy Dominique zwaliła na spiżarnię słoje z karaluchami! Odezwałam się więc:
- Przepraszam, ale skąd wiadomo, że te składniki właśnie nie uległy zniszczeniu?
   Boorack wyglądał teraz jak prawdziwy burak.
- Bezczelność...! - wykrztusił. - Bezczelność i potwarz! Od kiedy ty i Weasley włamujecie się w środku nocy do mojego gabinetu tylko po to, aby go zrujnować?! Mówiłem, one były pod wpływem jakichś starszych uczniów, jestem tego pewien!
- Boorack, czy ty naprawdę na każdym przesłuchaniu musisz się wydzierać...? - poirytowała się profesor McGonagall.
   Boorack wytarł usta ze śliny i zacisnął wargi. Flitwick wyjął chusteczkę z kieszonki szaty i otarł nią strużkę potu spływającą mu po twarzy, McGonagall potarła się w znużeniu po czole. Cała trójka wyglądała na tak zmęczoną, jakby przed chwilą musiała przebiec parę dobrych mil w ucieczce przed wściekłym tłuczkiem. Czemu nie dadzą sobie spokoju z tym śledztwem...?
   I wtedy mnie olśniło.
   Widać było, że McGonagall i Flitwick mają tego wszystkiego już po dziurki w nosie i wszystko wskazywało na to, że to Boorack nie chce odpuścić...!
   Tylko... dlaczego?
   Minerwa podniosła wzrok.
- Wiesz, dlaczego tu jesteś Glam? - spytała.
   Nie za bardzo wiedziałam, co na to odpowiedzieć. Dyrektorka ciągnęła dalej:
- Nie zastanawia cię, dlaczego najpierw was ukarałam, a dopiero teraz wypytuję o to wszystko? A więc wiedz, że od razu po tym incydencie zawiesiłabym was w prawach ucznia, ale póki nie miałam dowodów... - Widząc, że nadal nie rozumiem o co chodzi, wytłumaczyła:
- Otóż istnieje podejrzenie, że uwarzyłyście Amortencyjny Perfum.
   Wypowiedziała to takim tonem, jakby to była nie wiadomo jaka zbrodnia. Czy naprawdę ten Amortencyjny Perfum był taki zły? W końcu to tylko środek, którym głupie dziewczyny chcą podrywać chłopaków, więc nie rozumiem, czym McGonagalla tak się niepokoi.
   - Przepraszam - odezwałam się cicho - ale co w nim jest takiego, że...
   Boorack prychnął.
- Och, nie udawaj Glam - rzekł ze zniecierpliwieniem. - Ten środek nie służy wyłącznie niedojrzałym uczennicom do wodzenia chłopców za nosy, chociaż oczywiście też! Ale wy uczniowie, nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jaki on może być niebezpieczny! Ponieważ jest w nim zawarta domieszka AMORTENCJI, a Napój Miłosny potrafi być bardziej trujący niż Wywar Żywej Śmierci! I nie chodzi o to, że służy waszym śmiesznym zalotom, ale o to, że może jakiś zdemoralizowany uczeń zejdzie sobie do lochów i zacznie wdychać jego woń... To już w zasadzie gwarantuje uzależnienie, doprowadzające do stałego upojenia umysłu i niespełnionej obsesji. A raczej nie chcielibyśmy mieć fabryki  środków odurzających i narkotyków w lochach!!
   Nie wierzę.
   NARKOTYKI?!
   Tu, w Najlepszej Szkole Magii i Czarodziejstwa?!
   Ale zaraz przypomniałam sobie słowa Sandry: Już go raz wypróbowałam w drugiej klasie, odstrzeliła mi go taka jedna z Gryffindoru... to jest tak piekielnie drogie, jeszcze nie uzbierałam... on dla każdego ma inny zapach... trochę taki odurzający...
   Profesor McGonagall wyrwała mnie z zamyślenia.
- Oczywiście przeszukaliśmy nawet nieużywane lochy, jednak niczego nie znaleziono. Rozumiesz teraz Glam, czemu najpierw was ukarano. Trzeba było to zrobić za samo zrujnowanie gabinetu, a póki nie mogliśmy skonfiskować wywaru, nic więcej nie mieliśmy prawa zrobić. Dlatego teraz tu jesteś.
   Po prostu nie mogłam w to uwierzyć.
   Podejrzewają mnie i Victoire o ćpanie?!
   Ale w końcu tak samo nie uwierzyliby w to, że zrujnowałyśmy gabinet Booracka, gdyby powiedział im to ktoś inny.
   - A podejrzewa pani kogoś jeszcze? - wykrztusiłam.
   Minerwa zmarszczyła brwi.
- A czemu ma służyć to pytanie?
   Znowu zamilkłam. Ej, ale przecież nie wszystkie składniki zgadzały się z Amortencyjnym Perfumem!
   - Ale przecież pan profesor Boorack - zaczęłam wolno, ostrożnie dobierając słowa, jakby każda wypowiedziana głoska decydowała o moim życiu - oskarżył nas o skradzenie nie tylko składników tego eliksiru...
- Och, Glam - żachnął się Boorack. - Przecież część ingrediencji rzeczywiście mogła ulec zniszczeniu, ważne, że akurat te składniki zaginęły! A zresztą, jedyny inny wywar jaki mogłyście z tego stworzyć, to skomplikowane Lekarstwo Płynny Księżyc dla jednorożców, które do niczego by się wam nie przydało, bo chociażbyście nawet wlazły wbrew prawu do Zakazanego Lasu, to jednorożce żyją głęboko za Puszczą Centaurów, więc żadnego byście nawet nie spotkały!
   A to wredny Boorack!
   "Część ingrediencji rzeczywiście mogła ulec zniszczeniu"... To jakim prawem zwalał nam na barki ich zdobycie?! Bo je "zniszczyłyśmy"?
   - No dobrze - westchnęła profesor McGonagall, szumiąc papierami na swoim biurku. - To tyle na dzisiaj. Porozmawiam jeszcze z wami w pierwszą niedzielę po Świętach Wielkanocnych... I tym razem naprawdę radzę wam się przyznać.
   Wstałam z krzesła i wyszłam z gabinetu, gdzie czekały już na mnie wszystkie trzy: Victoire, Fiffie i Dominique. Czy byłam zielona na twarzy? Pewnie tak.
   Wiedziałam tylko jedno.
   Muszę porozmawiać z Brendą i Sandrą.
 
 
___________________________________________
 
 
 
 
 
Udało mi się w końcu dorwać do laptopa i proszę bardzo, jest kolejny rozdział!
Właściwie chyba teraz będę dodawać rozdziały głównie na zasadzie wolnej chwili,
 a tych niestety nie wiem, jak regularnie będzie mi dane doznawać...
Co jeszcze...
Zostało mało rozdziałów do końca tej części.
A przynajmniej do końca tego, co zdążyłam napisać w wieku trzynastu lat.
Piszcie komentarze i oczywiście zostańcie razem z Teddy'm, Victoire i Pocky,
 rzecz jasna do samego końca!
A dedykację tego rozdziału składam na ręce Izi Bels ~
 
Nox/*
 
~ Tita
 
PS. Kolejny rozdział znowu będzie długi!