Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pani norris. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pani norris. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 września 2015

25. Filch, dyrektorka i Gwiazda Jednorożca

20. 03. 2013 r. ŚRODA

   No i oczywiście Flitwick ustalił, że mamy pomagać Filchowi wieczorem w środy, jakby nie wiedział, że ja i Vicky mamy wtedy w nocy astronomię i w czwartek i tak nigdy się nie wysypiamy na poranne dwie godziny w lochach na eliksirach z Boorackiem i puchonami! Świetnie. O godzinie dwudziestej pierwszej ja i Victoire weszłyśmy do dormitorium, w którym jak zwykle Julia czytała, Lisa siedziała, a Brenda świrowała, wzięłyśmy swoje różdżki (chociaż Filch zakazał nam ich brać, sądząc, że nasza praca na rzecz domu jest dodatkową karą, ale co on sobie wyobraża!), a potem zeszłyśmy do sali wejściowej, gdzie były już Fiffie i Dominique, oraz rozwścieczony Filch dzierżący szmatę w ręku i odziany w swój nieśmiertelny fartuch, który (jak przysięgał Prawie Bezgłowy Nick) był niegdyś biały, ale teraz nawet nie było widać, by był kiedyś brązowy. W każdym razie, pomijając dalsze opisy wizerunku Filcha, podłoga w sali wejściowej jeszcze nigdy nie wydała mi się tak zabłocona i syfna.
   - Co to za spóźnienie?! - wrzasnął Filch, gdy tylko nas zobaczył na szczycie schodów. Jeszcze czego, uważa, że jak za jego sprawą zarabiamy punkty, to już może nami rządzić! Nie zniosę tego.
- Pani Norris nas zatrzymała! - wymamrotałam pod nosem.
- Tylko mi tu nie łżyj smarkulo, Pani Norris cały czas była tutaj! - Wręczył mi kubeł z wodą, a Victoire mopa. - A teraz do roboty, wy małe rozpuszczone bachory! Pewnie w życiu żeście mopa nie widziały, co? - zarechotał, ale po chwili jego ochrypły śmiech przerodził się w kaszel, co wyraźnie popsuło mu humor. - No, co się gapicie?! Jazda myć podłogę!
   Victoire zamoczyła mopa w kuble i zaczęła jeździć nim po posadzce. Filch już miał się od nas odwrócić, kiedy potknął się o wiekową Panią Norris i wpadł prosto na Fiffie, która szybko się odsunęła z taką miną, jakby zamiast Filcha, spadł na nią wór pełen hipogryfiego łajna. Filch zachwiał się i z trudem złapał równowagę.
   - No i co robisz, niezdaro?!
- No i dlaczego pan tak się wydziera? - uprzejmie zdziwiła się Di. - To Pani Norris zawiniła!
- Uch, zaczyna się... - zaczął mruczeć pod nosem wiązankę wyzwisk i przekleństw. - Małe, pyskate szczeniaki...
   I odszedł w kąt przy wielkich, dębowych drzwiach, po czym zaczął je myć, przynamniej tam gdzie dosięgał.
   Domie odetchnęła.
   - Wreszcie sobie poszedł... stary dziadyga... Czasami się nawet zastanawiam, czy nie jest gorszy od Booracka!
- To chyba musiał dać ci w kość... - stwierdziła Fiffie, jeżdżąc szmatą po mokrych śladach od mopa Victy.
- Teraz się dowiecie jaki był mój szlaban... I to codziennie!
- Nie gadać! - usłyszałyśmy z drugiego końca sali wejściowej głos Filcha. - Chyba przyszłyście tu by pracować!
- No to przecież pracujemy! - wkurzyła się Dominique.
- Chyba mieląc ozorem! - wdał się w kłótnię Filch.
- To pan ciągle mieli ozorem! - wykrzyknęła Di z oburzeniem.
- Lepiej zamknij jadaczkę Weasley, bo w mojej kartotece mam tyle wypisane na twoją rodzinę, że można by tym wykleić całą tę salę, ot co! - I splunął na posadzkę, a Victoire natychmiast przejechała tam mopem.
- No i dlaczego pan pluje, teraz moja siostra musi to sprzątać! - darła się Di, chociaż po ślinie Filcha nie zostało już śladu.
   I wtedy usłyszeliśmy coś, co zwykle stanowi najgorsze dopełnienie sytuacji takich jak ta - czyli dobiegającą do nas z korytarza i odbijającą się echem po całym Zamku sławetną pieśń Iryta:

Gdy gdzieś jest raban, to o każdej porze
Wezwij Irytka, będzie jeszcze gorzej!
 
- No i co zrobiłaś?! - wywrzeszczał Filch. - Zwabiłaś tu Irytka, ty mała dowcipnisiu, hę, zadowolona jesteś, co?
- Nie, nie jestem zadowolona! - wściekła się Di. - Bo przy panu nie da się być zadowolonym!
   Ale w tym momencie nadleciał Iryt i zawisnął tuż nad głową Domie.
- O, to ta mała wila! Zaraz, jak to szło...? A! Ma oczy niebieskie jak wątroba drozda...
- Och, zamknij się - warknęła Di.
- ...jej włosy srebrne jak staruchyyyyy... Byłabyś dla mnie jak dla kotleta sos, albo...
- Irycie, ostrzegam cię...!
- ...jak sierp dla Kos... - ale nie skończył, bo w tej chwili Dominique cisnęła mu mokrą szmatą prosto w twarz.
- Ej, masz pracować! - zdenerwował się Filch, który zasłuchany, był już gotów nawet chwalić Irytka, dopóki Domie nie przerwała jego śpiewu... albo raczej dopóki Irytek nie zrzucił z siebie szmaty prosto na jego łeb.
- Mon Dieu, co tu się dzieje... - Victoire oparła się o mopa i złapała się za głowę.
   A tymczasem Iryt kłócił się z Filchem.
- Tere-fere-kuku! - Poltergeist latał dookoła jego głowy i robił głupie miny, o ile można o nim powiedzieć, że kiedykolwiek nie miał głupiego wyrazu twarzy. - Co, użeramy się z dzieciaczkami? Targamy za uszka? Ciągniemy za nosek? Hihihi? Nie jesteśmy na to za starzy, co?
   Zaraz usłyszałyśmy niecenzuralną odpowiedź Filcha. Szybko odebrałam Vi mopa i poszłam z nią i naszymi siostrami w odległy kąt sali wejściowej, byle dalej od Filcha, Irytka i prychającej wściekle Pani Norris.
   - I tak co tydzień? - wyjęczała Fiffie. - Przez GODZINĘ?!
- I widzisz, co w poprzednim semestrze musiałam przeżywać codziennie...
- Domie, przecież ty sama prowokujesz kłótnię - powiedziała Vicky, z opanowaniem maczając szmatę w kuble.
- Co?! No wiesz co Vicky, nie załamuj mnie, może będziesz jeszcze bronić Filcha...!
- Nie, nie będę - odparła Vi spokojnie. - Ale zauważ, że jest stary, przygłuchy, może troszkę przygłupi... - znowu śmiesznie wybałuszyła oczy.
- Może? - powtórzyła Di z niedowierzaniem. - T r o s z k ę ?
- No dobrze, może b a r d z o...
- Ale nie gadajmy o Filchu! - jęknęłam. - Wybierzmy może temat, który bardziej umili nam tę harówkę...
- Na przykład: Jak wam minął dzień? - wymyśliła Victoire.
   Dominique i Fiffie wymieniły udręczone spojrzenia.
- I ten temat ma nam niby umilić pracę? - zamarudziła Fiffie.
- W takim razie - Victoire nachyliła się w moją stronę - co dokładnie powiedział ci wczoraj Klarensjo?
   Z chęcią podjęłam temat.
- Powiedział, że w tej części puszczy gdzie jest Kryjówka nie żyją centaury, więc właściwie jakby dał mi do zrozumienia, że obserwował nas przez cały ten czas od złożenia mu przysięgi...
- No po prostu charmante - mruknęła Di. - Nie dość, że śledzą nas skrzaty domowe, to jeszcze obserwuje nas jakiś centaur!
- ...powiedział, że w okolicach Kryjówki żyją jakieś inne stwory.
   Dominique, Victoire i Fiffie wlepiły we mnie spojrzenia błękitnych, ciemnoniebieskich i zielono-orzechowych oczu.
- A powiedział ci coś o tych innych stworach? - spytała Fiffie w końcu.
- Nie, powiedział tylko, że "złe stworzę zamieszkało w puszczy", że "Gwiazda Jednorożca płonie ostrzeżeniem" i że mamy się wynosić z tego miejsca.
   Wszystkie trzy wytrzeszczyły na mnie gałki oczne.
- Czyli... po prostu dał nam do zrozumienia, że jeśli tego nie zrobimy, to nas i Cristal zeżre złowrogi zwierzak? - podsumowała Di.
- Coś w tym stylu.
- To co robimy? - wyszeptała Fiffie.
- Co robimy? - odparła Dominique. - Nic nie robimy! Niech Klarensjo sobie gada co chce! Najpierw nas wplątuje w to wszystko, a teraz nagle każe nam przestać...
- Powiedział, byśmy tego nie lekceważyły... - mruknęłam.
- Powiedział tak, bo zawsze tak gada! - żachnęła się Domie, potrząsając swoją złotą grzywką w uniesieniu. - "Nieunikniona ingerencja rasy ludzkiej", "nieubłagane są wyroki niebios" i tak dalej! A teraz co, mamy porzucać Cristal tylko dlatego, że jedna gwiazdka mu zamrugała jaśniej niż zwykle?
- Słuchaj Domie, musimy coś zrobić! - przerwała jej Victoire, a Dominique zamilkła z twarzą okraszoną buntowniczą miną. - W końcu Klarensjo mieszka w puszczy, więc jeśli mówi, że wprowadziło się do niej złe stworzę, to to musi być prawda!
   Ale w tym momencie woda chlusnęła prosto na Fiffie i Vicky. Nawet nie zauważyłyśmy, jak Irytek przestał kłócić z Filchem i zwinął nam kubeł wody! A teraz po Fiffie i Vi spływały brudne mydliny.
   U szczytu schodów pojawiła się malutka postać profesora Flitwicka.
- Co tu się dzieje? - zapiszczał na widok wściekłego Filcha, rozdrażnionej Pani Norris, zalanej podłogi, oszołomionej mnie, zaszokowanej Di, przemoczonych Fiffie i Vi, a nad nimi zaśmiewającego się Iryta. - Panie Filch, miał pan wszystko doprowadzić do porządku, a wy, panny Glam i Weasley, jesteście wezwane do dyrektorki!
- To-nie-my - wybełkotała odruchowo Fiffie.
- Nieczyste sumienie, co? - Filch zarechotał, ale zaraz przestał pod surowym spojrzeniem Flitwicka, który po chwili machnął różdżką, a kubeł sam wyrwał się z łap Iryta i woda zaczęła się do niego z powrotem zbierać.
- Przed spotkaniem z dyrektorką lepiej się przebierzcie w pralni. A potem raz dwa do jej gabinetu! - I podał nam hasło.
   - Ale czego oni od nas znowu chcą? - spytała Fiffie, gdy byłyśmy już w pralni. Victoire i Fiffie stały pod wielką suszarą. Victa wyżymała sobie włosy.
- Nie wiem - powiedziała. - Może McGonagall postanowiła poszerzyć swoje śledztwo?
- Focham się na nią! - wywrzeszczała Di, w przypływie bojowego nastroju. - Kazała skrzatom przeszukiwać nasze rzeczy! I to ma być fair?
- Może zaraz się wszystkiego dowiemy... - odparłam.
   Wyszłyśmy na korytarz i skierowałyśmy swoje kroki do gabinetu profesor McGonagall. W tym czasie Dominique ani na moment nie zamknęła jadaczki.
   - No i gdzie te punkty za tą męczarnię z Filchem? - narzekała, maszerując na przedzie i zmuszając nas tym samym do dotrzymywania jej tempa potulnym truchcikiem. - Co za, nikt tu nie docenia naszej pracy, a o Booracka to wszyscy się czepiają! I czemu ten gargulec nie otwiera?!
- Eeee... Di... - zaczęła Fiffie. - Musimy powiedzieć hasło.
- A...! No tak.
I powiedziała hasło, a chimera odskoczyła w bok i przepuściła nas na schody.
   W gabinecie dyrektorki Flitwick i McGonagalla już na nas czekali.
   - No, proszę do przodu! - zachęcił nas Flitwick, a my podeszłyśmy do biurka pani dyrektor.
- Tak więc, Weasley, Weasley, Glam i Glam. - Ze znużeniem podrapała się po czole. - Po tym, co wam powiedział profesor Flitwick, nie ma sensu już dłużej tego ukrywać... No więc już od paru miesięcy prowadzimy śledztwo w sprawie zrabowania gabinetu pana profesora Booracka...
- Przepraszam - odezwała się cicho Di. - Ile osób jest zaangażowane w to śledztwo?
- Zaraz do tego dojdę - ucięła McGonagalla. - No więc ja i opiekun waszego domu zleciliśmy kilku skrzatom domowym przeszukanie waszych sypialni w Wieży Ravenclawu w parę dni tuż po włamaniu...
- A dlaczego nie zostałyśmy o tym poinformowane? - dociekała Dominique.
- To chyba oczywiste! - Profesor Flitwick zapiszczał tak niespodziewanie, że aż podskoczyłam. - Żebyście nie schowały dowodów!
- Dziękuję, Filiusie. - McGonagall uniosła dłoń w majestatycznym geście uciszania. - No więc wracając do rzeczy... Skrzaty domowe nie odnalazły niczego w waszych dormitoriach, zaczęliśmy więc podejrzewać iż ktoś ze starszych uczniów zlecił wam...
- Więc to dlatego Boorack podejrzewał puchonów? - wyrwała się znowu z pytaniem Di.
   McGonagall spojrzała na nią ciężkim wzrokiem.
- Profesor Boorack - poprawiła ją. - I nie przerywaj mi Weasley, jeżeli chcesz się czegokolwiek dowiedzieć. - Dominique zacisnęła usta, jakby powstrzymując potok kolejnych pytań. - Otóż po przesłuchaniu piątoklasistów z Hufflepuffu, przekonałam profesora Booracka o ich niewinności, mimo iż słyszano, jak rozprawiali o wysadzeniu gabinetu profesora w ramach żartu, w przeddzień tego wydarzenia... - Naprawdę Paczka Puchonów miała aż takiego pecha, żeby akurat tuż przed napadem "planować" wybuch w gabinecie Booracka? Z trudem powstrzymałam się, aby nie parsknąć śmiechem. - Poza tym jednym nic nie wskazywało jednak na to, by byli powiązani z całą sprawą... Można powiedzieć, że wybrali sobie po prostu najmniej odpowiedni moment na takie żarty i był to czysty zbieg okoliczności! - pani dyrektor ściągnęła brwi i spojrzała na nas surowo. - Przepytałam również Petera Caldwella z Gryffindoru, aby przekonać się na ile Ted Lupin jest powiązany z całą sprawą. Wywiedziałam się dokładnie jakie ubytki i zniszczenia zaszły w gabinecie profesora Booracka i czy można wyciągnąć z nich jakieś wnioski. Zapytałam także panny Ackerley, Pussycat i McDuck oraz Stone, New i Phellps, czy nie zaobserwowały czegoś dziwnego i cała szóstka stwierdziła, że nie. Zrobiłam więc wszystko co w mojej mocy, ale nic nie wskazuje na to, byście warzyły jakiś zakazany eliksir, dostarczały składniki któremuś uczniowi, czy cokolwiek byście z nimi zrobiły. Czy teraz łaskawie mi wyjawicie, o co chodzi?
   Portret jakiegoś dyrektora głośno zachrapał. Wciąż uparcie milczałyśmy, tak jakby ktoś poucinał nam języki. Minerwa westchnęła, po czym dodała o wiele ostrzejszym tonem:
- Czy wy zdajecie sobie w ogóle sprawę z tego, jak tajemnicza jest ta sprawa? Cztery siostry, które kradną nauczycielowi ingrediencje tylko po to, aby nic z nimi nie zrobić?
- Bo nic nie zrobiłyśmy - wykrztusiła nagle Fiffie.
   Teraz wszyscy: McGonagall, Flitwick, Victoire, ja i Dominique, utkwiliśmy w niej oczy i nawet profesor Dumbledore przestał udawać, że śpi w swoich ramach i spojrzał na Fiffie przenikliwie, a mi przez sekundę zdawało się, że w jego oczach zabłysło ostrzeżenie.
   Fiffie chyba sama niedokładnie wiedziała, co chce zrobić, aczkolwiek skoro zaczęła mówić, może jakieś natchnienie pozwoliłoby jej uratować nas z tej sytuacji. Szybko przydepnęłam stopę Domie, by swoim zdziwionym wytrzeszczaniem gał nie zdradzała, że nie wie o co chodzi.
   Flitwick odchrząknął.
- No, dalej panno Glam! Wszyscy jesteśmy bardzo ciekawi.
- Bo... bo... - jąkała się Fiffie. - My naprawdę tego nie zrobiłyśmy! To znaczy... My chciałyśmy... uwarzyć taki eliksir... ale się wystraszyłyśmy po tej całej aferze i...
-...już go nie zrobiłyśmy - dokończyła szybko Dominique.
- Doprawdy? - McGonagall uniosła brwi. - A jaki to eliksir chciałyście uwarzyć?
   Domie i Fiffie zamilkły. Teraz wyglądały tak, jakby przedawkowały róż do policzków Nanny. Brwi McGonagall unosiły się coraz wyżej.
- No dobrze - spojrzała na zegarek. - Już późno... Młodsze Glam i Weasley chcę widzieć u siebie w gabinecie w sobotę o piętnastej i wpół do szesnastej... A was - zwróciła się do mnie i do Vi - w niedzielę w tych samych godzinach. Wtedy będę miała czas, aby przesłuchać was osobno. A teraz jesteście wolne.
   Skinęłyśmy głowami i po kolei zaczęłyśmy wychodzić z jej Gabineciego Królestwa. Po chwili dogonił nas profesor Flitwick.
- Och, zaczekajcie, zapomniałem wam przydzielić punkty za waszą pracę społeczną...! - Odwróciłyśmy się w jego stronę wyczekująco. - No więc Ravenclaw otrzymuje pięć punktów...
- Tylko? - rozczarowała się Di i z powrotem zwiesiła złotą głowę.
-...dla każdej z was - dokończył Flitwick. - A teraz wracajcie do pokoju wspólnego, migiem!
   W pokoju wspólnym nikogo nie było, ze względu na późną porę. Byłoby w nim całkiem ciemno, gdyby nie płomienie trzaskające w kominku i właśnie na fotele przed nim opadłyśmy.
- To co robimy? - pierwsza odezwałam się ja.
- Nie mam pojęcia - westchnęła Vicky. - Chyba musimy coś wymyślić...
- Tylko że się nie da...! - Cała postać Dominique, od złotej grzywki, do stóp zwieszonych smętnie z fotela, wyrażała bezdenną rozpacz i rezygnację. - Fiffie powiedziała, że chciałyśmy zrobić jakąś miksturę, ale przecież McGonagall wie jakie składniki ukradłyśmy! I jak zaczniemy wciskać jej kit, że chciałyśmy zrobić eliksir na ból głowy, to od razu się skapnie, że to chała, bo składniki się nie zgadzają!
- To będziemy musiały znaleźć jakiś drugi eliksir, w którym się wykorzystuje te same składniki? - niedowierzała Fiffie.
- Właśnie, przecież Boorack uczy eliksirów, więc czemu po składnikach nie poznał, że robimy lekarstwo dla jednorożca? - dodałam.
   Zapadła grobowa cisza, aż w końcu przerwała ją Dominique, z wyrazem twarzy, w którym totalna beznadzieja ustępowała nagle miejsca złośliwej satysfakcji.
- Wiesz, Pocky... Może on nie jest wcale takim mistrzem, za jakiego się podaje.
- Pozostaje jeszcze sprawa Cristal - podjęła Vika. - Co z nią? Przenosimy ją w inne miejsce?
- Wiesz co... - Domie opadła na niebieskie poduszki, jakby uszło z niej całkowicie powietrze. - Może po prostu rzucimy dodatkowe zaklęcia ochronne na Kryjówkę? No bo jak na razie nawet nie wiemy co to za zwierzak, to lepiej nie szwendać się z Cristal po lesie...
- Racja - przyznałam. - Trzeba odkryć co to za zwierzak... Ale najpierw przygotujmy się do tych przesłuchań!
   Wszystkie się wzdrygnęły. A potem rozeszłyśmy się do swoich sypialni.
   W dormitorium Julia nadal czytała, Brenda pufkowała, a Lisa spała rozłożona na swoim łóżku w ubraniach. Opadłam na swoje posłanie, trochę jak kamień zatapiający się w wodzie od razu pogrążając się w myślach i nawet nie słysząc jak Brenda wita Victę swoim zwykłym trajkotaniem.
   Dlaczego do obrzydliwej melasy Hagrida Peter nie powiedział nam o tym, że McGonagalla go przesłuchiwała?! I dlaczego Paczka Puchonów nas nie poinformowała, że dyra ich przepytywała przed uniewinnieniem? Może nam to wywrzeszczeli podczas licznych zasadzek na korytarzach, ale byłyśmy tak zajęte uciekaniem, że nie zwróciłyśmy na to uwagi? Nagle w moje rozmyślania wdarł się głos Brendy:
   - A tak w zasadzie Vicky, gdzie ty byłaś?!
- W bibliotece - skłamała szybko Vi.
   Julia oderwała na chwilę wzrok od książki, o ile w ogóle mi się to nie przewidziało.
- Przecież biblioteka jest już dawno zamknięta... - Zmrużyła oczy, patrząc na nas uważnie.
- Siedziałyśmy jeszcze w pokoju wspólnym - odparła Victa chłodno. - Naprawdę musicie być takie podejrzliwe?
   Julia tylko wzruszyła ramionami i wróciła do czytania, natomiast Brenda poczerwieniała jak dorodny pomidor.
- Nie no, coś ty, przecież to Julia cię podejrzewa! Ja nic nie mówiłam, słowem się nie odezwałam, ust nawet nie otworzyłam...!
- Brenda, przecież wiem - ucięła Victoire, biorąc swoją ropuchę Kiriakę, po czym usiadła z nią na swym łóżku i poczęła karmić suszonymi muchami. To podziałało na Brendę o tyle, że odsunęła się od Vi błyskawicznie, ledwo co kryjąc obrzydzenie i powróciła pośpiesznie do hałaśliwej zabawy ze swoim pufkiem.
    Potem obudziłyśmy Lisę i udałyśmy się na Wieżę Astronomiczną na astronomię. Ponieważ wieczór był zimny, a na wysokości panował dodatkowo dojmujący chłód spowodowany ostrymi podmuchami wiatru, poprawiłyśmy ciaśniej granatowo-brązowe szaliki na szyjach, po czym wyjęłyśmy swoje teleskopy, pióra i pergaminy. Niebo było czarne jak dno głębokiej studni, poplamione jedynie szarymi strzępami chmur, które przesuwały się po nim leniwie, to odsłaniając, to zasłaniając niektóre gwiazdy, trzeba więc było się śpieszyć z ich zaznaczeniem na mapie.
   Oczywiście profesor Sinistra jak zwykle pierwsza dostrzegła jakąś gwiezdną kombinację i oświadczyła, że kto pierwszy prawidłowo ją rozpozna i nakreśli na mapie względem księżyca, dostanie Wybitnego. Szybko zajrzałam do teleskopu, bo przydałby mi się Wybitny w tym tygodniu, a już zwłaszcza z astronomii, ale przez okular zobaczyłam jedynie jakieś niezidentyfikowane świecące kropki. A po chwili i tak Julia dokładnie wskazała tę konstelację na niebie i na mapie, podała jej nazwę z całą jej etymologią i zgarnęła za to Wybitnego.
   Profesor Sinistra dalej przechadzała się po Wieży Astronomicznej i wymieniała nazwy gwiazd i ciał niebieskich widocznych na niebie.
   - Nad tamtymi drzewami w Zakazanym Lesie jest wyraźnie widoczny gwiazdozbiór Trzech Sióstr Czarodziejek, a za tamtą chmurą na prawo od księżyca Gwiazda Psa...
   Szybko zaznaczyłam je na mapie, po czym znowu zajrzałam do teleskopu ale nic nie dostrzegłam poza ciemną chmurą. Obróciłam go więc nieco w prawo i ponownie do niego zerknęłam; teraz celował prosto w widoczną połówkę księżyca.
   - I to są w zasadzie wszystkie z ważniejszych gwiazd, które możemy dzisiaj dostrzec... Ach, teraz chmura odsłoniła jeszcze Gwiazdę Jednorożca!
   Co? Gdzie? Wszyscy obrócili teleskopy we wskazanym kierunku. Rzeczywiście, Gwiazda Jednorożca jaśniała tuż nad przesuwającą się chmurą, która raz po raz zasłaniała ją postrzępionym grzbietem, póki nie odpłynęła.
   - Świeci bardzo jasno tej nocy - stwierdziła Sinistra. - Ciekawe, co by na ten temat powiedziały centaury...
- A co to są centaury? - zapytała podekscytowana Brenda, która ani nie łaziła nielegalnie po lesie, ani nie trudziła się zbyt czytaniem książek. Wokół rozległo się kilka prychnięć, w tym najgłośniejsze w wykonaniu Julii i Quirke'a, co Brendę widać bardzo zraniło.
  A ja gapiłam się na Gwiazdę Jednorożca, zadzierając głowę wysoko do góry i dopiero po paru minutach przypominając sobie o teleskopie. 
___________________________________________


No to się zaczyna! Muhahahaha!
Dobrze, już się opanowuję, ponieważ mam ważną informację.
Wczoraj J.K. Rowling oficjalnie obwieściła przydzielenie Jamesa Syriusza Pottera do Gryffindoru, co całej szkoły specjalnie nie zaskoczyło, poza Teddy'm Lupinem z HUFFLEPUFFU, który jest tym bardzo zawiedziony...
Ale nie martwcie się. Mój Teddy jest w Gryffindorze i bardzo się z tego ucieszył!
Dzisiaj mało Teddy'ego, aczkolwiek pewne sprawy musiały zostać wyjaśnione bez jego udziału.
Ale lepiej nie łudźcie się, że wszystko już wiecie...
No dobrze, pozostaje mi już tylko życzyć Wam cudownych, podniosłych i tętniących emocjami pierwszych dni szkoły wypełnionymi przepisywaniem przedmiotowego systemu oceniania z pierdyliarda przedmiotów - i wstawić ten rozdział na osłodę Waszego i mojego marnego, mugolskiego losu...

Nox/*

~ Tita Pocky  




sobota, 30 maja 2015

14. Noc Duchów, kotów i nieznośnych ropuch

   31. 10. 2012 r. ŚRODA

   Korytarze były udekorowane strasznie.
   Z sufitów wszędzie zwieszały się lśniące, srebrne pajęcze sieci wielkości prześcieradeł, a z nich dyndały nam tuż nad głowami wielkie, owłosione, zaczarowane pająki. Pochodnie były zgaszone, przez co jedynymi źródłami światła pozostały świece ukryte pod przyłbicami zbroi, które skrzypiały przejmująco, gdy się koło nich przeszło. Ja i Victoire cichutko przemykałyśmy korytarzami. Nawet teraz, mimo że znałyśmy te dekoracje od pierwszej klasy, to i tak dreszczyki przebiegały nam po plecach i z mimowolną ulgą weszłyśmy do Wielkiej Sali.
   Ufff.
   Tylko że zaraz po wypowiedzianym "ufff", chmara nietoperzy wyleciała wprost na nas.
   Victoire krzyknęła cicho, a ja zamachałam dziko rękami, ale nietoperze wleciały już do Wielkiej Sali tuż pod zaczarowane sklepienie.
   - Ojojojoj! - usłyszałyśmy za sobą piskliwy głos Flitwicka. - Najmocniej przepraszam! - Po czym potruchtał przed nami, unosząc w górę różdżkę i wystrzeliwując z niej nowe nietoperze stadko, które śmignęło nad głowami uczniów.
   Spojrzałyśmy na sklepienie, ciemne i rozgwieżdżone jak niebo za oknami. Pod nim w powietrzu zawieszone były wydrążone dynie ze świecami w środku, wspomniane już nietoperze migały to tu to tam, pomarańczowe płonące serpentyny płynęły leniwie jak ogniste morskie węże a wraz z nimi oczywiście duchy Hogwartu.
   Ja i Vicky usiadłyśmy koło Fiffie i Dominique oraz Lisy, mając na przeciwko Julię, Quirke'a i Brendę.
- Ładny kapelusz? - wyparowała Brenda, gdy tylko zjawiłyśmy się w jej polu widzenia.
   Na jej głowie sterczała spiczasta, czarna tiara z postrzępionym rondem, z którego zwieszała się pojedyncza pajęcza nitka. Jednak na jej końcu nie dyndał zaczarowany pająk, ale pufek pigmejski Brendy, najwyraźniej przerażony swoim położeniem.
    Na nasze szczęście zanim zdążyłyśmy jej odpowiedzieć, spod stołu dobiegło nas ciche miauknięcie i zobaczyłyśmy, że Dominique trzyma na kolanach Mrukota.
- No co? - powiedziała Domie, widząc iż nasz wzrok został skierowany na jej małego futrzatego terrorystę. - To tylko żywa część dekoracji!
- Rzeczywiście, dodaje grozy temu wnętrzu - rzuciła Fiffie.
   Ale wypowiedziała to w złą godzinę, bo wtedy podszedł do nas ktoś, kto na pewno dodawał więcej grozy temu wnętrzu niż słodki kociaczek Dominique.
- Czecho wszystkim! - powitała nas Bacy Phellps swoim tradycyjnym powitaniem. - Zaczepistą mam czapajkę, no nie? - Wskazała na swoje nakrycie głowy, przy którym nawet absurdalny kapelut Brendy był w miarę normalny. Ponieważ, na czubku głowy Bacy chybotała ogromna wydrążona dynia, do której na dodatek doczepiona była wielka różowa kokarda, z którą Bacy nigdy się nie rozstawała.
   Na ten widok odruchowo parsknęłam śmiechem, ale szybko udałam, że to kaszel.
- Rzeczywiście... oryginalna - wyjąkała Vicky.
- Ba, że oryginalna! - zachrumkała z godnością Bacy, po czym odeszła, by pochwalić się swoją oryginalnością innym przy stole krukonów.
   - Ja nie mogę... - Fiffie wytrzeszczyła oczy na Victę z podziwem. - Ty nawet dla Bacy jesteś miła!
- Vika wcale nie jest miła, tylko po prostu bardziej wyrozumiała i tolerancyjna wobec totalnych idiotów - wyjaśniła Domie, zanim Victoire zdążyła odpowiedzieć coś bardziej stosownego.
    I w tym właśnie momencie, na złotych półmiskach przed nami pojawiła się uczta.
   Wszyscy rzucili się natychmiast (czyli zaraz po Bacy) na befsztyki, pieczone kurczęta, kiełbaski, bekony, steki, sałatki, ziemniaki, frytki, kotlety schabowe, kotlety jagnięce, puddingi, strudle, sosy, marchewki, ketchupy i co tam się jeszcze znalazło.
- Wygląda apetycznie - zawołał Gruby Mnich, duch rezydent Hufflepuffu, niby przypadkiem przelatując obok nas (bo zupełnie przypadkiem akurat na naszym kawałku stołu pojawiła się potrawka z jagnięciny).
- Spływaj do puchonów, grubasie - szepnęła Dominique, na co parsknęłam śmiechem.
- A ty nie możesz jeść, duchu? - zdziwiła się Brenda.
    Mnich wyglądał na wyraźnie urażonego.
- Od prawie pięciuset lat - westchnął. - Ale za życia i tak niewiele było mi dane z pokarmów tego świata...
- Dlaczegóż to? - spytała Fiffie uprzejmie.
- Mnisie śluby... Czystość, ubóstwo i tak dalej... Może użyję sobie choć trochę na przyjęciu duchów... Dziś sir Nicholas de Mimsy - Porpington obchodzi rocznicę swojej śmierci.
- Sir Nicholas de Plumpy... - powtórzyła Brenda ze zmarszczonym czołem.
- Prawie Bezgłowy Nick - wyjaśniła Julia ze zniecierpliwieniem.
    Gruby Mnich tylko westchnął, wciąż z utęsknieniem wpatrując się w potrawkę leżącą przed nami. Dominique zerknęła na mnie, po czym ostentacyjnie nałożyła sobie dosyć sporą porcję, na co duch głośno przełknął ślinę i jak najszybciej odleciał, by nie przysparzać sobie bardziej dotkliwych pokus.
- Wzięłaś ropuchę! - ofuknął Victę Quirke, błędnie odczytując nagłe odejście Grubego Mnicha. - Chcesz wszystkim odebrać apetyt?
- Skoro tak, to nie jedz - poradziłam mu obojętnym tonem. - Jeśli boisz się ropuch...
- Nie boję się! - obruszył się, ale po chwili krzyknął, gdy Kiriaka zeskoczyła z ramienia Vicky i przeskoczyła przez stół tuż koło jego talerza.
- Tchóóóóórz! - zanuciłyśmy ja i Victoire.
   Zanim jednak Quirke zdążył nam odparować, podleciał do nas kolejny duch. Szara Dama, rezydentka Ravenclawu, omiotła nas nieodgadnionym spojrzeniem, po czym odezwała się cichym, srebrzystym głosem:
- Wygląda...
-...apetycznie? - wpadła jej w słowo Brenda. - Czemu duchy gadają tylko o jedzeniu?
   Szara Dama zrobiła urażoną minę i odleciała na sam koniec stołu.
- Brenda... - powiedziała Victoire z wyrzutem. - Przecież wiesz, jaka Szara Dama jest wrażliwa...
- A zwłaszcza przy Krwawym Baronie! - rzuciła Brenda, po czym zaczęła mówić konspiracyjnym tonem: - Widziałam raz, jak Szara Dama przelatywała korytarzem, no nie, a ze ściany tuż przed nią wyleciał Krwawy Baron i wtedy ona od razu zwiała i wsiąknęła w sufit!
   Jeju, to już Brenda zajmuje się plotkami nawet o duchach!
- Tak w ogóle czy ktoś się kiedyś zastanawiał, dlaczego Krwawy Baron jest taki zakrwawiony?
- Przecież to Krwawy Baron - Lisa wzruszyła ramionami.
- Tak, ale zanim stał się Krwawy, to chyba musiał się zakrwawić, co nie? - wyjaśniła Brenda zjadliwym tonem.
- W żadnej książce historycznej o tym nie piszą - stwierdziła Julia, która z pewnością nie mogła się mylić w tej kwestii, jako że przeczytała wszystkie historyczne książki istniejące w świecie czarodziejów. - A tak poza tym. Wiecie co dzisiaj jest?
- No nie, w ogóle! - prychnęła Brenda, ogarniając gestem wszystkie dekoracje łącznie ze swoim głupim kapelutem. - Skąd mogło ci przyjść do głowy, że dzisiaj jest Noc Duchów...
- Wcale nie o to mi chodziło! - obraziła się Julia.
- To o co? O rocznicę śmierci Prawie Bezgłowego Nicka? - podsunęła Lisa.
- Och, doprawdy... - Julia zaczęła przecierać swoje okulary z bolesnym wyrazem twarzy. - Co wy robicie w Ravenclaw! - założyła szkła na nos, po czym oznajmiła: - Dzisiaj jest rocznica utraty mocy Sami-Wiecie-Kogo... No wiecie, kiedy Harry Potter był niemowlęciem.
   Quirke rzucił badawczym spojrzeniem w naszą stronę.
- Harry Potter to wasz wujek - powiedział odkrywczo, kierując te słowa do Vi i Di.
   Julia prychnęła.
- To chyba każdy wie!
   I w tym momencie dwie rzeczy wydarzyły się równocześnie: pajęcza nitka urwała się z tiary Brendy i jej pufek wylądował w jej bigosie, a do Wielkiej Sali wleciała chmara sów.
   Zdezorientowani uczniacy zaczęli obracać głowami wodząc wzrokiem po sklepieniu. Pod zaczarowanym sufitem lawirowały chyba wszystkie sowy jakie znajdowały się w Sowiarni; i te posiadające właścicieli, a także zwyczajne szkolne płomykówki. Sowy uczniaków podlatywały do swoich opiekunów, a niczyje płomykówki latały bez celu nad ich głowami. Teraz cała sala wypełniona była pohukiwaniami.
   Nagle zobaczyłam na sklepieniu szarą plamkę, aż w końcu moja sówka, obrośnięta nowymi piórkami, wylądowała na mojej głowie.
- Kłębopiórka! - zawołałam, zdejmując ją ze swoich włosów.
   Ale kiedy pierwsza sowa narobiła Julii na głowę, przestało być tak zabawnie. No dobra, sowy były bardzo efektowną żywą dekoracją, ale kto je tu wpuścił na stratowanie Wielkiej Sali?
   Zza uchylonych drzwi pomieszczenia swój brzydki łeb wychylił Poltergeist Irytek, po czym strzelił z malinowej gumy do żucia.
- IRYT! - wrzasnęła profesor McGonagall. - Nie wolno ci tu wchodzić!
- Ależ wasza dyrektorowatość, ja tylko zapewniam dzieciom atrakcje! - po czym zniknął za drzwiami.
   Mały głupek.
   Zrobiło się małe zamieszanie, kiedy nauczyciele powstawali i zaczęli odsyłać sowy do Sowiarni, wyraźnie zdenerwowani całą sytuacją, która uczniaków bawiła tak, że aż pokładali się na stołach ze śmiechu.
   Nadeszła pora deseru. Na stołach pojawiły się bloki lodów we wszystkich smakach, strucle jabłkowe, całe misy fasolek Bertiego Botta, ciastka owocowe polane syropem, bryły toffi, czekoladowe eklerki, pączki, biszkopty z kremem, owoce w czekoladzie, ryżowy budyń i miętówki. I o ile były to w miarę normalne słodycze, to obok nich pojawiły się też bardziej osobliwe dania, takie jak czekoladowe ciasto z zielonymi lukrowymi robakami w środku, które wypływały gdy odkroiło się kawałek, cukierki niespodzianki zawierające całe chmary malusieńkich nietoperzyków i danie specjalne: zupa dyniowa w miseczkach z wydrążonych dyń, które chichotały złowieszczo, gdy nabrało się łyżkę.
   Właśnie nałożyłam sobie kawał ciasta z lukrowymi gąsienicami, kiedy zobaczyłam coś, co jeszcze bardziej poprawiło mi nastrój: Głowa Bacy utknęła w jej wielkiej wydrążonej dyni z doczepioną kokardką.
   - Zaraz... Cię... Wyciągnę... - mówił jakiś chłopak z klasy Fiffie i Di, ciągnąc dynię, a Bacy wrzeszczała w niebogłosy. Obok nich, Jake Pattinson i Matthew Lion dusili się ze śmiechu.
   To było niezłe przedstawienie i chociaż ktoś ze starszych klas na pewno znał jakiś sposób na pozbycie się wielkiej dyni z głowy pierwszoroczniaczki - jakoś nikt nie kwapił się, by jej pomóc. Tylko jakiś drugoklasista poczuł się zobowiązany i próbował zaklęcia lewitacji, ale sprawiło to tylko tyle, że Bacy poleciała w górę, dalej uwięziona w dyni. Dopiero profesor Flitwick zakończył cały spektakl.
   Potem było już raczej spokojnie, dopóki siedzący dalej Seth nie wyjął z kieszeni swojego szczura. Ponieważ Mrukot, nie wiadomo jak to zobaczył, po czym już wyskoczył z ramion Dominique i poleciał, rozwalając prawie wszystko co było na stole.
- Zatrzymajcie tego za słodkiego kota!! - wrzasnęła Domie, a wszyscy zerwali się na równe nogi, natomiast Mrukot zgrabnie przeskoczył misę z owocami by wylądować w faskolkach wszystkich smaków.
   Jakiś szóstoklasista rzucił się na stół by go złapać i wpadł twarzą w biszkopty, ktoś inny strzelił w kota zaklęciem, na co Dominique wrzasnęła: "Chcesz go zabić, palancie?!". Inny człowieczek rzucił w niego fasolką, gdy kociak przewrócił jego dyniowy sok, a temu wszystkiemu towarzyszyło paniczne popiskiwanie przerażonego szczura, który śmigał między tymi wszystkimi talerzami, półmiskami i dzbanami, uciekając w popłochu.
   I już Flitwick ponownie wstawał od stołu aby nas uspokoić, kiedy ktoś zawołał "Petrificus Totalus!" a Mrukot znieruchomiał, po czym cały zesztywniały zwalił się w paterę z ciastkami, obryzgując najbliżej siedzących cytrynowym kremem.
   Teddy schował różdżkę, po czym chwycił sparaliżowanego kota za ogon i podał go Domie, która gapiła się na niego szeroko otwartymi oczami. Coś śmignęło po stratowanym stole i wylądowało w dłoni Setha; to spanikowany szczur wrócił do swojego właściciela. Gdy Ted uznał, że szczur jest już bezpieczny, odczarował Mrukota, który od razu prychnął gniewnie.
   - Świetnie! - zapiszczał Fliwtick, który dopiero co się pojawił. - Lupin, Gryffindor otrzymuje dziesięć punktów!
   No świetnie.
   Ucztę zakończyło widowisko wszystkich duchów Hogwartu. Powyskakiwały ze ścian i stołów, po czym utworzyły perłowo biały korowód. Prawie Bezgłowy Nick jak zwykle położył widownię sceną pozbawienia go głowy, a Gruby Mnich bardzo dobrze wygłosił mowę pogrzebową.
   I kiedy przedstawienie się skończyło znowu wybuchło zamieszanie, na szczęście już nie przez dom Ravenclawu. Tym razem to przy stole Slytherinu. Jakiś debil wypuścił mini-fajerwerka Filibustera, który przeleciał przez cały ich stół i trafił Gigi Bulstrode prosto w twarz.
   Gigi wybiegła z Wielkiej Sali zanosząc się płaczem, pani Pomfrey poleciała za nią, a McGonagall nawrzeszczała na tego debila - i mogliśmy już odejść.
   Wszyscy wracali do swoich dormitoriów w dosyć ożywionej atmosferze, więc dekoracje na korytarzach nie były już tak straszne i kiedy jeden z zaczarowanych pająków spadł Brendzie na głowę, wywołało to jedynie salwę śmiechu.
   I gdy tylko zamknęły się za nami drzwi od pokoju wspólnego, piskliwy głos zawołał:
- Proszę się zatrzymać!
   Ci, którzy już chcieli iść do dormitorium, cofnęli się. Dopiero teraz zauważyliśmy, że przy wejściu stoi profesor Flitwick, który szedł za nami cały czas!
   Przez piętnaście minut prawił nam kazanie! Mówił, że nasze zachowanie na uczcie było karygodne, że w życiu nie spodziewałby się tego od swoich krukońskich uczniów, że ostatni raz ktoś założył na głowę dynię albo ktoś wziął ze sobą zwierzęta do Wielkiej Sali - a potem stanowczo zabronił nam wychodzić z salonu krukonów, chociaż jeszcze nawet nie wybiła 21:00!
   Przez połowę jego przemówienia Victoire stukała mnie w ramię, więc nie mogąc już jej dłużej ignorować, zapytałam:
- Co?
- Kiriaka! - wypaliła. - Zostawiłam Kiriakę w Wielkiej Sali!
   No nie, powiedziała mi to akurat wtedy, kiedy Flitwick już zakazał nam wychodzić (a raczej wtedy zaczęła stukać w moje ramię).
- Odnalezienie ropuchy to chyba dostateczny powód by wyjść z pokoju wspólnego? - upewniłam się.
- Ch-chyba... - odparła bez przekonania. - Ale Flitwick już zawiadomił Filcha, że krukoni mają się stąd nie ruszać...
- Victoire! - Brenda podeszła do nas dzierżąc swojego pufka niczym granat. - Co za wstrętny mały dziad z tego Flitwicka! O mało co nie zabił mojego pufka tymi swoimi wrzaskami... - po czym pociągnęła ją do naszego dormitorium, zanim Vic zdążyła choćby przerwać jej wywód.
    Westchnęłam, po czym wyszłam z salonu krukonów.
    W opustoszałych korytarzach świece pod przyłbicami starych zbroi już dogasały, rzucając nikłą poświatę na rozwieszone wszędzie pajęczyny. Dreszcz przeszedł mi po plecach, kiedy jakiś zabłąkany nietoperz przeleciał pod sieciami tuż nad moją głową. Jak najszybciej zbiegłam ze schodów, przeskakując nad fałszywym stopniem, aż nagle coś mignęło mi przed oczami.
   Rozejrzałam się i aż mnie zmroziło. Ktoś wpuścił do tego korytarza płonący tłuczek, który teraz obijał się o ściany, sufit i zbroje. Nie ulegało wątpliwości, że ten kto go tu wpuścił, był małym człowieczkiem o brzydkiej twarzy i nazywał się Irytek.
   Świetnie. Byłam odgrodzona od Wielkiej Sali. Pozostawało mi teraz tylko albo cofnąć się na schody, z których tu przyszłam (a te powędrowały już w dół z szóstego na czwarte piętro, gdzie ślepy korytarz prowadził do Izby Pamięci), albo iść z powrotem na siódme piętro i stamtąd szukać innej drogi. Wspięłam się więc po stopniach, które na moje szczęście nie ruszyły się z miejsca i gdy byłam już na korytarzu Barnabasza Bzika, ze ściany tuż za mną wychynął sir Nicholas de Mimsy - Porpington.
   Poczułam się tak, jakby ktoś oblał mnie z kubła lodowatej wody. Prawie Bezgłowy Nick wyraźnie się zawstydził.
   - Wybacz młoda damo moje roztargnienie - wyrzekł nonszalancko. - Dzisiejszej nocy o północy odbywa się przyjęcie z okazji rocznicy mojej śmierci i...
- E-e... Wszystkiego najlepszego - wydukałam.
Nawet się nie spytał, co ja tu w ogóle robię!
- Ekhm, no tak, dziękuję... Właśnie leciałem, aby dowiedzieć się powodu spóźnienia Jęczącej Marty, także... Wybaczy pani - skłonił się nisko, a głowa niebezpiecznie mu zachybotała, po czym odleciał.
   Nietoperz, płonący tłuczek, duch, co jeszcze? Ale i tak cieszyłam się, że nie spotkałam Krwawego Barona.
   Wyszłam zza rogu i nagle stanęłam, ponieważ z naprzeciwka nadeszła Pani Norris - bardzo sędziwa kotka Filcha. Uczniowie unikają jej już od niepamiętnych czasów; kiedyś - bo zwiastowała rychłe nadejście woźnego, teraz - bo każdy boi się, że jak kotka zdechnie w jego obecności, to Filch go oskarży. I rzeczywiście trzęsła się ze starości tak, jakby zaraz miała paść u moich stóp trupem. Łypnęła na mnie żółtymi ślepiami, po czym pobiegła korytarzem z zadziwiającą jak na taki wiek prędkością.
  O nie, nie jest dobrze! Jeżeli Filch patroluje to piętro z powodu bliskiego sąsiedztwa z Wieżą Ravenclawu, to może przyleźć tu w każdej chwili... I co wtedy?
   I kiedy zaczęłam się już szybko wycofywać, ktoś nagle złapał mnie od tyłu i szybko wciągnął za gobelin.
   Po chwili na korytarzu rozległy się kroki i chrapowaty oddech Filcha.
- Wiem, że tutaj jesteś! Pokaż się!
   Wstrzymałam oddech. Zza gobelinu doszło prychnięcie Pani Norris.
- I tak cię znajdę! No, prowadź kochanieńka... - tymi słowami z pewnością zwrócił się do kotki. Powoli, człapiące kroki Filcha oddaliły się i wszędzie zaległa cisza.
- Co ty tu robisz? - odezwał się głos Simona.
- A ty co tu robisz? - odparłam.
   Simon puścił mnie i ze zdziwieniem odkryłam, że wolałabym, by tego nie robił. Właściwie wciąż jeszcze bałam się wychodzić zza gobelinu, mimo że byliśmy bardzo blisko pokoju wspólnego. Ale wciąż jeszcze pozostawało znalezisko ropuchy...
- Znalazłem ropuchę - powiedział.
- A ja szukam ropuchy - odpowiedziałam.
   Simon podał mi Kiriakę. Nie bardzo wiedziałam co powiedzieć; dziękować mu za ocalenie przed Filchem, czy za znalezienie zwierzątka Victoire? Jego brat Sean i moja siostra Nickie chodzili ze sobą, ale związek naszego rodzeństwa jakoś niespecjalnie nas do siebie zbliżał... Właściwie to mogę powiedzieć, że ja i Simon trzymamy się na spory dystans.
   I tak wróciliśmy do Wieży Ravenclawu w całkowitym milczeniu, bym tam mogła w końcu wyżyć się na Victoire za jej zapominalstwo, które przysporzyło mi tylu niebezpiecznych przygód.


__________________________________________________


Znowu filler.
Znowu nie było akcji.
Tak, wiem.
Wiem.
Wiem!
Ale nie bijcie! I tak dużo się działo!
Nieistotnych wydarzeń, ale zawsze coś!
Nudno nie było xd
A jak było, to piszcie w komentarzach.
Ale jak nie było, to... No. Komentujcie w każdym wypadku!
I wiem, że mało Teddy'ego, ale w przyszłym rozdziale będzie go dużo więcej xD

*Nox*

~ Tita Pocky

wtorek, 20 stycznia 2015

4. I wtedy to się stało.

   21. 09. 2012 r. PIĄTEK

   - Pocky! Obudź się!
- Ja nie śpię - wyszeptałam i otworzyłam oczy. Stały nad moim łóżkiem wszystkie trzy: Victoire, Fiffy i Dominique. Fiffy przestała potrząsać moim ramieniem. Uniosłam się na poduszkach.
- Która godzina?
- 1:22 - odpowiedziała prawie natychmiast Victoire. Jej wystraszoną, przejętą twarz oświetlało blade światło księżyca. - Jesteście pewne, że dobrze robimy? - wypaliła.
Dominique spojrzała na nią jak na wariatkę.
- Czy dobrze robimy?! Teraz się obudziłaś z jakimiś beznadziejnymi wątpliwościami...?
Fiffy szturchnęła ją lekko, żeby była ciszej. Spojrzałam na Victę, na ile pozwalał mi na to półmrok panujący w dormitorium. Byłam pewna, że te "beznadziejne wątpliwości" nękały ją przez całą noc aż do teraz.
- W takim razie chodźcie - zdecydowała wreszcie.
  Wstałam i razem wyszłyśmy do pokoju wspólnego Ravenclawu. W kominku żarzyły się jeszcze węgielki, słabo oświetlając marmurową twarz Roweny Ravenclaw. Stanęłyśmy pod posągiem.
- Ta niewidka Teddy'ego nie jest przypadkiem za mała na naszą czwórkę? - wyraziła swoje wątpliwości Dominique, a my spojrzałyśmy na pelerynę niewidkę trzymaną wciąż przez Viki. Ta spojrzała na Domie niepewnie.
- Możliwe... - powiedziała z ociąganiem. - Możliwe, że będzie nam widać czubki kapci...
Di automatycznie opuściła spojrzenie w dół na swoje futrzate bambosze-króliczki, które poruszały delikatnie wąsikami.
- I co teraz? - jęknęła. - Pani Norris jak nic nas zwietrzy, kiedy zobaczy paradujące po korytarzu króliczki... w towarzystwie trzech par innych kapciuchów.
- To tylko przypuszczenia... - Victoire widać próbowała ją uspokoić, ale jej siostra tylko spojrzała na nią ze złością.
- W takim razie zachowaj swoje przypuszczenia dla siebie! - syknęła. - Nie mam zamiaru martwić się już na samym wstępie.
- Może zamiast się kłócić, to byście sprawdziły... - Fiffy przejechała ręką po twarzy. - Chyba nie chcecie by przez wasze kłótnie Boorack sam tu przylazł aż z lochów... W końcu to my mamy mu złożyć wizytkę.
- Weź nie strasz - Dominique wzdrygnęła się.
   Skupiłyśmy się w grupkę czterech wystraszonych nocnych piżamowców i Victoire narzuciła na nas wszystkie pelerynę. Wstrzymałam oddech, gdy lekki materiał opadł mi na twarz. Spojrzałam w dół. Czubki kapci wystawały nam spod gładkiej tkaniny, a już szczególnie ciekawsko wychylały się spod niej bamboszki-króliczki.
- No i moje przypuszczenia się sprawdziły... - westchnęła Vika.
- Kto by się spodziewał, że takie grubasy z nas - odparła Fiffy. - Nie wspominając o tym, że mamy w składzie dwie wile...
Dominique prychnęła tylko.
- Może po prostu bardziej się pochylmy? - zaproponowała obrażonym tonem, zapewne dlatego iż jej bambosze okazały się być najłatwiejszym celem dla Pani Norris ze wszystkich naszych kapci.
- Oui... - zgodziła się natychmiast Victoire.
- Iść tak przez cały Zamek zgięte w pół jak na grzybobraniu...? - nie spodobało się Fiffy.
- No wiesz, dla twojej wygody możemy iść prosto, tylko króliczkom Dominique mogłoby się to nie spodobać - powiedziałam ironicznie. - A jak wyjdziesz spod peleryny to będzie ci w dodatku przewiewnie.
- Fiffy nigdzie nie wychodzi! - zaprotestowała Domie i najwyraźniej chciała mi przydepnąć kapcia, ale natrafiła na stopę Victoire.
- Auć!...
- Vika, nie pchaj się tak...
- Jak, jeśli nadepnęłaś mi na stopę?!
- Przepraszam...
- Ej no, zaraz się przewrócę!
- Posuńcie się...
   Ktoś uderzył mnie w żebro i wszystkie cztery przetoczyłyśmy się przez cały pokój wspólny, by finałowo wylądować na dywanie.
   Jakoś wyplątałyśmy się z niewidki. Jako pierwsza wstała Dominique w swoich króliczych bamboszach.
- No dobra ludzie, fajnie było, świetna zabawa, ale może teraz trochę organizacji, co?
- Ui - podjęła Victoire. - No to... Ja po środku, Domie koło mnie, to jej przypilnuję, Pocky jest najmniejsza, więc z boku się zmieści, a Fiffy koło Domie, żeby się nie zgubiła. Zadowolone?
Patrzyłyśmy na nią z nieciekawymi minami.
- Co to znaczy, że mnie przypilnujesz? - zapytała chmurnie Dominique.
- Co to znaczy, że się zgubię? - dodała Fiffy z urazą.
- Co to znaczy, że jestem najmniejsza? - dopowiedziałam takim tonem, jakby to nie była prawda.
   Vika westchnęła z rezygnacją.
- Przy takich obiekcjach, możecie tu przestać z pół nocy debatując, jak się ustawicie...
- Tak więc dość ploteczek drogie panie! - podjęła Domie śpiewnym głosem, jakbyśmy były właśnie podczas małej przerwy w pracy na pogaduszki o tygodniku "Czarownica", Celestynie Werbeck i Wiktorze Krumie. - Praca czeka!
   Narzuciłyśmy na siebie pelerynę niewidkę i wyszłyśmy z pokoju wspólnego na korytarz. Aby zejść z Wieży Ravenclawu do lochów, musiałyśmy przejść przez cały Zamek.
   Droga korytarzami okazała się trudniejsza, niż przypuszczałyśmy. Cały czas idąc zgięte wpół, nie dość, że musiałyśmy uważać na stopy towarzyszek, to jeszcze na to, by nikt nas nie usłyszał i by niewidka zakrywała nas szczelnie z każdej strony. Przez to wszystko posuwałyśmy się do przodu w bardzo powolnym tempie, co było niesamowicie męczące. Dlatego też Victoire wprowadziła nas do pierwszego sekretnego skrótu, jaki napotkałyśmy na swojej drodze.
   Zrzuciłyśmy z siebie niewidkę i odetchnęłyśmy głęboko.
- Droga przez ten Zamek - odezwała się Dominique - to męka.
   I Vika chyba bardzo wzięła to sobie do serca, ponieważ przez całą późniejszą drogę skorzystałyśmy chyba ze wszystkich możliwych tajemnych przejść, które się trafiły.
   W końcu jakoś sturlałyśmy się do lochów, na ile pozwalała nam na to peleryna i wąski korytarzyk z niesamowicie stromymi schodkami. Ciemny korytarz, oświetlony lekko zielonkawą poświatą, na samym końcu sprawiał wrażenie, jakby ktoś napuścił w nim Peruwiańskiego Proszku Natychmiastowej Ciemności. A to właśnie tam znajdował się cel naszej nocnej wędrówki...
- Uuuuuu... Ale tu strasznie - skomentowała Domie.
- Straszniej będzie, jak się Boorack obudzi... - zauważyłam szeptem.
- Nie strasz! - przeraziła się.
   Zaczęłyśmy powoli podążać wzdłuż niskiego korytarza. Plama ciemności przed nami była jak mgła; oddalała się ciągle w miarę jak posuwałyśmy się do przodu. W całym Zamku panowała kompletna cisza, ale tu, pod ziemią, nabierała ona dodatkowej niesamowitości - być może dlatego, iż wydawała się być dziwnie przytłumiona w tych wilgotnych bezokiennych piwnicach.
   Stanęłyśmy pod drzwiami gabinetu Booracka.
- Iiiiiiii... co teraz? - odezwała się Fiffy, jednakże sama również się nie poruszyła, stojąc wciąż w miejscu tak samo jak my. Żadna z nas nie mogła się odważyć zrobić tego pierwszego kroku. Zaszłyśmy tak daleko...! A jednak... Świadomość tego, co miałyśmy zrobić i to tuż pod nosem chrapiącego w najlepsze Booracka, była straszna... Nie pomijając tego, że w nocy drzwi jego gabinetu wyglądały jeszcze bardziej przerażająco niż w dzień. Właściwie przypominały trochę takie jak ze sceny jakiegoś horroru czy innego sennego koszmaru, w których zwykle drzwi uchylają się powoli z przeraźliwym skrzypieniem, przy akompaniamencie strasznej muzyki. Po prostu nie mogłyśmy się ruszyć, bojąc się otworzyć drzwi i lękając się równocześnie tego iż same się przed nami otworzą.
    - No dobrze, weźmy się w garść - Dominique odetchnęła głęboko i wylazła spod peleryny. Wąsiki króliczków na jej bamboszach zadrgały zachęcająco, co dodało nam nieco więcej otuchy. - Same się wprosiłyśmy na wizytkę u Booracka... Więc po prostu wejdźmy tam, wypijmy swoją herbatkę i zwiewajmy - mówiąc to, bardziej jakby samej sobie dodając odwagi niżeli nam, położyła dłoń na klamce i ostrożnie nacisnęła, po czym puściła ją i odeszła o krok w tył, głośno wypuszczając powietrze - Zamknięte!
   Nie wiem, co poczułyśmy bardziej w tym momencie - rozpacz, czy wielkie poczucie ulgi. Nie znaczyło to jednak, że mogłyśmy zrezygnować.
- W świecie czarodziejów nie ma żadnych zamkniętych drzwi - powiedziałam. - Przynajmniej nie dla tych, którzy uważają na zaklęciach - I proszę, ja także gadałam do siebie na głos, żeby obudzić w sobie odwagę! Podeszłam do drzwi gabinetu mistrza eliksirów - Alohomora!
   Usłyszałyśmy najpierw ciche kliknięcia gdzieś w dziurce od klucza, a potem delikatny szczęk zamka. Ostrożnie, tak jak uprzednio Dominique, nacisnęłam klamkę, która ustąpiła, uchylając nam ciężkie drzwi do mrocznego gabinetu.
   Przyznam się Wam, moi czytelnicy istniejący jedynie w mej imaginacji, że w poprzednich latach w Hogwarcie zdarzało mi się czasami trafiać do tego gabinetu. Jednakże bynajmniej nie z powodu swego złego zachowania, ponieważ na eliksirach uchodziłam za jedną z lepszych uczennic i dobrze radziłam sobie z tym przedmiotem. Bywało tak raczej częściej po prostu z kaprysu Booracka, który, prowadząc nieustającą wojnę z niejaką Paczką Puchonów z 5 klasy, wzywał mnie zazwyczaj, abym przemówiła do rozumu swojej starszej siostrze Nickie, będącej beztalenciem eliksirowym i naturalnie równocześnie członkiem tego zacnego klubu. Właściwie to tylko przez nią miałam jakiekolwiek powiązania z Paczką, której profesor Boorack tak nie cierpiał. Ale wybaczał mi to, ze względu na moje świetne oceny z eliksirów... W tej chwili wyobrażałam sobie, jakby się wściekł, gdyby się dowiedział, że byłam tu w środku nocy.
   Przyświecając sobie różdżkami, zaczęłyśmy penetrować zawartość booraczanej spiżarni. Fiffy i Domie stały za mną i Viką, próbując odczytać coś z listy potrzebnych ingrediencji, którą wzięłyśmy ze sobą. Victoire podała im swoją zapaloną różdżkę.
   - Garść zasuszanych przez 7 miesięcy listków mięty...
Otworzyłam powoli najniższą szufladę i poświeciłam różdżką na podpisy, widniejące na tekturowych pudełeczkach.
- Jest - oznajmiłam szeptem.
- Bezoar w proszku?
Victoire zaczęła badać woreczki z proszkami w górnej szufladzie, coś poodsuwała, zajrzała głębiej.
- Jest!
- Jeden owoc mlecznej śnieżyczki?
Odgarnęłam pozwiązywane pęczki jakichś łodyżek i korzonków i zlustrowałam wzrokiem pudełeczka z kolorowymi etykietkami.
- Tu nie ma...
- Tu też... - Victa schyliła się do najniższego poziomu i otworzyła szafkę, którą natychmiast zamknęła. - Bueh... Tu są jakieś zdechłe szczury w marynacie.
- Serio? Myślałam, że są wszędzie - Dominique ogarnęła wzrokiem wszystkie słoje Booracka stojące dookoła na półkach, w których pływały leniwie co różniejsze obrzydlistwa.
- Może ta śnieżyczka jest wyżej...? - podsunęła teorię Viki, zerkając na drabinę sięgającą wyższych półek.
- Naprawdę chcesz się tutaj wspinać? - przestraszyła się Fiffy. - A co jak drabina się przewróci? Wtedy będzie już po nas... A poza tym, nie ma o czym mówić, bo tam wyżej są tylko słoje.
- Pocky, zajrzałaś wszędzie dokładnie? - zapytała Domie.
   Pootwierałam resztę szuflad.
- Tak, zajrzałam - poinformowałam ją. - Nie ma jej nigdzie. A tak się składa, że to kluczowy składnik...
   Fiffy uklękła obok mnie.
- Musi być! - jęknęła. - Na pewno źle zajrzałaś...
- No musi... - przytaknęłam. - Bez tego jednorożec nie będzie chciał nawet tknąć lekarstwa. A zajrzałam dobrze...
   Victoire spojrzała na mnie błagalnie, jakby to ode mnie zależało, czy naszemu jednorożcowi zasmakuje eliksir, czy nie. Bezradnym gestem próbowałam jej uświadomić, że nie mam na to najmniejszego wpływu.
- Przecież śnieżyczki rosną w lesie - przekonywała nas, a zarazem siebie. - Na pewno znajdzie się jakiś owoc...
- Tak, można spróbować... - odrzekłam z rezygnacją. - Tylko że śnieżyczki owocują w zimie.
   Dominique przejechała ręką po twarzy.
- No chyba sama nazwa wskazuje... - mruknęła Fiffy.
   Vika przykucnęła obok.
- Bez sensu jest ważyć dla rannego jednorożca eliksir, którego nie będzie chciał nawet powąchać. - powiedziała takim tonem, jakby właśnie nas informowała o rychłym pogrzebie swojego krewnego. I w pewnym sensie tą intonacją zasugerowała, co spotka naszego jednorożca.
- Śmierć - zakończyłam na głos swój tok myślenia. Naszego jednorożca czeka śmierć.
- Co? - usłyszałam szept Dominique.
- A, nic, nic - zbyłam jej pytanie. - To co zrobimy?
   Victoire skuliła ramiona, jakby w ten sposób chciała obronić się przed atakującą ją straszliwą myślą.
- W zasadzie dlaczego bez śnieżyczki jednorożec nie będzie chciał syropiku? - zapytała Dominique.
- Bo młode jednorożce żywią się mlekiem matki, a gdy już ukończą dwa lata, to w zimę piją słodkie mleczko mlecznych śnieżyczek, a w pozostałe pory roku piją czystą wodę, bo strumienie nie są wtedy zamarznięte. A przecież jednorożce są bardzo nieufne, to nie będą pić czegoś, czego nie znają. Ponieważ woda nie pachnie, to trzeba dodać do eliksiru mleczko śnieżyczki, a wtedy on wyczuje je węchem i wypije. Tak więc jeśli nie mamy owocu śnieżyczki, to nie mamy mleczka śnieżyczki, a jak nie mamy mleczka śnieżyczki, to jednorożec nie wypije eliksiru, a jak nie wypije, to umrze - tym smutnym wnioskiem zakończyłam swój wywód.
   Zaległa grobowa cisza.
- W takiej sytuacji, widzę tylko jedno wyjście - odezwała się Fiffy. Spojrzałyśmy na nią - Musicie dowiedzieć się, kiedy będzie najbliższy wypad do Hogsmeade i tam kupić snieżyczkę w aptece. Tylko lepiej, żeby szybko był ten wypad...
- Fiffy, jesteś geniuszem na poziomie Albusa Dumbledore'a - Dominique patrzyła na nią z podziwem. - Tylko ile taki owoc kosztuje?
   Zapadło głębokie milczenie.
- Zrzucimy się - zasugerowała po chwili Victoire.
- Chyba gabinet Booracka w środku nocy nie jest najlepszym miejscem do omawiania tej kwestii - dodałam. - Bierzmy szybko co tam zostało i wiejmy.
   Fiffy zajrzała do górnej szuflady. Dominique podniosła listę ingrediencji i przyświeciła sobie różdżką Victy. Zaczęłam ostrożnie przesuwać fiolki i buteleczki wewnątrz szafki, a Victoire sprawdzała etykietki na woreczkach i pudełeczkach.
- Włoski kocimiętki?
  Położyłam na podłodze fiolkę z włoskami.
- Nektar rzodkiewek słodkowodnych?
  Fiffy postawiła buteleczkę perłowego blado-różowego płynu koło fiolki z włoskami.
- Parścina?
  Victoire wyjęła ze spiżarni małe tekturowe pudełeczko.
- Sproszkowany pazur smoka? - tego nie znalazłyśmy. Ale na szczęście, ten składnik również powinien znaleźć się w aptece w Hogsmeade...
  Pochowałyśmy wszystko w milczeniu do torby, czemu akompaniowało przerażające chrapolenie Booracka gdzieś zza ściany. Miało to przynajmniej taki plus, ze byłyśmy pewne, iż przy tak twardym śnie, za Ministerstwo Magii się nie obudzi.
  - Nox - zgasiłam różdżkę, gdy już miałyśmy wychodzić.
  I wtedy to się stało.
- Nox - wyszeptała Dominique, chcąc zgasić różdżkę Viki. I nagle w jednej chwili wydarzyło się kilka rzeczy równocześnie: nagły błysk przeraźliwego światła rozświetlił na sekundę najciemniejsze kąty gabinetu, rozległ się ogromny huk, a my wrzasnęłyśmy, kiedy coś trzasnęło; to pierwszy słój roztrzaskał się o podłogę, a za nim zwaliły się po kolei wszystkie inne obrzydlistwa Booracka, tryskając kawałkami szkła i eliksirami na ściany, mieszając się ze sobą w obrzydliwą posokę i eksplodując o plugawą zimną posadzkę lochu we wszystkie strony...
  Natychmiast rzuciłyśmy się do ucieczki. Wypadłyśmy za drzwi i popędziwszy dalej korytarzem bez tchu, dotarłyśmy do wąskich schodków, gdzie zdążyłyśmy usłyszeć jeszcze oddalony od nas i oddzielony drzwiami gabinetu wrzask Booracka. Pobiegłyśmy aż na pierwsze piętro, gdzie zamknęłyśmy się w pierwszym lepszym pomieszczeniu do jakiego wtargnęłyśmy. Była to łazienka Jęczącej Marty.
  Gdy tylko zatrzasnęłyśmy drzwi za sobą, od razu usiadłyśmy na podłodze pod nimi, uspokajając oddech. Victoire gapiła się na Dominique wielkimi oczami.
- Nie mów że... że... Nie przerabiałaś jeszcze Nox?! - wykrztusiła.
Dominique potrafiła zdobyć się w tej chwili jedynie na taką minę, jakby bolał ją brzuch. Fiffy podpierała się o nieczynną umywalkę, trzymając się za bok w miejscu kolki.
   I nagle usłyszałyśmy typowe dla Jęczącej Marty wycie:
- Uuueeeeeeeeee... Wpadają tu w środku nocy tylko po to, żeby mi na złość przypomnieć, że nie mogę spać bo jestem maaaartwaaaaaaaaa....!!!
   Duch nieszczęśliwej dziewczynki przesiąknął przez lustro umywalki, jednak w dalszym pochlipywaniom przeszkodził jej dobiegający zza drzwi tupot i wrzaski Booracka:
- NAPAD! NAPAD! NAPAD W MOIM GABINECIE...!!!
   Spojrzałyśmy po sobie ze skrajnym przerażeniem.
- Teraz to już na pewno nas wyleją... - jęknęła Dominique.
Aż zrobiło mi się nie dobrze.
- Napad...? - zainteresowała się Marta, nagle zapominając o swoim zwykłym jęczeniu, bo teraz znalazła sobie lepszy sposób na zawodzenie:
- NAPAD! NAPAD! NAPAD W GABINECIE PROFESORA BOORACKA!!! NAPAD...! - wrzeszczała.
   Domie zerwała się z miejsca.
- Zamknij się paszczuro! - ledwie wypowiedziała te słowa, a już wystarczyło, by Marta ryknęła szlochem i zniknęła w muszli klozetowej.
   Ale było już za późno. Teraz, jakby nie wystarczyło wrzasków Booracka i Jęczącej Marty, doleciał do nas jeszcze głos poltergeista Irytka, a po chwili również woźnego Filcha, czemu towarzyszyło alarmowe miauczenie Pani Norris. Przez szparę w drzwiach zobaczyłyśmy, że na korytarzu zapalono pochodnie, aż z przerażeniem usłyszałyśmy tupot setek par stóp. A więc jednak te krzyki obudziły całą szkołę... Pięknie. Teraz już tylko czekałyśmy, aż głosy i kroki ludzi będą się zbliżać coraz bardziej i bardziej, drzwi łazienki otworzą się gwałtownie i... i co? Tego nie wiedziała chyba żadna z nas.
   I gdy kroki były tuż za drzwiami, a ja już myślałam, że nie ma dla nas ratunku... Wszystko ustało. A raczej: wszystkie kroki ustały. Teraz słyszałyśmy tylko podniecone głosy tłumu uczniów. A więc to akurat tu zebrała się cała szkoła, by mówić z dyrektorką nocny napad na jednego z profesorów...
   I rzeczywiście, po chwili usłyszałyśmy głos pani profesor McGonagall.
- Cisza, spokój! - już po jej wołaniu poznałyśmy, że jest wściekła.
   Zapadła grobowa cisza. Zarówno w korytarzu, gdzie stały setki uczniów ze wszystkimi nauczycielami, jak i w łazience Jęczącej Marty, gdzie cztery przerażone dziewczyny nasłuchiwały w milczeniu. Po chwili rozległ się głos roztrzęsionego Booracka.
- Napad... Napad w moim gabinecie... Wszystkie słoje roztrzaskane, spiżarnia otwarta, dosłownie jak po napaści trolla... T-to był... JAWNY ZAMACH NA MOJE ŻYCIE! SKANDALICZNY WANDALIZM! ODRAŻAJĄCE ZŁODZIEJSTWO! -  wrzasnął. -  ZŁODZIEJE! SĄ! TU! GDZIEŚ! W ZAMKU!
   To przypuszczenie wywołało ogólne poruszenie wśród uczniów, jak rozpoznałyśmy po podekscytowanym szmerze głosów. Ukryłyśmy torbę ze składnikami i naszymi różdżkami w jednej z kabin, zebrałyśmy w sobie wszystkie resztki odwagi jakie w nas pozostały, złapałyśmy się za ręce i wziąwszy głęboki oddech, wyszłyśmy z łazienki.
  Chyba nikt nie zauważył naszego wejścia. Wielki tłum uczniów napierał na drzwi łazienki Jęczącej Marty, wychylając głowy i stając na palcach, by lepiej widzieć McGonagall i Booracka. Wszyscy byli tak poruszeni, że ledwo co usłyszano dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi. Trzymając się wciąż za ręce, zaczęłyśmy przepychać się do przodu w tym pokrzepiającym sznureczku. W końcu stanęłyśmy na tyle blisko, by móc zobaczyć rozgrywającą się przed uczniami scenę.
  Profesor Boorack stał pośrodku korytarza jak gwiazda wieczoru w świetle reflektorów, w swojej szlafmycy i różowej koszuli nocnej. Był w stanie, w którego polu rażenia nie chciałby się znaleźć żaden uczeń tej szkoły, a mianowicie był jeszcze bardziej czerwony na twarzy niż zwykle, co oznaczało u niego nie lada skok ciśnienia. Żyła na jego skroni pulsowała okropnie. Drugą bohaterką przedstawienia była pani dyrektor Minerwa McGonagall w swoim okropnym szlafroku w szkocką kratę. Wyglądała tak, jakby z jej nozdrzy miała buchnąć zaraz para.
   - Sprawcy tego... uhm... napadu... nie zostali zidentyfikowani. Ale jeśli jest to któryś z uczniów... - jej nozdrza pobielały - osobiście dopilnuję, aby wydalono go ze szkoły.
   Dłoń Fiffy drgnęła w mojej dłoni.
- Ale... To jeszcze nie wszystko... - oznajmił Boorack nadal roztrzęsionym głosem, lecz niezbyt wprawnie maskującym już nutę, jakby zostawił coś dla wszystkich na deser tego programu. - Oto co znalazłem!! - i uniósł do góry naszą pelerynę niewidkę.
   No tak, zostawiłyśmy ją w gabinecie!
Profesor McGonagall wytrzeszczyła oczy. Szybkim krokiem podeszła do Booracka, niemal że wyrwała mu niewidkę, uniosła ją jeszcze wyżej i desperacko zawołała:
- Czyja to peleryna?!
   Wszyscy zamarli. Nastała taka niesamowita cisza, że aż mnie uszy zaczęły boleć.
   I wtedy z tłumu wystąpił do przodu niejaki Spell Wood, czwartoklasista z Gryffindoru. Nie poświęcając zbyt wiele czasu na zastanowienie, zawołał:
- To przecież Teda Lupina z 4 klasy!
   Pani profesor McGonagall wytrzeszczyła oczy jeszcze bardziej, Boorack zmrużył świńskie oczka, wpatrując się w zgraję uczniów... I wtedy ktoś roztrącił tłum. Był to Teddy! Podszedł do McGonagall dosłownie z taką miną, jakby ktoś zrobił mu kiepski żart, który wcale nie był śmieszny. Chyba po prostu nie mógł uwierzyć, że ta niewidka, w niewiadomy dla niego sposób zamieszana w tę aferę, należy do niego, nie mógł jednak zaprzeczyć postawionemu mu przez Spella Wooda zarzutowi.
- Lupin?! - McGonagall też wyglądała tak, jakby uważała to za nieudany kawał. - Czy to na pewno twoje...?
Włosy Teda poczerwieniały. W tym momencie modliłam się, żeby skłamał, żeby zaprzeczył, ale nie oczywiście... Szlachetność Gryffindoru nie zna granic.
- Tak, pani profesor... Ale nie wiem skąd znalazła się w gabinecie profesora Booracka.
- Jeszcze śmie kłamać! - zaperzył się Boorack, teraz już całkiem bordowy na twarzy. - Mimo, że już jest zdemaskowany! BEZCZELNOŚĆ!
   McGonagall tylko ściągnęła wargi aż pobielały.
- Lupin, za mną! - rzuciła. - Do mojego gabinetu. Reszta: rozejść się za prefektami do swoich domów!
   Wszyscy natychmiast podnieśli głośne rozmowy i zaczęli rozchodzić się wśród żywego gwaru. Teddy ruszył za dyrektorką, ale jeszcze odwrócił się i... jego wzrok padł prosto na nas! Tym razem to dłoń Victoire drgnęła w mojej dłoni... Tej jego miny nie zapomnę do końca życia! Ostatecznie Ted zrozumiał, że to my powinnyśmy spakować kufry do domu...
- Nie słyszeliście?! - wrzasnął wściekły Boorack. - Rozejść się!
  Ścisnęłam dłoń Victoire i przełknęłam łzy smutku.