Pokazywanie postów oznaczonych etykietą quidditch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą quidditch. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 listopada 2017

2.12 Mroczne znaki

Pauline Mary Glam




   — Nie, nie, nie!
   Victoire Weasley trzy razy uderzyła pięścią w swoją poduszkę.
   Aż trzy razy.
   A więc był to już wyższy poziom determinacji.
— Nie ma żadnego nie! Musisz zejść na śniadanie, bo inaczej Spell pomyśli, że nie możesz jeść z powodu złamanego serca...
— Nie wymawiaj tego imienia...!
— No dobrze... Ten Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać...!
   Vi wydała z siebie jakiś nieartykułowany odgłos pełen bólu i rozpaczy, po czym zakopała się w kołdrę, a ja ze stoickim spokojem odłożyłam szczotkę na szafkę nocną, równocześnie poprawiając swoje włosy w lustrze - idealnie rozczesane, miękkie i gładkie, w sam raz na dzisiejszy szlaban u Booracka... na tę myśl uśmiechnęłam się gorzko do swojego odbicia. Była sobota, piękny zimowy poranek, lśniący tysiącem śnieżynek osiadłych na gałązkach nagich drzew i dzwoniący błyszczącymi soplami lodu, od randki Wooda z Victoire minął już cały tydzień - masa czasu! - a ona wciąż uważała (nie do wiary...!), że ma poważniejsze problemy ode mnie!
   — Już nigdy nie wyjdę na światło dzienne! - dobiegł teraz spod kołdry jej przytłumiony głos, pełen żałosnej skargi do tak trudnych wymagań, jakich stawiało przed nią niesprawiedliwe, bezlitosne życie. - Już nigdy nie pokażę się nigdzie publicznie... Będę pobierać opłaty od ludzi, którzy będą chcieli na mnie patrzeć...
— Spokojnie, Brenda robi to już za ciebie... - powiedziałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
— Aaaaaarghh!! - krzyknęła Vicky, po czym odrzuciła kołdrę na bok, spod której wyfrunął w powietrze główny powód jej obecnej histerii, zatoczył piękny łuk ponad metalowym grzejnikiem, po czym pacnął smętnie na podłogę obok mojego łóżka.
   A co było tym powodem...? Jakżeby inaczej: Accio Plota.
   "MEGA HIT: Spell Wood i Victoire Weasley - PIĘKNA I BESTIA (czyli jak to się stało, że król mioteł zaraził się od wili trądzikiem)".
   Drukowanie tego "najwybitniej wystrzałowego i najsuperowszego numeru całego roku, lat, a nawet życia Brendy i wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek przewinęli się przez tę szkołę", słowem, najlepszego wydania Accio Ploty w całej tysiącletniej historii Hogwartu, zajęło Brendzie przez cały tydzień.
   Wielkie neonowe litery na ekskluzywnej, błyszczącej okładce z droższego papieru, wrzeszczały wszem i wobec o wydaniu specjalnym gazetki ("dopłać sykla więcej, a otrzymasz kopa Veritaserum!!!!!"), a na ruchomej, kolorowej pierwszej stronie (Brenda i Sandra musiały chyba zaciągnąć kredyt w Gringottcie, żeby to opłacić), widniał nie kto inny jak dziobaty, pryszczaty i obrzydliwy Spell Wood, w otoczeniu lśniących jak złoto nocników Skrzydła Szpitalnego, usiłujący w panice ukryć się za krawędzią okładki. W lewym dolnym rogu widniało pomniejszone zdjęcie Victoire, a właściwie jej ćwierćprofilu, zrobionego przez paparazzich w bibliotece, na którym prezentował się wyjątkowo tajemniczo, zwłaszcza w towarzystwie sekretnej notatki: "Czyżby panna Weasley skrywała mroczną stronę...?". Wszystko to otoczone było wielkim sercem, a wizerunki Wooda i Vi oddzielone były na ukos piorunem, który "wybuchał" wciąż z chmurki, na której napisane było "O TYM SIĘ MÓWI"; zupełnie, jakby chodziło o jakieś zerwanie stulecia!
   Cóż, trudno winić Victoire o to, że się załamała. Zwłaszcza, że wydanie specjalne Accio Ploty zawarło w sobie dodatkowe dziesięć stron, aby pomieścić cały artykuł o tejże sensacji.
   Z drugiej jednak strony, to nie Victoire widniała na okładce z pomidorem zamiast twarzy! I to nie Victoire była pytana wciąż czy zakłada warzywniak z Boorackiem Juniorem... i to nie Victoire miała dzisiaj szlaban u Booracka Seniora!!!
   — Musisz zejść na śniadanie, żeby pokazać wszystkim, że masz gdzieś to, co mówią! - zawołałam, kopiąc Accio Plotę, która zgrabnie wsunęła się pod łóżko Brendy. - A Spe... to znaczy, Sama-Wiesz-Kogo i tak tam nie będzie, dzisiaj ma mecz, więc ma ostatni dzień na to, żeby pozbyć się swoich pryszczy.
— Taaa... przynajmniej to jedno mi się udało - rzekła Vi smętnie, oplatając kolana ramionami i opierając się o nie podbródkiem. - Sama nie wiedziałam, że potrafię tak mocno rąbnąć kogoś urokiem...
— Widzisz, masz w sobie całe pokłady nieodkrytych mocy. - Chwyciłam za kosmetyczkę i udałam się do łazienki. - I masz ich teraz użyć, żeby zejść na śniadanie!
  Ale Victoire tylko opadła bez życia z powrotem na poduszki.
   Odkręciłam wodę w kranie i spojrzałam na swoje odbicie w lustrze nad umywalką. "A ty użyj dzisiaj swoich mocy, aby przetrwać kolejny szlaban u Booracka"... Nałożyłam pastę do zębów na szczoteczkę...
   Czy mi się zdaje, czy coś tutaj cieknie...?
   No tak. Brenda jak zwykle nie dokręciła wody w prysznicu. Odwróciłam się i wzdrygnęłam gwałtownie - ale było to tylko moje poranne, lustrzane odbicie, które łypnęło na mnie podkrążonymi oczami. Pasta do zębów skapnęła mi ze szczoteczki na podłogę.
   Ogólnie coś strasznie zimno w tej łazience.
   No tak... Ta wariatka Julia zostawiła tu okno otwarte na całą noc, po tym jak Brenda urządziła tu sobie saunę... Chłód wspinał się po moim karku jak lodowaty ślimaczek... Zaczęłam szorować zęby, próbując otrząsnąć się z zimna.
    Wyplułam pastę i sięgnęłam do kranu - lecz moja ręka zatrzymała się nagle w połowie drogi.
   W umywalce wcale nie było piany z pasty do zębów. Ale nie była to też krew... To było coś ciemnego, co błyskawicznie wślizgnęło się w odpływ...
   Czy to jest jakaś pasta do zębów z Magicznych Dowcipów Weasley'ów...?
   W misie umywalki została tylko czarna, śluzowata smuga. Spojrzałam w lustro... to, co miałam na buzi, też nie było pastą do zębów... coś brudnego i szlamowatego ściekało mi powoli z kącika ust...
   — Pauline?!
   Drzwi huknęły i w progu pojawiła się Victoire, ubrana na popielato-niebiesko, z włosami splecionymi w idealny francuski warkocz.
— Siedzisz tu już całe wieki! I czemu cała jesteś w paście...?
   Przez moment stałam całkowicie sparaliżowana, nie wiadomo czy z zimna, z szoku spowodowanego jej gwałtownym wejściem, czy tym, co właśnie zobaczyłam, aż w końcu spojrzałam znów w lustro i zamrugałam oczyma - buzię miałam całą w białej pianie, ani śladu nie zostało po... tym czymś...
   ...cokolwiek to było...!
   Czym prędzej wypłukałam usta i wyszłam za Victoire z łazienki, w biegu strącając tubkę pasty z umywalki w kąt.
   Wszystko przywidzenia... to pewnie od tego ustawicznego stresu. Albo od tego, że szlabany u Booracka są tak ściśle związane z babraniem się w śluzie...!
   Na śniadaniu gwar był jeszcze jak nigdy. Co dziwniejsze, wszyscy gadali, ale tylko na dwa tematy: pierwszym była Accio Plota, drugim dzisiejszy mecz gryfonów z krukonami. Victa przeszła wzdłuż stołu Ravenclawu z ostentacyjnie uniesionym podbródkiem, zupełnie jakby położenie jej nosa ponad poziomem wbijanych w nią spojrzeń miało zapewnić jej nietykalność. Na całe szczęście nie musiałyśmy wybierać miejsca jak najdalej usytuowanego od Brendy, ponieważ ona sama nie marnowała czasu na jedzenie, lecz latała wciąż między stołami, wymachując Accio Plotami dodrukowanymi w nocy (pierwszy nakład wyczerpał się jeszcze tego samego dnia, w którym się pojawił).
   — Accio Plota! Accio Plota! Najgorętsze niusy z życia gwiazd, tylko u nas...!
— Że też McGonagall pozwala na takie coś... - pokręciłam nosem z dezaprobatą, obserwując, jak Sandra dołącza się do handlowania. - To Wielka Sala, czy jakiś bazar...
— Ale spójrz, McGonagall nie ma... - Victoire wskazała na stół prezydialny. Rzeczywiście, złote krzesło dyrektora było puste. - Ostatnio coś nie najlepiej wygląda, może to dlatego...
— Albo coś jej tak strzyknęło w kręgosłupie, że nie może wstać - podsunęłam, zajmując miejsce przy stole. - W końcu reumatyzm nie wybiera... a jak jeszcze chwyciły takie mrozy...
— A ja myślę, że coś jest naprawdę na rzeczy... - Victa zniżyła głos, ignorując drugoklasistów z Hufflepuffu, którzy wyciągali szyje w jej stronę, jakby mieli zamiar przemienić się w żyrafy. - Jakoś tak... zmizerniała, przygarbiła się, sama nie wiem... W ogóle widziałaś, że ostatnio zaczęła chodzić o lasce...?
— McGonagall o lasce? - powtórzyłam z niedowierzaniem. - To nawet nie brzmi dobrze. 
— Ale jak tak dalej pójdzie... - Vi wyprostowała się na ławce i chwyciła za dzban parującej herbaty imbirowo-cynamonowej, zawieszając swoje niedokończone zdanie w powietrzu między nami. Odwróciłam wzrok od pustego złotego krzesła.
   Jednym spojrzeniem zlustrowałam dobra sprezentowane tuż przede mną na stole. Gorące racuszki z jabłkami, subtelnie opruszone cukrem pudrem, to było to, czego potrzebowałam teraz najbardziej... Nagle przed oczami stanął mi znów obraz siebie z czymś brudnym skapującym mi z ust... Otrząsnęłam się szybko i chwyciłam za złoty widelec.
   I już miałam nakłuć na niego to jedzenie bogów, kiedy nagle...
   — Victoire Fleur Ronaldzie Weasley!!!
   Rozległ się huk i Dominique Weasley, odziana w granatowy sweter od quidditcha, cisnęła swoją miotłę na wolne miejsce na ławce, rozpryskując wokół zlepki mokrego śniegu. Wszyscy wzdrygnęli się - nawet Julia i Quirke, którzy tak namiętnie omawiali procedury podczas egzaminów, że omal nie trafiali widelcami do swoich talerzy i ust. Lisa aż przewróciła swoją wystygłą czekoladę, która rozlała się tak spektakularnie, że aż ściekła po drugiej stronie blatu. Za Domie pojawiła się zdyszana Fiffie i Jake, ten ostatni również w stroju do quidditcha i z czarnymi  włosami całymi w śniegu, tak że wyglądał jakby on również był posypany cukrem.
   Victoire natomiast wyglądała na najbardziej zaskoczoną.
— C-co? - wyjąkała, a na jej policzkach pojawiły się buraczkowe plamy, kiedy Dominique wyjęła (jakżeby inaczej) Accio Plotę, rozwinęła ją i zaczęła czytać roztrzęsionym głosem:
— Jednym z naocznych świadków spotkania Victoire i Spella, była Nannah Stone, drugoklasistka z Ravenclawu o niebywałym poczuciu stylu i szyku... blablablablabla, "ale pokazałam jej, gdzie jest jej miejsce i nie chwaląc się, wytargałam ją trochę za te jej wypalone, plastikowe kudły"...! NAPRAWDĘ DAŁAŚ SOBĄ POMIATAĆ TAKIEJ DEBILCE, JAK NANNAH?!
— Ale... ale... - Victoire spojrzała na mnie w popłochu. - Ona mnie po prostu zaskoczyła...
— No i co z tego?! - Dominique z szewską pasją cisnęła Accio Plotę na stół. - Już sama ta randka ze Spellem była kretyństwem, ale to?! "Jestem Victoire Weasley, nikt nie będzie tak traktował Victoire Weasley"... Ta, jasne!
— Ale co ja niby miałam zrobić! - zawołała Vi. - Miałam zrzucić ją ze schodów?!
— Serio...? - odezwał się Jake, a wszyscy spojrzeli w jego stronę. - Rzuciłaś klątwę na starszego kolesia, a nie dałaś rady dwunastolatce...?
   Victoire zatkało. Dominique założyła ręce na piersiach, natomiast Fiffie spojrzała na Jake'a sceptycznie.
— A tak konkretnie, to kto prosił cię o zdanie, co? Bo jakoś nie widzę tu nikogo, kto byłby nim zainteresowany...? - zapytała nie bez nutki pogardy. - Może lepiej zająłbyś się pilnowaniem swojej dziewczyny, bo najwyraźniej bardziej jara się tym, że Spell złapał ją za rękę, niż że mija właśnie wasza rocznica...
— No właśnie! - wybuchła znowu Domie, odwracając się ponownie w stronę Vi. - Nie dajesz sobie rady z Nanną i jeszcze pozwalasz na to, żeby Wood ratował cię z opresji...
— Chwila, moment! - zawołałam, unosząc w powietrze widelec z nakłutym na niego racuchem. - Powinnaś być dumna z Vi, skoro to dzięki niej Wood jest teraz cały w pryszczach...!
— Ale ja jestem dumna! - obruszyła się Di obrażonym tonem. - Tylko czemu nie zrobiła tego przed tym rande-vous...
— Skoro tak cię to wkurza, to może przyłóż się na tym meczu i dobrze pokieruj tłuczkiem, co? - odezwała się Vicky kwaśno, po czym wstała od stołu. - A teraz merci beaucoup za obrzydzenie mi całego śniadania. Zobaczymy się na stadionie...
   Po czym wzięła talerz z racuchami i pomaszerowała z nim w stronę wyjścia, znowu niemal wciągając sklepienie nosem - jednak nawet ona nie była w stanie zadrzeć głowy tak wysoko, jak wszyscy ci, którzy gapili się na nią, gdy przechodziła.
   Zapadło milczenie. Fiffie i Jake zerkali na siebie ukradkiem, próbując równocześnie udawać, że na siebie nie patrzą, robiąc to za plecami Dominique, która usiadła przy swojej miotle z naburmuszoną miną.
   — No i co, zadowoliła cię ta scena...?
   Spojrzała na mnie spode łba, po czym wzięła ciastko korzenne i zanurzyła w herbacie.
— Robię tylko to co do mnie należy - rzekła z miną kogoś głęboko przekonanego o swoim przeznaczeniu. - To oczywiste, że beze mnie Victa nie dałaby sobie rady w życiu.
   Po czym zaczęła przysuwać do siebie wszystkie półmiski jakie miała w zasięgu rąk, zastrzegając, aby nikt się teraz do niej nie odzywał, ponieważ musi skupić się na nabieraniu energii przed meczem, który nazwała Oficjalnym Publicznym i Ostatecznym Skopaniem Tyłka Wiadomo Kogo  (a także swoim Skromnym Acz Spektakularnym Debiutem).
    Tego dnia pogoda była mroźna, ale rześka i klarowna. Słabe zimowe słońce, nie mając już sił, aby świecić, dokładało wszelkich starań, aby odbijając się w białej połaci śniegu, ostatecznie wszystkich oślepić. Śnieg już nie padał (być może w końcu się wyczerpał), ale i tak jezioro znikło tak, jakby w ogóle nigdy nie było go na szkolnych błoniach, tak jego zamarzniętą taflę zasypały zaspy. Drzewa w Zakazanym Lesie wyglądały jak świąteczne dekoracje wykonane z białego druciku, chatka Hagrida jak domek z piernika polany lukrem, sam Hagrid jak yeti, a stadion jak bardzo zimne i bardzo tłoczne miejsce, gdzie żaden normalny odludek nigdy nie chciałby przebywać.
   Od dębowej bramy aż po zabudowę stadionu ciągnął się cały sznur uczniów - złoto i czerwień mieszały się z brązem i granatem, stanowiąc jedyny kolorowy akcent w tej monochromatycznej scenerii.
   — Widziałeś w co ubrała się Pomyluna? - To był koleś, który szedł przede mną, Fiffie i Victoire, a zwracał się do swojego milczącego kolegi w czapce ze smętnym pomponikiem. - Te ogromne, zaczarowane skrzydła? Niech mnie, o mało co nie oberwałem, jak przechodziła...! A ten dziób?! Skąd ona go wytrzasnęła, zabiła jakiegoś hipogryfa?!
   Milczący chłopak tylko wzruszył ramionami. Gaduła paplał dalej:
— No, ta to jednak jest wierna dawnemu domowi. Ciekawy jestem, czy jakikolwiek krukonek pokazałby się w czymś takim. Patriotyczna babka! Chociaż świruska... Ale o czym ja... a, tak! Wood wtarł w siebie wczoraj chyba całą beczkę ropy czyrakobulwy, więc znowu jest jak młody bóg... Aż musiałem przebrać się w Zamku, bo po prostu nie mogłem dostać się do szatni przez te zwariowane laski! Chyba wszystkie ubzdurały sobie, że Wood ma teraz wielce złamane serce... I to jeszcze po tym artykule w tej całej Accio Plocie...
   Chłopak w pomponiku prychnął.
— Aż nie do wiary, że takie coś redagują krukoni! - zawołał z niedowierzaniem gadatliwy koleś. - Może jednak oni wszyscy są stuknięci...? Jak jej tam, tej szczurowatej... Bryndza?
   Ja, Vi i Fiffie wymieniłyśmy spojrzenia.
— No i jeszcze ta walnięta Sandra Kench. Właśnie, a gdzie Caldwell, co? Założyłeś się z nim o to, że z buźką Wooda znów coś się stanie...?
— O całe dziesięć galeonów.
   Jakaś dziwna zaciętość zabrzmiała w głosie Teda Lupina, choć ledwo co dosłyszalna, zwłaszcza przez gruby szalik. Spojrzałam bardzo szybko na Victoire, która gapiła się na jego plecy - jej rysy jakby się wyostrzyły, a usta zacisnęły w wąską, groźną linię.
   — To co, ja lecę! - oznajmił gaduła, kiedy doszliśmy już do wejścia na stadion. - Dowalę Woodo... to znaczy, krukonom.
   Po czym zniknął, zaskakująco szybko jak na kogoś o tak zaokrąglonej postaci. Przyspieszyłam kroku, gdy nagle poczułam uścisk na swoim przedramieniu - było już jednak za późno, bo zanim zarejestrowałam wyraźne ostrzeżenie w oczach Vi, z moich ust już wydarło się:
   — Hej... HEJ!
   Teddy odwrócił się - spod jego czapki wystawały popielate kosmyki, ale to z całą pewnością był on.
— Och - powiedział na nasz widok, raczej nie mogę stwierdzić, że z wielkim entuzjazmem. - Taaa... hej.
— Hej! - zawołała Fiffie.
— Hej.
   Victoire nie powiedziała "hej". Wbiła tylko ręce w kieszenie i wgapiła się gdzieś w górę, jakby oczekiwała, że zaraz zacznie padać deszcz z czekoladowych żab, po czym dopiero po kilku sekundach, gdy przekonała się, że nic takiego się nie dzieje, w końcu jej wzrok zjechał na twarz Teddy'ego - po czym zrobiła taką minę, jakby to on był wielką czekoladową żabą - czyli rzecz jasna wielce zdziwioną.
— Ach...! Ted Lupin. - Uśmiechnęła się sztucznie. - Więc teraz ty i Peter założyliście Klub Nienawiści do Spella... - Ostentacyjnie uniosła kciuk do góry tuż pod jego nosem. - Jestem naprawdę pod wrażeniem...!
   Teddy wykrzywił się w lekkim uśmiechu, unosząc brwi, jakby go bardzo rozczulił ten widok.
— Zawsze możesz do niego dołączyć, jak chcesz...!
— Nie, dziękuję - odparła uprzejmie Vi. - Wolę założyć własny, raczej coś w stylu... niech pomyślę... Klubu Ignorowania Istnienia Kolesi Którzy Chcą Posiąść Władzę Nad Moim Życiem...?
   Po czym, jak to miała w zwyczaju, uniosła głowę i pomaszerowała w stronę wejścia na trybuny krukonów.
   Fiffie zmarszczyła brwi.
— Władzę nad jej życiem...? Rozumiem, że laska ma powodzenie, ale żeby od razu mówić o jakiejś władzy nad życiem...?
   Ale ja podeszłam już do Teda i chwyciłam go za rękaw, równocześnie rozglądając się, czy Brendy nie ma nigdzie w pobliżu.
   — Co jest z wami? Czemu już od tygodnia Vi się na ciebie tak wścieka...?
   Fiffie również zbliżyła się do nas konspiracyjnie, nadstawiając uszu ciekawie, na co Teddy zrobił jeszcze bardziej zakłopotaną minę.
— Eee... no bo...
   Zawahał się i urwał. Spojrzałam na niego znacząco, przykrzywiając głowę.
— Teddy... chodzi o tę randkę z Woodem? No przecież możesz mi powiedzieć!
— Właśnie! - wypaliła Fiffie. - Przecież i tak wiemy, że jesteś zazdrosny...
— Co?! Nie! - Aż wyrwał rękawy z naszego uścisku, bo teraz już obie trzymałyśmy go z dwóch stron, gapiąc się na niego wyczekująco. - Ale jeśli usłyszy to ktoś ze szpiegów Accio Ploty, to Brenda ma już gotowy temat na następny numer, rozumiecie...? - Zmierzył nas surowym spojrzeniem, po czym westchnął z rezygnacją. - No to... pamiętacie, jak w zeszłym roku Vi poszła na randkę z Peterem...
— No pewnie, w końcu ich wtedy podglądaliśmy... - zaczęłam, po czym nagle cofnęłam się ze zgrozą. - NIE...
   Teddy tylko rozłożył ręce, uśmiechając się ze skruchą.
— Tak.
— Nie! - zaprzeczyłam. - Nie zrobiłeś tego...! No chyba... nie jesteś aż tak...
— COOO - Fiffie aż wytrzeszczyła oczy. - Ty głupku...!
— Dzięki! - zawołał Ted z goryczą. - Tak, głupek ze mnie i co z tego! To nie ja umawiam się na randki z parszywymi, plugawymi i żałosnymi sukinsy... zresztą nieważne, zaczyna się mecz i Victoire pewnie już zajęła wam miejsca...
   Po czym odwrócił się i odszedł bardzo pospiesznie, aż podrygiwał smętny pomponik dyndający u jego czapki.
   Ja i Fiffie spojrzałyśmy po sobie, obie jednakowo zbite z tropu tą sytuacją.
— Czy on przypadkiem nie śledził nas w zeszłym roku w Zakazanym Lesie...? - Fiffie zmarszczyła brwi.
   Wzruszyłam ramionami, patrząc w zamyśleniu na tysiące śladów w śniegu, wśród których były również ślady Teddy'ego Lupina. Coś się z nim działo, niezaprzeczalnie coś się z nim działo - tylko co? Dlaczego nie chciał mi nic powiedzieć? I dlaczego Victoire też nic mi nie powiedziała...?
   I jak zwykle to ja muszę się martwić sprawami naszej przyjaźni...!
   Leah Jordan jak zawsze komentowała mecz takim tonem, jakby nawet lekcja z profesorem Binnsem była ciekawsza niż to, co dzieje się na stadionie.
   — I uklęknijcie narody przed złotym składem Gryffindoru, oto oni... Indor, eee, to znaczy Turkey, Collins, Watson, Lover, Pickering, McRider iiiiiii... WOOD POZBYŁ SIĘ PRYSZCZY, juhuuuu...
   W jedną sekundę smętne "juhu" komentatorki zagłuszyły piski i wrzaski pełne uwielbienia.
— A oto drużyna krukonów, która być może ma jakieś szanse dzięki tyranii swojej kapitanki, oto...Cole, Pattinson, Robins, ten oszołom, jak mu tam... a, Rogers, Weasley, ale nie ta, o której myślicie,  Star, iiiiii... Power...
   Mark Tower poderwał się z ławki, obok której przechodziłyśmy, obsypując wszystkich popcornem.
— "Weasley, ale nie ta, o której myślicie"?! - powtórzyłam, starając się bez uszczerbku na ciele i umyśle przecisnąć się obok miejsca Bacy Phellps, która właśnie głośno tłumaczyła komuś jak rozeta większa od jej głowy dopięta do jej czapki ponoć wrzeszczy za każdym razem, gdy Ravenclaw zdobędzie gola.
— Tiaaa... - wydyszała Fiffie, kiedy i jej udało się przecisnąć obok Bacy sprawiającej wrażenie buchorożca na cienkiej i kruchej ławeczce. - Założę się, że niezbyt jej się to spodobało...
   Victoire siedziała na samym szczycie trybun, już od pierwszych chwil meczu obserwując wszystko uważnie przez lornetkę. Ja i Fiffie zajęłyśmy miejsca koło niej. Zlustrowałam wzrokiem trybuny poniżej: Brenda rzecz jasna stała tuż przy barierce, ze swoim staroświeckim aparatem w pogotowiu, a obok niej samonotujące pióro wręcz szalało na lewitującym papierze, tuż koło niej Nannah (jako jedyna z rozetką w barwach Gryffindoru, ale bardzo malutką) stawała na palcach, by jak najlepiej widzieć swojego ukochanego (dziwię się, że nie zabrała ze sobą lunety), w pierwszej ławce siedział Mark Tower ze swoim wielkim popcornem, obok niego Matthew Lion, przyjaciel Domie, Fiffie i Jake'a, dostrzegłam również Lisę cisnącą się między jakimś kujonem, który podczas meczu studiował Quidditch przez wieki, a... Luną Lovegood, która zamiast zajmować miejsce wraz z innymi nauczycielami, postanowiła siać zamęt na trybunach Ravenclawu za pomocą swoich wielkich, łopocących skrzydeł. Julii rzecz jasna nie było, Quirke'a tak samo... za to Seth siedział z naburmuszoną miną, wyglądając tak, jakby jego spojrzenie miało zaraz strzelić piorunem w grających - a w szczególności w jedną grającą, której złoty kucyk powiewał na wietrze (Dominique wygryzła go z pozycji pałkarza, którą piastował w zeszłym roku)... Swoją drogą, wygląda na to, że Seth Sorens ponosi same porażki, jeśli chodzi o obie siostry Weasley... Tylko gdzie jest Simon...?
   — Jeszcze tylko uścisk dłoni kapitanów...
   Szybko spojrzałam w dół na stadion; Sherry Power i Spell Wood podali sobie ręce tak mocno, jakby jedno drugiemu chciało wyrwać ramię.
— Kafel w górę... i ruszyli...
   Znów słowa komentatorki zagłuszył wrzask tłumu.
   Czternaście postaci ubranych w szkarłat i granat poderwało się w powietrze. Victoire trzymała lornetkę tak mocno, że aż pobielały jej knykcie.
— No chyba się nie denerwujesz! - parsknęła Fiffie z niedowierzaniem. - Przecież Dominique ćwiczyła przed tym meczem codziennie przez dwa miesiące rano i wieczorem...
— No i co z tego?! - Vi odjęła lornetkę od twarzy. - Wypadek zawsze może się zdarzyć...
—  Wypadek? - powtórzyłam. - Jaki wypadek! To ONA jest tu od tego, żeby innym działy się wypadki...!
— Gryfoni przy kaflu, jakżeby inaczej, Collins podaje do Watsona, Watson do Collinsa, Collins do Watsona... ludzie, rozumiem, że się kumplujecie, ale bez przesady... No i w końcu, Lover ma kaf... aaa, już nie... Krukoni przejmują kafla, to chyba Pattinson, jedno z nowych odkryć... Leci tak, że chyba zaraz rozwali się o Wooda... A to pech, Wood obronił, no kto by się spodziewał...
   Na naszych trybunach rozległ się jęk, ponad który przebił się okrzyk Nanny:
— Tak...!
— Co ona w ogóle tu robi?! - wykrzyknęłam z oburzeniem, wznosząc ręce do nieba. - Czy ona przypadkiem nie powinna kibicować Jake'owi, przecież niby z nim "chodzi"!
— Nawet nie próbuj tego zrozumieć... - rzuciła Fiffie lekceważąco, podczas gdy Vi znów przyłożyła lornetkę do oczu, które latały jej to w tę, to w tamtą stronę, jakby czytała jakiś szalenie interesujący artykuł. - Przynajmniej Jake też ma motywację, żeby rozwalić Spella...
— Czy w ogóle istnieje ktoś, kto nie chce go rozwalić...? - zapytałam. - Power go nie cierpi, to jasne, Dominique też chce go zniszczyć, a teraz jeszcze Jake...
— Cicho! - przerwała nam Victoire zdenerwowanym tonem.
— Dobra! - obraziła się Fiffie. - Nie piśniemy już słowa, tylko się na nas nie drzyj...
— Nie, nie chodzi mi o to! - zawołała Vi, odkładając lornetkę na bok i podrywając się z ławki. - Tylko patrzcie, co ona wyprawia...!
   Ja i Fiffie spojrzałyśmy po sobie zdziwione, po czym odwróciłyśmy się w stronę trybun - i szczęki niemal nam nie opadły.
   Dominique leciała jak szalona za tłuczkiem, a co najgorsze, wywijała przy tym pałką wokół swojej głowy tak zawrotnie, że wyglądała niemal jak helikopter. Coraz więcej ludzi na trybunach powstawało i wskazywało ją sobie palcami, ale to nie był koniec - gdyż najwidoczniej nagle tłuczek znudził się samym uciekaniem, nieźle się wkurzył i - gwałtownie zmienił kierunek lotu-
   Trzask uderzenia pałki o twardą piłkę rozległ się echem chyba nawet w Zakazanym Lesie. Dominique w ułamku sekundy obróciła się w powietrzu tak szybko i uderzyła w tłuczka, że ten nie dość, że jej nie trafił, to jeszcze rąbnął prosto w Cecillię Lover, która aż zleciała z miotły. Na całe szczęście profesor Flitwick zdążył rzucić na nią Zaklęcie Poduszkujące, tak czy siak mecz został przerwany, bo pani Pomfrey musiała zabrać Cecillię z boiska.
   Ogłuszające wrzaski rozdzierały powietrze, jakby stadion zapełniony był tysiącem młodych mandragor, a nie uczniami. Victoire stała wciąż, pobladła, wytrzeszczając oczy.
— CZY ONA ZWARIOWAŁA?! PRZECIEŻ MOGŁA SIĘ ZABIĆ!
— SIĘ ZABIĆ? - wrzasnęłam, pukając ją w czoło. - Chyba zabić Cecillię, chciałaś powiedzieć!
— Eeee... właściwie to nie mam pojęcia CO TO BYŁO... - Ponad rykiem publiki rozległ się magicznie zwielokrotniony głos Leah Jordan. - ...ale chyba okazało się skuteczne, bo całkiem wyłączyło ścigającą gryfonów z gry...
   Urwała, kiedy na stadionie powstało kolejne zamieszanie - to Will Watson wleciał z rozpędu prosto w Dominique, tak że o mało co nie strącił jej z miotły. Kucyk Di podskoczył, kiedy w ostatniej chwili złapała równowagę, po czym cały stadion mógł już podziwiać jej środkowy palec wymierzony prosto w odlatującego Willa.
   — Wygląda na to, że nie tylko jej siostra "skrywa mroczną stronę" - skomentowała beznamiętnie Leah, na co Brenda aż podskoczyła i wykrzyknęła:
— Czy ktoś to słyszał? Czy ktoś to słyszał?! Zacytowała Accio Plotę!!!!
— No i rzut wolny dla krukonów. Wykona go sama Sherry Power, która wygląda, jakby również chętnie wypryszczyła twarzyczkę Wooda...
   Rozległy się syki i okrzyki oburzenia, wymieszane z gromkimi wybuchami aprobaty.
— No i jak widać, wściekłość nie wspiera profesjonalizmu, Wood obronił i nawet nie pytajcie mnie jak to zrobił... A teraz kafla przejmuje Cal Collins... Och, Weasley rozpuściła włosy, no to już po nim...
   Rzeczywiście. W tym momencie Dominique była tak wściekła, że zerwała gumkę ze swojej kitki, a złote włosy opadły jej wokół twarzy, co sprawiło, że Cal Collins momentalnie zapomniał chyba o wszystkich kaflach całego świata, a już szczególnie o tym, który trzymał we własnych rękach.
— To żałosne, ona ma dwanaście lat, człowieku... Ale nieważne, bo teraz kafla znowu ma ten smarkacz Pattinson... Nie chcę nic mówić, ale w starciu jeden na jeden z Woodem nie wróżę mu niczego dobre...
   Urwała, kiedy rozległ się wrzask i wszyscy krukoni poderwali się ze swoich miejsc. Rozejrzałam się oszołomiona i natrafiłam wzrokiem na Fiffie, która gapiła się na wzniesioną w powietrzu figurkę Jake'a, zupełnie jakby zamiast niego, to Hagrid siedział na miotle.
   — Tak, rzeczywiście trudno w to uwierzyć, ale Ravenclaw NAPRAWDĘ zdobył dziesięć punktów... A teraz kapitan gryfonów kłóci się ze swoim ścigającym... Naprawdę robi się coraz ciekawiej...
   I rzeczywiście, robiło się coraz ciekawiej.
   Wood, który chyba dostał czegoś w rodzaju ataku szału rogogona węgierskiego, najpierw wydarł się na Willa Watsona, zupełnie jakby to była jego wina, że nie powstrzymał kafla przed przeleceniem przez obręcz, po czym zażądał od pani Hooch kilku minut czasu, aby móc wydrzeć się na resztę drużyny już na ziemi. Tymczasem Leah Jordan tylko pogarszała sytuację, relacjonując wypranym z emocji głosem:
— Wygląda na to, że złoty skład Wooda obrywa po dupie od dwójki dzieciaków...
— A gdzie McGonagall?! - zawołałam, zdziwiona tym, że do megafonu nie dotarł w tym momencie głos dyrektorki, upominający "Jordan!".
— Zaraz... - Fiffie bezceremonialnie odebrała lornetkę Victoire, tak zajętej tym, co działo się z Domie, że chyba nawet tego nie zarejestrowała. - Nie... nie ma jej...! A przecież to mecz gryfonów!
   No pięknie! To gdzie ona jest... czyżby ona i Simon zostali razem w Zamku na kawce?!
   Reszta meczu potoczyła się bardzo szybko.
   Najwyraźniej Wood podczas przerwy w grze powydawał swojej drużynie nowe dyspozycje, bo teraz jego ścigający robili wszystko, by nie dopuścić do posiadania kafla przez Jake'a, Sherry i Demelzę, za to pałkarze gryfonów - wszystko, aby wyeliminować z gry Dominique. W ten sposób gryfoni zdobyli dwa gole, a Victoire niewiele brakowało do palpitacji serca, kiedy McRider o mało co nie rabnął pałką Dominique w głowę. Po tym incydencie rozegrała się krótka bitwa na pałki Dominiqe vs McRider, która na szczęście została w porę ukrócona przez panią Hooch. Gryfoni zdobyli jeszcze jednego gola, a w pewnym momencie ich szukający chyba nawet dostrzegł znicza, ale Domie tak celnie pokierowała tłuczkiem, że ten przeleciał tuż przed twarzą Indora, co sprawiło, że znicz najwyraźniej zniknął mu sprzed oczu. Kafel śmigał jak szalony między Collinsem a Watsonem, podczas gdy ścigający krukonów podrygiwali w powietrzu, usiłując go złapać, a Leah Jordan omal nie zasypiała nad megafonem, komentując:
   — Watson, Collins, Watson, Collins, Watson...
   I nagle Jake wleciał między nich, łapiąc kafla prosto w wyciągnięte ręce.
   Watson i Collins błyskawicznie zwrócili się ku niemu, wyraźnie chcąc go zmiażdżyć, ale wpadli na siebie z ogłuszającym łoskotem, kiedy Jake błyskawicznie poderwał się z kaflem w górę, wycelował...
   To stało się w ułamku sekundy.
   Kafel zawirował w powietrzu, wyrzucony przez Jake'a, kiedy na linii jego lotu nie wiadomo skąd, pojawiła się Dominique, z wysoko uniesioną pałką...
   TRZASK.
   Pałka rąbnęła o kafel.
   Cały stadion wstrzymał oddech. Włosy Dominique zdawały się jeszcze powiewać w locie... jej oczy błyszczały dziko... aż w końcu czerwona piłka rąbnęła Wooda prosto w brzuch... i przeleciała przez obręcz... problem w tym, że razem z samym Woodem!
   Ryk który rozległ się w chwilę później na całym stadionie chyba jeszcze nigdy nie był tak głośny. Wszyscy gryfoni darli się "TO SIĘ NIE LICZY", krukoni krzyczeli "GOOOOOL", gryfoni odwrzaskiwali "FAUUUL", wszystkie dziewczyny wyły "SPEEEEEELL", ślizgoni i puchoni po prostu nieartykułowanie wrzeszczeli, jakby uważali, że oni też powinni dołożyć swoje trzy knuty do tego hałasu - i właśnie wtedy Emmelina Cole złapała znicza.
   Tak więc zwycięstwo krukonów zostało tak czy siak przesądzone.
   Tłum publiczności wylał się z trybun na stadion. Drużyna lądowała już, wrzeszcząc z radości i rozpryskując śnieg wokół siebie - pierwsza znalazła się na ziemi Dominique, cała czerwona i potargana, drąc się ochryple:
    —  WIDZIAŁYŚCIE TO?!
   Po chwili jednak zamilkła, kiedy Victoire omal jej nie udusiła, rzucając się jej na szyję.
   Chaos na stadionie w krótkim czasie stał się nie do opisania. Ktoś omal mnie nie przewrócił, wciskając mi w ręce wielkie pudło niedojedzonego popcornu - to Mark Tower rzucił się w stronę Sherry Power, która totalnie straciła poczytalność, bo zaczęła tarzać się wraz ze swoją miotłą w śniegu, jakby ktoś rzucił na nią Zaklęcie Zabójczej Łaskotki. Zaraz potem obsypała nas nowa fala śniegu, kiedy Jake wylądował spektakularnie przed Fiffie z firmowym wyszczerzem na ustach. Coś otarło się o moją łydkę i zobaczyłam profesora Flitwicka, który zszedł z trybun, aby wyściskać ręce wszystkich, Luna unosiła się kilka cali nad ziemią na swoich wielkich skrzydłach, obserwując tę scenę przez swoje omnikulary, zupełnie jakby ta zbiorowa ekstaza wydawała jej się bardzo interesującym przedmiotem badań nad gatunkiem normalnych ludzi, a wokół tego wszystkiego skakała Brenda, buchając fioletowym dymem ze swojego aparatu...
  Poza tym szaleństwem dostrzegłam panią Pomfrey, która lewitowała nosze, na których jęczał Spell Wood. Spojrzałam na Vi - kompletnie tego nie zauważyła, wciąż ściskając Dominique i mówiąc do niej urywanym głosem przez łzy szczęścia:
   — Mogłaś się zabić! Mogłaś walnąć się własną pałką... Mogłaś spaść z miotły...
— Ale dzięki mnie to Wood spadł z miotły!
   Victoire wydała z siebie coś pomiędzy szlochem a śmiechem, po czym jeszcze raz uściskała ją mocno.
   No tak. Wszystko świetnie, naprawdę super i wspaniale.
   Wprawdzie byłoby jeszcze lepiej, gdyby na balandze z okazji zwycięstwa (i to nad gryfonami!) nie zabrakło mojej obecności. Już w kwadrans po zakończonym meczu wszyscy krukoni w pokoju wspólnym rzucili swoje książki, zerwali się z foteli i włączyli głośno Fatalne Jędze. Nie minęło kolejne pięć minut, a wszystkie stoliki uginały się pod pasztecikami z dyni, stosami bąbocuksów, ciastkami z kremem, babeczkami z owocami, kremówkami, bryłami toffi i nugatu, likworowymi pałeczkami, czekoladowymi żabami, musami-świstusami, piwem kremowym i masą innych dóbr. Ogień trzaskał w kominku, w którym rozgadani krukoni piekli pianki na patykach, Sherry Power siedziała na kolanach Marka Towera, Dominique zajmowała honorowe miejsce wśród grona przyjaciół i wielbicieli, wciąż nie rozstając się ze swoją ukochaną pałką, która dokonała dzisiaj tak niesamowitego faulo-gola, Mrukot gonił w najlepsze pufka pigmejskiego Brendy, który toczył się po podłodze, popiskując w panicznej ucieczce, za oknem powoli zapadał zmrok, ale nikt nawet nie myślał o spaniu... i tylko ja krążyłam po pokoju wspólnym, wypatrując w bawiącym się tłumie pewnej osoby...
   W końcu dostrzegłam Brendę, która siedziała przy stoliku, gryzmoląc wciąż po swoim sprawozdaniu z meczu.
   — Jeśli chodzi o zgłoszenie się na paparazzi...
— Brenda, nie będę dla ciebie robić ludziom zdjęć z ukrycia! - zawołałam z wyrzutem, na co ona uniosła głowę i dopiero teraz mnie zauważyła.
— Och! Pocky! No tak, jasne, że nie, chociaż płacę kilka knutów od zdjęcia, a za szczególnie hity nawet płacę w syklach, no ale jak nie, to nie, twoja strata, co nie! A w ogóle to sama dzisiaj zrobiłam tak wystrzałowe zdjęcia z tego meczu, że nie potrzebuję już nikomu płacić, nawet udało mi się uchwycić, jak Spell przelatuje przez obręcz i w ogóle wszystko...! A tak w ogóle to po co tu przyszłaś? - zapytała nagle, opierając podbródek na dłoni i uśmiechając się słodko. - Masz może dla mnie jakąś plotę...?
— Co? Nie...!
— No to w takim razie co mi przeszkadzasz! - parsknęła, a przymilny uśmieszek zniknął z jej twarzy. - Mam mnóstwo pracy do zrobienia...
— Przede wszystkim to ty masz szlaban do odwalenia i to razem ze mną! - zniecierpliwiłam się. - Gdzie Simon?
   Brenda wzruszyła ramionami.
— A niby skąd ja biedna mam to wiedzieć...
— Przecież ty wiesz wszystko o wszystkich! - Uniosłam brwi. - A zresztą, nieważne...
— Zaraz! - zawołała, podrywając się z fotela tak gwałtownie, że aż drgnęłam. - Jeszcze nie sprzedałam mu Accio Ploty! No nie wierzę, to chyba ostatnia osoba, która jeszcze nie ma tego wydania!! No, może poza tobą...
 Zmierzyła mnie wzrokiem nie pozostawiającym wątpliwości co do tego, co sądzi o ludziach, którzy tak wysoce nie interesują się "życiem szkoły".
   — On nie będzie chciał Accio Ploty - stwierdziłam, obserwując, jak Brenda za pomocą różdżki zbiera wszystkie swoje szpargały, równocześnie drugą ręką wymacując butelkę piwa kremowego z sąsiedniego stolika. - Jeżeli te twoje dziesięć dodatkowych stron nie zawiera krzyżówki...
— Krzyżówki?! - Brenda aż zakrztusiła się piwem. - Krzyżówki?! Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, jaką głupotę powiedziałaś w tej chwili, właśnie w tym momencie, teraz, NAŁ?!
— Eee... - powiedziałam niepewnie. - Nie...?
— Ha ha! Ha! - zaśmiała się histerycznie, trochę tak, jakby miała się zaraz rozpłakać z politowania. - Zaraz, uno momento! Bo coś tak troszkę nie czaję! To ja tu opisuję największą sensację jaka wydarzyła się od stworzenia tego świata, a TY uważasz, że miałabym marnować dodatkowe strony w numerze na coś tak niemodno-nudnego jak KRZYŻÓWKA?! Ha! Ha, ha, ha...! Haaaa... - Otarła z oczu łzy, kręcąc głową i uśmiechając się z rozczuleniem. - Oj, Pocky, ty i Simon to jednak jesteście siebie warci...! Tak samo nudni i dziwni...! Ach, słodziaki z was. Ha, ha, ha...
   I poszła, lewitując przed sobą stertę szpargałów, wciąż zaśmiewając się do rozpuku.
 Och, jakie to szczęście, że Simon tego nie usły...
   — Słyszałaś? Podobno jesteśmy słodcy!
— Sam jesteś... - zaczęłam, ale nie dokończyłam, w ostatniej chwili zdając sobie sprawę z tego, co właściwie mówię.
   Simon Larieson stał po drugiej stronie stolika, jak gdyby nigdy nic chrupiąc likworową różdżkę i przyglądając mi się uważnie spod ciemnej grzywki, jak to miał zresztą w zwyczaju. Szybko przybrałam obronną pozę, krzyżując ręce na piersi i odwracając się do niego bokiem.
— Tak w ogóle to dzięki, że próbujesz załatwić dla mnie krzyżówkę... - zagadnął beztrosko, zupełnie tak jakbyśmy mieli przed sobą miłą schadzkę, a nie dwie godziny tortur.
— Nic nie próbuję dla ciebie załatwiać, uważam tylko, że dla ogólnego dobra wszystkich, mogłoby to nieco podnieść poziom tego pisma...
— Tak czy siak - chrupnął likworową pałeczką - to był mój pomysł.
— To trzeba było go opatentować... - rzekłam z irytacją unosząc brwi, po czym nagle odwróciłam się w jego stronę. - A może lepiej wpadłbyś na jakiś pomysł, jak dzisiaj przeżyć, co?
   Przez chwilę przygryzał cukrową różdżkę, po czym wycelował ją we mnie, jakby była wskaźnikiem.
— Wiesz co... chyba mam jeden, całkiem niezły. A może nawet dwa.
   Wyminął róg stolika i stanął przede mną, rozglądając się na boki, czy aby nikt nam się nie przysłuchuje.
— Tylko stań na palcach, z łaski swojej... zależy mi na prawach autorskich.
   Rzuciłam mu spojrzenie pełne powątpiewania, ale czym prędzej spuściłam wzrok, zmieszana.
   Dlaczego mówienie sobie rzeczy na ucho wymaga od siebie takiego zbliżenia...? 
   Przez moją głowę przemknęła niespokojna myśl o... o jego ustach w tak bliskim kontakcie z moimi włosami, policzkiem... Dlaczego ja w ogóle myślę o takich rzeczach?! 
   Zacisnęłam zęby i uniosłam się niepewnie na palcach, równocześnie chwiejąc się lekko, aby przypadkiem nie dotknąć ani skrawka jego musztardowego swetra. Simon nachylił się w moją stronę, jego oddech musnął moje włosy - i ani się obejrzałam, a już trzymałam go kurczowo za szelki, żeby nie stracić równowagi!
   I nawet nie chcę wiedzieć, jak przerażoną minę musiałam mieć w tym momencie...!
*





 










































Iiiiiiiiiii! Koniec.
Tak, właśnie widzicie. Ten rozdział miał na celu dwie rzeczy: pomieścić w sobie mecz (ostateczne dobicie Spella - jak mogłabym odmówić Domie i sobie tej przyjemności?!) oraz szlaban Pocky, Brendy i Simona. Możecie sobie wyobrazić, jak ten rozdział byłby długi, gdybym miała tu jeszcze wcisnąć szlaban u Booracka! A przecież opisać go trzeba, prawda?
Dlatego oczekujcie na ciąg dalszy w bliskiej przyszłości.
(Oj, będzie teraz dużo cliffhangerów przez to przepoławianie...)
Kto jeszcze nie wie, zapraszam tutaj: KLIK!
A tymczasem...

Nox/*

~ Tita

niedziela, 15 października 2017

2.11 Stała czujność

   Ted Remus Lupin


  
   TRZASK! - trzasnęły drzwi od kawiarenki pani Puddifoot, omal nie wypadając z zawiasów. Na zewnątrz było już szaro - płatki śniegu wirowały szaleńczo w powietrzu jak chochliki kornwalijskie zamknięte w szklanym pojemniku bez wyjścia, a wiatr wył głucho w alejce, niby stado Ponuraków.
   Uliczki Hogsmeade były już całkowicie opustoszałe, mieszkańcy pochowali się w swoich chatach niczym myszy w bezpiecznych norach, a uczniowie Hogwartu poupychali się w sklepach i pubach - nikt nawet nie myślał o narażeniu choćby czubka nosa na mróz. Zza oszronionych i zaparowanych szyb dobiegały radosne odgłosy cisnącej się przy kominkach ciżby, stłumione przez sypiący gęsto śnieg, powoli przybierający postać świszczącej nawałnicy, która rozhulała się na pustej ulicy głównej i drodze z wioski do zamku. Zakryłem się gryfońskim szalikiem po sam nos, wcisnąłem ręce w kieszenie i, nie oglądając się za siebie, zacząłem przedzierać się przez śnieg. Kłujące igiełki mrozu wciskały mi się pod szalik, szczypały nos i drażniły oczy...

  “Nie chcę, żebyś znikał”... Też coś! A ja chciałbym, żeby Wood zniknął i to bardzo!!

   Rozpościerający się przede mną obraz, już i tak zaśnieżony niczym ekran zepsutego mugolskiego odbiornika, rozmył się niby mętna zupa i znów przed oczami stanął mi widok zaparowanego, mdląco obrzydliwego wnętrza Przystani Szczęśliwych Par. I Wood i Victoire nadal jeszcze tam są… Siedzą przy mikroskopijnym stoliku, omal nie ocierając się o siebie pod blatem swoimi wstrętnymi syrami i gruchają niby zakochane gołąbki… A może już wylizują sobie wzajemnie resztki przesłodzonej kawy pani Puddifoot, które zostały im w otworach gębowych… Wzdrygnąłem się na tę okropną myśl, a może tylko z zimna, po czym kopnąłem mocniej zaspę przed sobą - i widmo kawiarenki natychmiast znikło.
  Jakiś tępy ból wwiercał mi się w czaszkę, odkąd trzasnąłem tymi drzwiami. A może to nie był wcale ból… może to było po prostu jedno wielkie niedowierzanie…?

  A jak ona wypowiedziała jego imię…! Na to świeże jeszcze wspomnienie fala krwi uderzyła mi do głowy i jeszcze mocniej kopnąłem śnieg, którym wiatr natychmiast dmuchnął mi prosto w twarz.

  Zdawało mi się, że w świście śniegu słyszę szelest jej głosu o tonie miękkim i topniejącym, i że ten głos, choć tak cichy, kłuje mnie bardziej niż ostry mróz, że w mroku widzę rumieniec, który przyoblekł wtedy jej twarz.

  Spell...

  Nie… chyba zaraz się porzygam!

  Idiotka, idiotka… cholerna idiotka!

  A przecież z początku tak dobrze jej szło! Co się więc nagle stało? W którym momencie Vi postanowiła nagle oświadczyć się Woodowi? Co mi umknęło? Chyba nigdy tego nie zrozumiem!

  Dziewczyny są… są…
  Po raz ostatni kopnąłem śnieg.
  Coś zamigotało w oddali. Zatrzymałem się i przetarłem oczy rękawem - tak, to musiały być już światła zamku. Przez chwilę stałem w miejscu, oddychając ciężko po szybkim marszu - i dopiero teraz odwróciłem się za siebie, gdzie nie było już widać ani Przystani Szczęśliwych Par, ani całej reszty Hogsmeade, tylko zasypaną drogę, niknącą gdzieś w burzy szarości i zapadającym zmroku.
  Zawrócić…?
  Nie… Nie! Śmieszna myśl. Nie, to całkiem niedorzeczne. Niby po co? Żeby wejść tam i krzyknąć “Nie zgadzam się!”? Żeby przerwać im upojną chwilę, która być może właśnie ma miejsce? Żeby przetrącić Woodowi nos, jak powinienem był zrobić już dawno, a Victoire wypalić prosto w twarz, że jest głupią, wstrętną, beznadziejną kretynką…?
  Bo Victoire jest kretynką! Kretynką i koniec, kropka. Może sobie być w Ravenclaw, może sobie być najinteligentniejszą dziewczyną, jaką znam, ale to i tak nie zmienia faktu, że jest kretynką do kwadratu!
  A ja kretynem do sześcianu… Jak mogłem się łudzić, że cholerny “czar” Wooda na nią nie podziała?!
  I co on niby ma w sobie takiego? Przecież jest palantem, nawet w książkach o swoim ukochanym quidditchu ogląda jedynie obrazki! Co te wszystkie laski w nim widzą…?
  Co Victoire może w nim widzieć?
  Nie, nie… Trzeba iść dalej, trzeba wracać do zamku. I tam czekać, aż oni wrócą… a zresztą, niech robią co chcą, to mnie i tak nic ale to absolutnie NIC nie obchodzi...
  Ruszyłem przed siebie, ale już nie rozkopywałem śniegu - już i tak buty i nogawki miałem kompletnie przemoczone.
  Ale przecież to nie mogło wydarzyć się naprawdę!
  Bo niby czemu przez całą drogę nie opuszcza mnie to dziwne wrażenie nierealności, zupełnie jakby to był jakiś koszmarny i zarazem dziwaczny sen?
   Następnego dnia okaże się, że Wood był w Hogsmeade z jakąś inną dziewczyną, która mnie nic nie obchodzi, a gdy zejdę do Wielkiej Sali, zobaczę Victoire, ładną i miłą jak zawsze... a ona ucieszy się na mój widok... i zaczniemy jak zwykle omawiać sprawy Wtajemniczonych We Wszystko, jedząc grzanki razem z Pocky, Domie, Fiffie i Lariesonem…
  A może wręcz przeciwnie… A co jeśli... jeśli zastanę ją jutro siedzącą na jego kolanach, oboje karmiących się wzajemnie śniadankiem…?!
  Nie… przecież w życiu tego nie zniosę! Prędzej spalę wszystkie swoje książki, niż będę na to codziennie patrzył! Zresztą, mniejsza nawet o książki… Prędzej wyrzeknę się OPCM!
  Ale przecież Vi jest za mądra dla Wooda! - przekonałem sam siebie, wycierając rękawem stopniały śnieg z nosa. A nawet jeśli Woodowi udało się ją w jakiś sposób ogłupić, to chyba właśnie od tego ma Teda Lupina? Mimowolnie zacisnąłem pięści w kieszeniach, kiedy przez głowę przemknął mi szereg niezbyt miłych dla niej obrazów: Wood szepczący coś do Vi w Miodowym Królestwie, Wood zamykający ją w ramionach z ustami tuż przy jej czole, oni idący razem pod ramię, Victoire trzymająca go za rękę w kawiarni, wpatrzona w niego jak w święty obraz…
  Już nigdy więcej nie pozwolę mu jej tknąć!
  Szkoda tylko, że ona chyba nie ma nic przeciwko temu.
  Brama zwieńczona uskrzydlonymi dzikami zamajaczyła mi tuż nad głową. Światła zamku były już całkiem blisko - przyspieszyłem kroku, aż w końcu zacząłem biec na ile pozwalały mi na to zaspy, aby pomóc wichrowi wywiać mi wszystkie myśli z głowy. Śnieżyca znów wzmogła się, lodowe skry cisnęły mi się do oczu, szalik rozluźnił się i twarz zapiekła mnie boleśnie, ale nie zwolniłem dopóki nie dobiegłem w końcu do dębowych wrót Hogwartu. Nie przystanąłem ani na chwilę w Sali Wejściowej rozświetlonej ciepłym blaskiem, nie zważając na to, że wszędzie zostawiam po sobie wielkie kałuże (i że Filch będzie mnie za to ścigał po całej szkole listem gończym), po czym ruszyłem w stronę Wieży Gryffindoru, gdzie zatrzymałem się dopiero na ruchomych schodach.
  I ktoś mógłby wysnuć przypuszczenie, że ta desperacka przebieżka w śniegu powinna pozwolić mi ochłonąć po tak okropnym przeżyciu jakim było podglądanie Victoire i Wooda w ich intymnych chwilach. Mimo to, gdy tylko wyburczałem Grubej Damie hasło, wpadłem do pokoju wspólnego, wbiegłem po schodach do dormitorium i pierwsze co zrobiłem, ledwie myśląc o tym co robię, to z całej siły uderzyłem w szafkę nocną, przy okazji strząsając z siebie resztki śniegu.
   Nie pomogło.
  Lustro nie pokazywało już nieznajomego mulata. Najwyraźniej podczas drogi sam nie zauważyłem, kiedy znów stałem się sobą. Moje odbicie miało czerwoną gębę, kosmyki włosów przylepione do czoła, zadarty nochal i oczy zaczerwienione jak królik. Szybko odwróciłem się od tej okropnej mordy, po czym zerwałem przemoczoną czapkę z głowy i cisnąłem ją w bliżej nieokreślone miejsce na podłodze, to samo czyniąc z resztą garderoby, po czym rzuciłem się na łóżko i wbiłem wzrok w baldachim.
  No tak, wszystko jasne. Kogo ja oszukuję… Wood przy tobie jest chyba jakimś półbogiem. Czempion quidditcha zasrany…
  Tylko kto lepiej wie, że nie należy oceniać książki po okładce, jeśli nie Victoire? Ach, no tak… Przecież to dziewczyna. Człowiekowi wydaje się, że dziewczyna wie czego chce, ale oczywiście to gówno prawda… Dziewczyny są pokręcone.
  Pokręcone hipokrytki.
  A ty przez całe życie sądziłeś, że ona jest inna…! Prychnąłem cicho i pociągnąłem nosem. Oczywiście, była inna! Była... bo teraz już nie jest, teraz jest taka, jak cała reszta.
  Pauline nie dałaby się omotać Woodowi! Aż usiadłem na łóżku, kiedy dokonałem tego odkrycia. No tak, ale przecież nawet ona zgodziła się z nim wtedy zatańczyć na Sylwestrze i tego faktu nie zmieni nawet setne powtarzanie tego, jakie to było okropne… Opadłem z powrotem na poduszki, wzdychając.
  Nie, wszystkie one są takie same. Wszystkie mają w sobie większy lub mniejszy pierwiastek pustoty, skoro Wood jawi im się jako jakiś bóg…
  Ale już absolutnie nie będę o tym myślał! Szybko porwałem z szafki nocnej pierwszą lepszą książkę i otworzyłem ją na pierwszej lepszej stronie.
   W kronikach Departamentu Czarodziejskich Gier i Sportów odnotowano siedemset rodzajów fauli w quidditchu; wszystkie z nich miały miejsce podczas finałów pierwszych mistrzostw świata… No tak, że też musiałem trafić akurat na cholerny Quidditch przez wieki… Tak czy inaczej dziewięćdziesiąt procent odnotowanych fauli jest obecnie niewykonywalne, bo łączy się z użyciem różdżki podczas gry… No tak, ale przecież ja siedzę na trybunach… Jeśli chodzi o pozostałe dziesięć procent, to z całą pewnością można stwierdzić, iż większości z nich nie popełniłby dzisiaj nawet najbardziej brutalny zawodnik… Och, jaka szkoda, że drużyny innych domów tak nienawidzą naszej… Oto przykłady: podpalanie ogona miotły przeciwnika… To problematyczne, pióropusz ognia zdradziłby miejsce, z którego rzucono zaklęcie… atakowanie miotły przeciwnika maczugą… pałka chyba by się do tego nadała, można by w tym celu wynająć Warwicka… atakowanie przeciwnika toporem… ta, pomarzyć sobie mogę...
  Miałeś nie myśleć o tym, jak uszkodzić Wooda! - przypomniał mi w głowie głosik pełen wyrzutu. Szybko przewróciłem z dwadzieścia stron dalej…
  Zjednoczeni z Puddlemere… Cholera, drużyna ojca Wooda… To na niej trzepie tyle hajsu, żeby zapewnić najlepszy sprzęt sobie i synalkowi…
  Nie, zdecydowanie to nie była odpowiednia książka.
  Ile czasu już tak leżę z nią na twarzy…?
  Zejść na kolację? Nie chce ci się jeść. Masz jeszcze zbyt silne mdłości po rozanielonej Victoire mrugającej słodko oczkami prosto w gały Wooda. Z drugiej strony, mógłbyś się przekonać, czy już wrócili… I jesteś naprawdę pewien, że zniesiesz widok Vi na kolanach Wooda, karmiącej się z nim kolacyjką…?
  Ale może istnieje szansa, że ona tam na ciebie czeka? Może potrzebuje tam pomocy, żeby Wood się w końcu od niej odwalił? Ale kiedy widziałeś ją ostatnio, wcale nie wyglądała jak ktoś, kto takiej pomocy oczekuje… Nie, nie zejdę na dół. Nie będę im  przeszkadzać...
  To jest po prostu śmieszne. Czy ty właśnie zmarnowałeś dwie godziny swojego życia, żeby przejmować się tym dupkiem…
  A raczej tym, że dziewczyna, którą do tej pory miałeś za rozsądną, postanowiła polecieć na tego dupka.
  I leżąc tak w bezruchu, z książką otwartą na twarzy, poczułem się tak, jakby gdzieś we mnie, głęboko w środku, zamierał, powoli gasł najwyższy z ideałów, w który jeszcze wczoraj święcie wierzyłem, który miałem zaszczepiony w umyśle od dzieciństwa. Jakby za sprawą tego jednego wieczoru odwróciły się nagle wszelkie prawa natury… bo to było przecież wbrew naturze, by Victoire Weasley zachowywała się jak ktoś, kim nie była i kim być nie chciała…!
  Ale może nie chciała tym być, bo tym właśnie naprawdę była…?
  A ja myślałem, że ją znam! A jednak… w tym momencie w moim życiu nie istniała chyba większa zagadka.
  Nawałnica wciąż wyła za oknami, sprawiając, że szyby podzwaniały lekko, jakby zaraz miały pęknąć na milion oszronionych kawałków. Poza burzą, która szalała bezgłośnie w mojej głowie, były to jedyne słyszalne tutaj dźwięki - gdy nagle dołączyło do nich coś jeszcze. Zerknąłem spod książki na drzwi od dormitorium. Na schodach za nimi rozległy się kroki i rechot trzech osób, rosnący z każdą chwilą.
   — ...niezła beka…
— ...ale widziałeś jaką minę zrobił ten barman…
— ...to jasne, że w przyszłym meczu ich rozgnieciemy...
  Drzwi otworzyły się z hukiem, a ja westchnąłem i ponownie zakryłem się Quidditchem przez wieki.
   — No nie...
  Ktoś zdjął mi książkę z twarzy, a ja z nieukrywanym niezadowoleniem zmrużyłem oczy przed światłem. To Warwick ośmielił się oderwać mnie od dalszych wisielczych refleksji nad sensem egzystencji - stał teraz nade mną w swojej rażąco czerwonej czapie z pomponem, teraz właściwie różowej z powodu pokrywającej ją warstwy śniegu, a na jego piegowatym, okrągłym obliczu (co raczej nie odstawało zbytnio od normy) odmalowywał się wyraz pełen najwyższego politowania na sam mój widok.
   — A ty kujonie, jak zwykle nic, tylko babskie czytanki sobie urządzasz…  - Ujął książkę w dwa palce, jakby trzymał śmierdzącą skarpetkę, po czym nagle zmarszczył brwi i spojrzał na mnie jak na niedorozwoja: - Quidditch przez wieki?! Oczadziałeś, czy co? Przecież Wood w życiu nie przyjmie cię do składu!
   — A ja w życiu nie będę startował do jego głupiego składu! - krzyknąłem, siadając raptownie na łóżku.
   Warwick aż odskoczył do tyłu z dość zaskoczoną miną, wyglądając przy tym całkiem jak ożywiony zaklęciem bałwan, który zdziwił się, że ktoś wyrwał mu z twarzy marchewkowy nos.
   — Dobra człowieku, luz! - Cisnął swoją czapkę na metalowy grzejnik, z której w chwilę później śnieg zaczął skapywać na podłogę. - Tak w ogóle to gdzie ty byłeś?! Bo chyba nie zostałeś w zamku żeby czytać…
— Nie, wyobraź sobie, że nie zostałem w zamku, żeby czytać...
— Weź go zostaw, Pickering… - odezwał się nagle Cal Collins, asystent numer jeden Wooda w debilizmie, do tej pory zajęty rechotaniem z czegoś wraz z Willem Watsonem, który był drugim asystentem Wooda w debilizmie. - Nawet jeśli nie czytał, to pewnie nie robił nic ciekawszego… co najwyżej ryczał w kiblu, że Woodowi udało się wyrwać jego laskę…
— Ona nie jest moją laską - wymamrotałem.
   Ale Cal tylko uniósł brwi.
— Doprawdy? No to tym gorzej dla ciebie, Woody zaliczy ją przed tobą! - uśmiechnął się obrzydliwie. - A wiesz, kto jest zawsze w kolejce za nim...
   Nagle wszystkie światła w dormitorium zamrugały, przygasły na moment, aż w końcu rozjarzyły się blaskiem tak silnym, jakby zaraz miały pęknąć. Dziwne, że równocześnie z tym zjawiskiem, poczułem, jak w żyłach zaczyna pulsować mi wrząca wściekłość, której chętnie dałbym ujście, poprzez roztrzaskanie wszystkich lamp i skierowanie ich szczątków prosto w twarz Collinsa.
— Skoro ty i Wood tak się wszystkim dzielicie, to może powinniście przespać się ze sobą, co? - parsknąłem, zaciskając ręce na książce aż pobielały mi knykcie, lecz Collins tylko uśmiechnął się drwiąco, co bynajmniej nie polepszyło sytuacji.
— Spokojnie, Lupin… Chyba jako prefekt, powinieneś popierać nasz recykling, co? W końcu Wood oddaje mi tylko odpadki, które nadają się do ponownego użycia, to wszystko…
— Zaraz ja zrobię z ciebie taki odpadek, że…
— No tak! - Warwick pospiesznie wparował w moje pole widzenia, skutecznie przysłaniając mi wstrętny uśmieszek Collinsa swoją krągłą osobą. - Wszystko fajnie, pięknie, tylko może byście już przestali nakręcać tę spiralę nienawiści? - wyszczerzył do nas zęby, na co Cal tylko wywrócił oczami, a ja ponownie położyłem się na plecach, wzdychając z irytacją i zakrywając twarz Quidditchem przez wieki. - Lepiej zgadnij gdzie byliśmy, Ted!
— No nie wiem - wymamrotałem spod książki, nie mogąc pozbyć się myśli, jak nisko dzisiaj upadłem, zmieniając sobie wygląd na kogoś tak beznadziejnego jak Cal Collins. - Siedzieliście jak zwykle w Trzech Miotłach i próbowaliście poderwać Rosmertę na kawał o goblinie, skrzacie i…
— Nie, byliśmy pod Świńskim Łbem i nie uwierzysz… ten koleś sprzedał nam Ognistą, czaisz?! - wyparował Warwick, jakby od samego początku nie czekał na nic innego, niż zaskoczenie mnie tą niebywałą informacją. - Nam, czaisz? Nieletnim! Namiarowiczom!
— Pickering, ty kretynie… - Watson, który już wyciągnął się na swoim łóżku, wytrzeszczył na niego oczy. - I po co mielesz tym ozorem?! Po jakiego grzyba gadasz to prefektowi?!
— Na szczęście jako prefekt, mam ważniejsze sprawy na głowie niż trójka głupków, która daje z siebie wyciągać hajs zramolałemu barmanowi za jakiś zaśniedziały sok ze szczura...
— Na przykład to, że Wood odbił ci lasię?
   Nawet nie obdarzyłem Collinsa spojrzeniem, tylko uniosłem książkę, spod której spojrzałem na Warwicka, marszcząc brwi.
— Czy ja już mu mówiłem, żeby się zamknął…? - zapytałem go spokojnie.
— Nie, jeszcze nie mówiłeś - odrzekł Warwick usłużnie.
— Wobec tego - uniosłem się na łokciach - Collins, wyświadcz łaskę i zamknij się.
   Collins wymienił znaczące spojrzenia z Watsonem.
  Reszta wieczoru minęła w atmosferze względnego spokoju - o ile spokojem można nazwać to, że Cal, Will i Warwick bez reszty poświęcili się namiętnemu obrazowaniu wizji tego, jak to spektakularnie rozgniotą krukonów w nadchodzącym meczu, w analizie czego nie brałem szczególnego udziału, jako osoba określana mianem “ten dziwak, który ma gdzieś quidditcha”. Zamiast tego, siedziałem wciąż na swoim łóżku usiłując czytać Jak przechytrzyć czarnoksiężnika, w rzeczywistości zerkając bez ustanku na drzwi. Kolacja skończyła się piętnaście minut temu…
  Dwadzieścia minut temu…
  Pół godziny temu…
  Gdzie oni są?!
   Nie śmiałem zapytać Warwicka o to, czy byli na kolacji, nie w obecności Watsona i Collinsa. Ale przecież gdyby nie byli, Filch zamknąłby im bramę do zamku! Może zejść tam, tak po prostu, żeby przekonać się, czy…
  Czytaj książkę, nakazałem sobie twardo w duchu, po czym oderwałem wzrok od drzwi.
  Zazwyczaj czarnoksięskie przedmioty, jakkolwiek niebezpieczne, są jednak łatwe do wykrycia przez najzwyklejsze rutynowe wykrywacze wrogów używane przez tropicieli śladów czarnej magii... Ach, żebym miał taki wykrywacz, który powiedziałby mi, czemu oni nie wracają…
  Ale przecież musieli już być w szkole…! Więc czemu Wooda jeszcze tutaj nie ma…? Bo w końcu co niby można robić z ładną dziewczyną w opustoszałym ciemniejącym zamku, pełnym schowków na miotły, nieużywanych klas, tajemnych przejść i innych sekretnych zakamarków…? Chyba tylko…
  BUM!
  Huk drzwi od naszego dormitorium wstrząsnął chyba całą Wieżą Gryffindoru.
   Warwick, Watson i Collins podskoczyli jak jeden mąż nad makietą boiska quidditcha (kiedy oni zdążyli ją rozłożyć?!) po czym pierzchli pod ściany. Lampy ponownie zamrugały, kiedy zobaczyłem... to coś, co wpadło do naszego dormitorium... Z początku wyglądało to rzeczywiście tak, jakby uciekło z prywatnego rezerwatu pod łóżkiem Hagrida…
  A potem nagle okazało się, że to Wood!
  Ale to nie był ten Spell Wood, który mieszkał z nami od pięciu lat w dormitorium, ani ten, co łaził po korytarzach szczerząc się w firmowym uśmiechu do mijanych lasek, ani ten, który widowiskowo bronił na meczach quidditcha… ani nawet ten Spell Wood, którego zostawiłem dzisiaj w kawiarni, trzymającego się za rękę z Victoire.
  Ten Spell Wood był Spellem Woodem żałosnym, obrzydliwym, Spellem Woodem zdesperowanym, zrozpaczonym i wściekłym. A na jego twarzy… tak, na tej samej, w którą wszystkie dziewczyny wpatrywały się jak w najpiękniejszy krajobraz… cóż, rzeczywiście rozpościerał się krajobraz, chyba cała łąka upstrzona czerwonymi makami... Lecz niestety... bardzo daleko było temu do dzieła sztuki! Jego zazwyczaj gładką wstrętną buźkę, pokrywały teraz bąble i krosty tak odrażające, że czyniły ją bardziej podobną do mugolskiego kebaba niż do czegokolwiek innego.
  I naprawdę, tylko wściekły obłęd mieniący się wśród tych pryszczy w jego oczach powstrzymał mnie od tego, aby uderzyć pięścią w powietrze ze szczęścia, albo po prostu ryknąć ze śmiechu.
   Wiedziałem, od początku wiedziałem, że Vi nie zawiedzie! Oj, rzadko kiedy można było oglądać skutki tak wybornie rzuconego Furnunculusa!
   A tymczasem Wood potoczył dzikim wzrokiem po dormitorium, jakby wraz z uszkodzeniem twarzy doznał również uszkodzenia mózgu.
   — WOODY! - Chyba nigdy w życiu nie podejrzewałbym Cala Collinsa o wydanie z siebie tak piskliwego dźwięku, już prędzej jakąś dziewczynę która zobaczyła pająka pod prysznicem. - C-co ci się stało w… twarz?!
— Twarz? - powtórzył Warwick z wyraźnym powątpiewaniem. - Sorry stary, ale to wygląda bardziej jak pizza… zrobiona z czyrakobulwy… na którą rzuciło się stado żądlibąków...
— ZAMKNĄĆ SIĘ! - wydarł się histerycznie Wood, a Warwick natychmiast urwał z przerażoną miną. - Zamknąć się, mówię!!! Od tej chwili ktokolwiek to skomentuje, zostaje wypie****ony z drużyny na zbity ryj!!!
   Z jego pryszczy trysnęły soki. Zerknąłem na chłopaków stojących tuż przy ścianie - tak jak się spodziewałem, przerażenie na ich twarzach ustąpiło miejsca skrajnemu obrzydzeniu, a już zwłaszcza na pucołowatym obliczu Warwicka.
— To… jeśli wolno spytać kapitanie… co ci się właściwie stało…?
   To pytanie było chyba błędem, bo Wood kopnął kolumienkę łóżka tak mocno, że aż sam wrzasnął z bólu.
— Ta… ta Weasley…! T-to wiedźma...!!!
— Co, sprzedała ci syfa?! - Cal wytrzeszczył oczy ze zgrozy.
— Rzeczywiście, ciekawa odmiana choroby wenerycznej - zakpił Will, przejeżdżając oczyma po suficie. - Co on, czyrakobulwę ruchał?!
— Zamknijcie się, kretyni! - przerwał im Wood, aż czerwieniejąc pod swoimi pryszczami. - Ona jeszcze zobaczy… ze mną się nie zadziera… a ona śmiała… cholerna jędza… sama się nie przyzna, że jej było dobrze…
— Wybacz Woody… - wtrącił łagodnie Collins. - Ale to co gadasz, kompletnie nie ma sensu.
— No właśnie - Warwick uniósł brwi. - Niby jak jej było dobrze, skoro postanowiła zamienić cię w żyjątko z dna oceanu?
— Wszystko było w jak najlepszym porządku! - przekrzyczał go Wood, świdrując go wściekłym spojrzeniem. - Już prawie ją miałem, nie moja wina, że nagle się jej coś odpitoliło w tym móżdżku…!
— Nic dziwnego, to chyba jasne, że nie zadziera się z wilami - rzekł zdawkowo Warwick.
   Wood zmrużył oczy, spoglądając na niego złowróżbnie.
— Nie, Pickering… - pokręcił powoli głową, z miną jakby postradał zmysły. - To ze mną się nie zadziera. I ja jeszcze nauczę tę świruskę, gdzie jest jej miejsce… Jeszcze będzie mnie błagać, żebym do niej wrócił…
— Kobieta zmienną jest, ale chyba nie aż tak - mruknął Warwick.
— Ty jej nie znasz, Pickering - rzekł Wood, oddychając ciężko przez nos. Jego oczy błyszczały niezdrowym blaskiem, jakby dopiero co urwał się ze świętego Munga z oddziału długotrwałego pobytu. - Jeszcze wszyscy zobaczycie, przywlecze się do mnie na kolanach… A te drobne komplikacje… To po prostu dlatego, że ta głupia szmata jest zwyczajnie popie**olona…!
   Rozległ się donośny huk, kiedy książka sama wyślizgnęła mi się z rąk i zsunęła się po łóżku, spadając na podłogę.
— Nie powinieneś jej tak nazywać.
   Wszyscy utkwili we mnie wzrok z przestrachem - zupełnie nie wiem, czym spowodowanym, skoro powiedziałem to bardzo cicho, skryty w cieniu baldachimu swojego łóżka. Jednak Wood wytrzeszczył na mnie oczy tak, jakbym nie wiadomo jak się na niego wydarł.
— Będę ją nazywać jak mi się żywnie podoba, Lupin, czy ci się to podoba, czy nie!! - krzyknął, podczas gdy ja stanąłem tuż przed nim, patrząc mu prosto w tę groteskową twarz. Aż pobladł pod swoimi pryszczami. - A jutro ty, jako prefekt, przyprowadzisz tutaj grzecznie panią Pomfrey…
— A to niby po co?
— A co, myślisz, że pokażę się gdziekolwiek w takim stanie?!
Przez chwilę zapadło pełne napięcia milczenie. A potem…
— Tak… - rzekłem spokojnie, marszcząc brwi. - Tak, myślę, że się pokażesz.
Przez kolejną chwilę Wood świdrował mnie wzrokiem. Aż nagle, wbrew wszelkim oczekiwaniom, jego usta rozciągnęły się w jadowitym uśmiechu.
— Nie, Lupin… ty ją tutaj ściągniesz.
— Nie, Wood - zaprzeczyłem, również się uśmiechając. - Sam do niej pójdziesz. Ale nie, nie po to, żeby się u niej leczyć! - zastrzegłem szybko, uprzedzając wyraz szoku na jego pryszczatej twarzy. - Pójdziesz tam grzecznie, żeby w ramach czynu społecznego wyszorować wszystkie nocniki... rzecz jasna, bez użycia czarów… A zdaje mi się, że po ostatnim meczu puchonów i ślizgonów, no wiesz, tym podczas burzy z piorunami… jest bardzo duże zapotrzebowanie na czyste nocniki.
   Na moment Wooda totalnie zatkało, aż w końcu wykrztusił z siebie:
— Wlepiasz mi szlaban?! - Zaśmiał się histerycznie, patrząc po reszcie chłopaków, jednak nikomu nawet nie drgnęła szczęka. - Ty… n-nie masz prawa tego zrobić…!
— Mam prawo. I właśnie z niego korzystam.
   Niedowierzający uśmiech zniknął z krościatego oblicza Wooda, ustępując miejsca prymitywnej furii.
— Powienieneś wlepić szlaban tej je*anej wariatce, a nie mnie! To ona mnie pierwsza zaatakowała…!
   Ale w tej sekundzie błyskawicznie chwyciłem go za szatę i szarpnąłem nią mocno, uderzając Woodem o kolumienkę łóżka z taką siłą, że aż zatrząsł się baldachim.
— JESZCZE RAZ JĄ TAK NAZWIESZ, A DOROBIĘ TWOIM PRYSZCZOM JESZCZE CZUŁKI!
— Pu...szczaj… jak… śmiesz… ty…
— NIGDY JUŻ SIĘ DO NIEJ NIE ZBLIŻYSZ, ROZUMIESZ?! - wrzasnąłem, a kurz zleciał na nas ze szpar w suficie. - NIE TKNIESZ JEJ NAWET KOŃCEM KIJA OD MIOTŁY…
— Już… za późno… - Jego brzydką, pokrytą bąblami gębę rozjaśnił złośliwy uśmiech. - Za późno...
  Stałem nieruchomo, wciąż trzymając go za szatę pod szyją, przyciskając go do kolumienki, dysząc ciężko i gapiąc się na niego, czując się tak, jakby tymi słowami splunął mi prosto w twarz, a potem jeszcze zepchnął w dół stromej przepaści. Nie, to niemożliwe… Absurdalne! Na pewno Victoire rzuciła na niego zaklęcie, gdy tylko zorientowała się, jaki Wood jest naprawdę… Pytanie tylko, w którym momencie się o tym zorientowała…?
— Kłamiesz - wycedziłem, z uczuciem jakby wyschło mi gardło.
— Nie kłamię - wycharczał Wood, a jego oczy rozbłysły. - Sam jej spytaj… jak było...
   Puciłem jego szatę ze wstrętem.
   To było pewne, że on kłamał.
   Kłamał, łgał jak z nut, nie istniała żadna inna racjonalna opcja… Mścił się za ten wlepiony szlaban, a zresztą, mniejsza o jego motywy, to był w końcu Wood, on był po prostu popieprzony… Prawda jest taka, że jedyne co dostał od Victoire w prezencie to te pryszcze i koniec, dlatego jest taki wściekły, dlatego kłamie, kłamie i jeszcze raz kłamie…
  Bo przecież to, co widziałem w kawiarni, nic nie znaczy, prawda? “Nie chcę, żebyś znikał”... dlaczego to powiedziała? Do czego to potem doprowadziło…?
  I kiedy w środku nocy krążyłem jak głupi po pokoju wspólnym zamiast iść spać, coraz głębiej zapadałem w przekonanie, że to wszystko jest jednym wielkim nieporozumieniem, oszustwem. To co widziałem w kawiarni... to wszystko nie ma żadnego znaczenia! Wood kłamał, to jasne… Po prostu chciał mi dopiec. Chciał się zemścić na Vi.
   Musiałbym być strasznie głupi, żeby w to uwierzyć.
   Następnego dnia osobiście dopilnowałem, aby Wood przeparadował przez cały zamek ze swoimi pryszczami w godzinach porannego szczytu. Wprawdzie próbował zasłonić się najpierw krawatem, potem torbą, a potem szkolną szatą (nie mówiąc już o tym, że rano wytrzasnął od któregoś z dziewczyńskich dormitorium mugolski podkład pod makijaż), ale i tak wciąż wokół nas rozlegały się piski jego przerażonych wielbicielek, a po przejściu kilku zatłoczonych korytarzy - nieustanne klikanie aparatu, ponieważ Brendzie Pussycat bardzo zależało na jak najlepszym ujęciu. I choć zazwyczaj jestem z nią na wojennej ścieżce, jeżeli chodzi o jej szmatławą gazetkę, w końcu przecież miałem na głowie doprowadzenie skazańca na miejsce jego wyroku, a to było o wiele ważniejsze zadanie, niż konfiskowanie niewinnej dziewczynce aparatu... niech przynajmniej tego ranka jak najlepiej rozwija swoją pasję!
   A w Wielkiej Sali Victoire nie było. Nie było również Dominique, która mignęła mi gdzieś w Sali Wejściowej z miotłą i w stroju do quidditcha (to wariatka... ale jeżeli te poranne treningi w śniegu pomogą jej w załatwieniu Wooda na przyszłym meczu, to Boże, daj jej swoje błogosławieństwo). Pauline pojawiła się przy stole krukonów piętnaście minut po rozpoczęciu śniadania z warkoczem tak potarganym, jakby dopiero co wstała z łóżka i chyba tylko obecność Lariesona, który podał jej ogromny kubek z kawą, powstrzymała ją od położenia się na stole i zaśnięcia przy swoim talerzu. Przy stole gryfonów wrzało (głównie za sprawą Sandry Kench), ale nikt nie dawał powodów do przydzielenia mu ujemnych punktów za zachowanie, wręcz przeciwnie - jeśli ktoś głośniej wybuchnął śmiechem z powodu plotki o kimś, kto w przeciągu ostatniej doby dostał gwałtownego wysypu trądzikowego, byłem skłonny nawet dodać mu punktów za prawidłową postawę społeczną.
  I dopiero wtedy, kiedy siedząc w swoim swetrze od babci Molly nałożyłem sobie drugą porcję jajek sadzonych i kiełbasek, odkryłem nagle, nie bez zdziwienia, że mam całkiem niezły nastrój, który jeszcze się polepszył, kiedy podczas sowiej poczty dostrzegłem sowę śnieżną - niewątpliwie należącą do mojego ojca chrzestnego, tak, tego samego, który ponoć miał w ministerstwie tyle pracy. Harry nie pisał do mnie od wieków! A nie widziałem go od czasu, kiedy natknąłem się na niego w lochach w Noc Duchów, o czym on sam nie miał zielonego pojęcia. Przed rozpoczęciem szkoły ogólnie się od siebie oddaliliśmy - on miał mnóstwo kłopotów w Biurze Aurorów, a ja odseparowałem się od świata z powodu niezbyt fortunnych dla mnie przygód w Zakazanym Lesie. A teraz wreszcie nadszedł od niego list - list, którego wcale się nie spodziewałem, nawet niezbyt na niego oczekiwałem, jako że sam nie wysiliłem się na nabazgranie ani jednego słowa z mojej strony - i który sprawił, że po raz pierwszy od wczoraj całkowicie zapomniałem nawet o Victoire.
   Zaadresowany był fioletowym atramentem, a koperta zaopatrzona była w pieczęć Szefa Biura Aurorów - a więc pisał do mnie, jakżeby inaczej, z pracy...
  
   Drogi Teddy

   Bardzo Cię przepraszam za to długie milczenie, ale jak dotąd praca w ministerstwie nie pozwalała mi na napisanie do Ciebie listu. Mam nadzieję, że chociaż Ty nie posądzasz mnie o "manię ratowania świata" tak jak Ginny. Zarzuca mi, że bardziej niż ona, moją żoną jest facet ze Służb Porządkowych, który donosi mi do Biura posiłki... Ale nie piszę tego listu, żeby zwierzać Ci się ze swoich małżeńskich problemów.
   Na początku chciałbym wiedzieć, jak Ci idzie w szkole. Nie mam wątpliwości co do tego, że idzie Ci świetnie, ale pytam o to, bo Percy strasznie mnie męczy, czemu jeszcze nie wysłałeś mu żadnego raportu na temat swoich obowiązków prefekta. Kazał Ci przekazać, byś nie brał ze mnie przykładu i nie robił tego wszystkiego, co ja robiłem w szkole: czyli nie warzył zakazanych eliksirów, nie chadzał do Zakazanego Lasu, nikogo nie szpiegował, nie podsłuchiwał itd., bo inaczej na pewno możesz pożegnać się z odznaką. (Zauważ, że ja nigdy nie byłem prefektem, ale za to byli nimi Ron i Hermiona, i jakoś nie przeszkadzało im to w robieniu tych wszystkich rzeczy).
   Nie będę przed Tobą ukrywał, że poza Hogwartem nie dzieje się najlepiej. Biuro Aurorów dostaje mnóstwo doniesień o różnych dziwnych i niepokojących rzeczach, które dzieją się właściwie na terenie całego kraju. Nic więcej nie mogę Ci zdradzić - na pewno nie za pośrednictwem sowiej poczty. Chcę jednak, żebyś miał uszy i oczy szeroko otwarte. Jeśli tylko zauważysz coś, cokolwiek, co przykuło Twoją uwagę, natychmiast daj mi o tym znać.
   Mam nadzieję, że przyjedziesz ze szkoły na Święta. Twoja babcia urwałaby mi głowę jeszcze skuteczniej niż James, gdybym Cię do tego nie namówił.
   Pamiętaj: Stała czujność!
Do zobaczenia -
Harry


   Zwinąłem list i schowałem go do kieszeni.
   Jakie to było... typowe!
   Najpierw beztroska wzmianka o pracy, potem jakieś cytowanie głupich rad od Percy'ego, a w to wszystko wpleciona informacja być może najważniejsza, a zamknięta tylko w pięciu marnych zdaniach pod tytułem "Dzieje się coś poważnego, więc bądź ostrożny, ale i tak nic ci nie powiem". I o co w tym wszystkim miało chodzić - niby co miałbym zauważyć?
   To, że Boorack trzymał w Zakazanym Lesie wilkołaka, że ukrywa coś w lochach, rzucił na to Zaklęcie Fideliusa i sam jest Strażnikiem Tajemnicy?
   "Przecież nie możesz napisać czegoś takiego w liście, głąbie!" pomyślałem, dźgając widelcem jajko sadzone na swoim talerzu, jakby to ono podsunęło mi ten pomysł. Ale z drugiej strony, czy kiedy spotkam się z Harrym w Święta... czy może już być za późno?
   Zresztą, my nawet nie wiemy, czy to co Boorack robi rzeczywiście jest nielegalne, może działa na zlecenie ministerstwa... Tylko po co wtedy Harry i Hermiona szukaliby czegoś w lochach w Noc Duchów...
   Nie, za dużo jest jeszcze znaków zapytania, żeby stawiać jakiekolwiek twarde wnioski, które stanowiłyby jakiekolwiek mocne dowody. Harry sam już chyba z dziesięć tysięcy razy opowiadał, jak to kiedyś wszyscy podejrzewali Severusa Snape'a o najgorsze, a potem to okazało się rzecz jasna nieprawdą. Nie możemy ryzykować, że z Boorackiem jest inaczej... Nie, oskarżenie go teraz o cokolwiek byłoby niedorzeczne...
   Wilkołak nie żyje, pracownia Booracka zniknęła... Wszystkie dowody szlag trafił.

   I właśnie wtedy, kiedy postanowiłem, że nic o tym wszystkim nie napiszę, podeszła do mnie Kaitlyn, która dziś postanowiła użyć odznaki prefekta jako spinki do włosów, które i tak bardziej przypominały miedziane mrowisko, niż cokolwiek innego.
   — Lupin... wyskocz ze mną na szluga.
   Warwick, który siedział tuż obok, zakrztusił się sokiem z dyni. Spojrzałem na Jackson jak na wariatkę, a jednak - wyglądało na to, że propozycja jest całkiem poważna.
— Jackson... czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteśmy prefektami...? - zapytałem, mimowolnie myśląc o tym, co by było gdyby Percy Weasley to usłyszał - chyba dostałby apopleksji.
— No właśnie, a prefektom wolno więcej, no nie? - uniosła brwi, a widząc, że nie ruszam się z miejsca, westchnęła ciężko, robiąc znużoną minę. - Z ciebie to jest jednak beznadziejny przypadek... Ale rusz ten swój święty tyłek, bo serio muszę z tobą pogadać.
— Co?! - Warwick wytrzeszczył na nas oczy. - Nie idź, bo następnym razem przylezie i powie "wyskocz ze mną na numerek"!
   W tym miejscu muszę stanowczo zaznaczyć, że powyższa wypowiedź nie miała NAJMNIEJSZEGO wpływu na to, że w chwilę później stałem już z Kaitlyn na krużganku, obserwując, jak szara chmura dymu unosi się z jej cienkiego papierosa.
  Poranek skrzył się w ogromnych soplach lodu, zwieszających się z łuków pod arkadami, dając skojarzenie z tysiącem błękitnych, lodowych dzwoneczków. Śnieg już nie padał, tylko leżał grubą, gładką kołdrą na dziedzińcu w dole - o tej porze nie było tutaj żywej duszy.
   — Wystarczy, że ktoś nas zobaczy, a wylatujemy z posady...
— Na szczęście mam gdzieś twoją karierę, Lupin - Jackson uniosła brwi, po czym dmuchnęła wprost we mnie śmierdzącą chmurą, z całą pewnością umyślnie.
— Ale chyba nie zaprosiłaś mnie tu na randkę, co? - zniecierpliwiłem się.
   Zaciągnęła się szarym dymem.
— Możesz sobie być przystojny, ale ja jestem lesbijką.
— Ja jestem... ty jesteś... że CO?!
   Kaitlyn wywróciła oczami.
— Zanim się zesrasz, może przejdziemy do rzeczy, co? - zagdakała z petem w ustach. - Wyobraź sobie, że wczoraj, kiedy ty zajmowałeś się pierdołami w Hogsmeade, byli tutaj starzy Sophie! I może mi powiesz, co ty wiesz na ten temat?!
   Dźgnęła mnie zapalonym petem w pierś, a ja cofnąłem się do tyłu, instynktownie unosząc rękę.
— Ja... nic o tym nie wiem!
— No jasne... - westchnęła, znów robiąc znużoną minę. - Ale możesz się dowiedzieć, no nie.
— Ja? - zmarszczyłem brwi. - Niby od kogo? Przecież już pytaliśmy McGonagall co się stało z Sophie, powiedziała, że nie jest w stanie nam udzielić żadnej informacji...
— A ten list z rana to niby od kogo dostałeś, od ministra magii czy od szychy Wizengamotu?! - poirytowała się, po czym pstryknęła mi palcami tuż nad czołem. - Masz wtyki w pieprzonym Biurze Aurorów!
— Ale może Sophie po prostu zachorowała i nikt nam nie może nic powiedzieć z powodu tajemnicy lekarskiej... albo może po prostu przenieśli ją do innej szkoły...!
— To dlaczego słuch o niej zaginął? - zaatakowała Kaitlyn. - Dlaczego nie ma z nią żadnego kontaktu?
— Już mówiłem, może jest chora.
— Gdyby była chora, starzy siedzieliby z nią w domu, a gdyby tylko zmieniała budę, to odpowiadałaby na listy, tak czy nie...
— Dobra! - przerwałem jej szybko, aż kropelki poskapywały z sopli nad naszymi głowami. - Mogę się podpytać... ale nie gwarantuję, że czegokolwiek się dowiem, zresztą wątpię, by naprawdę stało się coś poważnego...
— Bo nie widziałeś wczoraj jej starych - wpadła mi w słowo, po czym wyrzuciła papierosa za ośnieżoną balustradę. - Zachowywali się trochę tak, jakby Sophie już kopnęła w kalendarz.
   Tylko wzruszyłem ramionami, po czym zdjąłem z włosów Kaitlyn odznakę prefekta, przypiąłem ją do jej szaty i bez słowa opuściłem krużganek.
   W głębi ducha przyznałem już Jackson rację - choć, rzecz jasna, nie wygłosiłem tego w obawie, by woda sodowa nie uderzyła jej do głowy. Tak czy siak, cała ta sprawa z Sophie od początku była dziwnie podejrzana. Mimowolnie moje myśli znów powędrowały do listu od chrzestnego: Biuro Aurorów dostaje mnóstwo doniesień o różnych dziwnych i niepokojących rzeczach... Nic więcej nie mogę Ci zdradzić... Chcę jednak, żebyś miał uszy i oczy szeroko otwarte...
    Jeśli tylko zauważysz coś, cokolwiek, co przykuło Twoją uwagę, natychmiast daj mi o tym znać.
   A może... a może to jest właśnie ta rzecz? 
   Gwałtownie skręciłem z drogi powrotnej do Wielkiej Sali i przyspieszyłem kroku, kierując się prosto do Sowiarni. Słabe zimowe słońce znaczyło posadzkę białymi plamami.
   Moja sowa, którą swego czasu nazwałem Szalonooką (i której oczy naprawdę były trochę szalone) natychmiast sfrunęła do mnie z najwyżej usytuowanej żerdzi, ku niezadowoleniu innych sów, które wybudziła z drzemki gwałtownym trzepotem skrzydeł. Wyciągnąłem z torby potrzebne rzeczy, rzuciłem Chłoszczyść na kawałek parapetu, z którego zniknęło trochę ptasiego łajna, położyłem na nim skrawek pergaminu, odkorkowałem buteleczkę z tuszem, zanurzyłem w niej końcówkę pióra, przyłożyłem ją do papieru - i nagle się zatrzymałem. Atrament skapnął czarną kroplą na pergamin.
   I jakby tu zacząć...?
   Może obierz taką samą taktykę jak twój ojciec chrzestny. Napisz coś o Sumach, pracach domowych... Jakąś krótką relację z tego, jak wlepiłem Woodowi szlaban, żeby Percy się dowiedział, jak świetnie się wywiązuję ze swoich prefekcich obowiązków... I niewinną wzmiankę na temat Sophie...
   Kilka tygodni temu jedna z moich koleżanek całkiem niespodziewanie opuściła szkołę. Wczoraj byli tu jej rodzice. Może wiesz cokolwiek o tym, co się z nią stało? Cała moja klasa się nad tym zastanawia.
   Pióro znów zawisło nad pergaminem, a ja spojrzałem w okno. Potem z powrotem pochyliłem się nad listem.
   U mnie ogólnie wszystko w porządku. A tego faceta ze Służb Porządkowych powinieneś zaprosić na niedzielny obiad.
   Do zobaczenia w Święta -
Ted
Tak... tak może być.
   W kolejne dziesięć minut napisałem drugi list, tym razem do Andromedy, w którym zapewniłem ją, że świetnie się odżywiam, że doskonale godzę obowiązki prefekta z nauką do Sumów, a także zapytałem ją co tam u mojego psidwaka Moody'ego i czy radzi sobie z odgnamianiem ogrodu. I właśnie zalakowywałem obie koperty, kiedy na schodach do Sowiarni rozległy się kroki i ktoś pojawił się w drzwiach.
   Gigi Bulstrode i ja mieliśmy swoje dziwne zwyczaje, do których należało również spotykanie się w różnych dziwnych miejscach - i to wbrew pozorom, bynajmniej nie w celach towarzyskich. Niezbyt więc przejął mnie jej widok. Zacząłem przywiązywać oba listy do nóżki Szalonookiej, która w przeciwieństwie do mnie, okazywała Gigi większe zainteresowanie, bo łypała wciąż na nią wyłupiastymi oczyma. Ja natomiast nawet nie podniosłem głowy.
   — No? Co tam?
   To pytanie zadane przeze mnie mimochodem również wcale nie miało na celu zagajenia zwyczajnej rozmowy. Przekładając je na język, który chcąc nie chcąc dzieliłem z Bulstrode, w luźnym tłumaczeniu pytanie "Co tam" oznaczało "Co tam w Slytherinie", a to z kolei konkretniej odczytywało się jako "Co tam u Booracka". Bulstrode wstąpiła w progi Sowiarni na palcach, wyraźnie brzydząc się sowich odchodów, ale równocześnie nie mając nic przeciwko temu, by otrzeć się o moją biedną osobę, gdy przechodziła, aby przysiąść na oczyszczonym wcześniej przeze mnie parapecie. Zaraz jednak z niego zeskoczyła, prosto w plamę ptasich odchodów na podłodze, kiedy Szalonooka wyleciała przez okno, zamiatając skrzydłem o jej głowę.
   — Cholera jasna!!!
   Zaczęła kopać dookoła nogą, aby pozbyć się z podeszwy niepożądanej substancji. Przyglądałem się jej wysiłkom z beznamiętnym wyrazem twarzy.
  — Zadałem ci pytanie, Ginger.
 — Nie nazywaj mnie tak! - spojrzała na mnie ze złością swoimi jadowicie zielonymi oczami. - I nic się nie dzieje, jeśli chcesz wiedzieć. Boorack siedzi w swojej norze i nie wychyla z niej nawet nosa.
   No jasne. Dziwne, żeby wychylał nos z miejsca, na które rzucił Zaklęcie Fideliusa.
 — A wiesz cokolwiek o zniknięciu Sophie Lynch?
   Gigi przestała pozbywać się łajna ze swojego buta i uniosła głowę, a złote loki zaszły jej na twarz. Zmarszczyła groźnie brwi.
 — O zniknięciu kogo?
 — Sophie Lynch! - powtórzyłem, patrząc na nią z niedowierzaniem. - Na miłość boską Bulstrode, chodzisz z nią do klasy od pięciu lat...
 — Na miłość boską Lupin, a od kiedy to obchodzą mnie gryfońskie szlamy?! - przedrzeźniła mnie, z miną jakbym palnął coś totalnie nielogicznego.
 — Mogłabyś przestać nazywać ludzi szlamami.
 — Bo co, wlepisz mi szlaban, tak jak Woodowi?
   Naprawdę, już mnie zaczynają męczyć takie odzywki!
 — Słyszałam, co się stało - powiedziała Gigi cicho, po czym podeszła kilka kroków w moją stronę. - Podobno Weasley nieźle poraniła mu buźkę...
 — Tak, osiągnęła całkiem ciekawy efekt - odparłem chłodno.
 — Na pewno musisz być z niej bardzo dumny.
   Teraz staliśmy już twarzą w twarz. Jej różowe usta rozciągnęły się w delikatnym, lecz zdradliwym uśmiechu.
 — Cóż... ja osobiście nie spodziewałabym się tego po niej... Do tej pory uważałam, że taki pluszowy królik jak ona nie ma szans z Woodem, a tu proszę...
   Dotknęła mojego szalika, po czym pociągnęła go powoli, chcąc go rozluźnić.
 — A może... - uśmiechnęła się figlarnie i przekrzywiła głowę, wodząc wzrokiem po mojej twarzy. - Może masz ochotę trochę się na niej zemścić...?
   Złapałem za jej rękę, która ciągnęła za mój szalik. Gigi była już tak blisko, że jej loki zasłaniały mi całą resztę Sowiarni. 
 — Zemścić...?
   Zaśmiała się cicho, ale nie tak jak zwykle, kiedy była otoczona swoim ślizgońskim haremem. Jej prawdziwy śmiech był ochrypły i z całą pewnością o wiele bardziej do niej pasował.
 — Ty to jednak jesteś dziecinny!
   Wcale a wcale mi się to nie spodobało.
 — A myślisz, że niby czemu rąbnęła Wooda urokiem? - Odrzuciła włosy do tyłu, patrząc na mnie z nieukrywanym rozbawieniem. 
 — No nie wiem... Bo może zorientowała się, że jest totalnym debilem?!
   Znów się zaśmiała, co nie spodobało mi się jeszcze bardziej.
 — Przykro mi, że muszę cię uświadomić, ale to chyba jasne, że coś między nimi zaszło... Zresztą, znam Wooda nie od dziś i wiem, że jest świetnym graczem nie tylko w quidditchu...
 — Pieprzysz, Bulstrode - wycedziłem, w końcu odrywając jej palce od mojego szalika. - Victoire nie pozwoliłaby...
 — Ach, jak ty bezgranicznie w nią wierzysz...! - westchnęła. - Tylko że nie wszyscy są takim aseksualnym kamieniem jak ty...
   Wyrwała mi rękę z uścisku i znów pociągnęła za mój szalik, tym razem o wiele mocniej i gwałtowniej. Cofnąłem się, ale za mną były już tylko zasyfione żerdzie, na których zaszumiały skrzydła sów, gdy tylko się do nich zbliżyłem. Gigi uniosła brwi, już całkiem rozwiązując mój szalik, niemal troskliwymi ruchami rąk wyposażonych w ostre metaliczne tipsy.
 — Jeszcze nie jest za późno, Teddy - szepnęła, spoglądając na mnie spod rzęs. - Jeszcze nie jest za późno...
   Za późno... Tak powiedział mi Wood. Przez moment stałem totalnie sparaliżowany, aż w końcu odepchnąłem ją od siebie i bez słowa po prostu wyszedłem z Sowiarni, nie dbając o to, że zostawiłem w jej rękach swój szalik...
   Za późno! Za późno, bo Wood zarzucił przynętę, którą Victoire prawdopodobnie już połknęła?! Za późno, bym mógł zapobiec temu, by popełniła największy błąd na świecie, zakochując się w tak skończonym palancie?! Za późno, żeby cofnąć to, co wydarzyło się między nimi, zanim Victoire rzuciła zaklęcie...
   I nagle wpadłem na kogoś z takim impetem, że o mało co oboje się nie wywróciliśmy. Ledwo jednak zarejestrowałem, że ten ktoś również ma na sobie sweter Weasley'ów, kiedy stało się coś zupełnie niespodziewanego - osóbka o długich, srebrzystych włosach nagle przycisnęła mnie do ściany z taką siłą, której nie spodziewałbym się nawet po buchorożcu, tak że obiłem sobie boleśnie tył głowy - i na dodatek jeszcze wbiła mi w szyję koniec różdżki, żebym nie zdołał jej uciec!
    — Victoire...! Co ty...?!
 — Co TY! - krzyknęła, a jej głos poniósł się echem po pustym korytarzu. - CO...TO...MIAŁO...DO...CHOLERY...BYĆ!
   Chyba jeszcze nigdy nie była na mnie tak wściekła! Mimowolnie uniosłem ręce do góry, jak zbiegły więzień z Azkabanu, którego chcą ponownie aresztować.
 — Ale... o co ci chodzi...
 — O co mi chodzi?! - zawołała z oburzeniem. - Byłeś wczoraj w Hogsmeade, tak czy nie!
 — No tak, byłem... - Wzruszyłem ramionami, co było dość trudne ze względu na położenie, w jakim się znalazłem. - To chyba jeszcze nie zbrodnia...
 — Dobrze wiesz o czym mówię! - zaperzyła się. - Naprawdę sądziłeś, że cię nie poznam?!
   Otworzyłem usta, ale zaraz je zamknąłem.
   Cóż. Z pewnością o wiele łatwiej byłoby mi sformułować jakąś sensowną odpowiedź, gdyby nie rozpraszał mnie ten dziwny zapach... Równocześnie słodki, ale jakby kwaśny... Nagle zorientowałem się, że ciemno-niebieskie oczy Vi wciąż wpatrują się we mnie z wściekłością.
 — Eee... Co to za zapach?
   To ją troszkę zdezorientowało. Puściła mój sweter i odrobinę opuściła różdżkę.
 — Różowy grejpfrut - powiedziała, zmieszana. - A zresztą, nie zmieniaj tematu!
   Szybko wyrzuciłem z głowy myśli o moich nowych doznaniach związanych z różowym grejpfrutem.
 — Nie rozumiem - rzekłem, marszcząc brwi i odbijając się od ściany, co sprawiło, że Vi cofnęła się o krok. - Myślałaś, że znając Wooda, pozwolę ci iść z nim samej? Mieszkam z nim od pięciu lat w dormitorium, doskonale wiem jak on traktuje ludzi!
 — Ach, a więc chciałeś mnie chronić, tak? - zakpiła. - No więc jak widzisz, sama się ochroniłam. Nie chcę mieć z nim już nic wspólnego.
 — To ciekawe, bo odniosłem inne wrażenie.
   Spojrzała na mnie chłodno, jakby jej oczy zawierały w sobie drobiny lodu.
 — Cokolwiek widziałeś, czy usłyszałeś... mimo że nie miałeś do tego prawa... wcale nie było skierowane do niego, tylko właśnie do ciebie. Bo chciałam, żebyś w końcu się ode mnie odwalił.
   To zabolało.
 — Dobra... - powiedziałem powoli, siląc się na spokojny ton. - Czyli niemal nie wyznałaś Woodowi dozgonnej miłości, tylko po to, żebym ja się odwalił, tak?
 — Tak, bo... - zacięła się, po czym skrzyżowała ręce na granatowym swetrze z literą V. - ...ty wszystko zepsułeś!
 — JA wszystko zepsułem!
 — Tak! - odparowała, rzucając mi ostre spojrzenie. - Gdyby cię tam nie było, wszystko byłoby inaczej...
 — Gdybyś ty tam NIE POSZŁA, wszystko byłoby inaczej!
 — To trzeba było mi ZAKAZAĆ, skoro jesteś taki mądry! - krzyknęła, świdrując mnie wzrokiem jak jakaś harpia. - Skoro uważasz, że masz prawo decydować za mnie...
 — Bo ty nie umiesz decydować o sobie, Victoire! - przekrzyczałem ją. - Jak mogłaś dać się omotać takiemu kretynowi?! Nie rozumiesz, że jesteś dla niego czymś mniej istotnym niż pyłek na jego miotle?! On się tobą bawi, on ma cię kompletnie za nic! I co, miałem twoim zdaniem spokojnie popijać sobie kremowe piwo w Trzech Miotłach, kiedy on... on... Ty na to nie zasługujesz, Vi! Nie zasługujesz na to, żeby ktokolwiek cię tak traktował, a zwłaszcza ktoś taki jak Wood! Jesteś ostatnią osobą, która na to zasługuje!
   Na moment zapadło milczenie, podczas którego Vi wpatrywała się we mnie z półotwartymi ustami. Potem zacisnęła wargi i wbiła wzrok gdzieś w głąb korytarza - płomienie pochodni tańczyły w jej oczach, jednak nie wyglądała tak, jakby je widziała.
— I niby co zamierzałeś zrobić - prychnęła w końcu, po czym cisnęła na mnie z oczu niebieskie iskry. - Rzucić na niego Drętwotę?
— O ile mi wiadomo, sama rzuciłaś na niego urok i to całkiem niezły.
— Tylko że rzucenie uroku nie cofnie...
— Czego?
   Na chwilę Vi przygryzła mocno wargę, wciąż patrząc na mnie roziskrzonym spojrzeniem, aż w końcu wybuchła:
— Chodzi o to, że ja... ja wcale nie czuję się, jakbym zwyciężyła! Bo niby czym jest zwycięstwo nad kimś, kto go nad sobą nie uznaje? Co z tego, że JA wiem, że zwyciężyłam? Takie zwycięstwo jest niepełne, a niepełne zwycięstwo nie jest żadnym zwycięstwem!
   Złość opadła z niej, ustępując miejsca rezygnacji i zmęczeniu. Nagle uderzyło mnie, jak delikatnie  i bezbronnie wyglądała, kiedy tak stała, próbując opanować drżenie warg, zła na samą siebie za targające nią rozgoryczenie. Zupełnie tak, jakby już nosiła w sobie głęboką, ciętą ranę, zadaną przez kogoś, przed kim nie zdołała się obronić i jakby teraz sama czyniła sobie za to wyrzuty...
— Vi... co właściwie wydarzyło się między tobą i...
   I właśnie wtedy stało się coś okropnego - twarz Victoire oblekła się ciemnym rumieńcem, a ona sama odwróciła głowę.
   Za późno...
   To stwierdzenie odbiło mi się głuchym echem w moim umyśle.
   I jak ja mogłem jej pomóc, skoro było już za późno... Nie... po raz pierwszy nie mogłem jej pomóc.
   Po raz pierwszy mogłem tylko stać i bezsilnie przyglądać się, jak Victoire  Weasley coraz bardziej zapada w zdradziecką pułapkę, nie mogąc krzyknąć do niej, żeby się cofnęła, ani nie mogąc w żaden sposób jej pocieszyć, gdyby już w nią wpadła... Nie mogąc jej objąć, ani nawet dotknąć jej ramienia. Po raz pierwszy stała się dla mnie całkowicie niedostępna.
   Jakby oddzieliła nas wodna zapora, w której żadne z nas nie chciało się zamoczyć.
   Za późno.
   Zastanawiałem się tylko, co by było, gdyby wtedy, kiedy leżeliśmy razem w śniegu... tak, pamiętam tę dziwną myśl, która mnie wtedy nawiedziła... co by się stało, gdybym wtedy się nie zawahał...?
   Wszedłem do pustego dormitorium w Wieży Gryffindoru i cisnąłem torbę na łóżko, która pod wpływem uderzenia otworzyła się i księgi zaklęć wysypały się z niej na narzutę, wraz ze starym kałamarzem, połamanym piórem, oraz dwiema zgniecionymi rolkami pergaminu - jedna z nich była moją pracą na transmutację, ocenioną na Powyżej Oczekiwań, druga stanowiła moje wypracowanie na OPCM, za które dostałem Wybitny.
   Stała czujność! Tak mawiał mentor mojej mamy, Alastor Moody, i tak zawsze powtarzał mi mój ojciec chrzestny... A ja się niczego od nich nie nauczyłem!
   Szybko zabrałem kałamarz z łóżka, by nie poplamić pościeli, a wypracowania odrzuciłem na bok, jakby nic nie znaczyły.
   Ty to jednak jesteś głupi, Tedzie Lupinie.


Hop, hop.... Jest tu kto?
+ przepraszam za te świrowanie czcionki... Tak to się kończy, kiedy ostatnia wspaniała "aktualizacja" zmiecie ci Worda z powierzchni systemu.
Nox/*

~ Tita