Victoire Fleur Weasley
Stuk, stuk! Stukały
moje szkolne lakierki po marmurowych schodach, jak werbelki w rytm powitalnego
marszu. Hop! Przeskoczyłam ponad fałszywym stopniem, następnie o mało co nie
poślizgnęłam się na świeżo wypastowanej przez Filcha posadzce. Przede mną rozwierały
się drzwi od Wielkiej Sali niczym smocza paszcza, która zaraz miała mnie
pochłonąć — i przy okazji zionąć na mnie gwarem i hałasem przemieszanych ze
sobą ludzkich głosów, niepokojąco beztroskich i radosnych — całkiem jakby
zwyczajny poranek był zupełnie naturalnym powodem do tego, żeby się tak
niedorzecznie cieszyć! Przyspieszyłam kroku, zmuszając się do zaniechania w
ostatniej chwili ucieczki, po czym z rozmachem otworzyłam drzwi — i stanęłam na
progu jak spetryfikowana.
Oko w oko z całą
szkołą.
Powrót. Powrót do
świata ludzi i innych żywych (bądź nieżywych) istot. W tym momencie pomyślałam,
że sto razy bardziej od pożegnań nienawidzę powitań — a już zwłaszcza takich! Jakby
za użyciem Obliviate, nagle zapomniałam nawet o tym, dlaczego aż tak się spieszyłam,
aby tutaj przyjść. Czy to tylko moja chora wyobraźnia, czy naprawdę gapiła się
na mnie cała szkoła?!
Cała… poza jej
dyrektorem. Złote krzesło profesor McGonagall aż lśniło pustką.
Mój wzrok zatrzymał się na jakimś puchonie,
który na mój widok chyba wypluł z siebie sok. Obok niego dostrzegłam Orellię
Craig, która natychmiast nachyliła się do swoich psiapsiółek i zaczęła coś do
nich konspiracyjnie szeptać — szybko spojrzałam w inną stronę, usiłując się
skoncentrować… Ted… Ted! Gdzie jest Ted? Gdzie jest Pocky, przecież to z nią
tak pilnie chciałam się zobaczyć!
Och, gdyby tylko ci
ludzie nie wyciągali tak szyj w moją stronę… może byłabym w stanie ich
dostrzec!
Nie wyglądało jednak na
to, by którekolwiek z nich zaszczyciło Wielką Salę swoją obecnością. Wszyscy
wciąż mieli widocznie imprezowy nastrój po Sylwestrze, który odbył się ostatnio
w murach szkoły — Paczka Puchonów chyba jeszcze nigdy nie była aż tak głośna,
jednak nawet nauczyciele nie wykazywali dostatecznej energii, aby ich uspokoić.
Oględziny listy obecności przy stole Ravenclawu utrudniał mi nieco fakt, iż
wzrok zbyt mocno skupiała grupa zebrana przy Brendzie, wyglądająca jak coś w
rodzaju jej nowo założonego fanklubu — i prawdopodobnie tylko z tego powodu
Brenda jeszcze nie wycisnęła ze mnie w powitaniu wnętrzności. Nieopodal niej,
Julia McDuck wyglądała, jakby nie spała przez cały poprzedni rok, a nie tylko
przez jedną noc — a do tego jakby obudziła się w przeddzień egzaminów (Quirke z
dość marnymi skutkami starał się ją uspokoić). Seth przysypiał nad swoimi
tostami, Lisa chyba jeszcze nigdy nie sprawiała wrażenia tak zmarnowanej
życiem, a Simon… Simon siedział, nie wiedzieć czemu z dwoma kubkami gorącego
kakao przed sobą i rozglądał się chyłkiem, jakby dali mu rolę w mugolskim
filmie szpiegowskim. Odetchnęłam płytko i spojrzałam w stronę stołu
Gryffindoru, równocześnie modląc się w duchu, aby nie napotkać wzrokiem na
Sami-Wiecie-Kogo… Nie było go jednak wśród biesiadujących gryfonów. Teda
zresztą też.
I już prawie zdecydowałam się jednak na
dyskretną ucieczkę — kiedy nagle ktoś wpadł na mnie od tyłu jak burza.
— Aua! — krzyknęłam, a
w głowie błysnęła mi przerażona myśl, że Brenda w jakiś sposób posiadła moc
bilokacji. Ale to tylko Dominique zatrzymała się na progu Wielkiej Sali, jakby
całą drogę tutaj przemierzyła na rozpędzonych wrotkach. Mimowolnie doznałam
dziwacznego wrażenia — jeszcze parę chwil temu widziałam ją przed kominkiem w
Muszelce, z proszkiem Fiuu w ręku… ale wtedy byłyśmy jeszcze w bezpiecznym
domku na ukochanym odludziu, nie w tym ludzkim mrowisku.
— Fiffie śpi! —
wyrzuciła z siebie na krótkim wydechu. — Byłam w dormitorium — uzupełniła po
chwili. — Nasze wszystkie rzeczy już tam są. Ale Pocky nie widziałam… I co,
jest Ted? Gadałaś z nim?
— Dopiero co wylazłam z
kominka Flitwicka, tylko z nim gadałam!
— No to na co czekasz?!
— oburzyła się, równocześnie popychając mnie do przodu, a ja poczułam się jakby
chciała wypchnąć mnie na oświetloną reflektorami scenę. — Idziemy do stołu
Gryffindoru! — zakomenderowała, na co spojrzałam na nią, jak na obłąkaną. —
Och, no przecież nie każę ci znowu iść na randkę ze Spellciem! Po prostu
wypytamy jego koleżków… No przecież ktoś musi coś wiedzieć, mam rację czy nie!
Po czym, nie zważając zupełnie na mój
głęboki rumieniec, pociągnęła mnie za sobą.
Charmante.
Uwielbiam pogawędki z całkiem obcymi ludźmi o poranku… a już zwłaszcza z
takimi, którzy zdają się doskonale znać mnie, choć ust do mnie w życiu nie
otworzyli! Skaranie boskie… niedoczekanie. I dlaczego Spell i Ted muszą mieć
tych samych koleżków?!
Nie było jednak sensu
skarżyć się na tę niesprawiedliwość losu. Potruchtałam za Domie, starając się
za wszelką cenę nie patrzeć na boki… co nie uchroniło mnie niestety przed
wpadnięciem na nią, kiedy ta zatrzymała się raptownie.
— Hej! — zawołała
dobitnie, opierając rękę na biodrze. — Kolego!
Profesjonalnie dźgnęła
jakiegoś chłopaka w ramię, a on odwrócił się w naszą stronę — i plaster
bekonu
spadł mu z cichym plaśnięciem z widelca na talerz.
Cóż. Nie byłby chyba
bardziej zaskoczony, gdyby zamiast Dominique, to meteoryt spadł z nieba i
przemówił do niego ludzkim głosem. Potem przeniósł wzrok na mnie i jego oczy
zrobiły się jeszcze większe — jakbym nie była nawet meteorytem, ale w ogóle inną
planetą. Właściwie trudno jednoznacznie stwierdzić, które z nas było bardziej
przerażone tą bezpośrednią konfrontacją — oczywiście poza Dominique, która
zdawała się kompletnie nie dostrzegać, że chłopak gapi się na mnie z takim
samym przestrachem, z jakim ja patrzyłam na niego. Skądś go kojarzyłam… ale
skąd? Miałam tylko nadzieję, że nie z feralnej randki ze Spellem!
— Eeee… — To była
jedyna reakcja, na jaką się zdobył . — Eeee…?
— Cześć! —
odpowiedziała mu dziarsko Di. Zupełnie, jakby ledwie wydobyta z siebie tępa
samogłoska stanowiła całkiem naturalny zwrot powitalny usankcjonowany przez
savoire vivre! — Jestem Dominique, a to moja siostra Victoire — objaśniła, choć
konsternacja na jego okrągłej twarzy wybitnie świadczyła o tym, że doskonale
wie, kim jesteśmy. — Mamy do ciebie kilka pytań, jeśli łaska… Znasz może Teda
Lupina z piątej klasy?
— Eee… cz-cześć! —
wydusił z siebie z pewnym opóźnieniem chłopak.
A ja nagle doznałam
olśnienia, skąd go znam — to był niejaki Warwick Pickering, ten gadatliwy
koleś, który w mojej obecności w tajemniczy sposób tracił zdolności do
artykułowanej mowy. No tak, moja siostra musiała przecież doskonale wiedzieć,
kogo chce zaczepić… Jej twarzyczkę rozjaśnił teraz uśmiech pełen
wyrozumiałości.
— Taaak… już
zaliczyliśmy etap powitań, przed chwilunią! — zaszczebiotała słodko. — To co? Możemy
liczyć na współpracę?
— Na… współpracę? Ale…
z wami?! — powtórzył powoli, po czym spojrzał na mnie — i raczej nie można go
winić, iż jego wzrok padł najpierw na to, co w pierwszym rzędzie znajdowało się
na jego poziomie, choć przez to jeszcze bardziej zapragnęłam zapaść się pod
ziemię. — Oczy-oczywiście… ależ naturalnie, bardzo chętnie!
Och, cóż za
niespodziewany wybuch entuzjazmu.
W sposób jąkający się i
zarumieniony acz niewątpliwie ochoczy, zaproponował nam miejsca obok, z której
to oferty skorzystałyśmy.
— A więc… rozchodzi się
o Teda Lupina? — zapytał retorycznie, po czym nadział bekon z powrotem na
widelec — ale już po chwili całkowicie o nim zapomniał, kiedy zaczął paplać jak
najęty: — No to nie mogłyście trafić lepiej, drogie panie! Znam go jak zły
sykiel, w końcu tyle lat w dormitorium robi swoje…! To co chcecie o nim
wiedzieć? Mogę powiedzieć wam wszystko, w które dni poleruje odznakę, w które
dni zmienia skarpetki, w które…
— Tiaaa…. Ale może
oszczędź nam tych niuansów, co? — Dominique zmarszczyła nosek. — Bądź co bądź
my też go znamy…
— Ach! No tak! Bałwan
ze mnie, skończony idiota! — Warwick Pickering palnął się w czoło, choć ton
jego głosu nie wskazywał na to, by rzeczywiście oceniał siebie aż tak surowo. —
Wybaczcie, jestem palantem, tak, popełniłem pewien drobny błąd orientacyjny… Pewnie
interesuje was jego stan bieżący…
— Oui, ale w tym celu
potrzebujemy jedynie hasła do Wieży Gryffindoru! — przerwała mu roztropnie Di
takim tonem, jakiego zazwyczaj używa się w mugolskiej telewizji, kiedy
reklamuje się jakąś wyjątkową promocję. — Więc gdybyś był tak łaskaw…
— Hasła? — Spojrzał na
nią co najmniej tak, jakby namawiała go do zdrady stanu. — O nie, lojalność
przede wszystkim, zarówno wobec domu, jak i prefektów tego domu! — Wzniósł
widelec z bekonem niczym uświęcony oręż. — No i wobec przyjaciół — dodał jakby
po namyśle. — Gwoli ścisłości i praworządności, pan prefekt nie przyjmuje na
komnaty nikogo, do odwołania. — Wreszcie pochłonął swój bekon, tym samym
uwalniając mnie od męki rozpatrywania, gdzie tłusty kąsek może upaść.
Ja i Dominique
wymieniłyśmy spojrzenia. Właściwie musiałabym skłamać, gdybym powiedziała, że
nie spodziewałyśmy się czegoś takiego.
— Ale… to znaczy… aż
tak źle się czuje? — zapytałam cicho, co i tak podziałało jak wystrzał armatni,
bo Warwcik Pickering o mało co nie udławił się swoim bekonem.
— Eeee… n-no… cóż…— Spojrzał
na mnie, ale chyba szybko tego pożałował, bo błyskawicznie odwrócił wzrok. — Jest
raczej w dość, ekhem, złym stanie psychofizycznym, jeśli o to ci chodzi…
— W złym stanie
psychofizycznym! — odezwał się nagle czyjś ostry głos po drugiej stronie stołu.
— Całkiem eufemistyczne określenie jak na kogoś, kto po prostu nawalił się w
trzy dupy!
Ciemnoruda dziewczyna siedząca naprzeciwko nas,
najwyraźniej straciła zainteresowanie swoją owsianką. Włosy uformowane miała na
czubku głowy w coś na kształt stogu siana i spięte odznaką prefekta, co mogłoby
uchodzić za dość liberalne rozwiązanie, gdyby nie to, że i bez tego akcentu
wyraz jej twarzy był wyjątkowo bezczelny. Warwick Pickering aż wybałuszył na
nią oczy.
— Czy ty musisz tak wrzeszczeć?!
— wysyczał, choć więcej było w tym paniki niż groźby. — Chcesz go wysadzić z
posady, czy co?!
— Jak dla mnie,
to on już sam się wysadził i to na własne życzenie — odparowała rudowłosa, w
dalszym ciągu nie dbając o nasilenie decybeli w swoim głosie. — Ted Lupin,
grzeczny kolega, wzorowy uczeń! Ta, jasne. Jak ja go namawiałam na szluga w
cywilizowanych warunkach to nie, unosił się świętością, a sam co? Skonfiskował
całe naręcze tęczowych fajek i co z nim zrobił? Wyjarał wszystko sam!
— Co? — wyrwało
mi się całkiem głośno, aż mnie samą to zaskoczyło.
— I nawet się ze
mną, kuźwa, nie podzielił! — odparła dziewczyna, z brzdękiem dźgając swoją
miskę łyżką, najwyraźniej mocno niepogodzona ze swoim losem. — I to ma być
prefekcia solidarność? Świecący przykładem niczym złote zęby w szczęce
McGonagall, wstrętny hipokryta! A z dormitorium nie wyłazi, bo ma kaca…
— Kaca
moralnego! — wycedził dobitnie Warwick, świdrując ją wzrokiem.
— Nie, ale zaraz
— odezwałam się, dziwnym trafem nagle zapominając o nieśmiałości całego świata.
— Jak to: wyjarał wszystko sam! To znaczy… Ted nie mógł palić tęczowych fajek,
bo on w ogóle nie pali… żadnych fajek!
— I ty jesteś
tego taka pewna — parsknęła rudowłosa gryfonka z wyraźnym politowaniem, co
raczej nieszczególnie mi się spodobało. — No cóż, najwyraźniej wszyscy znaliśmy
go mniej, niż sądziliśmy…
Ale ja go znam
od zawsze, ty głupia kretynko…!
— Zresztą, pytaj
Warwicka, to on przy tym był.
— Byłeś przy tym
jak Ted palił jakieś fajki?!
Zrobił przestraszoną minę — po czym prawie
natychmiast posłał rudowłosej spojrzenie skręcające jej kark.
— Ja… n-no tak,
ale niby co miałem z tym zrobić! — wykrztusił, purpurowiejąc na twarzy niczym
Filch, kiedy przyłapało się go na adresowaniu różowej papeterii do Azkabanu. —
Skonfiskować prefektowi towar, który on sam skonfiskował?! I niby skąd miałem
wiedzieć, że weźmie mój żart na poważnie… On nigdy nie bierze ich na poważnie!
I to wcale nie ja dałem mu whisky do tych fajek… Zresztą, co ja jestem, jakaś
niańka osieroconych dzieci?! To był jego wybór, że się schlał…
— Co… —
wykrztusiłam, teraz już nie wierząc własnym uszom.
Ale nie wyglądało na to, by to był jakiś
nieśmieszny żart.
Warwick i rudowłosa wymienili dość ponure
spojrzenia — takie, jakimi zazwyczaj obdarzają się stare ciotki, kiedy
rozmawiają o dzisiejszej młodzieży. Dominique natomiast przysłuchiwała się
wszystkiemu z rozdziawionymi ustami, jakby doznała jakiegoś spięcia między
łączami w mózgu. Dotknęło mnie nagle dziwne wrażenie, że biorę udział w jakimś
spektaklu, mistyfikacji… bo przecież to co usłyszałam, nie mogło być prawdą! Nawet
moja wyobraźnia nie była w stanie poddać tych informacji jakiejkolwiek
projekcji, bo widok Teda Lupina z papierosem w ustach, albo z jakąś flaszką,
był po prostu absurdalny.
A potem nagle
dotarło do mnie, że przecież ja cały czas myślę o starym Tedzie — nie o tym
nowym, którego widziałam ostatnio w Norze. I ze strachem zdałam sobie sprawę z
tego, że rzeczywiście, ten nowy Ted, wściekły i rozczarowany, był już kimś
innym, zupełnie nieobliczalnym.
Ale przecież
mimo wszystko…
— I wy jesteście
pewni, że… eee… mówimy o tej samej osobie? — wydobyła z siebie Di, wyraźnie
akcentując ostatnie dwa słowa.
— Obawiam się,
że niestety tak — odrzekł Warwick Pickering z dość niewyraźną miną. — Naprawdę
nie mam pojęcia, co tak załamało gościa! Sam go ledwo wyciągnąłem na tę imprezę,
a jak już się na niej znalazł, to postanowił narąbać się bardziej niż Hagrid w
pubie z goblinami! Jak się najarał, to się schlał, jak się schlał, to się
jeszcze naje**ł…
— No tak, ale
jak trzeba być naje**nym, żeby przelizać się z Gigi Bulstrode? — Ruda uniosła
brwi, na co doznałam niemiłego uczucia, jakbym schodząc ze schodów, natrafiła
nagle na fałszywy stopień.
Nie… to już
prędzej wyobrażam sobie Teda palącego fajki! Ale Teddy Lupin, którego ja znam,
którego… lubię i szanuję, po prostu nie mógłby — nie, on NIE MÓGŁ pocałować
Gigi Bulstrode!!!
— Ale… jak to… —
wyjąkałam, ledwie zdając sobie sprawę z tego, co mówię. — Ted… on… on by tego
nigdy nie zrobił!
— Ale zrobił! —
skontrowała rudowłosa gryfonka, z dość zniesmaczoną miną.
— Ale… on nie
cierpi Gigi…
— Nawet jeśli,
to niezbyt na to wyglądało.
— A skąd ty
wiesz… jak to wyglądało? — wyszeptałam.
Spojrzała na
mnie z politowaniem.
— Moja droga,
nie chcę cię zmartwić, ale cała szkoła to widziała! Zresztą, na pewno będziesz
mogła o tym poczytać w kolejnej Accio
Plocie… może nawet ktoś im strzelił jakieś zdjęcie…?
Aż wzdrygnęłam
się na tę okropną ewentualność.
— Zresztą, nie
zdziwiłabym się, gdyby cały numer był poświęcony temu, co święty Ted Prefekt
Lupin odwalał — dodała rudowłosa rzeczowo, po czym pochłonęła kopiastą łyżkę
owsianki. — O ile dobrze pamiętam, trzeba było wynosić go z Wieży
Astronomicznej w kawałkach…
— Mon Dieu
— wyrzuciłam z siebie na wpół świadomie,
że w ogóle mówię na głos.
— Stara! —
wybuchnął Warwick, już wyraźnie wzburzony. — Jak ziomek zaliczył bliską
konfrontację z Bulstrode, a potem jeszcze z McLaggenem, to co się dziwisz?
— Z McLaggenem? A
kto to jest McLaggen? — zapytała Domie, choć nie trudno było się domyśleć, co
za chwilę usłyszymy.
— Cormoran
McLaggen — odrzekł Warwick tonem, w którym szacunek mieszał się z widocznym
strachem. — Wielki i Wiecznie Wściekły…
— I to jak samica
rogogona — wtrąciła beznamiętnie ruda, a ja odniosłam wrażenie, że zamiast w
owsiance gmera łyżką w moim mózgu. — Zresztą, chyba ma nawet taką dziarę na
klacie. Podobno co roku startuje na pozycję pałkarza, a wiecie dlaczego jeszcze
nigdy go nie przyjęli? Bo koleś jest tak brutalny, że po meczu trzeba by było zeskrobywać
przeciwną drużynę z murawy…
— W każdym razie, tuż po lizanku z Bulstrode,
Ted nadział się na tego McLaggena, no i zamiast grzecznie przeprosić i pójść
swoją drogą, jakimś cudem uznał, że o wiele bardziej politycznie będzie dać mu
bez pardonu w zęby… co też zresztą zaraz zrobił, ale co ja będę przytaczał
zbędne szczegóły — westchnął Warwick, z
ubolewaniem kręcąc głową. — Tak czy siak, skończyło się to dość... brzydko
mówiąc, bardzo po mugolsku.
— No a potem
porzygał się i zemdlał — Rudowłosa zdawkowo dopełniła tragizmu tej historii. — Musieliśmy wynosić go w kilka osób… rzecz
jasna, nie do Skrzydła Szpitalnego, bo wtedy na bank pożegnałby się ze swoją
odznaką. A jakby nie patrzeć, człowiek na to nie zasłużył… choć za ślinienie
się z Bulstrode powinien zostać wywalony z Gryffindoru.
— Nie, jeśli nie
był w pełni władz umysłowych — sprostował Warwick.
— No nie wiem,
czy to jest jakieś usprawiedliwienie. Na trzeźwo też na nią leciał.
— Ale nie na
tyle, żeby się z nią ślinić…!
— Ale pewnie na
tyle by tego chcieć…
Ale ja już nie
wytrzymałam tej wymiany zdań, tylko zerwałam się ze swojego miejsca tak
gwałtownie, że wszyscy aż podskoczyli i wytrzeszczyli na mnie oczy.
— A ty co? —
wyrzuciła z siebie Domie, najwidoczniej niemniej zdziwiona niż Warwick i ruda,
którzy wyglądali na wyraźnie wystraszonych nowym wyrazem na mojej twarzy.
— Ja? N-nic —
powiedziałam jakimś dziwnym, obcym głosem. — Muszę już iść…
Po czym ruszyłam w
stronę wyjścia — a przynajmniej zrobiłam nieokreślony gest w kierunku drzwi, bo
w tym momencie nie wiadomo skąd wyrosła przede mną — Brenda!
— OCH, VICKY, JESTEŚ!
JA TEŻ ZA TOBĄ TĘSKNIŁAM!!
No tak! Wpadłam na nią
z takim impetem, że nieszczęsna uznała to za wybuch jakichś stęsknionych
ciepłych uczuć z mojej strony! Na moment doznałam przejściowego paraliżu
wszystkich mięśni łącznie z mózgiem, gdy zorientowałam się, że zamiast pędzić w
stronę Wieży Gryffindoru i wysadzać portret Grubej Damy by dostać się do
środka, właśnie znajduję się w ramionach Brendy, która zaciska na mnie kościste
kończyny z siłą żądnego krwi inferiusa. Nie, ja nie wierzę… Dlaczego właśnie teraz?! Chyba jeszcze
nigdy Brenda nie wyczuła gorszego momentu!
— Och, Vicky, ale gdzie
ty byłaś?! Dlaczego wróciłaś dopiero teraz?! Byłaś we Francji, tak? W PARYŻU? U
rodziny wil?! Byłaś na Wieży Eiffla? Jadłaś MAKARONIKI?!
— Eee… t-tak —
skłamałam szybko, równocześnie próbując złapać oddech, bo na tę jakże
emocjonującą wieść, Brenda jeszcze mocniej ścisnęła moje żebra. — Ale Brenda,
ja trochę się spie…
— O Boże, Boże! Ale
dlaczego tak długo?! Czy ty masz zielone pojęcie, co tu się w ogóle działo…
— Nnnie… — wyjąkałam, czując
jak zalewa mnie fala gorąca… ale przecież co jeszcze gorszego mogłabym
usłyszeć?
— Och, Victoire, żałuj,
powtarzam: ŻAŁUJ, że cię tu nie było!! — Brenda wreszcie odsunęła się ode mnie
na odległość wyciągniętych ramion, a ja chyba jeszcze nigdy (choć brzmi to
nieprawdopodobnie) nie widziałam jej AŻ TAK podekscytowanej; nawet wtedy, kiedy
Quirke rzekomo dotknął jej kolana (schylał się po książkę, którą nota bene Brenda sama wytrąciła mu z
rąk). — Ogarnęłam takiego Sylwka, że omal Zamek się nie zawalił, no normalnie
CZAD NA MAKSA, ludzie nie zapomną tego do końca życia!! — No cóż, obawiam się
że większość już zapomniała pod wpływem lejącego się tam alkoholu. — I to,
wyobraź sobie, ja sama, JA SAMA to wszystko zorganizowałam!! Z drobną pomocą
Sandry… no nie ważne, ale była taka impra, że powinni to dopisać do Historii
Hogwartu i wydrukować moje nazwisko złotymi literami, bo chyba NIGDY NIKOMU ta marna
szkoła tyle nie zawdzięczała, tak bez urazy, ale chyba nawet Harry Potter przy
mnie wymięka, więc generalnie to ja powinnam mieć taki puchar w Izbie Pamięci,
że można by w nim urządzić basen z hipopotamami, i tam urządzić drugą, jeszcze
większą imprezę, za którą musieliby mi dać jeszcze większy puchar, a ja znów
zrobiłabym w nim imprezkę i tak w kółko aż do mojej śmierci, której wszyscy
będą mega-żałować, bo beze mnie Ziemia stanie się pewnie otchłanią mega-smutku
i rozpaczy, więc pewnie nawet na moim grobie będą jeszcze urządzać imprezki, a
cmentarz na którym będę pochowana stanie się ośrodkiem najlepszych bib na
świcie, ha-ha-ha! Ale o czym ja… No tak! — Wzięła mnie pod ramię, bezwiednie
prowadząc mnie wzdłuż stołu Gryffindoru, jak na złość w stronę nauczycieli!
Obejrzałam się bezradnie na Dominique, która czym prędzej zerwała się z miejsca
i podążyła za nami — jednak Brenda wyrzucała z siebie tak silny i
niepowstrzymany wodospad słów, że żadna z nas, nawet Di, nie była w stanie jej powstrzymać;
chyba nawet gdybyśmy potraktowały ją Drętwotą, pewnie Brenda ledwo by to
zauważyła. — Otóż zacznijmy może od tego, że ogarnęłam Wieżę Astronomiczną,
światła, brokaty, szmery-bajery, muzę, żarcie, picie, WSZYSTKO! A wiesz co z tego
wszystkiego jest najlepsze?! — W tym miejscu wzięła głęboki oddech, jakby
przygotowując się do zwalenia mnie z nóg jakąś wielką nowiną. — ŻE MAM TERAZ
TYLE MATERIAŁÓW DO ACCIO PLOTY, ŻE
CHYBA BĘDĘ USTAWIONA DO KOŃCA ŻYCIA, JAK SPRZEDAM TEN NUMER!
Ja i Dominique wymieniłyśmy
przerażone spojrzenia.
— I co, pewnie nie
możesz się doczekać aż uchylę rąbka tajemnicy?! Bo dysponuję teraz takimi
zaczepistymi ploteczkami, że normalnie WSZYSCY PADNĄ!
— Tak? — Postarałam się
uśmiechnąć tak, jakbym podzielała jej entuzjazm, aczkolwiek chyba wyszło mi to
więcej niż tragicznie, bo Brenda spojrzała na mnie z wyraźnym współczuciem,
kierując nasze kroki w stronę stołu Ravenclawu.
— No tak, żałujesz
pewnie, że cię tu nie było i nie widziałaś tego na własne oczy, a wierz mi
kochana, że NAPRAWDĘ jest czego żałować,
bo to co się tam odwalało… Rzecz jasna, już wcześniej zorganizowałam Sieć Pufazzich…
— Sieć czego?
— Pufazzich —
powtórzyła Brenda tonem jasnym jak słońce. —Och, czaisz… paparazzi — pufki… no
czaisz! To taki kod!
— Ahaaaaaaaa… —
powiedziałam powoli, zastanawiając się, czy widać po mnie jak bardzo
niedorzeczne jest dla mnie to, co właśnie słyszę.
— W każdym razie mam
teraz całą masę materiałów! I to nawet nie wiesz… A co ty właściwie robiłaś
przy stole Gryffindoru?
Tak zaskoczyła mnie tym
pytaniem, że na chwilę aż przystanęłam — nie zdążyłam jednak nawet otworzyć
ust, kiedy Brenda sama sobie odpowiedziała:
— Aaach…! Pewnie
chciałaś przywitać się ze Spellem!!
Teraz nie miałam już
żadnych wątpliwości, że jestem czerwona jak burak.
— No tak, ale kochana,
muszę cię ostrzec… Rzecz jasna nie chcę cię zranić, ale to moja powinność jako
przyjaciółki… On zdradza cię z Pauline!
— Że co? — Na moment
zapomniałam nawet o strachu przed tym, że Brenda wspomni coś o Tedzie i Gigi,
bo z pewnością w tym kierunku cały czas zmierzała. — Po pierwsze, my nawet nie
jesteśmy razem! A po drugie i on to wie, i wszyscy to wiedzą, że Pauline go nie
cierpi, więc kto w to uwierzy…
Urwałam, kiedy zdałam
sobie sprawę z tego, że mówię przecież o ludziach, którzy uwierzyli w to, że
Pocky chodzi z Boorackiem Juniorem! Och, dlaczego zawsze wykazuję się taką
naiwnością, jeżeli chodzi o moją wiarę w ludzkość… Tak czy siak, ostatnia uwaga
Brendy sprawiła, że wpadłam w mocne poirytowanie — zupełnie nie wiem czemu, bo
przecież wiedziałam, że to stek bzdur!
— Och,Vi! Wybacz,
powinnam przewidzieć, że nie przyjmiesz tego do wiadomości, w końcu Pauline była twoją przyjaciółką! Ale widzisz,
nawet jej tu nigdzie nie ma, żebyśmy mogły bliżej wybadać tę śmierdzącą sprawę…
pewnie nie jest w stanie spojrzeć ci w oczy!
— Brenda, przestań
zachowywać się tak, jakby to co gadasz było prawdą!
Spojrzała na mnie z
jeszcze głębszym współczuciem niż wcześniej.
— Rozumiem, że jesteś
zazdrosna…
— Zazdrosna?! —
parsknęłam, już nawet nie kryjąc zdenerwowania. Tylko czym ja się tak strasznie denerwuję do cholery?! Przecież i tak wiem, że Wood zarywał pewnie do miliona
lasek na tym Sylwestrze! — Nie, nie jestem zazdrosna! Wcale nie jestem zazdrosna o
nikogo! — Och, po co w kółko to powtarzam! Wszyscy już się pewnie na mnie
gapią i zastanawiają się, czy zwariowałam. — Nie podoba mi się tylko, że…
szpiegujesz ludzi, a kiedy oni nie dostarczają ci sensacji, to wymyślasz
kłamstwa na ich temat tylko po to, żebyś to ty była w centrum uwagi! A może
mogłabyś choć czasem pomyśleć, że może ktoś nie życzy sobie być na okładce
twojej głupiej gazety?! Słyszałaś kiedyś o czymś takim jak ochrona danych
osobowych? Albo chociaż o zwyczajnym poszanowaniu czyjejś prywatności!
— C-co? — wyjąkała
Brenda z takim zaskoczeniem, jakby rzeczywiście nigdy wcześniej o czymś takim
nie słyszała. — Ale… ale o co ci chodzi…?! Nie robię przecież nic złego…
Angażuję się tylko w życie szkoły!
— To angażuj się
zbierając datki charytatywne na bezdomne skrzaty domowe, a nie wymyślaj świństwa
na temat innych ludzi!
— Datki… na skrzaty…
Ale to w ogóle nie jest na topie!
— Lepiej posłuchaj. —
Wycelowałam palec wskazujący prosto w jej spiczasty nos, tak że Brenda zmuszona
została do zrobienia komicznego zeza. — Jeżeli przyjdzie ci jeszcze do głowy
napisanie w Accio Plocie czegokolwiek
o mnie, Pauline, A ZWŁASZCZA o Tedzie, to koniec z naszą przyjaźnią!
— COOOOO?! A-ale
Victoire… VIIIIIIIIIIII…!
Ale ja już ruszyłam w
stronę drzwi, zostawiając za sobą Brendę, która chyba doznała ciężkiego szoku,
bo nie próbowała nawet mnie dogonić. I chyba po raz pierwszy miałam totalnie
gdzieś, że wszyscy się na mnie gapią — myślałam już tylko o tym, żeby jak
najszybciej stąd wyjść i nikogo po drodze nie zabić. Najpewniej gdybym teraz
znalazła się pod portretem Grubej Damy, bez skrupułów użyłabym na niej metod
Syriusza Blacka, żeby tylko pozwoliła mi zobaczyć się z Tedem!
I gdzie znajduje się Pauline…
zaraz, Spella też nie ma… Głupie myśli!
Przystanęłam na
szczycie schodów, opierając się o ich poręcz, po czym zmusiłam się do odetchnięcia
— oraz racjonalnego przemyślenia nowo nabytych informacji. Bez przesady, Victoire!
Bez przesady. Nie daj się tak ponosić emocjom! Na świecie zdarzają się o wiele
gorsze rzeczy niż żałosne grzechy Spella. Zresztą, niech robi co chce — w końcu
co mnie to właściwie obchodzi…? Dziwna sprawa, ale prawdziwie nieprzyjemne
uczucie, jakby na dno żołądka opadało mi coś ciężkiego ogarniało mnie
bynajmniej nie na myśl o Woodzie i jego milionie podbojów… Tylko dlaczego to
właśnie Ted i Gigi byli powodem, dla którego miałam ochotę najpierw na niego
nakrzyczeć, potem przyprawić jej ślimacze czułki, a na koniec rozpłakać się jak
jakaś żałosna ofiara?
Nie, tu nie chodzi
wcale o mnie! Oczywiście życzę Teddy’emu szczęścia w życiu z całego serca…
Tylko
na gacie Merlina i stanik Morgany — dlaczego to musiała być akurat Gigi Bulstrode! Tak, to z pewnością stąd
ta moja frustracja — bo po prostu jej nie cierpię!
I nie wiedzieć czemu,
ta konkluzja wywołała we mnie nieoczekiwane poczucie bliżej nieokreślonej ulgi.
Tak… to pewnie dlatego mam ochotę zabić ich, a potem siebie. Bo nie cierpię
Gigi! A Teddy jest moim przyjacielem i zasługuje na kogoś sto razy lepszego…
Och, o ile łatwiej byłoby, gdybyśmy sami mogli decydować o obiektach swoich
westchnień — albo żebyśmy mieli przynajmniej władzę nad wyborem odpowiednich
partnerów dla przyjaciół!
Albo żeby było tak jak wtedy, kiedy ja i Teddy
mieliśmy tylko siebie i to nam wystarczyło…
Przygryzłam mocno dolną
wargę i czym prędzej wyrzuciłam z głowy te myśli, jakbym odpędzała natrętną
muchę.
Mogłabyś przestać tak
dramatyzować, powiedziałam w duchu do samej siebie. W końcu nic się nie stało —
oni tylko się całowali, nie brali ze sobą ślubu. A sądząc z opowieści, Ted już
pewnie nawet o tym nie pamięta… I ty o tym zapomnij, wyjmij tę informację z
głowy i wywal do myślodsiewni, bo od roztrząsania jej dostaję szału! A
przynajmniej obrazek, który podsuwa mi wyobraźnia przyprawia mnie o mdłości...
Teddy z Gigi? Nie, to zbyt obrzydliwe!
Rozejrzałam się dookoła
i ze zdziwieniem skonstatowałam, że znajduję się właśnie na schodach w Wieży
Gryffindoru, które poruszały się zdecydowanie w dół, opuszczając mnie o piętro
niżej… tylko kiedy ja zdążyłam wspiąć się tak wysoko?!
I w chwili kiedy
kamienne stopnie zetknęły się z posadzką, gdzieś pode mną rozległy się czyjeś
podniesione głosy, wyraźnie brzmiące dźwięcznym echem jak z dna głębokiej
studni pośród szurających w powietrznej wędrówce schodów:
— „Dzięki za kakao”!
Jesteś po prostu bezczelna!
— A skąd niby miałam
wiedzieć, że to czyjeś?! Przecież ty nie masz przyjaciół!
Wychyliłam się przez
marmurową poręcz, niemalże stając na palcach; nie musiałam jednak ich widzieć
aby wiedzieć, do kogo owe głosy należały.
— Nawet jeśli mam
niewidzialnego przyjaciela, którego nazwałem Apolinary, to w ogóle nie powinno
cię obchodzić — wycedził pierwszy głos. — Wyjaśnić ci, na czym polega logika?
Logiką nazywamy sytuację, kiedy coś stwierdzasz i potrafisz uzasadnić swoje
twierdzenie — więc kiedy stwierdziłaś, że siedzę z dwoma kubkami kakao, to niby
czym innym mogłaś to logicznie uzasadnić niż tym, że to kakao było czyjeś!!
— Na przykład tym, że
tylko udajesz, że jest ono czyjeś, żeby ludzie myśleli, że masz znajomych, ale
ja nie jestem taka głupia i nie nabrałam się na to, wiedząc, że w
rzeczywistości to kakao jest niczyje — odparował ten wyższy i zdecydowanie
donośniejszy głos, który niewątpliwie należał do Dominique; tylko ona wyrażała
się w tak nieskrępowanie impertynencki sposób. — Zresztą, wypiłam ci kakao, no
wielka tragedia! Pocky by mi wybaczyła.
— Co?
— To nie czekałeś na
Pocky?
Chyba jeszcze nigdy nie
widziałam Simona tak czerwonego, a warto zaznaczyć, że patrzyłam na niego z
odległości dwóch pięter.
— A zresztą, co mnie to
obchodzi! — żachnęła się Di, po czym kopnęła w poręcz schodów, na których się
znajdowali. — No ruszcie tyłek, trochę nam się śpieszy…!
Spojrzała w górę — i
rysy jej twarzy znacznie się wyostrzyły, trochę jak wściekłej wiewiórce, która
przyłapała sąsiadkę na wyżeraniu jej orzechów.
— ZABIJĘ!
— Że co? — zapytał
zdezorientowany Simon, najwyraźniej wciąż myśląc, że Di zwraca się do niego. —
Niby za co… Ach, gadasz do schodów.
— Nie, gadam do NIEJ! —
wrzasnęła, wskazując we mnie oskarżycielsko palcem.
— A! Cześć Victoire — Simon
również spojrzał w górę i pomachał do mnie ręką w dość flegmatyczny sposób, po
czym znów odwrócił się do Domie. — A za co właściwie chcemy ją zabić…?
— Za to, że zostawiła
mnie na pastwę Brendy! Zabiję ją… ZABIJĘ CIĘ VICTOIRE, SŁYSZYSZ?!
Wbiegła czym prędzej na
szczyt lewitujących stopni, po czym skoczyła, zanim te jeszcze zdążyły połączyć
się z posadzką. Na ułamek sekundy zawisła w powietrzu nad przepaścią jak
akrobatka — by po chwili wylądować, balansując na skraju otchłani z o wiele
mniej kocią gracją.
— DOMINIQUE! —
wrzasnęłam, omal sama nie wypadając za poręcz. — BO ZARAZ TY SIĘ ZABIJESZ!
Lecz wtedy sama
poczułam dziwne szarpnięcie w okolicach pępka — trochę tak, jakbym podłączyła
się do świstoklika — po czym schody pod moimi stopami ponownie ruszyły w górę,
tym samym oddalając mnie od Dominique, która wskoczyła już na kolejne stopnie
przekręcające się powoli w stronę zachodniej części wieży. Simon tylko
westchnął, po czym zaczął wspinać się w ślad za Domie — zanim jednak zdążył
dotrzeć do celu, jego schody również ożyły, podejmując ospałą wędrówkę w zupełnie
przeciwnym kierunku. Sugerując się stopniem wkurzenia na twarzy Di,
postanowiłam mimo wszystko ruszyć się z miejsca, ku czemu sposobność dała mi
nagła chęć moich schodów do zawarcia przyjaźni z innymi schodami, które
zmierzały właśnie w ich stronę — szybko wbiegłam na nie gdy tylko się
połączyły, jednak wtedy nieoczekiwanie stopnie zmieniły kurs na południowy
wschód; tymczasem schody na których znajdowała się Domie zaczęły miarowo opadać
w dół, co zmusiło ją do głośnego wyrażenia emocji za pomocą francuskiego, acz
niezbyt wyrafinowanego wulgaryzmu; krzyknęłam „DOMINIQUE!”, lecz w chwilę
później usłyszałam przekleństwo Simona i to bynajmniej nie po francusku, kiedy
jego schody skrzyżowały się ze schodami Domie, co rzecz jasna doprowadziło do
niezbyt przyjemniej kolizji; tymczasem ja wkroczyłam na kolejne marmury,
spodziewając się, iż będą one kontynuowały podróż w górę, kiedy nagle schody
znów szarpnęły i skierowały się w dół… wprost by połączyć się ze stopniami
Dominique(!), która wyszczerzyła zęby w triumfalnym uśmiechu… a przynajmniej do
czasu, kiedy jej schody nie skręciły gwałtownie ku północnej klatce.
— NO NIEEEEE! —
wrzasnęła, wyciągając ręce w moją stronę, jakby w ostatniej chwili miała
jeszcze nadzieję uczepić się mojej poręczy. — I TAK CIĘ DOPADNĘ! I żadne durne
schody mnie nie powstrzyma…
Przewróciła się, kiedy
jej schody huknęły o posadzkę korytarza prowadzącego w głąb piątego piętra.
— Chyba cię usłyszały! —
zauważył Simon, którego schody właśnie połączyły się z moimi; po chwili stanął
obok mnie i oparł się leniwie o poręcz, spokojnie obserwując Dominique, która
zmuszona została do okrążenia połowy wieży, aby złapać kolejne stopnie jadące w
górę. — Cenna lekcja na dziś: nigdy nie obrażaj rzeczy martwych, bo jak widać
bycie martwym jest pojęciem względnym…
— Zaraz ty sam będziesz… pojęciem względnym! —
wydyszała Dominique, po czym usiadła na dolnych stopniach schodów, które
ruszyły w naszą stronę. Jej nogi zadyndały nad otwartą przestrzenią, jakby
siedziała na ogromnej huśtawce. — Tfu… to znaczy chciałam powiedzieć, że zaraz
to wy będziecie martwi…
— No, no! Waż słowa
moja panno, lepiej nie obrażać sztuki! — odezwał się czyjś obrażony głos, aż
Domie podskoczyła i znów omal nie spadła ze swoich schodów w przepaść; lecz był
to tylko portret jakiegoś brodatego czarodzieja w turbanie, koło którego
właśnie przejeżdżała. — Wszak wisi tu wiele martwych natur, które mogą poczuć
się urażone tym nietaktem!
— No bez jaj…! —
jęknęła Domie, spoglądając na obraz z niedowierzaniem.
Minęły jeszcze trzy
minuty, zanim w końcu do nas dołączyła (podczas tych trzech minut schody
jeszcze przynajmniej czterokrotnie zmieniały kurs).
— Zmieniłam zdanie —
oznajmiła, zginając się wpół z dłońmi opartymi na kolanach. — Jednak cię nie zabiję.
Zanim zdołamy dotrzeć do Grubej Damy te schody same to zrobią!
— Co właściwie niczego
nie zmieni, bo przypominam ci, że i tak nie znamy hasła — wtrącił Simon takim
tonem, jakby to był całkiem nieistotny szczegół.
— Ale… to wy też
idziecie do Teda? — zdziwiłam się, tym pytaniem raczej niezbyt popisując się
intelektualnie — co najdobitniej wykazały miny Di i Simona, kiedy spojrzeli po
sobie z uniesieniem brwi.
— A co myślałaś? —
żachnęła się Dominique. — Że pokonałam tysiące schodów cierpiących na ADHD
tylko po to, żeby cię dorwać? To chyba jasne, że idziemy po Teda, wywlekamy go
z jego barłogu, szukamy Pocky i Fiffie, robimy naradę Wtajemniczonych We
Wszystko, a potem idziemy do dyrektorki!
— Że co? — Simon
zmarszczył brwi, jakby Dominique napiła się blekotu. — Od kiedy to mamy w
planach dyrektorkę?
— Od wtedy, kiedy ja i
Vi dysponujemy nowymi informacjami! — odparowała Dom, przejeżdżając oczyma po
wszystkich martwych naturach od szóstego piętra wzwyż. — Myślisz, że czemu
siedziałyśmy w domu aż do Sylwestra? Musimy jak najszybciej zwołać naradę…
— Naradę? — powtórzyłam
bezwiednie. — Teraz?
— A niby kiedy? — Dominique
podparła się pod boki. — Aż kolejny tuzin osób zaginie?!
Przeszyła mnie
roziskrzonym spojrzeniem — zupełnie jakby zamieszki w świecie czarodziejów to
była moja wina! Odwróciłam się od niej i zaczęłam iść w górę stopni,
spoglądając przez poręcz w przepaść wypełnioną lewitującymi marmurami i
ruchomymi obrazami, starając się za wszelką cenę nie patrzeć na Dom — ani na
Simona, którego mina nagle stała się tak śmiertelnie poważna, jakby ktoś mu
powiedział, że eliksiry będą od tego roku jedynym przedmiotem, którego będziemy
się uczyć. Narada… jasne, dzisiaj rano sama jeszcze chciałam jak najszybciej
zwołać nasze zgromadzenie, tylko że wtedy kompletnie nie spodziewałam się
zastać w Zamku takiej sytuacji! Myślałam, że zaraz po powrocie spotkamy się z
Fiffie i Pocky, zgarniemy Teda i Simona ze śniadania i czym prędzej przystąpimy
do działania, a tymczasem siostry Glam zniknęły, a Teddy zupełnie się rozsypał!
Pierwszą rzeczą na mojej liście priorytetów była teraz bynajmniej nie narada,
ale właśnie porozmawianie z Teddym — i to bez udziału Dominique czy Simona.
Ktoś musiał go pocieszyć! Spokojnie przekonać, żeby przestał się już zadręczać…
i jeżeli Domie i Simon mieli swoje zalety, to z całym szacunkiem — ale do
żadnego z nich nie pasowało odgrywanie tej roli.
— Po prostu nie wiem,
czy to jest odpowiedni moment! — odezwałam się w końcu, schodząc z ostatniego
stopnia, po czym odwróciłam się ponownie, zmuszając ich do zatrzymania się. — Sama
słyszałaś! Teddy jest teraz najpewniej w beznadziejnym stanie…
— Dlatego właśnie Simon
ma ze sobą eliksir na kaca!
Jak na komendę, Simon
sięgnął do kieszeni i objawił światu rzeczony flakonik, na widok którego
mimowolnie zmarszczyłam nos.
— Czy to jest… eee… — zacięłam
się, nie bardzo wiedząc jak dobrać odpowiednie słowa, by nie urazić niczyich
uczuć.
— Mojej receptury? —
Przez jego twarz przeleciał błyskawicznie cień ironii, po chwili znów
pozostawiając ją grobowo kamienną. — Wbrew pozorom, poza Boorackiem nie życzę
nikomu śmierci.
— W takim razie skąd to
masz? — rzekłam powoli, starając się nie spoglądać na flakon ze zbytnią
podejrzliwością. — Tylko nie mów, że od Paczki Puchonów!
Uniósł leciutko brwi, a
kąciki jego ust wykrzywiły się w czymś w rodzaju uśmiechu.
— Możesz nie wierzyć,
ale po części masz rację — odparł, chowając buteleczkę do kieszeni. — Tyle że
oni wcześniej zwinęli to Boorackowi Juniorowi, a on zapewne zwinął to
Boorackowi Seniorowi w jego własnej osobie. Więc jeżeli Lupin zemrze, to wina
będzie jak zwykle Booracka…
— To świetnie, chociaż
wolałabym tego uniknąć!
— Raz w życiu
moglibyśmy zaufać w umiejętności własnego nauczyciela — Simon wzruszył
ramionami, na co Domie aż wytrzeszczyła oczy.
— I ty to mówisz?! —
zawołała takim tonem, jakby z ust Simona padło właśnie ciężkie bluźnierstwo
przeciwko Bogu i bliźniemu.
— Nie żebym naprawdę w
to wierzył, ale na chwilę obecną raczej nie mamy innego wyjścia.
— No tak, tylko że do
narady potrzebujemy jeszcze Pocky i Fiffie! — przypomniałam im. — A czy ktoś w
ogóle je widział?
Ja i Dom ponownie
spojrzałyśmy na Simona, który znieruchomiał nad poręczą marmurowych schodów.
— Można wiedzieć,
dlaczego tak na mnie patrzycie?
— A na kogo mamy
patrzeć? Wierz mi, że nie robimy tego dla przyjemności! — parsknęła Di. — W
końcu to ty tu byłeś!
— A czy to znaczy, że
wiem więcej niż wy? — odparował, nagle jakoś dziwnie poirytowany. — Nie mam
pojęcia gdzie są siostry Glam! I nie przypominam sobie, żebym miał robić za ich
strażnika…
— To może chociaż
przypomnisz sobie, gdzie je ostatnio widziałeś! Chyba że to też wykracza poza
twoje kompetencje!
Nie wyglądał na zbytnio
zadowolonego. Zmarszczył brwi i spojrzał na Domie takim wzrokiem, jakby tylko
jego najwyższa łaskawość pozwalała mu na udzielenie odpowiedzi.
— Ostatnio widziałem
jedną na Sylwestrze… — wymamrotał wreszcie niechętnie, po czym odwrócił wzrok
jakby ta sprawa już przestała go interesować.
— A potem? — przerwała
mu Domie. — No przecież nie mogły…
Ale nie dokończyła,
tylko nagle zastygła z półotwartymi ustami, jakby trafił w nią jakiś urok.
Przecież nie mogły tak
po prostu… zniknąć!
Ja i Domie spojrzałyśmy
po sobie szeroko otwartymi oczyma.
— Naprawdę ich nie
widziałeś?! — raptownie chwyciłam Simona za ramiona, o mało co nie strącając go
w przepaść z marmurowych stopni. — Odpowiedz, to bardzo ważne!
— Nnie… nie wiem,
dzisiaj chyba nie! — wyjąkał, całkowicie zaskoczony. — Ale o co do cholery wam
chodzi?!
— Musimy jak
najszybciej porozmawiać z Teddym…! — powiedziałam głucho, puszczając koszulę
Simona. — Ale… lepiej będzie…
— …jeśli ty to zrobisz?
— dokończyła za mnie Di.
Spojrzałam na nią
zaskoczona. Dominique twarz miała lekko pobladłą, tak że złote plamki piegów
wyraźniej odznaczyły się na jej policzkach i nosie niż zwykle — ale patrzyła mi
prosto w oczy z wyjątkową determinacją i niezachwianą stanowczością, jakby już
szykowała się na atak mojego sprzeciwu wobec tego, co zamierzała mi w tej
chwili przekazać.
— Victoire, s’il te plais! Ty nie jesteś odpowiednia
do tego zadania! — zawołała takim tonem, jakby nie mogła już wytrzymać. — Bez urazy… ale wątpię, czy nawet twoje
najdelikatniejsze i najbardziej anielskie formy pocieszania mu teraz pomogą!
— Niby co chcesz przez
to powiedzieć? — zapytałam, bądź co bądź lekko dotknięta tym stwierdzeniem.
— Tylko tyle, że Teda
trzeba szybko postawić na nogi, a nie się nad nim użalać! — odparła całkiem
poważnie. — Spotkała go zła rzecz, powściekał się, porozpaczał, ale teraz już
dość tego! Ma się wziąć natychmiast w garść, bo nie mamy czasu żeby czekać, aż
wreszcie się pozbiera…
— Dominique! — zawołałam, nie wierząc własnym uszom.
Ale ona tylko
skrzyżowała ręce na piersi z miną, którą znałam aż zanadto — na jej twarzy
odmalowywał się teraz typowy ośli upór.
— A co, nie mogę
stwierdzić faktów?! — krzyknęła, nie kryjąc zdenerwowania. — Prawda jest taka,
że zrobił wszystkim awanturę, rozwalił nam całe Święta, a potem uciekł z domu i
jeszcze schlał się na imprezie! I ja mam go jeszcze głaskać za to po główce?!
Mamy chyba ważniejsze rzeczy do zrobienia…
— Dominique, ty w ogóle
nic nie rozumiesz…!
— Rozumiem! — przerwała
mi porywczo. — I naprawdę mu współczuję! To, co go spotkało było okropne, tylko
to nie zmienia faktu, że ludziom zdarzają się gorsze rzeczy…
— Gorsze rzeczy?! —
powtórzyłam ze złością przemieszaną z prawdziwym niedowierzaniem. — Całe życie
w kłamstwie to nie są gorsze rzeczy?
— Ale nie najgorsze!
Przecież miał rodzinę! Wprawdzie ta rodzina go oszukiwała, ale to nie zmienia
faktu, że mógłby w ogóle jej nie mieć!
— I wiesz co?! Chyba na
chwilę obecną naprawdę wolałby jej nie mieć! — krzyknęłam tak głośno, że mój
głos aż odbił się echem chyba w całej Wieży Gryffindoru. — I ty naprawdę
sądzisz, że jesteś lepszą osobą, by z nim porozmawiać?! Ty w ogóle nie
rozumiesz…! Wyobraź sobie, że to ty dowiadujesz się takich rzeczy o sobie, i że
wszystko to, co ty uważałaś za prawdę, i wszyscy, których znałaś i którym
ufałaś — to kłamstwo! Ciekawa jestem jakbyś zareagowała!
— No cóż… na pewno nie
upijałabym się na imprezie — wyburczała, patrząc na mnie spode łba. — I nie
obściskiwałabym się z Gigi Bulstrode, żeby zapomnieć o problemach…
— Lepiej zamilcz,
Dominique Weasley, bo nie ręczę za siebie…
— Tak, to dobry pomysł —
odezwał się Simon, a ja i Di omal nie podskoczyłyśmy, nagle przypominając sobie
o jego obecności. — A najlepiej obie się zamknijcie… Jesteśmy na miejscu.
Rzeczywiście. Marmurowe
schody po raz ostatni połączyły się ze lśniącą kremową posadzką, wyprowadzając
nas prosto pod portret Grubej Damy, która w przeciwieństwie do nas, zdawała się
być w wyśmienitym humorze (najwyraźniej na nią o wiele dłużej działała
sylwestrowa atmosfera niż na resztę mieszkańców tego Zamku). Ja i Dominique
odwróciłyśmy od siebie wzrok, obie krzyżując ręce. Wyobrażam sobie, jak
musiałyśmy wyglądać — nie dość, że z identycznymi wściekłymi minami, to jeszcze
tak jakbyśmy cofnęły się do czasów, kiedy przedmiotem sporu potrafiła być
mugolska lalka Barbie — której podczas kłótni zdążyłyśmy już wyrwać kończyny i
połowę włosów, a teraz żadna z nas nie chciała podnieść jej z ziemi. Żadna z
nas nie chciała też przyznać się do tego, że walka była bezsensowna — mugolska
zabawka nie była po prostu tego warta…
Tak samo jak nie warto
było kłócić się o Teda Lupina. To i tak w niczym nikomu nie pomoże!
Tylko czy naprawdę
lepiej jest udawać, że nic się nie wydarzyło? A przede wszystkim — czy my
potrafimy to udawać…?
— Proszę o hasło! —
wdarł się w moje myśli już wyraźnie rozdrażniony głos Grubej Damy. — No ile
można się zastanawiać! Jeżeli nie znacie hasła, to nic tu po was!
— No tak… — mruknął
Simon. — Obawiam się, że moja dyplomacja zawiodła… chyba teraz wasza kolej!
Ale ani ja, ani Dom nie
zdążyłyśmy się popisać własnymi umiejętnościami dyplomatycznymi.
W jednej chwili dziura
pod portretem sama się otworzyła. Ja, Di i Simon spojrzeliśmy na siebie ze
zdziwieniem — przez ułamek ulotnej sekundy w naszych głowach uformowała się niedorzeczna
myśl, że jednak Gruba Dama uległa naszej wątpliwej sile perswazji — a
przynajmniej dopóki nie dostrzegliśmy, że z pokoju wspólnego gryfonów ktoś
wychodzi.
Ale nie był to Ted
Lupin. Nie był to też Spell Wood, ani nawet żaden nieznany nam gryfon — czy
jakikolwiek duch, skrzat, czy gnom, którego moglibyśmy się w tej sytuacji
spodziewać.
To była Hermiona
Granger-Weasley. Która wytrzeszczyła na nas oczy co najmniej tak, jakby wyszła
właśnie z kabiny toaletowej i zobaczyła trolla.
Jeżeli Wy w to nie wierzycie, to przynajmniej uwierzcie, że ja nie wierzę bardziej...
Więcej złotych myśli i refleksji na temat tego co tutaj popełniłam, jak i względem okoliczności tego, co popełniłam - w ewentualnym komentarzu, bo nie wiem czy jest sens tutaj o tym pisać (zwłaszcza że nie wiem jeszcze, czy jest dla kogo ;')
W każdym razie cieszę się, że Was widzę! (chociaż jeszcze nie wiem, czy kogoś widzę)
Nox/*
Tita