Pokazywanie postów oznaczonych etykietą centaur. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą centaur. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 września 2015

25. Filch, dyrektorka i Gwiazda Jednorożca

20. 03. 2013 r. ŚRODA

   No i oczywiście Flitwick ustalił, że mamy pomagać Filchowi wieczorem w środy, jakby nie wiedział, że ja i Vicky mamy wtedy w nocy astronomię i w czwartek i tak nigdy się nie wysypiamy na poranne dwie godziny w lochach na eliksirach z Boorackiem i puchonami! Świetnie. O godzinie dwudziestej pierwszej ja i Victoire weszłyśmy do dormitorium, w którym jak zwykle Julia czytała, Lisa siedziała, a Brenda świrowała, wzięłyśmy swoje różdżki (chociaż Filch zakazał nam ich brać, sądząc, że nasza praca na rzecz domu jest dodatkową karą, ale co on sobie wyobraża!), a potem zeszłyśmy do sali wejściowej, gdzie były już Fiffie i Dominique, oraz rozwścieczony Filch dzierżący szmatę w ręku i odziany w swój nieśmiertelny fartuch, który (jak przysięgał Prawie Bezgłowy Nick) był niegdyś biały, ale teraz nawet nie było widać, by był kiedyś brązowy. W każdym razie, pomijając dalsze opisy wizerunku Filcha, podłoga w sali wejściowej jeszcze nigdy nie wydała mi się tak zabłocona i syfna.
   - Co to za spóźnienie?! - wrzasnął Filch, gdy tylko nas zobaczył na szczycie schodów. Jeszcze czego, uważa, że jak za jego sprawą zarabiamy punkty, to już może nami rządzić! Nie zniosę tego.
- Pani Norris nas zatrzymała! - wymamrotałam pod nosem.
- Tylko mi tu nie łżyj smarkulo, Pani Norris cały czas była tutaj! - Wręczył mi kubeł z wodą, a Victoire mopa. - A teraz do roboty, wy małe rozpuszczone bachory! Pewnie w życiu żeście mopa nie widziały, co? - zarechotał, ale po chwili jego ochrypły śmiech przerodził się w kaszel, co wyraźnie popsuło mu humor. - No, co się gapicie?! Jazda myć podłogę!
   Victoire zamoczyła mopa w kuble i zaczęła jeździć nim po posadzce. Filch już miał się od nas odwrócić, kiedy potknął się o wiekową Panią Norris i wpadł prosto na Fiffie, która szybko się odsunęła z taką miną, jakby zamiast Filcha, spadł na nią wór pełen hipogryfiego łajna. Filch zachwiał się i z trudem złapał równowagę.
   - No i co robisz, niezdaro?!
- No i dlaczego pan tak się wydziera? - uprzejmie zdziwiła się Di. - To Pani Norris zawiniła!
- Uch, zaczyna się... - zaczął mruczeć pod nosem wiązankę wyzwisk i przekleństw. - Małe, pyskate szczeniaki...
   I odszedł w kąt przy wielkich, dębowych drzwiach, po czym zaczął je myć, przynamniej tam gdzie dosięgał.
   Domie odetchnęła.
   - Wreszcie sobie poszedł... stary dziadyga... Czasami się nawet zastanawiam, czy nie jest gorszy od Booracka!
- To chyba musiał dać ci w kość... - stwierdziła Fiffie, jeżdżąc szmatą po mokrych śladach od mopa Victy.
- Teraz się dowiecie jaki był mój szlaban... I to codziennie!
- Nie gadać! - usłyszałyśmy z drugiego końca sali wejściowej głos Filcha. - Chyba przyszłyście tu by pracować!
- No to przecież pracujemy! - wkurzyła się Dominique.
- Chyba mieląc ozorem! - wdał się w kłótnię Filch.
- To pan ciągle mieli ozorem! - wykrzyknęła Di z oburzeniem.
- Lepiej zamknij jadaczkę Weasley, bo w mojej kartotece mam tyle wypisane na twoją rodzinę, że można by tym wykleić całą tę salę, ot co! - I splunął na posadzkę, a Victoire natychmiast przejechała tam mopem.
- No i dlaczego pan pluje, teraz moja siostra musi to sprzątać! - darła się Di, chociaż po ślinie Filcha nie zostało już śladu.
   I wtedy usłyszeliśmy coś, co zwykle stanowi najgorsze dopełnienie sytuacji takich jak ta - czyli dobiegającą do nas z korytarza i odbijającą się echem po całym Zamku sławetną pieśń Iryta:

Gdy gdzieś jest raban, to o każdej porze
Wezwij Irytka, będzie jeszcze gorzej!
 
- No i co zrobiłaś?! - wywrzeszczał Filch. - Zwabiłaś tu Irytka, ty mała dowcipnisiu, hę, zadowolona jesteś, co?
- Nie, nie jestem zadowolona! - wściekła się Di. - Bo przy panu nie da się być zadowolonym!
   Ale w tym momencie nadleciał Iryt i zawisnął tuż nad głową Domie.
- O, to ta mała wila! Zaraz, jak to szło...? A! Ma oczy niebieskie jak wątroba drozda...
- Och, zamknij się - warknęła Di.
- ...jej włosy srebrne jak staruchyyyyy... Byłabyś dla mnie jak dla kotleta sos, albo...
- Irycie, ostrzegam cię...!
- ...jak sierp dla Kos... - ale nie skończył, bo w tej chwili Dominique cisnęła mu mokrą szmatą prosto w twarz.
- Ej, masz pracować! - zdenerwował się Filch, który zasłuchany, był już gotów nawet chwalić Irytka, dopóki Domie nie przerwała jego śpiewu... albo raczej dopóki Irytek nie zrzucił z siebie szmaty prosto na jego łeb.
- Mon Dieu, co tu się dzieje... - Victoire oparła się o mopa i złapała się za głowę.
   A tymczasem Iryt kłócił się z Filchem.
- Tere-fere-kuku! - Poltergeist latał dookoła jego głowy i robił głupie miny, o ile można o nim powiedzieć, że kiedykolwiek nie miał głupiego wyrazu twarzy. - Co, użeramy się z dzieciaczkami? Targamy za uszka? Ciągniemy za nosek? Hihihi? Nie jesteśmy na to za starzy, co?
   Zaraz usłyszałyśmy niecenzuralną odpowiedź Filcha. Szybko odebrałam Vi mopa i poszłam z nią i naszymi siostrami w odległy kąt sali wejściowej, byle dalej od Filcha, Irytka i prychającej wściekle Pani Norris.
   - I tak co tydzień? - wyjęczała Fiffie. - Przez GODZINĘ?!
- I widzisz, co w poprzednim semestrze musiałam przeżywać codziennie...
- Domie, przecież ty sama prowokujesz kłótnię - powiedziała Vicky, z opanowaniem maczając szmatę w kuble.
- Co?! No wiesz co Vicky, nie załamuj mnie, może będziesz jeszcze bronić Filcha...!
- Nie, nie będę - odparła Vi spokojnie. - Ale zauważ, że jest stary, przygłuchy, może troszkę przygłupi... - znowu śmiesznie wybałuszyła oczy.
- Może? - powtórzyła Di z niedowierzaniem. - T r o s z k ę ?
- No dobrze, może b a r d z o...
- Ale nie gadajmy o Filchu! - jęknęłam. - Wybierzmy może temat, który bardziej umili nam tę harówkę...
- Na przykład: Jak wam minął dzień? - wymyśliła Victoire.
   Dominique i Fiffie wymieniły udręczone spojrzenia.
- I ten temat ma nam niby umilić pracę? - zamarudziła Fiffie.
- W takim razie - Victoire nachyliła się w moją stronę - co dokładnie powiedział ci wczoraj Klarensjo?
   Z chęcią podjęłam temat.
- Powiedział, że w tej części puszczy gdzie jest Kryjówka nie żyją centaury, więc właściwie jakby dał mi do zrozumienia, że obserwował nas przez cały ten czas od złożenia mu przysięgi...
- No po prostu charmante - mruknęła Di. - Nie dość, że śledzą nas skrzaty domowe, to jeszcze obserwuje nas jakiś centaur!
- ...powiedział, że w okolicach Kryjówki żyją jakieś inne stwory.
   Dominique, Victoire i Fiffie wlepiły we mnie spojrzenia błękitnych, ciemnoniebieskich i zielono-orzechowych oczu.
- A powiedział ci coś o tych innych stworach? - spytała Fiffie w końcu.
- Nie, powiedział tylko, że "złe stworzę zamieszkało w puszczy", że "Gwiazda Jednorożca płonie ostrzeżeniem" i że mamy się wynosić z tego miejsca.
   Wszystkie trzy wytrzeszczyły na mnie gałki oczne.
- Czyli... po prostu dał nam do zrozumienia, że jeśli tego nie zrobimy, to nas i Cristal zeżre złowrogi zwierzak? - podsumowała Di.
- Coś w tym stylu.
- To co robimy? - wyszeptała Fiffie.
- Co robimy? - odparła Dominique. - Nic nie robimy! Niech Klarensjo sobie gada co chce! Najpierw nas wplątuje w to wszystko, a teraz nagle każe nam przestać...
- Powiedział, byśmy tego nie lekceważyły... - mruknęłam.
- Powiedział tak, bo zawsze tak gada! - żachnęła się Domie, potrząsając swoją złotą grzywką w uniesieniu. - "Nieunikniona ingerencja rasy ludzkiej", "nieubłagane są wyroki niebios" i tak dalej! A teraz co, mamy porzucać Cristal tylko dlatego, że jedna gwiazdka mu zamrugała jaśniej niż zwykle?
- Słuchaj Domie, musimy coś zrobić! - przerwała jej Victoire, a Dominique zamilkła z twarzą okraszoną buntowniczą miną. - W końcu Klarensjo mieszka w puszczy, więc jeśli mówi, że wprowadziło się do niej złe stworzę, to to musi być prawda!
   Ale w tym momencie woda chlusnęła prosto na Fiffie i Vicky. Nawet nie zauważyłyśmy, jak Irytek przestał kłócić z Filchem i zwinął nam kubeł wody! A teraz po Fiffie i Vi spływały brudne mydliny.
   U szczytu schodów pojawiła się malutka postać profesora Flitwicka.
- Co tu się dzieje? - zapiszczał na widok wściekłego Filcha, rozdrażnionej Pani Norris, zalanej podłogi, oszołomionej mnie, zaszokowanej Di, przemoczonych Fiffie i Vi, a nad nimi zaśmiewającego się Iryta. - Panie Filch, miał pan wszystko doprowadzić do porządku, a wy, panny Glam i Weasley, jesteście wezwane do dyrektorki!
- To-nie-my - wybełkotała odruchowo Fiffie.
- Nieczyste sumienie, co? - Filch zarechotał, ale zaraz przestał pod surowym spojrzeniem Flitwicka, który po chwili machnął różdżką, a kubeł sam wyrwał się z łap Iryta i woda zaczęła się do niego z powrotem zbierać.
- Przed spotkaniem z dyrektorką lepiej się przebierzcie w pralni. A potem raz dwa do jej gabinetu! - I podał nam hasło.
   - Ale czego oni od nas znowu chcą? - spytała Fiffie, gdy byłyśmy już w pralni. Victoire i Fiffie stały pod wielką suszarą. Victa wyżymała sobie włosy.
- Nie wiem - powiedziała. - Może McGonagall postanowiła poszerzyć swoje śledztwo?
- Focham się na nią! - wywrzeszczała Di, w przypływie bojowego nastroju. - Kazała skrzatom przeszukiwać nasze rzeczy! I to ma być fair?
- Może zaraz się wszystkiego dowiemy... - odparłam.
   Wyszłyśmy na korytarz i skierowałyśmy swoje kroki do gabinetu profesor McGonagall. W tym czasie Dominique ani na moment nie zamknęła jadaczki.
   - No i gdzie te punkty za tą męczarnię z Filchem? - narzekała, maszerując na przedzie i zmuszając nas tym samym do dotrzymywania jej tempa potulnym truchcikiem. - Co za, nikt tu nie docenia naszej pracy, a o Booracka to wszyscy się czepiają! I czemu ten gargulec nie otwiera?!
- Eeee... Di... - zaczęła Fiffie. - Musimy powiedzieć hasło.
- A...! No tak.
I powiedziała hasło, a chimera odskoczyła w bok i przepuściła nas na schody.
   W gabinecie dyrektorki Flitwick i McGonagalla już na nas czekali.
   - No, proszę do przodu! - zachęcił nas Flitwick, a my podeszłyśmy do biurka pani dyrektor.
- Tak więc, Weasley, Weasley, Glam i Glam. - Ze znużeniem podrapała się po czole. - Po tym, co wam powiedział profesor Flitwick, nie ma sensu już dłużej tego ukrywać... No więc już od paru miesięcy prowadzimy śledztwo w sprawie zrabowania gabinetu pana profesora Booracka...
- Przepraszam - odezwała się cicho Di. - Ile osób jest zaangażowane w to śledztwo?
- Zaraz do tego dojdę - ucięła McGonagalla. - No więc ja i opiekun waszego domu zleciliśmy kilku skrzatom domowym przeszukanie waszych sypialni w Wieży Ravenclawu w parę dni tuż po włamaniu...
- A dlaczego nie zostałyśmy o tym poinformowane? - dociekała Dominique.
- To chyba oczywiste! - Profesor Flitwick zapiszczał tak niespodziewanie, że aż podskoczyłam. - Żebyście nie schowały dowodów!
- Dziękuję, Filiusie. - McGonagall uniosła dłoń w majestatycznym geście uciszania. - No więc wracając do rzeczy... Skrzaty domowe nie odnalazły niczego w waszych dormitoriach, zaczęliśmy więc podejrzewać iż ktoś ze starszych uczniów zlecił wam...
- Więc to dlatego Boorack podejrzewał puchonów? - wyrwała się znowu z pytaniem Di.
   McGonagall spojrzała na nią ciężkim wzrokiem.
- Profesor Boorack - poprawiła ją. - I nie przerywaj mi Weasley, jeżeli chcesz się czegokolwiek dowiedzieć. - Dominique zacisnęła usta, jakby powstrzymując potok kolejnych pytań. - Otóż po przesłuchaniu piątoklasistów z Hufflepuffu, przekonałam profesora Booracka o ich niewinności, mimo iż słyszano, jak rozprawiali o wysadzeniu gabinetu profesora w ramach żartu, w przeddzień tego wydarzenia... - Naprawdę Paczka Puchonów miała aż takiego pecha, żeby akurat tuż przed napadem "planować" wybuch w gabinecie Booracka? Z trudem powstrzymałam się, aby nie parsknąć śmiechem. - Poza tym jednym nic nie wskazywało jednak na to, by byli powiązani z całą sprawą... Można powiedzieć, że wybrali sobie po prostu najmniej odpowiedni moment na takie żarty i był to czysty zbieg okoliczności! - pani dyrektor ściągnęła brwi i spojrzała na nas surowo. - Przepytałam również Petera Caldwella z Gryffindoru, aby przekonać się na ile Ted Lupin jest powiązany z całą sprawą. Wywiedziałam się dokładnie jakie ubytki i zniszczenia zaszły w gabinecie profesora Booracka i czy można wyciągnąć z nich jakieś wnioski. Zapytałam także panny Ackerley, Pussycat i McDuck oraz Stone, New i Phellps, czy nie zaobserwowały czegoś dziwnego i cała szóstka stwierdziła, że nie. Zrobiłam więc wszystko co w mojej mocy, ale nic nie wskazuje na to, byście warzyły jakiś zakazany eliksir, dostarczały składniki któremuś uczniowi, czy cokolwiek byście z nimi zrobiły. Czy teraz łaskawie mi wyjawicie, o co chodzi?
   Portret jakiegoś dyrektora głośno zachrapał. Wciąż uparcie milczałyśmy, tak jakby ktoś poucinał nam języki. Minerwa westchnęła, po czym dodała o wiele ostrzejszym tonem:
- Czy wy zdajecie sobie w ogóle sprawę z tego, jak tajemnicza jest ta sprawa? Cztery siostry, które kradną nauczycielowi ingrediencje tylko po to, aby nic z nimi nie zrobić?
- Bo nic nie zrobiłyśmy - wykrztusiła nagle Fiffie.
   Teraz wszyscy: McGonagall, Flitwick, Victoire, ja i Dominique, utkwiliśmy w niej oczy i nawet profesor Dumbledore przestał udawać, że śpi w swoich ramach i spojrzał na Fiffie przenikliwie, a mi przez sekundę zdawało się, że w jego oczach zabłysło ostrzeżenie.
   Fiffie chyba sama niedokładnie wiedziała, co chce zrobić, aczkolwiek skoro zaczęła mówić, może jakieś natchnienie pozwoliłoby jej uratować nas z tej sytuacji. Szybko przydepnęłam stopę Domie, by swoim zdziwionym wytrzeszczaniem gał nie zdradzała, że nie wie o co chodzi.
   Flitwick odchrząknął.
- No, dalej panno Glam! Wszyscy jesteśmy bardzo ciekawi.
- Bo... bo... - jąkała się Fiffie. - My naprawdę tego nie zrobiłyśmy! To znaczy... My chciałyśmy... uwarzyć taki eliksir... ale się wystraszyłyśmy po tej całej aferze i...
-...już go nie zrobiłyśmy - dokończyła szybko Dominique.
- Doprawdy? - McGonagall uniosła brwi. - A jaki to eliksir chciałyście uwarzyć?
   Domie i Fiffie zamilkły. Teraz wyglądały tak, jakby przedawkowały róż do policzków Nanny. Brwi McGonagall unosiły się coraz wyżej.
- No dobrze - spojrzała na zegarek. - Już późno... Młodsze Glam i Weasley chcę widzieć u siebie w gabinecie w sobotę o piętnastej i wpół do szesnastej... A was - zwróciła się do mnie i do Vi - w niedzielę w tych samych godzinach. Wtedy będę miała czas, aby przesłuchać was osobno. A teraz jesteście wolne.
   Skinęłyśmy głowami i po kolei zaczęłyśmy wychodzić z jej Gabineciego Królestwa. Po chwili dogonił nas profesor Flitwick.
- Och, zaczekajcie, zapomniałem wam przydzielić punkty za waszą pracę społeczną...! - Odwróciłyśmy się w jego stronę wyczekująco. - No więc Ravenclaw otrzymuje pięć punktów...
- Tylko? - rozczarowała się Di i z powrotem zwiesiła złotą głowę.
-...dla każdej z was - dokończył Flitwick. - A teraz wracajcie do pokoju wspólnego, migiem!
   W pokoju wspólnym nikogo nie było, ze względu na późną porę. Byłoby w nim całkiem ciemno, gdyby nie płomienie trzaskające w kominku i właśnie na fotele przed nim opadłyśmy.
- To co robimy? - pierwsza odezwałam się ja.
- Nie mam pojęcia - westchnęła Vicky. - Chyba musimy coś wymyślić...
- Tylko że się nie da...! - Cała postać Dominique, od złotej grzywki, do stóp zwieszonych smętnie z fotela, wyrażała bezdenną rozpacz i rezygnację. - Fiffie powiedziała, że chciałyśmy zrobić jakąś miksturę, ale przecież McGonagall wie jakie składniki ukradłyśmy! I jak zaczniemy wciskać jej kit, że chciałyśmy zrobić eliksir na ból głowy, to od razu się skapnie, że to chała, bo składniki się nie zgadzają!
- To będziemy musiały znaleźć jakiś drugi eliksir, w którym się wykorzystuje te same składniki? - niedowierzała Fiffie.
- Właśnie, przecież Boorack uczy eliksirów, więc czemu po składnikach nie poznał, że robimy lekarstwo dla jednorożca? - dodałam.
   Zapadła grobowa cisza, aż w końcu przerwała ją Dominique, z wyrazem twarzy, w którym totalna beznadzieja ustępowała nagle miejsca złośliwej satysfakcji.
- Wiesz, Pocky... Może on nie jest wcale takim mistrzem, za jakiego się podaje.
- Pozostaje jeszcze sprawa Cristal - podjęła Vika. - Co z nią? Przenosimy ją w inne miejsce?
- Wiesz co... - Domie opadła na niebieskie poduszki, jakby uszło z niej całkowicie powietrze. - Może po prostu rzucimy dodatkowe zaklęcia ochronne na Kryjówkę? No bo jak na razie nawet nie wiemy co to za zwierzak, to lepiej nie szwendać się z Cristal po lesie...
- Racja - przyznałam. - Trzeba odkryć co to za zwierzak... Ale najpierw przygotujmy się do tych przesłuchań!
   Wszystkie się wzdrygnęły. A potem rozeszłyśmy się do swoich sypialni.
   W dormitorium Julia nadal czytała, Brenda pufkowała, a Lisa spała rozłożona na swoim łóżku w ubraniach. Opadłam na swoje posłanie, trochę jak kamień zatapiający się w wodzie od razu pogrążając się w myślach i nawet nie słysząc jak Brenda wita Victę swoim zwykłym trajkotaniem.
   Dlaczego do obrzydliwej melasy Hagrida Peter nie powiedział nam o tym, że McGonagalla go przesłuchiwała?! I dlaczego Paczka Puchonów nas nie poinformowała, że dyra ich przepytywała przed uniewinnieniem? Może nam to wywrzeszczeli podczas licznych zasadzek na korytarzach, ale byłyśmy tak zajęte uciekaniem, że nie zwróciłyśmy na to uwagi? Nagle w moje rozmyślania wdarł się głos Brendy:
   - A tak w zasadzie Vicky, gdzie ty byłaś?!
- W bibliotece - skłamała szybko Vi.
   Julia oderwała na chwilę wzrok od książki, o ile w ogóle mi się to nie przewidziało.
- Przecież biblioteka jest już dawno zamknięta... - Zmrużyła oczy, patrząc na nas uważnie.
- Siedziałyśmy jeszcze w pokoju wspólnym - odparła Victa chłodno. - Naprawdę musicie być takie podejrzliwe?
   Julia tylko wzruszyła ramionami i wróciła do czytania, natomiast Brenda poczerwieniała jak dorodny pomidor.
- Nie no, coś ty, przecież to Julia cię podejrzewa! Ja nic nie mówiłam, słowem się nie odezwałam, ust nawet nie otworzyłam...!
- Brenda, przecież wiem - ucięła Victoire, biorąc swoją ropuchę Kiriakę, po czym usiadła z nią na swym łóżku i poczęła karmić suszonymi muchami. To podziałało na Brendę o tyle, że odsunęła się od Vi błyskawicznie, ledwo co kryjąc obrzydzenie i powróciła pośpiesznie do hałaśliwej zabawy ze swoim pufkiem.
    Potem obudziłyśmy Lisę i udałyśmy się na Wieżę Astronomiczną na astronomię. Ponieważ wieczór był zimny, a na wysokości panował dodatkowo dojmujący chłód spowodowany ostrymi podmuchami wiatru, poprawiłyśmy ciaśniej granatowo-brązowe szaliki na szyjach, po czym wyjęłyśmy swoje teleskopy, pióra i pergaminy. Niebo było czarne jak dno głębokiej studni, poplamione jedynie szarymi strzępami chmur, które przesuwały się po nim leniwie, to odsłaniając, to zasłaniając niektóre gwiazdy, trzeba więc było się śpieszyć z ich zaznaczeniem na mapie.
   Oczywiście profesor Sinistra jak zwykle pierwsza dostrzegła jakąś gwiezdną kombinację i oświadczyła, że kto pierwszy prawidłowo ją rozpozna i nakreśli na mapie względem księżyca, dostanie Wybitnego. Szybko zajrzałam do teleskopu, bo przydałby mi się Wybitny w tym tygodniu, a już zwłaszcza z astronomii, ale przez okular zobaczyłam jedynie jakieś niezidentyfikowane świecące kropki. A po chwili i tak Julia dokładnie wskazała tę konstelację na niebie i na mapie, podała jej nazwę z całą jej etymologią i zgarnęła za to Wybitnego.
   Profesor Sinistra dalej przechadzała się po Wieży Astronomicznej i wymieniała nazwy gwiazd i ciał niebieskich widocznych na niebie.
   - Nad tamtymi drzewami w Zakazanym Lesie jest wyraźnie widoczny gwiazdozbiór Trzech Sióstr Czarodziejek, a za tamtą chmurą na prawo od księżyca Gwiazda Psa...
   Szybko zaznaczyłam je na mapie, po czym znowu zajrzałam do teleskopu ale nic nie dostrzegłam poza ciemną chmurą. Obróciłam go więc nieco w prawo i ponownie do niego zerknęłam; teraz celował prosto w widoczną połówkę księżyca.
   - I to są w zasadzie wszystkie z ważniejszych gwiazd, które możemy dzisiaj dostrzec... Ach, teraz chmura odsłoniła jeszcze Gwiazdę Jednorożca!
   Co? Gdzie? Wszyscy obrócili teleskopy we wskazanym kierunku. Rzeczywiście, Gwiazda Jednorożca jaśniała tuż nad przesuwającą się chmurą, która raz po raz zasłaniała ją postrzępionym grzbietem, póki nie odpłynęła.
   - Świeci bardzo jasno tej nocy - stwierdziła Sinistra. - Ciekawe, co by na ten temat powiedziały centaury...
- A co to są centaury? - zapytała podekscytowana Brenda, która ani nie łaziła nielegalnie po lesie, ani nie trudziła się zbyt czytaniem książek. Wokół rozległo się kilka prychnięć, w tym najgłośniejsze w wykonaniu Julii i Quirke'a, co Brendę widać bardzo zraniło.
  A ja gapiłam się na Gwiazdę Jednorożca, zadzierając głowę wysoko do góry i dopiero po paru minutach przypominając sobie o teleskopie. 
___________________________________________


No to się zaczyna! Muhahahaha!
Dobrze, już się opanowuję, ponieważ mam ważną informację.
Wczoraj J.K. Rowling oficjalnie obwieściła przydzielenie Jamesa Syriusza Pottera do Gryffindoru, co całej szkoły specjalnie nie zaskoczyło, poza Teddy'm Lupinem z HUFFLEPUFFU, który jest tym bardzo zawiedziony...
Ale nie martwcie się. Mój Teddy jest w Gryffindorze i bardzo się z tego ucieszył!
Dzisiaj mało Teddy'ego, aczkolwiek pewne sprawy musiały zostać wyjaśnione bez jego udziału.
Ale lepiej nie łudźcie się, że wszystko już wiecie...
No dobrze, pozostaje mi już tylko życzyć Wam cudownych, podniosłych i tętniących emocjami pierwszych dni szkoły wypełnionymi przepisywaniem przedmiotowego systemu oceniania z pierdyliarda przedmiotów - i wstawić ten rozdział na osłodę Waszego i mojego marnego, mugolskiego losu...

Nox/*

~ Tita Pocky  




wtorek, 25 sierpnia 2015

24. Zamieszki, zlecenie i ostrzeżenie

19. 03. 2013 r. WTOREK

   - No to co - oznajmiłam sennie. - Czas na spanie! 
I już miałam się położyć na ławce, kiedy Julia dźgnęła mnie różdżką w ramię. 
- Ani mi się waż!
   Profesor Binns jak zwykle pojawił się w klasie, przenikając przez środek tablicy, po czym podleciał do katedry. Julia wciąż gapiła się na mnie ze złością. 
- Zawalicie egzaminy! 
- Ty lepiej wracaj do swoich notatek, bo Binns już zaczyna wykład! 
   I w taki oto sposób zaczęły się wtorkowe dwie godziny historii magii. Gdy tylko Binns zjawił się w klasie, od razu zaczęła na wszystkich działać jego usypiająca aura, być może z tego powodu, że każdy wykład zaczynał od przeciągłego ziewnięcia, a podczas przemowy sennie mlaskał raz po raz. Może to dlatego, że umarł podczas snu, tak samo jak Bezgłowy Nick jest porywczy bo zginął w wirze walki, Krwawy Baron ponury, bo popełnił samobójstwo, a Jęcząca Marta jęcząca, bo zginęła akurat podczas ryczenia w kiblu z powodu okrutnego wyśmiewania jej okularów. Właściwie to nawet nie znam szczegółów... ale w końcu to bardzo ponure sprawy. Tak to właśnie sobie myślałam, kiedy Binns zaczął sennym głosem opowiadać o codziennym życiu czarodziejów w średniowieczu. Po trzech latach lekcji z nim już nawet nie próbowałam starać się go słuchać, bo wiedziałam, że się po prostu nie da! Inni też już po minucie rezygnowali ze słuchania tego, co Binns miał nam do zasmęcenia i zaczynali gapić się przed siebie w transie, jakby ktoś momentalnie wyłączył im świadomość, po czym osuwali powoli głowy na ławki, niby odgrywając niemą katastrofę w zwolnionym tempie i tylko Julia (wariatka) zawzięcie skrobała swoje notatki, raz po raz dźgając mnie piórem, bym nie zasnęła, ale po chwili i tak przestałam zwracać na to uwagę, gdy przemogła chęć wyłączenia mózgu ze wszystkiego co się działo naokoło. Lecz kiedy prawie zasypiałam, zorientowałam się, że Julia jest już bliska chluśnięcia mi atramentem w twarz, także szybko odwróciłam głowę i aż podniosłam ją z ławki, kiedy zobaczyłam, że Victoire jeszcze nie zasnęła! 
   - Co robisz? - spytałam ją szeptem, przysunąwszy się do niej i dopiero wtedy zauważyłam, że czyta pod ławką Proroka Codziennego, którego dostałam pod koniec śniadania. 
- Zobacz - powiedziała z miną, która raczej nie świadczyła o tym, że niedługo na Ziemi wyląduje wielki meteoryt z czekolady. Wzięłam od niej gazetę.



TAJEMNICZE ZNIKNIĘCIA W LITTLE NORTON


   Zdajemy się być już przyzwyczajeni do doniesień o zagadkowych zaginięciach w miejscach odkrycia starych Szafek Zniknięć, bądź po prostu w wyniku błędnej teleportacji, lub złego zastosowania czarów w sposób czysto przypadkowy. Mimo to, niepokojące powinny być dla magicznej społeczności  informacje o dziwnych zniknięciach w podmiejskich mugolskich wioskach, zamieszkanych również przez czarodziejów, które wykazują iż niewiele mają wspólnego z przypadkiem, a raczej są wręcz celowymi porwaniami.
   Kiedy 20 września ubiegłego roku Brygada Uderzeniowa Ministerstwa Magii otrzymała doniesienie o zniknięciu podeszłej wiekiem czarownicy zamieszkałej na skraju wioski Little Norton, jeszcze nikt nie podejrzewał, że poza członkami rodziny zaginionej, to zdarzenie powinno zaalarmować wszystkich. Już po trzech tygodniach minionych po zniknięciu siedemdziesięcioletniej Winnifredy Broomstick, Brygada Uderzeniowa ponownie została poinformowana o "uprowadzeniu" czarodzieja mieszkającego w tej samej miejscowości. Jak się okazało, zaginiony Serbius Waterson, zajmujący się hodowlą fruwokwiatów, nie był nawet spokrewniony z pierwszą ofiarą potencjalnych porywaczy, a prawdopodobnie nawet nie łączyła ich sąsiedzka znajomość - ich domy znajdują się bowiem na dwóch krańcach wioski. Te dwa tajemnicze zniknięcia dopełniło porwanie pani Mary Colins razem z jej małą córeczką, prawdopodobnie charłaczką, w grudniu ubiegłego roku, również w Little Norton.
   "Na razie nic nie wskazuje na to, by te dziwne zniknięcia były w jakiś sposób ze sobą powiązane, poza miejscem zdarzeń oczywiście - informuje szef Wydziału Brygady Uderzeniowej, Marlon Snowman. - Do tej pory udało nam się ustalić, iż te zaginięcia nie zostały spowodowane żadnym wypadkiem, zapewniam jednak, że gdyby stali za tym dawni zwolennicy Sami-Wiecie-Kogo, śledztwo od razu przejdzie w ręce Biura Aurorów".
   Jeżeli gdziekolwiek widzieli państwo osoby widoczne na poniższych zdjęciach, prosimy natychmiast wysyłać sowy na adres Proroka Codziennego, bądź Brygady Uderzeniowej Ministerstwa Magii.


 

   Poniżej znajdowały się ruchome fotografie Winnifredy Broomstick, Serbiusa Watersa i Mary Colins wraz z córką.
   Spojrzałam na Victoire szeroko otwartymi oczyma.
   - Ale przecież w Norze mówili coś o restrykcjach wobec mugolaków... Co z tego, że jakiś świr postanowił uprowadzić jakichś przypadkowych ludzi...?
- A to z tego - syknęła Vicky - że nie zdziwiłabym się, gdyby te wszystkie zaginione osoby były powiązane statusem krwi! 
- Czyli... - zaczęłam powoli. - Sądzisz, że ktoś... jakaś zorganizowana grupa... uprowadza po kolei wszystkich mugolaków z wioski? I Ministerstwo nie orientuje się, że to o to chodzi?
- Myślę że wiedzą, ale nie chcą zbytnio nikogo straszyć - odparła Vi z namysłem. - Pamiętasz, co mówili w Norze? - dodała ledwo dosłyszalnym szeptem. - Pamiętasz, że w Ministerstwie był bunt? Ktoś chce powrócić do rejestracji mugolaków, a w Zakonie uważają, że to może być dopiero początek czegoś większego...
- A czy mogłybyście nie gadać?! - usłyszałyśmy za sobą ostry syk Julii. - Niektórzy tu chcą się skupić!
- Chciałaś chyba powiedzieć: Niektórzy chcą tu się wyspać! 
   Julia tylko fuknęła ze złością jak rozwścieczona lokomotywa. Binns ględził takim tonem, jakby zaraz sam miał zasnąć:
-...znana czarownica Wendelina...
   Z powrotem oparłam głowę na rękach i zaczęłam rozmyślać nad tym, co przed chwilą przeczytałam. Winnifreda Broomstick, Serbius Waterson i Mary Colins. Podeszła wiekiem czarownica, hodowca fruwokwiatów i matka charłaczki. Mieszkali w tej samej wiosce, prawdopodobnie wszyscy byli mugolskiego pochodzenia. Tak samo jak ja.
-...w szesnastym wieku do historii przeszło...
   Pióro Julii skrobało po pergaminie.
-...udało im się to...
   Ziewnęłam.
-...nieskończenie wiele razy...
   Ale mi już wyłączył się dźwięk, dopóki nie obudził mnie dzwonek.
   Na drugim śniadaniu zebrało się wiele osób, aczkolwiek gwar w Wielkiej Sali był jakby przygaszony i stłumiony, głównie przez przytłaczającą atmosferę nabrzmiałego deszczem nieba, które wisiało nisko nad stołami czterech domów i wyzierało przygnębiającymi chmurami zza okien. Od razu kiedy weszłyśmy do pomieszczenia, skonstatowałam, że sklepienie jest zupełnie tak samo szare jak szare było rano. Pomyślałby kto, że powinno się rozpogodzić, ale oczywiście nie!
   A potem udałyśmy się na transmutację.
   McGonagalla weszła do klasy dostojnym krokiem i podgrzała nas do boju z naszymi cukiernicami, ale jak zwykle we wtorkową lekcję z nią wszyscy byli tak zaspani po historii magii, że nikt nie potrafił się skupić i nawet Quirke nie zasypywał McGonagalli jak zwykle pytaniami o program nauczania, pewnie dlatego, że od Dnia Kobiet zdaje się być obrażony na cały świat. I tylko Julii udało się w końcu wyczarować ropuchę, no oprócz Simona, ale o nim nawet już nie chciało mi się myśleć.
   Następnie było zielarstwo ze ślizgonami i oczywiście Brenda jak zwykle się obraziła, że nie jest z Victą w grupie, a niejaka Eleanor Smith i jej durna psiapsiółka, która wygląda jak dziewczynka z trzeciej klasy podstawówki, zaczęły wypytywać mnie czy to prawda, że kocham się w Spellu Woodzie. I tak oto spędziłyśmy dwie godziny w cieplarni, kiedy zaczął padać deszcz ze śniegiem i w drodze do szkoły przemokliśmy do rdzeni różdżek. A jeszcze przed zielarstwem, na błoniach spotkałyśmy Hagrida z jego szczeniakiem Kłem Juniorem. Nadal miał te szramy na czole, ale przynajmniej nie doznał więcej żadnych obrażeń. Ja i Victoire nadal się zastanawiamy, czy naprawdę trafiła go gałąź, czy nie.
   - No bo przecież Hagrid od lat łazi po lesie - wałkowała temat Vi, kiedy siedziałyśmy na lekcji w pracowni zaklęć. - Chyba powinien być już wyćwiczony w wymijaniu gałęzi... A może ma jakieś problemy z centaurami...?
- A sadzisz, że strzały centaurów zostawiają takie ślady na czole? - żachnęłam się.
   Ale zanim Vicky zdążyła mi odpowiedzieć, koło naszej ławki przeszedł Flitwick, machając różdżką i recytując, jakby to było magiczne zaklęcie:
- Nie gadać, nie gadać, nie gadać! A wy, panno Glam i panno Weasley! Po lekcji chcę zamienić z wami słówko.
   Ja i Victoire spojrzałyśmy po sobie z przestrachem. A kiedy po lekcji zostałyśmy w klasie, Flitwick zaczął:
   - No więc w związku z tym przykrym incydentem na początku roku...
   Wiedziałam. Flitwick gadał dalej:
-...dom Ravenclawu stracił mnóstwo punktów, najpierw przez panią dyrektor, a przez ostatnie półrocze większość przez profesora Booracka...
- Chce pan nam dać nową karę? - przerwała mu głucho Vi.
- Nie, nie, nawet was nie zamierzam pytać dlaczego to zrobiłyście, chociaż ciało pedagogiczne zastanawia się nad tym od dłuższego czasu, przynajmniej począwszy od tego, że po przeszukaniu waszego dormitorium przez skrzaty domowe, nie znaleziono żadnych śladów nielegalnego wywaru... - Co?! Skrzaty przeszukiwały naszą sypialnię?! Flitwick zignorował szok wypisany na naszych twarzach i odchrząknął. - Do rzeczy... Myślę, że mogłybyście odrobić nasze zaprzepaszczone szanse na Puchar Domów, pomagając panu Filchowi w utrzymaniu porządku w sali wejściowej, za dodatkowe punkty rzecz jasna.
   No świetnie. Jak Boorack się od nas na chwilkę odczepił (bo byłoby zbytnim optymizmem przypuszczać, że na zawsze), to teraz znowu nowa praca, wynikająca z napadu w gabinecie mistrza eliksirów. Ta sprawa chyba do końca roku się od nas nie odklei. Ale skoro mamy wykonywać pracę w czynie społecznym, to chyba nie mamy wyboru.
   Na obiedzie sama poszłam do Cristal, co teraz robimy prawie codziennie, tylko czasami cofamy się w połowie drogi, kiedy coś podejrzanego zaczyna nas niepokoić. Ale tym razem nie napotkałam żadnych przeszkód i już po chwili byłam w Kryjówce. W całym lesie było jeszcze mokro po tym przelotnym deszczu ze śniegiem, który złapał nas po zielarstwie, a kiedy zobaczyłam Cristal, stwierdziłam, że Fiffie i Domie zrobiły jej warkocza z ogona. No i musiałam jej go rozplątać, bo jakby Hagrid zobaczył ją z tym warkoczem, to raczej by nie uznał, że zrobiły go centaury!
   Ale przede wszystkim nadal byłam w szoku, że skrzaty domowe przeszukiwały nasze dormitorium!
   A więc McGonagalla nie jest znowu tak naiwna, jak powinna być staruszka. I kiedy my się dziwiłyśmy, czemu McGonagall nie interesuje się powodem kradzieży składników, ona właśnie bardzo się tym zainteresowała, tylko że z jakiegoś powodu postanowiła nam tego nie wyjawiać. Czy dormitorium Fiffie i Di też przeszukała? Najpewniej tak, ale skrzaty nic tam nie znalazły, no może poza sekretną lodówką Bacy, w której chomikowała jedzenie zwędzone z kuchni i Wielkiej Sali.
   Więc co pomyślała sobie McGonagall, kiedy rewizja okazała się bezowocna? Może doszła do wniosku, że ukradłyśmy składniki na polecenie kogoś? Może to właśnie dlatego Boorack podejrzewał Paczkę Puchonów?
   Ale przecież McGonagall ich obroniła.
   I kiedy tak rozmyślałam, wszystko zaczęło mi się już plątać. Rezygnując z dalszych prób domyślenia się, o co w tym wszystkim chodzi, podałam Cristal kilka kostek cukru, a ona spałaszowała je ze smakiem. A jeśli nadal jesteśmy pod obserwacją skrzatów?! Rozejrzałam się po Kryjówce, ale nic nie zarejestrowałam.
   No i do tego dochodzą jeszcze te nieustające pytania dziewczyn, czy to prawda, że "szaleję za Woodem", "bujam się w Spellciu", "jestem założycielką dziewczęcego fanklubu obrońcy gryfonów" i "mam chrapkę na gryfońskie ciacho", ale mniej mnie to obchodzi od tego, że Simon to słyszał. W zasadzie sama nie wiem, dlaczego dla mnie tak wiele od tego zależy. Może przez to, że mnie uratował przed Filchem w Noc Duchów, albo dlatego, że odmówiłam mu na Sylwestrze, czuję, że jestem mu coś winna? No bo jaki może być inny powód?
   Teddy, który mieszka ze Spellem Woodem w dormitorium, zawsze powtarzał, że Spell to palant, którego należy traktować jak tłuczka - czyli omijać szerokim łukiem. Niestety jednak stykanie się z nim jest nieuniknione, skoro ten natręt ciągle kręci się koło Victoire. Rzecz jasna Teddy nie jest tym zachwycony i co do tego jesteśmy całkowicie zgodni, choć raczej z różnych powodów.
   Nie, o tym nawet nie należy myśleć, tak samo jak o zemście na Brendzie, bo chyba żadna nie byłaby dostateczna... No chyba, że można by rozważyć utopienie jej w kiblu, w którym Boorack nie spuścił po sobie wody.
   I tak to sobie siedziałam z Cristal na chłodnej ziemi, kiedy nagle coś mi odwaliło i zaczęłam do niej gadać.
   - Pewnie się zastanawiasz, dlaczego Victoire, Fiffie i Dominique nie przyszły? - Cristal spojrzała na mnie, niewinnie mrugając powiekami, co uznałam za przeczącą odpowiedź. - Wiesz, nie mogły... - W myślach powiedziałam "nie chciało im się". - Ale jutro pewnie przyjdą. A czasami miło jest sobie posiedzieć samej i porozmyślać jaka ta McGonagalla sprytna, jaki Boorack debilny i jaka Brenda zidiociała, tak...
   Cristal spojrzała na mnie tym razem tak, jakby chciała powiedzieć ironicznie: "Nie gadaj tyle, bo cię jeszcze ktoś usłyszy!". Z wyrozumiałym uśmieszkiem pokręciłam głową.
- Nikt mnie nie usłyszy głuptasie, bo jesteśmy w głębi lasu! Wiesz, trzeba by troszkę podreperować twoją inteligencję... To pewnie przez brak umiejętności mowy.
   Cristal tylko parsknęła z taką pogardą, z jaką Julia patrzy na Brendę, kiedy ta wydurnia się przy Quirke'u.
   I wtedy coś zaszeleściło w zaroślach. Szybko poderwałam się z miejsca. No nie, to już nawet Cristal była mądrzejsza ode mnie...! Wytężyłam słuch, ale już nic więcej nie usłyszałam. Spojrzałam na zegarek i aż zachłysnęłam się ciężkim od wilgoci powietrzem. Za pięć minut miało się zacząć OPCM! Szybko zarzuciłam torbę na ramię i, rzucając Cristal pospieszne "cześć", wypadłam z Kryjówki, w biegu zakładając pelerynę niewidkę Brendy, za nim jednorożec w ogóle zdążył obrócić za mną łbem.
   Cóż, szybkie poruszanie się w niewidce po Zakazanym Lesie zarośniętym bardziej niż Puszcza Amazońska, raczej nie jest możliwe, nawet w świecie magii. I już prawie zaczynałam wierzyć Hagridowi, że trafiła go gałąź, kiedy w pośpiechu o mało co nie podarłam peleryny o wystający korzeń, o którego naturalnie prawie że się potknęłam, uwolniwszy się uprzednio od kolczastych krzaczorów. Wiem, wiem, dobrze znam tę drogę, ale zawsze z dziewczynami poruszałyśmy się po niej bardzo ostrożnie i nigdy nie musiałam pokonywać jej prędkością, przy której Błyskawica jest jak zwyczajny Zmiatacz! I kiedy cudem w ostatniej chwili udało mi się wyminąć pień drzewa, który nie wiadomo jak wyrósł mi nagle tuż przed twarzą, usłyszałam spokojny głos:
   - Trochę ostrożniej.
   Stanęłam gwałtownie i rozejrzałam się wokoło. Między drzewami stał... centaur! A najbardziej zaskakujące było to, że nie był mi to bynajmniej obcy centaur. Aczkolwiek od miesięcy nie spotkałam na tej drodze nikogo poza małym szpiczakiem, więc kompletnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. I to po centaurze!
   - Tak, wiem, że tu jesteś, bądź jesteście. Pod tą wymyślną, niewidzialną płachtą, tak? Odsłoń swą twarz, ludzka raso! - Nie poruszyłam się nawet o milimetr. - Zrób to, bo zawołam resztę centaurów!
   Mimowolnie zerknęłam na róg przytroczony do końskiego boku, a potem na łuk i kołczan wypełniony strzałami, który miał przewieszony przez ramię. Powoli ściągnęłam z siebie pelerynę, a miękki, srebrzysty materiał musnął mnie w twarz i opadł na dół. Gdy centaur mnie zobaczył, od razu zaczął recytować:
- Źrebaków nie krzywdzimy, źrebaków nie zabija... - urwał szybko, po czym odchrząknął. - Mam na imię Klarensjo.
- Przecież wiem! - nie wytrzymałam.
   Jak to możliwe, że centaury mają tak rozległy wgląd w przyszłość, a tak krótką pamięć? Czyżby Klarensjo rzeczywiście zapomniał, że kiedyś już nas tu spotkał i nie dość, że z nami rozmawiał, to jeszcze prawił nam kazania i ubłagał do złożenia przysięgi opieki nad rannym jednorożcem, przy tym swoim cholernym, magicznym ognisku?
- Nie spytam cię, co cię sprowadziło do tego zakątka puszczy... - A więc jednak nie pamiętał. - ...bo przecież to wiem.
   Bezgłośnie wypuściłam powietrze z płuc.
- Tak, Pauline Mary Glam, znana jako Pocky. Wiele czasu minęło, odkąd wiedzieliśmy się ostatnio. Zaraz zadasz mi pytanie, co tu robię wobec tego, że ta część puszczy nie jest zasiedlona przez centaury. A ja odpowiem ci, że rzeczywiście, nie żyją tu centaury, aczkolwiek na tych terenach mieszkają inne stworzenia... - prześwidrował mnie oczami jak latarenki. - Dlatego właśnie muszę was ostrzec.
   Teraz to ja wwierciłam się wzrokiem w Klarensja, który w zadumie spojrzał w górę, przez chwilę pogapił się na korony drzew, jakby pytał się wyroków niebios o pozwolenie na podanie mi poufnych informacji, po czym ponownie zwrócił spojrzenie na mnie, a wyrażało ono głęboką jak nigdy powagę.
- Wprawdzie wiem, że zajmujecie się rannym jednorożcem i zdaję sobie sprawę ze szlachetności waszego czynu... Zwłaszcza, że podobno przechodząc obok niewinnego, rannego jednorożca obojętnie, tym samym ociera się o śmierć. Ale nie o tym chciałem tu mówić... - złowróżbnie zawiesił głos. - Złe stworzę zamieszkało w puszczy. - Nie mam pojęcia, co za stworzę miał na myśli, ale zanim zdążyłam go o to spytać, Klarensjo powiedział coś, co sprawiło, że poczułam się raptownie zrzucona z rozpędzonej miotły o wiele bardziej, niż informacja, że skrzaty grzebały nam w rzeczach:
- Najlepiej będzie dla was, jak i dla wszystkich jednorożców, jak wyniesiecie się z tego miejsca. Wczoraj w nocy kontemplowałem podróże poszczególnych konstelacji i moje oczy ujrzały, że Gwiazda Jednorożca płonie ostrzeżeniem. - Zapewne w jego centaurzym mniemaniu był to najdobitniejszy argument. - Nie zlekceważcie tego.
   Po czym odgalopował między ciemne drzewa, a ja stałam jak wryta w ziemię, z peleryną niewidką Brendy w ręku, zapomniawszy nawet o tym, że spóźnię się na OPCM.


_____________________________________


 
 
 
 
 
Spóźniony, bo dostarczony na bloga przez Errola... ale już jest!
Tym razem nie mam nic do dodania.
Całą przyjemność komentowania pozostawiam Wam.
A, jeszcze jedno!
Dedykacja dla Cameleon ^^
Ze względu na Twoje liczne ostatnimi czasy przygody w Zakazanym Lesie ~
 
Nox/*
 
~ Tita Pocky
 


sobota, 3 stycznia 2015

3. Jednorożce, cukier i plan tajemnej kradzieży

20. 09. 2012 r. CZWARTEK

    Otóż Kochany Pamiętniczku... Nie będę pisać w tobie "Kochany Pamiętniczku". Zapomnij w ogóle o takiej możliwości, notesie skradziony Brendzie, która zapewne wyrzuciła cię pod łóżko, ponieważ nie byłeś różowy i włochaty jak pufek pigmejski. Jak się już zapewne zorientowałeś, będę pisać w tobie o rzeczach całkowicie nie pasujących do pamiętniczka typowej trzynastolatki. Tak, tak... Będziesz musiał słuchać o pniakach mordercach, centaurach na haju, jednorożcach po spotkaniu z rozpędzonym tirem, outfitach Teda Lupina i tym podobnych. Lepiej się przygotuj, żebym potem nie musiała cię poić eliksirem ocucającym.
    Mógłbyś sobie pomyśleć - Dlaczego nie wykiwałyśmy Klarensja i nigdy więcej nie wróciłyśmy do Zakazanego Lasu? Oczywiście ja, Victoire, Dominique i Fiffy chciałyśmy to zrobić. Okazało się jednak, że występują przy tym pewne komplikacje... Mianowicie...
   - Pocky, co się z tobą dzieje?
Siedziałam właśnie z białowłosym Teddy'm Lupinem w bibliotece.
- Sprawiasz, że pada konfetti. I to różowe. Może chcesz mi coś powiedzieć...? - wyglądał na rozbawionego.
Szybko opuściłam różdżkę, z którą zastygłam w zamyśleniu, po czym parsknęłam śmiechem, żeby ukryć roztargnienie, a także to, że próbuję strząsnąć konfetti ze swojej książki tak, by Teddy tego nie zauważył.
- No co ty. Ćwiczę zaklęcia i tyle.
- Taaa... Ostatnio często ćwiczycie jakieś zaklęcia. Na przykład: Dominique dzisiaj rano o mało co nie ugodziła mnie w twarz kawałkiem tostu. Przez zaklęcie lewitacji, prawdopodobnie nieumyślne. A Victoire o mało mnie nie zabiła.
- Co? - wykazałam swoje wstrząśnięcie tym, że ktoś o usposobieniu Victoire mógłby być zdolny do morderstwa... i to na Tedzie Lupinie! - Jak to...
- A tak to. Postanowiła lewitować nóż w tym samym momencie. Miałem szczęście, że ugodził w tę grzankę a nie w moją twarz... Chociaż biorąc pod uwagę to, że nieszczęsna grzanka też o mało nie wylądowała na mojej twarzy, to było blisko. Wyobrażasz sobie, gdybym nie ocalał, nie pomagałbym ci teraz w twoim  żałośnie prostym wypracowaniu na OPCM.
- Skoro tak żałośnie prostym... To twoja śmierć nie byłaby taką wielką stratą - odcięłam się, podciągając swój zwój pergaminu, aby odczytać pierwsze zdanie. - W każdym razie... Co właśnie mówiłeś?
- Eeeeem... O grzance? Nożu? Mojej śmierci?
- Nie nie, wcześniej. Przed tym konfetti.
- Dyktowałem ci co masz napisać - powiedział Ted z niezadowoloną miną. - Nie mów mi, że cały czas dyktowałem ci tego tasiemca na kilka linijek, a ty nic nie przepisałaś...
   Wyszczerzyłam do niego zęby.
- A co jeśli...?
   Westchnął.
- Przysięgam, że po raz ostatni pomagam ci w pracy domowej. Przez ciebie zmarnowałem pięć minut mojego życia, dyktując ci kawałek jednego zdania.
- I jestem ci naturalnie bardzo wdzięczna za to poświęcenie - zapewniłam. - A teraz powtórz jeszcze raz.
    Kiedy już napisałam wypracowanie z drobną pomocą naukową Teddy'ego, wyszliśmy z biblioteki, opędzając się przy okazji od Julii McDuck w nieodłącznym towarzystwie Paris Lowendby, które jak zwykle pełniły całodobową wartę na terenie bibliotecznym. Przed biblioteką czekała już na nas Victoire, wyglądająca chyba tak samo jak ja się czułam - lekko zaniepokojona i jakby nadal roztargniona. Myślałam sobie - "Co jest z tą moją dzisiejszą koncentracją"? I Vika musiała wyraźnie odczuwać to samo, bo powiedziała:
- Jakoś dziwnie się dzisiaj czuję. Na niczym nie mogę się skupić.
- Wiesz co, po twoich dzisiejszych wybrykach z lewitującym nożem, wcale nie byłbym taki zdziwiony tą informacją - zauważył Teddy.
- Zabawne... - burknęła Vika.
- Tylko się teraz nie obrażaj, bo to ja o mało co nie zginąłem...
- Och, nie obrażam się... - westchnęła Viki - tylko jakoś no nie wiem... Głowa mnie boli?
- Zaraz, ty sama nie wiesz jak się czujesz? - zapytał Ted z niedowierzaniem.
- Przestań się jej czepiać... - powiedziałam, bez większego skupienia na tym, co mówię.
- Nie cze... Zaraz - spojrzał to na mnie, to na Vikę - o co wam właściwie chodzi?
- O nic nam nie chodzi - odpowiedziałam.
- O coś musi chodzić - odparła Victa.
   Teddy patrzył teraz na nas z miną człowieka, który przez przypadek przeteleportował się do ośrodka psychiatrycznego.
- W takim razie, jak dowiecie się o co chodzi to dajcie znać... - skwitował, wciąż patrząc na nas tak, jakbyśmy były jakieś niepoczytalne. - Do zobaczenia później...
    Spiesznie oddalił się korytarzem.
- Powiedziałam coś nie tak? - zmartwiła się Victoire, patrząc za znikającą w tłumie uczniaków białą czupryną. Po chwili przejechała ręką po twarzy. - Ach, poszłabym spać. Co teraz mamy...? Historię Magii? Wspaniale.
      Ale kiedy na kolacji Fiffy wylała sok z dyni bo zasnęła na stole, miałyśmy już tego dosyć. Ja i Victoire zaczęłyśmy poważnie zastanawiać się, co mogło tak fatalnie wpłynąć na nasze zdrowie.
- Może te grzybki w Zakazanym Lesie? - mówiła do mnie Victa przyciszonym głosem, tak by nie usłyszała nas Brenda siedząca nieopodal. - Nie pamiętasz, czy po drodze spotkałyśmy jakiegoś podejrzanego skunksa?
- Nie, nie przypominam sobie... Ale...
- Skunksy to obrzydliwe stworzenia - przerwała mi nieopatrznie Victoire, sennie mieszając łyżeczką do dżemu w swoim soku. - Może jakiś zaczaił się na nas w krzakach...
-... pamiętasz, że Klarensjo rozpalił ognisko do tej naszej przysięgi...?
   Victoire na moment zamknęła, a potem otworzyła oczy.
- Rzeczywiście. Co jest z tą moją głową dzisiaj...?! Ale ognisko było fajne. Bardzo ładnie pachniało.
- Bardzo ładnie pachniało... - powtórzyłam, próbując się skupić.
- Bardzo. Bardzo ładnie pachnące ognisko mu wyszło.
- Pachnące ognisko...
- Tak - Viki posmarowała dżemem kawałek tostu. - Pachniało herbatą owocową z cynamonem. Chyba był tam jakiś cukier, z którego zrobił się karmel.
- Przestań gadać na chwilę - powiedziałam rozdrażniona jej wymysłami na temat swoich doznań zapachowych. - Próbuję się skoncentrować.
- O tak, koncentracja jest bardzo ważna! - odezwał się nad nami uczony głos rudej Julii McDuck. - Mogę prosić o słoik dżemu wiśniowego?
- Proszę - sięgnęłam po słoik, oddychając przy tym z ulgą, że nie będę musiała wysłuchiwać jakiegoś jej kujońskiego kazania. - Smacznego życzę.
- Dziękuję. - odrzekła Julia z godnością, odbierając ode mnie słoik. - Przy okazji...
   No nie, zaczyna się.
-... chciałabym zwrócić wam uwagę... że jeżeli zamierzacie kontynuować swoje zachowanie z dnia dzisiejszego na przyszłych lekcjach w tej szkole... to zbyt daleko nie zajdziecie. Chcę tylko powiedzieć, że wasza dekoncentracja negatywnie wpływa na pracę innych. Poza tym, Ravenclaw nie może się reprezentować na zajęciach w taki sposób, skoro nasz dom chlubi się wiedzą i...
- Czepiasz się Viki?!?! - no świetnie, oczywiście Brenda musiała wtrącić swoje trzy knuty. No to zaczyna się mały wybuch Wezuwiusza... Julia przecież nie cierpi, kiedy ktoś przerywa jej wykład, a zwłaszcza, kiedy tym kimś jest Brenda.
- Czy mogłabyś z łaski swojej, nie przerywać mi kiedy mówię? - wycedziła przez zęby, momentalnie czerwieniejąc z oburzenia.
- A właśnie, że będę przerywać, jeśli będziesz obrażać moją przyjaciółkę!! - Brenda szarpnęła Vikę za rękaw i przyciągnęła do siebie, czemu blondynka bezwładnie się poddała.
   Mimo dosyć napiętych okoliczności, ziewnęłam lekko zakrywając usta dłonią.
- No cóż... - wstałam, pociągając za sobą Victę, której rękaw wciąż maltretowany był przez Brendę. - My kończymy już kolację. Ach... jeszcze jedno... Czy mogłybyście wieczorem zachować względny spokój w dormitorium? My musimy iść wcześniej spać...
- Właśnie - zgodziła się ze mną Vika, oglądając się na pociemniałe sklepienie Wielkiej Sali.
- Widzę - skonstatowała krótko Julia.
- Cieszę się - rzuciła Victoire.
I zanim Julia zdołała ubrać w jakieś inteligentne sformułowania swoje oburzenie taką nieuprzejmością, szybko opuściłyśmy Wielką Salę i stanęłyśmy w sali wejściowej... Spojrzałam na Vikę:
- Wiesz co... Myślałam, że to ognisko do przysięgi to jakiś centaurzy rytuał. Ale wygląda na to, że Klarensjo celowo je zrobił... Rozpalił jakieś ziółka i proszę, naćpał nas nimi.
- Wcale mi się to nie podoba - Victoire ziewnęła. - Zioła z Zakazanego Lasu... I to jeszcze niewprawnie ugrillowane przez jakiegoś centaura... To może źle podziałać na naszą wątrobę.
- Ja bym się bardziej martwiła drogami oddechowymi - zauważyłam, skubiąc kosmyk swoich włosów w roztargnieniu. - Pytanie tylko jak długie jest ich działanie.
- Wiesz co... - Victoire zamilkła na chwilę, zastanawiając się - Możliwe, że dopóki na serio nie weźmiemy się za tego jednorożca.
   Nagle patrzyła na mnie całkiem rozbudzona i jasna.
- Tak sądzisz? - spytałam z powątpiewaniem. - Naprawdę... poważnie myślisz o łażeniu do Zakazanego Lasu nie wiadomo przez ile czasu? - Nagle i ja poczułam się jakoś lepiej. - Ej, bez kitu. Jak to powiedziałam... Poczułam się jakoś lepiej.
- Bez kitu to okna wypadają - zauważyła Victoire.
Wywróciłam oczami.
- Ty też wytrzeźwiałaś!
- Rzeczywiście - Vika obejrzała się za siebie na uchylone drzwi Wielkiej Sali, zza których wydobywało się tysiące głosów uczniaków. Potem spojrzała na mnie. - Toooo... dziwne. Akurat wtedy, gdy zaczęłyśmy mówić o pomocy temu jednorożcowi.
- Dziwne? - odparłam. - Mnie się to wydaje raczej oczywiste. Klarensjo chciał nas widocznie w ten sposób zmusić do dopełnienia przysięgi... Rozumiesz... Jeśli tylko zaniechamy pomocy jednorożcowi,  będziemy obijać się o ściany w Zamku naćpane gorzej niż na wróżbiarstwie.
- Nie chodzę na wróżbiarstwo...
- Ale ja tak, więc wiem co mówię. A jeśli mu pomożemy... Jeju no, ile może zająć uleczenie takiego jednorożca... Przecież one mają wielką magiczną moc, powinno pójść gładko.
- No właśnie Pocky... - westchnęła Victoire. - Mają wielką magiczną moc, dlatego bardzo trudno je zranić. W każdym razie to, co to zrobiło, musiało również mieć wielką moc. - zastanowiła się przez moment. - Poza tym, to pewne, że ten jednorożec będzie już kulawy, nawet jeśli opatrzymy mu tę ranę w nodze w kilka dni.
- A więc opatrzmy mu ją tak, żeby nie kulał - wzruszyłam ramionami. - Na pewno jest na to jakiś sposób. A jak szybko to załatwimy, będziemy miały Klarensja z głowy, nie będziemy naćpane i już nigdy nie będziemy musiały wracać do Zakazanego Lasu.
Victoire milczała przez moment.
- Dobrze - zgodziła się.
    Tak więc następnego dnia spotkałyśmy się z nauczycielem opieki nad magicznymi stworzeniami i szkolnym gajowym w jednym, na błoniach. Zamierzałyśmy wypytać go dokładnie, jako że najlepiej znał Zakazany Las i żyjące w nim stworzenia. Właściwie same już trochę wiedziałyśmy, a w zasadzie Victoire wiedziała, ponieważ dysponowała dosyć dobrą znajomością tych magicznych stworzeń... Ale co szkodziło zapytać? Chociażby co jedzą takie jednorożce? Zwłaszcza, że Hagrid jest specjalistą w tej dziedzinie, mimo iż interesują go bardziej zwierzęta w kategorii "strasznych, przerażających i obrzydliwych stworów, które z pewnością zagrażają życiu wszystkich innych bezbronnych ssaków, w tym ludzi". W każdym razie postanowiłyśmy skorzystać z jego "długiego jęzora" i uzupełnić swoją wiedzę we względzie jednorożców.
    -Hagridzie? – zapytała Victoire. – A co wiesz o jednorożcach?
   Był świt. Słońce unoszące się nad horyzontem zalewało niebo jasną, złotą poświatą. Z Zakazanego Lasu dochodziły do nas śpiewy rannych ptaków i testrali, jak twierdził Hagrid. Teraz stał po kolana w jeziorze i za pomocą dużych, płaskich kamieni puszczał kaczki na wodzie.
- No więc? – nalegała Victa. – Hagridzie, nie udawaj, że się nie znasz.
   Olbrzym schylił się i wyłowił z dna kolejny kamień.
- Cholibka – stęknął, po czym wyprostował się. – A cu chcesz wiedzieć?
   Oczy Victoire zabłysły, kiedy kolejna „kaczka” odbiła się pięciokrotnie od tafli wody.
- Wszystko – powiedziała krótko.
- No cóż – zaczął, drapiąc się po brodzie – No więc… Jednorożce bardzo trudno złapać, ale tyle to chyba wicie…
- No no? – ponagliłam – I co dalej?
   Cóż, może Hagridowi nie spieszyło się z objaśnieniami, ale woda, która jemu sięgała do kolan nam sięgała powyżej pasa i nie zamierzałam stać w niej dłużej, niż to było konieczne.
- No więc jednorożce są cholernie białe…
- Wiemy…
- To po co żeście się pytały, skoro wszystko wicie? – powiedział Hagrid rozdrażnionym tonem, schylając się po kolejny kamień. – Jak chcecie mogę opowiedzieć o czymś ciekawszym, na ten przykład…
   Jego twarz rozjaśniła nadzieja.
- Nie Hagridzie – rzekła Victoire delikatnie, ale stanowczo. – My chcemy, byś opowiedział nam o jednorożcach.
- Taaaa? – rzucił z rezygnacją, po czym odbił kamień tak mocno, że aż obryzgał mnie wielkimi kroplami wody. – Ale one wcale nie są takie interesujące...
- Hagridzie...
- Dobra, dobra. Więc trzeba podchodzić do nich ostrożnie, bo bydlaki są strasznie nieufne, inaczej z młodymi. I młodziaki łatwiej jest wypatrzyć. I nie wnerwiają się tak na chłopców, chociaż…
- Wolą dotyk kobiety – wpadła mu w słowo Vi.
   Spojrzał na nią z zadowoleniem, jakby była dynią, która wyjątkowo wyrosła bez pomocy jego różowego parasola.
-Mogłabyś mi podać jakiś kamień? – poprosił. – Ja już wszystkie wkoło wyzbierałem…
   Victoire roześmiała się, a jej głos potoczył się echem po tafli jeziora.
- Hagridzie, gdybym miała się schylić, musiałabym zanurkować!
   Chyba dopiero teraz Hagrid zorientował się, że stoimy po ramiona w wodzie. Spojrzał na nas z niepokojem.
- Nie powinnyście stać tak w zimnej wodzie! Bo jeszcze…
-Ależ Hagridzie, tu jest bardzo przyjemnie – przerwała mu Vika pogodnie, swobodnie machając rękoma i tworząc lekkie fale. – Woda jest chłodna, wiatr jest lekki a słońce ciepłe. Nie ma lepszej pogody.
- I zresztą, od czego mamy różdżki? – uspokoiłam go, tym samym rozwiązując kwestię przemoczonych ubrań.
- W takim razie o czym to ja… - zaczął Hagrid.
- O jednorożcach – przypomniała mu szybko Viki.
- Ach tak, no więc mają złote kopyta, a ich włosy ponoć są drogie, ale ja tam sam nie wiem. W końcu włosy to tylko włosy. Zwykłe srebrne kudły i tyle – powiedział z pobłażaniem. – Chociaż, muszę przyznać, diabelnie praktyczne, no i mają pełno magii w sobie. Dlatego wykorzystuje się je na rozmaite sposoby…
- Ja mam włos z grzywy jednorożca w różdżce – odezwała się Victoire.
- A Orellia ma torbę utkaną z włosów jednorożca – dodałam.
- Tak, włosy jednorożca są cholernie mocne…
- Mon Dieu, ile ta Orellia musiała wydać na tę torbę…- mruknęła Vi.
- Chyba musiała na to sprzedać całą willę z trzema basenami... – rzekłam.
- A tak poza tym… - Hagrid zdawał się całkowicie nas nie słuchać – Wiecie że jednorożce zmieniają kolor?
- Jak są młode, to są złote. – powiedziałam.
- A jak mają dwa lata, to robią się srebrne – dodała Victa.
- Cholibka, wy wszystko wicie! – nie wytrzymał Hagrid. – A wiecie kiedy wyrasta im róg?
   Pokręciłyśmy głowami.
- Jak maja cztery lata, aha! – zawołał triumfalnie. – A…
- …robią się białe gdy mają siedem lat, czyli są już dorosłe – przerwała mu Viki, tym samym niszcząc cały jego triumf.
   Hagrid spochmurniał.
- Tak – przyznał. – Ale poza tym to jednorożce wcale nie są takie ciekawe…
- A co one jedzą? – spytała znienacka Vi.
   Zamarłyśmy, oczekując odpowiedzi.
- Cukier. One lubią jeść cukier.
- Cukier? – zdziwiłam się. – To w Lesie rośnie jakiś cukier?
Hagrid spojrzał na mnie z rozbawieniem.
- Oczywiście że…
- Nie, nie, przecież tylko żartowałam. Ale przecież muszą same zdobywać sobie jakieś pożywienie. A jak nie cukier, to czym one się żywią?
- A skąd mnie to wiedzieć? – obruszył się Hagrid, jakby to nie on był gajowym w tej szkole i znał każdy zakątek Lasu. Może dlatego się tak rozdrażnił, bo nie wiedział tak samo jak my. – A teraz zmykać mi stąd bo zaraz śniadanie się zaczyna! A w zasadzie, to co was tak interesują jednorożce??
    Łypnął na nas podejrzliwie.
- Bo… bo… - zająknęła się Victoire, po czym zaczerwieniła się i zamilkła.
   Tak, przecież było oczywiste, że nie możemy wyjawić Hagridowi co nas tak interesuje w jednorożcach! Tak samo jak nie mogłyśmy powiedzieć, że niedawno szwendałyśmy się po Zakazanym Lesie, w którym o mało nie zginęłyśmy z powodu pniaka-terrorysty i musiałyśmy negocjować z centaurem-wyzyskiwaczem... I że to wszystko przez pewnego zidiociałego kota. O nie nie, lepiej, żeby o tym nie wiedział.
"Hagridzie, to jest top-top secret" powiedziałaby zapewne Dominique Weasley i miałaby rację. Dlatego też powiedziałam:
- Hagridzie, to jest top-top secret.
- O, ui - potwierdziła natychmiast Victoire.
Wciąż nie spuszczał z nas wzroku.
- Wielka tajemnica, oho! Na galopujące gargulce. Wytrząsnąłbym to wam z głowy, gdyby to była jaka głupota...!
- Wiemy, wiemy - zapewniła Vika gorliwie. - To my już pójdziemy na śniadanie...
   Odwróciłyśmy się w stronę brzegu i już miałyśmy odejść, a raczej odpłynąć, gdy Hagrid wrzasnął:
- HA!
   Aż podskoczyłyśmy w wodzie.
- A nie spytałyście mnie o szczególną właściwość jednorożców! - zawołał triumfalnie.
- Tak, tak... Krew jednorożców daje nieśmiertelność, ale kto ją wypije będzie wiódł nędzne życie przeklętego... Nie musisz mówić - odparła Victa.
   Hagridowi zrzedła mina.
- No, zjeżdżajcie już! - ponaglił, wyraźnie rozzłoszczony. - Jeszcze tego mi tu brakowało na brodę Merlina, żebyście mi się tu zasmarkały na śmierć, cholibka!
   Po czym cisnął ostatni kamień do wody, jeszcze bardziej nas ochlapując.
Logika Hagrida.
   Powoli wygramoliłyśmy się na brzeg, po czym przysiadłyśmy na kamieniu, by założyć kolanówki i buty. Całe nasze spódnice i koszule były mokre. Biedne, najpierw przygoda w Zakazanym Lesie, ziemia, liście, runo leśne, a teraz jeszcze woda z jeziora... Sięgnęłam do mojej szaty pozostawionej na brzegu, ale nie było w niej różdżki.
- Victoire... - zapytałam powoli.
- Tak? - rzuciła i tak ledwo mnie słuchając, po właśnie siłowała się ze swoim butem, który jakoś nie chciał pasować do jej stopy tak jak zwykle.
- Czy ty wzięłaś różdżkę?
- A po co, skoro ty wzięłaś?
- A po to, że właśnie ja nie wzięłam.
- Pocky, to twój but!- wykrzyknęła Viki poirytowanym tonem. No świetnie, nawet nie raczyła zwrócić uwagi na naszą kryzysową sytuację... Przestała mocować się z moim butem i podrzuciła mi go pod nogi - Zabieraj te swoje kierpce i oddaj mi moje buty.
- Ależ proszę. Bierz te swoje pantofle. Tylko że będziemy wracać do szkoły mokre. Cieszysz się, prawda?
   Victoire spojrzała na mnie.
- Dlaczego mokre?
- Bo nie wzięłam różdżki - powtórzyłam po raz setny.
- Oj Pocky - Vi westchnęła. - Jak mogłaś nie przewidzieć, że będziemy stały w jeziorze po ramiona. I to jeszcze chodzisz na wróżbiarstwo...!
- Trudno - ucięłam. - W takich wypadkach należy polegać na przyjaciołach. A ty niestety jesteś tak samo nieodpowiedzialna jak ja.
   I tak oto, całe ociekając wodą i przeklinając swoją głupotę, przeszłyśmy przez ogromne szkolne błonia i weszłyśmy do Zamku.
   Gdy tylko stanęłyśmy w sali wejściowej, od razu zobaczyłyśmy Caroline i Dominique, zbiegające ku nam ze schodów.
   - I jak? - spytała Victoire.
    Dominique wzięła głęboki oddech.
- No więc: Jednorożce wolą dotyk kobiety i gdy się rodzą są złote, gdy mają dwa lata to są...
- Srebrne - wpadła jej w słowo Viki. Była zrozpaczona. - Dokładnie to samo powiedział nam Hagrid!
   Zapadło milczenie, które przerwała Fiffy:
- Może nie powinnam pytać... Ale dlaczego wy jesteście całe mokre?
- Cena informacji Hagrida - wyjaśniłam, zanim Victoire zdążyła otworzyć usta.
- To w końcu dowiedziałyście się co one jedzą, czy nie - zapytała Domie.
- Hagrid powiedział tylko o cukrze - wzruszyłam ramionami. - A wy...?
- W mojej książce były napisane tylko ich magiczne właściwości - westchnęła. - Bardzo sensownie, nie... Wypisali od groma dennych informacji, ale podstawowej wiedzy to już nie wcisnęli... Debilni autorzy.
- No... - powiedziała Fiffy ponuro. 
- Chodźmy lepiej na śniadanie - zaproponowała Victa. - A potem pani Pince otwiera bibliotekę, może coś znajdziecie...
- A wy? - zapytała Fiffy. - Nie mów, że rozłożycie sobie leżaczki na błoniach, w czasie gdy my będziemy odwalać czarną robotę.
- Tak się składa... - Victoire zawiesiła głos - że po śniadaniu mamy od razu dwie godziny eliksirów.
   Zabrzmiało to raczej złowieszczo. Fiffy i Domie spojrzały po sobie gwiżdżąc cicho.
- A więc nie mamy się o co martwić - powiedziała Dominique. - Po tych lekcjach na pewno nie wrócicie żywe... - zaczęły się śmiać jak jakieś czarownice.
- Na waszym miejscu bym się tak nie cieszyła - odparłam z przekąsem. - Same miałybyście wtedy Klarensja na swojej głowie...
- Ale przynajmniej nie kocioł Booracka!
   I miały rację. W tej szkole, nawet śmierć w Zakazanym Lesie byłaby lepsza dla każdego z uczniów, od dostania uwagi na lekcjach eliksirów od profesora Booracka. Ale cóż ja będę się teraz rozpisywać o Booracku, wierz mi czarnoksięski notesie,  że to nic przyjemnego...
- W każdym razie ja idę do Lasu na obiedzie - oznajmiła Vika przyciszonym głosem.
- To ja pójdę z tobą - zdecydowała Fiffy.
- A ja popytam u pani Pomfrey - postanowiłam. - Dominique, idziesz...?
- Ui - zgodziła się Dominique.
- Ui - podsumowała Victoire. 
   Weszłyśmy do Wielkiej Sali i usiadłyśmy przy stole Ravenclawu, gdzie od razu pojawił się przy nas nie kto inny jak Ted Lupin, dzisiaj w wydaniu rybno-łososiowym... Co on jeszcze wymyśli, no doprawdy...
   Oczywiście jego pierwszym pytaniem na przywitanie było wypowiedziane już wcześniej przez Fiffy i zapewne mnóstwo innych ludzi, którzy nas mijali już w sali wejściowej - "Dlaczego jesteście całe mokre?".
    - Nieważne - żachnęła się tylko Victoire, z typowym dla siebie wdziękiem brutalnie wyciskając włosy ociekające wodą, po czym przyciągnęła go do siebie. - Teddy...
- Co?
- Pożycz nam swoją pelerynę niewidkę.
   To żądanie zaskoczyło go.
- Co?! Po co...?
- Och Teddy - stojąca za nim Dominique okręciła lekko spódniczką, z takim samym wdziękiem z jakim jej siostra wyżymała włosy, tyle że w jej przypadku zastosowanym ewidentnie świadomie - Kobiet nie pyta się o takie rzeczy. Jak masz towar, to go dawaj bez gadania - przyklasnęła dłońmi - i już!
- Ale za towar się płaci - wymsknęło mu się chyba mimochodem. Dominique zmrużyła oczy.
- Chcesz zapłaty...? Jak chcesz możesz zarobić wielkiego kopniaka.
- A co powiesz na zapłatę w naturze? - zaświergotała Victoire słodko.
    Fiffy odwróciła się do swoich tostów ze stłumionym chichotem, a Dominique prędko zatkała usta, żeby nie wybuchnąć śmiechem na widok reakcji Teddy'ego. 
- Co?! - wykrzyknęliśmy ja i on.
- No co się tak dziwisz. Kupimy ci jakiegoś filodendrona.
- Czyrakobulwy mu kup... - Domie w końcu pozwoliła sobie na eksplozję perlistego śmiechu.
- Wasza szansa na pelerynę odpłynęła w dal bezpowrotnie - oznajmił Ted beznamiętnie.
Z twarzy Di zlazły wszelkie objawy wesołości, ustępując miejsca urażonej minie.
- No wiesz... Nie bądź taki...
- No przecież wiem, że stać was na mniej prymitywne sposoby perswazyjne... - Teddy wywrócił oczyma. - Czekam po prostu na ten zbawienny moment, kiedy zorientujecie się, że wasze zagrywki w tym stylu nie przekonają mnie do ubicia interesu.
- Biznesmen się znalazł.
- Posłuchajcie - odezwałam się - Wiem jak dojdziemy do porozumienia. - zwróciłam się do Teda - Ty dasz nam pelerynę, a my będziemy miały u ciebie dług wdzięczności.
- Interesujące - Teddy podrzucił sobie grzankę z naszego krukońskiego-kujońskiego i niegodnego świetych gryfonów stołu. - Kontynuujcie.
- Będziemy ci czytały co wieczór na dobranoc twoje kochaśne książeczki o obronie przed czarną magią. Co ty na to? - wyskoczyła Fiffy z propozycją.
- Kochane - rozczulił się Teddy po czym automatycznie włączył tryb kamiennej twarzy. - Wcale mi się to nie podoba. Dorzucicie wełniane skarpety, to może się zgodzę. A! No i Victoire musi dożywotnie udawać ropuchę za każdym razem, gdy odezwie się do niej jakiś debil.
- Masz na myśli: każdy inny chłopak w tym Zamku poza tobą? - Domie uniosła brwi, zanim Vika w ogóle zdążyła się odezwać - Spokojna głowa. Już ja jej przypilnuję.
- Ej... - obraziła się Viki i przygładziła spódniczkę z godnością. - Nie potrzebuję obstawy - po chwili kichnęła.
- Chusteczki? - Domie mechanicznie wyciągnęła do niej kawałek materiału z haftkami.
- Merci - Victoire odebrała chusteczkę z powagą. - No dobra, obstawa nie jest taka zła.
- Czyli... interes ubity? - zapytała Fiffy, patrząc to na Teddy'ego to na Victoire, znad swojego pucharu soku z dyni. 
- No dobra... - zgodził się Ted nie bez ociągania - Ale pamiętajcie, dług... Wieczorne czytanki możecie odpuścić, ale skarpet nie daruję.
- Jasne jasne, Teddy - syknęła Domie a jej oczy zamieniły się w jagodowe szparki.
- Przestań się krzywić - zwrócił jej uwagę Ted unosząc brwi lekko. -  Chyba mogę zachowywać jakieś prawa? Żebyście kiedyś nie były posądzone o dyskryminowanie...
- Jasne - powtórzyła.
- Tylko pamiętajcie. Ta niewidka... To co na nią działa, to tylko silne zaklęcie zwodzące, także można ją wykryć! - ostrzegł już na odchodnym.
- Tylko że my będziemy chodzić raczej w odludne miejsca. - powiedziała cicho Victoire, gdy Ted już sobie poszedł.
     Jeszcze nigdy dwie godziny eliksirów tak mi się nie dłużyły. Zazwyczaj raczej lubiłam te lekcje, o ile da się je lubić bez względu na przechadzającego się z wypiętym brzuchem między ławkami profesora Booracka, zaglądającego wszystkim po kolei do kociołków, co jakiś czas okazując przy tym swoją dezaprobatę, wykorzystując tym samym całe zasoby artyzmu swojej gry aktorskiej. Jego wypolerowane na wysoki połysk obuwie, stąpało ociężałym dostojnym krokiem dozorcy u szczytu świetności, po plugawej posadzce lochu. To, co trzeba wiedzieć o Booracku, to niebywałe dopasowanie nazwiska do jego wyglądu zewnętrznego - Boorack rzeczywiście zawsze jest czerwony na twarzy jak burak. Możliwe, że to z powodu ciągłego przebywania w oparach kociołków, ale większe prawdopodobieństwo jest takie, iż ma na to wpływ  jego choleryczne usposobienie. Jeśli Boorack czerwieniał jeszcze bardziej niż zwykle... Oznaczało to nie lada kłopoty dla tego, który sobie u niego nagrabił. A tak się składało, że jego największymi wrogami wśród uczniów, była niejaka Paczka Puchonów z V klasy, do której należała niestety moja starsza siostra.
   Na szczęście byłam na tyle dobra z eliksirów, iż Boorack postanowił chyba ignorować moje pokrewieństwo z tym beztalenciem eliksirowym Nickie i często dostawałam u niego Powyżej Oczekiwań. Co innego Simon i Lisa z naszej klasy, którzy również mając rodzeństwo w Paczce Piątoklasistów z Hufflepuffu, byli tak samo beznadziejni w eliksirowarstwie. I siedząc tak w ławce nad swoim kociołkiem, podczas gdy Boorack opieprzał właśnie Lisę za glutowatą konsystencję jej eliksiru, olśniła mnie myśl: Mam przed sobą podręcznik do eliksirów. A może są w nim wypisane również antidota? No tak... Zaczęłam wertować stronice swojej książki, ale wszystko wskazywało na to, że w III klasie raczej nie będziemy uczyć się o lekarstwach.
    Na przerwie obiadowej zebrałyśmy się znów w sali wejściowej.
- Teddy dał nam pelerynę - oznajmiła Victoire, pokazując nam skrawek połyskliwej tkaniny, wystający z jej torby. Szybko schowała go z powrotem. - Wrócimy przed końcem obiadu.
- Powodzenia... - powiedziałam.
- I przeżycia przede wszystkim... - Domie pokręciła głową.
   Fiffy i Victoire wyszły z Zamku, a ja i Dominique ruszyłyśmy schodami w górę, po czym skierowałyśmy swe kroki do skrzydła szpitalnego. Pani Pomfrey właśnie poiła zielonym wywarem jakiegoś chłopala i (niestety) kiedy ja i Di wpadłyśmy z impetem do szpitala, wylała na jego twarz cały eliksir.
- Weasley, Glam! - zawołała. - Co wy wyprawiacie?
- Potrzebujemy natychmiastowej pomocy - oznajmiła Dominique.
- A co, ktoś umarł, że mi przeszkadzacie w pracy? - ofuknęła ją pielęgniarka.
- Nie...
- W takim razie co się stało? Trening quidditcha, wpadka na eliksirach, złe zastosowanie zaklęcia...?
- Nie, nikt nie jest ranny...
- No to o co chodzi? - wzięła się pod boki i prześwidrowała nas wzrokiem. - Rzeczywiście, wyglądacie na okazy zdrowia.
- Czy zna się pani na weterynarii? - zapytała Domie.
- Ja? Na weterynarii? - zdziwiła się pani Pomfrey. - Panno Weasley, jak chyba widać, w tym szpitalu leczy się gatunki homo sapiens... - w tym momencie do naszych uszu dotarł bełkot jej oblanego wywarem pacjenta. Pani Pomfrey jednym machnięciem różdżki oczyściła mu twarz, a potem skierowała się do swojego gabinetu po kolejną dawkę płynu. Potruchtałyśmy za nią.
- Ale chyba zna pani chociaż jakieś podstawy... - nie dawałyśmy za wygraną.
Pani Pomfrey westchnęła i powróciła do łóżka chłopala.
- A co wam choruje? - spytała nieuważnie, wlewając zielony eliksir w jego paszczękę - Pies? Kot? Szczur?
- Eeeeeyyy... - Dominique spojrzała na mnie. - Coś w rodzaju... konia...?
Lekarka podniosła głowę znad łóżka pacjenta.
- To jakieś wygłupy? - zdenerwowała się. - Proszę stąd natychmiast wyjść i nie przeszkadzać mi już w pracy! Mam pacjentów!
- Uhm. - Domie chrząknęła rozglądając się po skrzydle; chłopal pijący zielony wywar był jedynym klientem tego przybytku. - Czyli nie pomoże nam pani? - zapytała głośno.
- Nie - odpowiedziała stanowczo pani Pomfrey. - Ja leczę ludzi. A w szkole uczniowie nie trzymają koni.
Dominique kopnęła ze złością nogę łóżka chłopala, ale on chyba to poczuł bo zerzygał się wywarem na rękę pani Pomfrey. Zerwała się z krzesła, wściekła.
- Nie będziesz mi tu kopała żadnych łóżek, pannico! A teraz wynoch... To znaczy proszę wyjść, to jest szpital, a nie zwierzyniec!
- Chodź... - mruknęłam do Domie i wyszłyśmy.
   Zdążyłyśmy jeszcze zjeść obiad, w czasie gdy Fiffy i Victoire szlajały się po Zakazanym Lesie. Dominique piekliła się na panią Pomfrey.
- Co za jędza! - mówiła, o mało co nie rozlewając przy tym dyniowego soku. - Muszę dopisać sobie jedenaste przykazanie... "Nie będę kopała łóżek rzygających chłopców".
- Fiffy i Viki przyszły - szturchnęłam ją w ramię.
   Po chwili podeszły do miejsca gdzie siedziałam z Domie i rzuciły się na obiad, całe zziajane i z rozwianym włosem. Ja i Dominique wytrzeszczyłyśmy oczy na tempo, z jakim nasze siostry pochłaniały jedzenie.
- Radziłabym wam spróbować trochę stołu, w życiu nie jadłam lepszego drewna - rzekła Di z niedowierzaniem.
- Idziemy zaraz do biblioteki? - zapytała z pełnymi ustami Fiffy.
   I to był najlepszy pomysł, na jaki Fiffy mogła wpaść w tym momencie.
   Tak więc po obiedzie udałyśmy się do biblioteki, w której oczywiście zastałyśmy już Julię McDuck w towarzystwie Paris. Musiałyśmy szybko schować się w Dziale Niewidzialności, żeby do nas nie zagadały. Co jak co, ale na to akurat miałyśmy w tej chwili najmniej czasu.
   Fiffy i Domie od razu zaginęły wśród półek z książkami.
- Chodź - Victoire pociągnęła mnie za rękaw. - Poszukamy tam.
   Jednorożce, dwurożce i inne nosorożce... Bezrogi Jednorożec... Magia parzystokopytna... i jeszcze wiele takich książek  zwaliłyśmy po chwili na stół i zaczęłyśmy wertować ich stronice.
   Minuty mijały, biblioteczny zegar tykał, but przechadzającej się pani Pince skrzypiał, a my wciąż i wciąż siedziałyśmy nad księgami.
   - Jest! - aż podskoczyłam, kiedy Victoire wydała z siebie ten radosny okrzyk znad egzemplarza Bezrogiego Jednorożca.
- Co: "Jest!"?
- Żywią się słodkim mleczkiem mlecznej śnieżyczki!
   Opadłam na oparcie krzesła.
- Czytałam kiedyś o mlecznej śnieżyczce... - zaczęłam, ale już nie zdążyłam skończyć, bo oto nadbiegły Fiffy i Domie.
- Patrzcie na to! - wołały jedna przez drugą, zanim jednak zorientowałam się, na co mam właściwie patrzeć, zza półki wyłoniła się pani Pince, ze złowieszczym skrzypnięciem swojego buta.
- Krzyki! Wrzaski! - krzyknęła i wrzasnęła. No tak, zapomniałyśmy o szeptaniu! - Weasley, Glam! To znowu wy!
Nie tłumaczyła raczej, o którą Weasley i którą Glam jej chodzi, ale miny Dominique i Fiffy mówiły same za siebie.
   Kiedy pani Pince skończyła się wydzierać i sobie poszła, wreszcie zobaczyłam odkrycie Fiffy i Di, a mianowicie ogromną księgę po tytułem Magiczne eliksiry dla magicznych stworzeń - jak poradzić sobie z kocim katarem, żabim skrzekiem i nietoperzą depresją.
   Fiffy otworzyła na dziale jednorożców.
- Spójrz tu - wskazała palcem.
Zlustrowałam stronę wzrokiem. Był na niej przepis na lekarstwo przeciwko kuleniu się... Wyglądał na bardzo skomplikowany.
- Wygląda na bardzo skomplikowany - powiedziałam cicho.
- Ale musimy zrobić ten eliksir... - westchnęła Dominique.
- Taaaaaa... - rzekłam wolno, po czym uniosłam wzrok znad książki. Wszystkie dziewczęta gapiły się na mnie wyczekująco. - No co? - zdziwiłam się.
   Fiffy przejechała oczyma po suficie. Victoire uśmiechnęła się lekko, jakby z politowaniem.
- Pocky, przecież wszystkie wiemy, że jesteś najlepsza z eliksirów.
   Zatrzasnęłam księgę.
- W życiu nie zrobię czegoś takiego! - wykrztusiłam. - To dla mnie za trudne...
- No to trudno, w takim razie same to zrobimy! - wyparskała Dominique. - I wyjdzie nam z tego jakaś breja, którą ukatrupimy tego jednorożca, a potem będziemy miały przesrane u Klarensja...
- No dobra, dobra - szybko się zgodziłam, chociaż wciąż niechętnie. - Ale chyba nie myślicie, że mam wszystkie ingrediencje... Nektar rzodkiewek słodkowodnych, beozar w proszku, parścina, włoski kocimiętki, sproszkowany pazur smoka...
   W oku Dominique błysnęło diabelskim pomysłem.
- Boorack na pewno wszystko ma - powiedziała.
- Ale... On to wszystko trzyma pod kluczem... Rzuca na to swoje głupie czary mary... - wyjąkała Victa. - Poza tym, nie sposób dostać się do jego gabinetu podczas lekcji... On nawet do toalety nie wypuszcza.
- To zróbmy to, kiedy będzie miał lekcje z inną klasą - podsunęła Fiffy.
- Nie da rady. Przecież żeby dojść do jego gabinetu, trzeba przejść koło lochu, gdzie są lekcje, a on zwykle jest otwarty, żeby Boorack widział, co się dzieje na korytarzu.
- No to... Może wybuchnąć coś na lekcji i wymknąć się wtedy z klasy...
- Za mało czasu - pokręciła głową Victoire. - Jak dym by opadł, Boorack mógłby zauważyć, że nas nie ma.
   Dominique spojrzała na nią ze złością.
- Może byś pomogła, zamiast znajdować same trudności?!
- Mamy przecież niewidkę Teddy'ego - zauważyła Fiffy. - Więc możemy przejść pod klasą, kiedy Boorack będzie miał inne lekcje...
- Nie, to trzeba zrobić inaczej - powiedziała Vika w zamyśleniu. - Musimy być całkowicie pewne, że Boorack nie zaskoczy nas, kiedy będziemy mu gmerać w gabinecie.  Ale to też może być ryzykowne... Nawet bardzo ryzykowne...
- Co może być ryzykowne? - zaciekawiła się Dominique.
   Victoire spojrzała na nas.
- Iść tam w nocy.
   Wytrzeszczyłyśmy oczy.
- Co?! - wykrztusiła Fiffy. - Do lochów... w nocy?
- Weźmiemy pelerynę niewidkę, szybko załatwimy swoje booraczane interesy i zwiejemy - wyszeptała Dominique z przejęciem.
- A nie możemy zrobić tego podczas kolacji...? - zapytała moja młodsza siostra. - Przecież wiadomo, że Boorack lubi sobie podjeść. Nie zaskoczyłby nas.
- Tylko że wtedy w lochach kręci się pełno ślizgonów... - Victoire zmarszczyła czoło.
- Czyli... W nocy...? - Fiffy wyglądała na zrezygnowaną.
- Fiffy, nie jęcz - zniecierpliwiła się Domie. - Chyba że chcesz porosnąć runem leśnym z centaurzą strzałą w czole.
    I w ten sposób widzicie właśnie moi wyimaginowani czytelnicy, jak powstaje proces, podczas którego drugi kłopot rodzi się z pierwszego. Na początku wałęsamy się po Zakazanym Lesie, a drugiego już dnia planujemy nocną wizytkę w spiżarni najwredniejszego profesora świata... Ale bądźmy dobrej myśli! Jako pierwsze w historii Hogwartu zdobędziemy zaszczytny tytuł osób, które odważyły się na splądrowanie i zbezczeszczenie gabinetu profesora Booracka.







~ Tita Pocky