niedziela, 1 marca 2015

6. Oszołomy kontra oszołomy

   27. 09. 2012 r. CZWARTEK

   - Tak sobie właśnie pomyślałam - mówię - że w Ravenclaw są albo sami ułożeni kujoni, albo nierozgarnięte oszołomy.
   - Hmmm? - ten nierozgarnięty oszołom Victoire jak zwykle mnie nie usłyszała. Właśnie pochyla się nad książką, więc może raczej zalicza się bardziej do ułożonych kujonów...?
- Mówiłam, że w Ravenclaw są albo sami kujoni, albo nierozgarnięte oszołomy.
- Nom? - podnosi głowę znad księgi. No wreszcie! - Przecież w Ravenclaw płonie lampa wiedzy - Vi cytuje pierwsze miejsce z listy przebojów Tiary Przydziału sprzed jakichś pięciuset lat. - Kujoństwo jest chyba charakterystyczne dla naszego domu. Tak samo jak wredota dla ślizgonów, bufoństwo dla gryfonów i obijarstwo dla puchonów.
- Pocieszające - wzdycham. - Mówić o innych domach tak, aby przyćmić naszą beznadziejność. Choć oczywiście to co powiedziałaś jest czystą prawdą... - dodaję po ułamku sekundy znikomego namysłu.
- A widzisz - Victoire uśmiecha się pogodnie w odpowiedzi.
- W takim razie jak wyjaśnisz to, że w naszym kujonowatym domostwie występuje osobnik pokroju niejakiej Brendy Pussycat? - zadaję podstępne pytanie.
- Może Ravenclaw ma ją czegoś nauczyć? - aż podskakujemy, kiedy tuż za nami rozlega się sepleniący głos profesora Longbottoma.
   Właśnie siedzimy na jednym z jedenastu małych wewnętrznych dziedzińców Zamku. Victoire patrzy na mnie z rozbawieniem, kiedy robię minę za plecami oddalającego się już profesora Długozada.
- Żeby tak podsłuchiwać niewinne uczennice, to już zakrawa o pedofilstwo... - mruczę pod nosem. - Puchowyzad...
- On tylko jest opiekunem Hufflepuffu, ale tak naprawdę był w Gryffindorze - Victoire jak zwykle ma jakąś małą, wkurzającą uwagę, która tym razem rujnuje cały mój znakomity pomysł na pseudonim dla Longbottoma.
- No to Gryfońskizad... - poprawiam się, lecz niestety, nowa wersja na ksywę wiele traci na efektowności. Zwłaszcza, że nieopodal nas siedzi Spell Wood, w otoczeniu swojego fanklubu z Gryffindoru, więc muszę uważać aby całkiem przypadkowo sobie nie pomyśleli, że to o ich tyłkach nie rozmawiamy.
- Ty nie należysz przypadkiem do grupy krukonów, którzy są oszołomami? - zagaduje Victoire lekko.
- W takim razie podlegam dyktaturze Brendy... - mówię smętnie. - Bo to ona jest hersztem.
   Victoire parska nad książką, a ja poddaję się wrażeniu, jakby mój mózg został potraktowany zaklęciem brzmiącym jak Depresja.
- Ale: kujoństwo! - wołam bolejącym głosem. - Dlaczego kujoństwo, dlaczego akurat to musiało mnie spotkać?!
   Victoire patrzy na mnie spod przymkniętych powiek z wyraźną urazą.
- Mnie to mówisz? Serio? Osobie o nazwisku Weasley, która nie trafiła do Gryffindoru?
- Myślałam, że nie masz kompleksów z tego powodu.
- Oczywiście, że mam! - obruszyła się, odgarniając w porywie srebrzyste włosy gestem iście nienasiąkniętym nawet mililitrem kompleksów. - Oczywiście, że wolałam być w Gryffindorze...
- Jak twoja rodzina? - wpadam jej w słowo.
- ... z Teddy'm Lupinem - Chyba w ogóle mnie nie usłyszała, a ja zaczynam rozważać, czy aby dokładnie przemyślała swoją wypowiedź. Vika ciągnie dalej: - Ale to było w pierwszej klasie. Teraz cieszę się tylko, że mogę mieć Dominique pod stałą obserwacją... A ona nadaje się akurat do Gryffindoru bardziej niż z tysiąc mnie razem wziętych.
- Taaaaa... - uśmiecham się pod nosem na myśl o Dominique machającej różdżką i o stosach słojów Booracka, które zwaliły się na nią w chwilę później. Viki zdaje się być kompletnie nieświadoma moich rozmyślań. Mówi coś jeszcze, ale moja zdolność kojarzenia rzeczywistości zdaje się właśnie wpadła w stan wstrzymania... Powoli przydzielam poszczególne osoby do grup oszołomów i kujonów. Oczywiście Julia McDuck znalazła swoje miejsce w tej ostatniej.
   - A ty w której grupie jesteś? - pyta mnie znienacka Vi, a ja czuję jakby właśnie zdjęła czaszkową pokrywkę z mojej głowy i zaglądała wprost do środka. Zdaje mi się, że nawet słyszę świszczący wiatr w pustym wnętrzu czaszki. Szybko odganiam od siebie ponure myśli o braku mózgu i skupiam się na twarzy Victoire - jak zwykle jasnej i spokojnej.
- Chyba w grupie oszołomów - odpowiadam to, czego chyba każdy przeciętnie i gorzej inteligentny człowiek bez trudu mógłby się domyślić.
- A ja w zasadzie nie wiem - mówi Victoire powoli. Prawdę mówiąc, ja też nie mogę określić, w której grupie Victa się znajduje. Chyba w tej pierwszej. Albo drugiej. Nie wiem.
 - A ty co sądzisz? - Victoire tym pytaniem uprzedza plątające się "cześć" Petera, który właśnie do nas podchodzi. - Jestem w grupie oszołomów, czy kujonów? - pyta go.
   Może Victoire nie zdaje sobie z tego sprawy, ale ja wyraźnie widzę, że postawiła Petera w bardzo niepewnym położeniu. I Peter też chyba to rozumie, bo robi się nagle tak czerwony na twarzy jak Boorack, kiedy komuś przez przypadek uda się zasłużyć na więcej niż jeden marny punkt dodatkowy na eliksirach.
   Tyle że Peter jest bardziej zmieszany, niż wściekły.
- Ee. - wyjąkuje - Ee-e-emmm... No eeyyy, nie wiem... - przełyka ślinę tak głośno, że nawet ja to słyszę, chociaż ten stoi jak najbliżej Victoire. - Bo ty... yymm... Jesteś pilna, ale-ale nie jesteś kujonem... Właściwie w ogóle nie jesteś walnięta... Znaczy, nie chcę powiedzieć przez to, że jesteś nudna... No nie ważne - Peter robi się brunatny i odchodzi, wybąkując coś w stylu wymówki kujonów o lekcjach. "To po co do nas podchodził?" myślę sobie, ale nie mówię tego na głos - Peter i tak samodzielnie dostatecznie się ośmieszył. Tak w zasadzie to dotychczas tylko po plotkach Brendy mogłam wnioskować że Peter kocha się w Vi, a teraz jego żałosne zachowanie niestety potwierdzało tę teorię.
   Z westchnieniem w głębi duszy zmuszam się do zakodowania sobie w myślach pierdyliardowego chłopala na kilometrowej liście wielbicieli Victoire Weasley.
   Po chwili podchodzi do nas jednak chłopak, który pod tym względem wciąż pozostaje dla mnie zagadką. Teddy Lupin najwyraźniej czuje się zainteresowany powodem, dla którego Peter odszedł od nas z twarzą płonącą jak po spotkaniu z rogogonem węgierskim.
- Za bardzo boi się Victy - odpowiadam, zanim ta zdąży jakkolwiek zaoponować. - Od razu stąd zwiał.
   Viki patrzy na mnie marszcząc czoło, a Teddy wyraźnie stara się ukryć uśmieszek.
- A ty co sądzisz, jestem oszołomem czy kujonem? - ciekawi się Vika.
- Ty jesteś... wilą. I na tym poprzestańmy - Ted szybko ucina temat, ponieważ podbiega do nas zdyszana i zaaferowana Brenda Pussycat. Wtedy Teddy wycofuje się z obronnym gestem, a ja patrzę na niego z oburzeniem równym z paniką, że pozostawia nas same na pastwę rozregulowanej katarynki. Ale po chwili moje uszy już puchną od fal elektro dźwiękowych rozprzestrzenianych wciąż przez Brendę, podekscytowaną do granic możliwości ludzkich. 
- Słyszałaś, słyszałaś Victoire, jeju, jaka sensacja, po prostu sensacja, właśnie Sandra mi powtórzyła, yay yay, nie masz pojęcia, (O, cześć) - W połowie zdanie raczyła mnie zauważyć - ja nie mogę, co za historia, nie uwierzysz, ale Sandra...
- Brenda, albo się zamknij, albo gadaj! - przerywam jej ze zniecierpliwieniem. Już wiem co usłyszę w odpowiedzi: Avada Kedavra Pocky, ja to mówię do Viki tylko, no! Lecz tym razem jednak sprawa musi być poważniejsza, a na pewno o wiele bardziej "sensacyjna", skoro Brenda nie traci czasu na zwykłe upomnienia, tylko ograniczając się do obrażonego spojrzenia w moją stronę, już trajkocze dalej:
- Wiesz przecież, że ten twój niby-przyjaciel Ted Lupin włamał się do starego Booracka? Sandra mi mówiła, hahah, wiesz co, ci piątoklasiści, wiesz...
- Sherry Power i Mark Tower? -wtrącam, mając na myśli prefekcinę-postrach z naszego domu i jej nieodłącznego chłopaka. Jednakże Brenda znów mnie ignoruje.
-... ci puchoni, wiesz, ten seksiak Crister, ten prefekt, ruda i reszta, Sandra słyszała wszystko, wszystko mi powtórzyła! Ale wiesz, że ten Crister...
- Brenda, MÓW! - wołamy chórem, bo obie mamy już trzeci rok serdecznie dosyć jej wiecznej paplaniny.
Brenda aż nie może ustać, więc z podnieceniem wierci chudym zadkiem przebierając nogami w miejscu, gdy konspiracyjnie pochyla się nad uchem Victy.
- Bo wiesz - mówi głośnym szeptem. - Sandra wszystko słyszała! I powtórzyła mi! Bo wiesz, to moja najlepsza kumpela... Zaraz po tobie Viki oczywiście - dodaje łaskawie. - Bo oni stali tuż przy kiblu, a Sandra akurat wychodziła i usłyszała wszystko! Oni chcą zlać dupsko Tedowi Lupinowi, bo...
- Co? - Victoire patrzy na Brendę tak, jakby nie bardzo wiedziała, czy to żart, czy nie.
-... bo przez niego mają przebooraczone! To jest - Brenda uśmiecha się wyrozumiale - mają u Booracka przechlap. No bo wiecie, Boorack ich nienawidzi, po prostu nienawidzi!
A puchoni z 5 klasy nienawidzą go wzajemnie, o czym wszyscy doskonale wiedzą, tak samo jak o tym, że wszyscy oni tworzą doskonale zgraną paczkę antytalentów eliksirowych i najpewniej całkowicie zawalą SUMy z tego przedmiotu, chociażby tylko na złość samemu Boorackowi. A ja jestem tego szczególnie świadoma o tyle, że moja starsza siostra Nickie jak się składa, należy do niezmiennego składu Paczki Puchonów już od przeszło pięciu lat. Tylko dlaczego Paczka miałaby skopać Teda Lupina za zdemolowanie gabinetu Booracka? Powinna być mu raczej wdzięczna po wsze czasy...
- No bo Boorack myśli, że skoro oni się tak nie cierpią i odwalają coś ciągle na jego lekcjach i w ogóle rozdrażniają Booracka Juniora, no wiecie, tego jego bezmógiego synalowatego czubka, no to Boorack myśli, że to puchoni zrobili mu tę demolkę! A to przecież Ted Lupin, ten, ten... agresywny typ, Sandra mi mówiła, że Spell Wood...
- Brenda, odbiegasz od tematu - mówię zniecierpliwiona. Brenda milknie i na moment pozostaje z lekko wpółotwartymi ustami, najwyraźniej zdziwiona tak bardzo jak ja sama. Tym, że od trzech lat po raz pierwszy słucham, naprawdę słucham Brendzinej paplaniny.
- No więc - podejmuje Bren, odchrząkując lekko - Oni chcą skopać Teda Lupina, Sandra twierdzi, że zrobią to jeszcze dzisiaj, bo wiecie, Sandra...
- Brenda... - mówi Vi, aby dać jej delikatnie do zrozumienia, że nie chcemy słuchać o Sandrze i jej domysłach, ale Brenda ją ignoruje.
-... Sandra kocha się na zabój w Peterze, a przecież Ted Lupin tak jakby no wiecie, ma z nim jakieś tam przyjacielskie stosunki chyba nie, bo inaczej Sandra nie bałaby się...
Naprawdę uczucia Sandry obchodzą mnie tyle co placek hipogryfa, ale słucham cierpliwie - jakiekolwiek przerywanie i doprowadzanie Brendy do sedna sprawy jest już i tak bezsensowne.
-...Sandra nie bałaby się, że jak oni skopią Lupina, to Petera może to zranić...
- Tsaaaaaaa - w tym momencie pozwalam aby spłynęło na mnie całe poirytowanie żenującą żałosnością przedstawionej mi sytuacji - Ja to akurat wiem, co o wiele bardziej zraniłoby Petera... Wystarczyłoby, żeby Vika mu powiedziała, że nie uszczęśliwia jej widok jego czerwonej twarzy...
- Tak tak, to bardzo możliwe - mówi Brenda nieuważnie. Najwyraźniej w tej chwili interesuje ją tylko i wyłącznie to, co ona sama ma do powiedzenia. - Ale Sandra jest przerażona - Bren na nowo się ożywia. - Ostatnio nawet jeszcze bardziej zarywała do Petera, żeby przygotować go emocjonalnie na ten straszliwy cios...
- Ale - Victa przerywa jej relacjonowanie tych niesamowitych wieści. - Wiesz, co oni konkretnie chcą zrobić?
- Oni? - Brenda na moment zatacza oczami, jakby za naszymi plecami wisiała gdzieś niewidzialna odpowiedź. - Jacy... Aaaa, ten Crister, prefekt i reszta! No, eeem, no... - na chwilę urywa, poruszając ustami jak rybka wypuszczająca bąbelki w akwarium. - Noooo, Sandra mi nie mówiła... - wydobywa z siebie wreszcie. Mówi z wyraźnym wstydem, ponieważ zawsze szczyci się znajomością wszystkich plotek i plotkar. Nabiera oddechu - Ale mogę się spytać!
- Taaaaa... - Ja i Victa patrzymy na siebie znacząco, w czasie gdy Brenda startuje z kopyta i znika nam z pola widzenia. Ted Lupin już dawno temu gdzieś zniknął, podobnie jak wcześniej Peter Caldwell. Spell Wood siedzi wciąż po środku swego haremu i flirtuje z Rosalie Newman z Hufflepuffu, jedną z członkiń Paczki, podejrzanej o spisek przeciwko młodemu Lupinowi. Stukam Victoire w ramię, gdy przez dziedziniec przebiegają nagle "ten Crister, prefekt i reszta" i łącznie z moją siostrą Nickie wspólnymi siłami odciągają Rosalie od grupki chłopaków. Wkrótce i oni znikają - ja i Victoire też zbieramy się do odejścia.
- Kolacja - mówi Victoire. No to idziemy na kolację!
   Na kolacji jest gwar  i teraz przez stół Ravenclawu przelatują rozmowy o uaktywnieniu się dawnych śmierciożerców, o imprezce u Hagrida z okazji meczu quidditcha, o Sherry Power, która wylądowała w skrzydle szpitalnym po zjedzeniu całego pudełka mieszanki bombonierek Lesera, o Filchu, któremu za trzy lata zapowiedziano emeryturę, o zaklęciu Proteusza i (oczywiście!) o demolce w gabinecie Booracka. My z Victoire nic nie mówimy, tylko bacznie obserwujemy Teddy'ego Lupina, jakbyśmy się spodziewały, że dojrzymy mikroskopijną bombę wielkiego rażenia na jego talerzu. Obok nas, Julia McDuck wygłasza właśnie potępiające kazanie do wszystkich, którzy siedzą naokoło.
- I myślę - kończy - że te dwa wypadki są ze sobą powiązane. Może powinniśmy się zastanowić, kto stoi i za zbezczeszczeniem gabinetu profesora Booracka, i za podrzuceniem Sherry Power mieszanki Lesera w opakowaniu po kociołkach z whiskey!
- A ja dalej nie rozumiem, o co chodzi - mówi Lisa Ackerley, która w noc demolki zaspała i ostatnia przybiegła na miejsce zbrodni. Teraz z zakłopotaniem mruga powiekami.
- Przecież już po paru godzinach od tej zbrodni cały Zamek huczał od plotek! - Julia zwraca się do Lisy, ale wyraźnie patrzy na Brendę, jakby wysuwała oskarżenie.
- I właśnie dlatego mi się wszystko pomieszało - wyjaśnia Lisa. - To w końcu kto włamał się do Booracka, Ted Lupin, czy ten prefekt...
   Wszyscy gapią się na Lisę wytrzeszczając oczy.
- Jaki prefekt?! - parska Julia, ale zanim dopowiada coś więcej, przerywa jej Seth, chłopak z naszej klasy:
- Jakiś prefekt byłby do tego w ogóle zdolny??
   W naszym domu (jako jedynym) prefektura jest równana z zaszczytem a nie hańbą, lecz Seth nie podziela tego zdania. Julia patrzy na niego pogardliwie, ale mówi:
- Tak, nie byłby zdolny, bo to prefekt! I jeśli to był prefekt z naszego domu...
- Naszym prefektem jest przecież Sherry Power! - przypomina Lisa.
- No a drugi prefekt?
   Lisa leciutko unosi brwi.
- Mark Tower! Zresztą, chodziło mi o prefekta z Hufflepuffu.
   Przez nasz kawałek stołu przechodzi zbiorowe "uuuuuuuuuuuuuuu". Ravenclaw zawsze uważał puchonów za leniów i nierobów, a co dopiero tegorocznych piątoklasistów.
- Kto tam w ogóle jest prefektem? - pyta Julia tonem jasno dającym do zrozumienia, że ktokolwiek to nie jest, i tak na pewno nie zasłuży sobie na jej poparcie.
- Sean Larieson - mówi Lisa, która tak samo jak ja ma w Paczce Puchonów siostrę i wszystkich zna.
- Ten oszołom...? - dziwi się Julia, jakby mimochodem. - A ta jego dziewczyna... też jest prefektem? Jak ona w ogóle się nazywa?
   Victoire kopie mnie pod stołem, ale ja nie wykrztuszam z siebie nawet słowa. Osobiście podzielam zdanie Setha o prefektach więc na początku nie chcę się przyznawać do tego, że moja siostra chodzi z jednym z nich, dopóki nie przypominam sobie że dla krukonów przecież prefektura jest chwałą, ale właściwie i tak uważają Seana za oszołoma i zanim zdążam się zdecydować, uprzedza mnie Lisa:
   - Nickie Glam.
- Ale Sean Larieson wcale nie jest już prefektem! - mówię szybko. - Załatwił to sobie u McGonagalli.
   Julia głośno wciąga powietrze jakby nagle zabrakło jej tlenu i z początku nie za bardzo orientuję się co nią tak wstrząsnęło; to, że można zrzec się prefektury a tym samym praw do prefekciej łaźni, czy to jak karygodnie nazwałam dyrektorkę. Lisa jak najszybciej zmienia temat:
- To w końcu kto się włamał?
- Ted Lupin - odpowiada Julia, ale wydaje mi się, że już bez dawnego przekonania. - W końcu to była jego peleryna.
- Chyba że ją komuś pożyczył - podsuwam.
- Albo Spell Wood się pomylił - dodaje Victoire.
- No to jak Spell Wood się pomylił, to już tylko dyrekcja może osądzić jego grzechy - kwituje Julia.
Po czym kolacja w Wielkiej Sali dobiega końca a ja i Vika wychodzimy do sali wejściowej, gdzie ponownie napada nas podjarana Brenda.
   - Ejej, Viki, widziałyście ich, właśnie tędy przeszli, oni idą tam, po schodach, właśnie Sandra...
- Brenda, uspokój się! - Victoire przekrzykuje ją - Kto szedł?
- No ten prefekt, Crister i ta cała reszta, Sandra mi powiedziała, że idą do DYRY!
   Ja i Victoire patrzymy po sobie.
- Po co?
- No jak to... Na pewno po to, żeby oczernić Booracka, bo to wszystko przez Lupina...
   Z tymi niejasnymi słowami, Brenda zaczyna się od nas oddalać.

                                                                                 *

   Jesteśmy z Fi i Di w bibliotece, kiedy oni na nas napadają: "ten przystojniak", jego była dziewczyna, prefekt, blond myszka, zakolczykowana, okularnica, siostra Lisy Ackerley i moja siostra, w skrócie: Crister, Rosalie, Sean, Scarlett, Florence, Laura, Carrie i Nickie. Crister wywala kałamarz na moje wypracowanie, a Sean rzuca się na nas z kłami.
- To byłyście WY! - drze się Crister i w tym momencie spomiędzy półek wraz ze złowieszczym skrzypnięciem buta wyłania się pani Pince.
- Krzyki, wrzaski! - jak zwykle zaczyna od tej samej gadki. - Tu jest biblioteka, nie ma tu miejsca dla nieucywilizowanych małpiszonów, jeszcze pożałujecie puchoni... A, i znowu siostry Glam! Wynocha stąd!!
- Ale... my wszyscy, czy tylko siostry Glam? - pyta Crister nonszalancko.
   Pani Pince przybiera formę rozwścieczonego żmijoptaka.
- Precz!
- Spadamy - mruczy Crister i cała Paczka Puchonów opuszcza bibliotekę. Usuwam różdżką atrament z mojego wypracowania, Domie i Fiffy pomagają zebrać nam książki, po czym my także wychodzimy.
   Na korytarzu nie ma już puchonów, ale i tak nie możemy czuć się bezpiecznie. Oni już wiedzą... Najpewniej właśnie po to udali się do McGonagall po kolacji. Bo jedynym sposobem na odczepienie się od nich Booracka, jest dla nich wydanie nas...
   Jak zwykle praktyczna Dominique oblicza nasze szanse w tym starciu.
- Ich jest ośmiu, nas jest czwórka... Każda z nas ma przeciwko sobie dwójkę uzbrojonych i wyszkolonych do SUMów agresywnych niepoczytalnych piątoklasistów.
   Ja już nic nie mówię, ale myślę sobie, że zanosi się na niezłą walkę oszołomów.



___________________________________________________


Rozdział praktycznie składający się z samych dialogów, mam tylko nadzieję,  że paplanina Brendy nikogo nie zmęczyła, o ile w ogóle to możliwe...

Ach, no i nie będę od tej pory pisać w czasie teraźniejszym. Jedynie ta notka powstała w tym stylu więc nie zmieniałam jej już na potrzeby spójności dziennika, gdyż za dużo byłoby z tym zachodu.

Ponieważ pojawiła się Paczka Puchonów... Jest to aż ósemka osób na raz, także jeżeli ktoś ma kłopoty z ogarnięciem ich wszystkich (zwłaszcza, że Brenda mówiła o nich dosyć chaotycznie), opisy poszczególnych członków Paczki znajdują się w zakładce "Peskipiksi Pesternomi". Zapraszam!

Dziękuję za przeczytanie! I liczę na komentarze oczywiście... Do następnego!

Nox.

~Tita Pocky


4 komentarze:

  1. PIERWSZA!
    Lumos!
    Mi się rozdział bardzo podoba. Fajny, dużo dialogów (to lubię), jeszcze do tego to rozwijająca się akcja i... zapowiada się na bójkę xd
    I nawet Ted jest! i Peter... I (najgorsza krukonka świata) Brenda...
    Hah, mafia puchonów zadarła z bohaterkami. ;p Nieźle.
    Wiesz co, tą gadaninę Brendy czytałam sześć razy, utrwaliłam sobie przy okazji czytanie ze zrozumieniem. Świetnie.
    Pozdro, weny i czasu do pisania!
    ~Wikkusia

    OdpowiedzUsuń
  2. Twój blog -----> *-* I dotego jeszcze z Tedem Lupinem :) Rozbeczałam się pod koniec Insygnii Śmierci, gdy dotarło do mnie że mały Lupin zastanie sam, bez rodziców. I dziękuje ci za kilka historii z jego życia :) Super. Obserwuje :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Matko. Boska. Zabij. Brendę.
    Ta cześć była wyjątkowo chaotyczna i zrozumiałam z niej tyle, co Paczka Puchonów z lekcji eliksirów. Całe szczęście, że masz tą zakładkę opisami postaci o.o
    Uff, już się bałam, że ten czas to tak na zawsze :P //Marchewiasta

    OdpowiedzUsuń

Jeżeli sądzisz, że w dobie komputerów sztuka komentowania zanikła... (zwłaszcza wśród czytelników), to niezawodny znak, że jesteś
MUGOLEM❣