Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hp new generation. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hp new generation. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 marca 2015

7. Kara za karę

29. 09. 2012 r. SOBOTA

    Dwa dni mijają niepostrzeżenie. Fiffie wciąż chodzi koło mnie i się ciska, a kiedy pytam się co w nią wstąpiło, odpowiada:
   - Bo nic się nie dzieje!
   I jest to prawda. Na razie nic, nic a nic, żadnych wyrzutów, żadnych zażaleń, żadnego podkładania mieszanek Lesera, żadnego podstępnego przesyłania nam nierozcieńczonej ropy czyrakobulwy, żadnego podejrzanego pufka pigmejskiego, który narobiłby nam na poduszki (oprócz pufka Brendy), właśnie, żadnych pierdzących poduszek, gryzących filiżanek i tym podobnych gadżetów, żadnego eliksirowego niewypału wylanego nam do kufrów, żadnych zaczarowanych dźgających widelców i w ogóle żadnej jawnej zemsty ze strony puchonów, na froncie wroga pusto i cicho jak różdżką machnął.
   Teraz właśnie weszłam do biblioteki na mój szlaban za zdemolowanie gabinetu Booracka. Pani Pince patrzy na mnie spode łba, bo chociaż kompletnie nie wie za co jestem ukarana, jest całkowicie (i może słusznie) przekonana o mojej winie.
   - Posprzątaj te książki - warknęła do mnie na przywitanie, gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi. Pani Pince prowadzi mnie do rzędu pod literą "S" - Musisz ogarnąć te papierzyska, Bacy Phellps znowu zapomniała wziąć swojego wypracowania, skaranie boskie z tymi bachorami, ja już bym z tym zrobiła porządek!
- Oczywiście, pani Pince.
- Posprzątaj jeszcze te książki, ten mały ślizgon znowu o mało co nie wydarł strony z  Mugoloznastwa dla opornych, a Orellia Craig poplamiła okładkę Poradnika Czarownika, trochę atramentu wylało się na blat, ale mam nadzieję, że doprowadzisz to wszystko do porządku!
- Tak, pani Pince.
- Potem poukładasz książki i powsadzasz na odpowiednie półki, ci piątoklasiści znowu porozwalali księgi na całym stole! Ja już nie mam do nich cierpliwości, ale jeszcze tam, w Dziale Niewidzialności kilka książek spadło jakiemuś grubasowi, musisz je pozbierać i posegregować zgodnie z plakietkami na półkach. Lepiej żeby nic się nie zgubiło, bo wtedy od razu lecę do dyrektorki! Ten siódmoklasista znowu wyszczerbił brzeg blatu, a te krzesła oczywiście też trzeba będzie uporządkować!
- Dobrze, pani Pince.
- Jeszcze ta książka. Znowu znalazła się na podłodze! Wsadź ją na półkę, a potem następną godzinę spędzisz na segregowaniu kartoteki. Niech wreszcie będzie tu jakiś porządek!
- Tak, pani Pince.
- No, zacznij od tych książek. Masz na to wszystko godzinę, a potem kartoteka!
- Godzinę? - wymsknęło mi się.
   Reakcja była natychmiastowa. Pani Pince otworzyła usta w kształt potępiającego "o" tak szeroko, że zobaczyłam wszystkie jej krzywe zęby, zrobiła się czerwona na twarzy, a oczy wyszły jej na wierzch. Przez chwilę myślałam, że zacznie na mnie wrzeszczeć, ale ona tylko przez moment piorunowała mnie wzrokiem, po czym zacisnęła usta i odeszła zamaszystym krokiem, wściekle machając różdżką na prawo i lewo, a wokół niej książki wyrównywały się na półkach.
   Ach, och, jak mogłam popełnić tak straszliwy błąd! Tydzień szlabanu w bibliotece nauczył mnie, że tylko grzeczne przytakiwanie i milczenie mogły spowodować, że pani Pince będzie tak samo niemiła, ale przynajmniej nie będzie się czepiać. Chociaż ona i tak zawsze się czepiała, ale teraz będzie się czepiać jeszcze bardziej. Gdybym była grzeczna cały czas, nasze wymiany zdań wyglądałyby mniej więcej tak:
P. Pince: Ale układaj równo! Tu ma być porządek!
Ja: Dobrze, pani Pince.
I tyle.
Natomiast gdybym była NIEgrzeczna, wtedy wyglądałoby to troszkę inaczej:
P. Pince: Ale układaj równo! Tu ma być porządek.
Ja: Przecież układam tak jak pani kazała.
P. Pince: To ja kazałam układać ci krzywo?!
Ja: Kazała mi pani układać równo i układam równo...
P. Pince: Tylko bez pyskowania mi tutaj! Je tu jestem od wydzielania kary, mnie się szanuje!
Ja: Dobrze...
P. Pince: Dobrze?! Aaaagh! I widzisz co robisz fajtłapo!
Ja: Układam...
P. Pince: Nie pyskuj!
I tak w kółko...
   Dlatego raczej wolałam ograniczać się we własnych komentarzach.
Ten wieczór zapowiadał się raczej niemile.
  Pani Pince pomaszerowała do rzędu z literą "W" i wspięła się na drabinę.
- Dzisiaj przyjdzie pan Filch, odmaluje drzwi do Działu Ksiąg Zakazanych - mruknęła. - I myślę - dodała, już nieco głośniej - że starczy ci jeszcze czasu Glam, żebyś odkurzyła wszystkie górne półki.
   Zrezygnowana, oddaliłam się do rzędu ksiąg na literę "S" i zaczęłam zbierać książki i pergaminy pozostawione tu przez Bacy Phellps. Ta dziewucha zostawiła tu mnóstwo papierów i chociaż pani Pince mówiła tylko i wyłącznie o wypracowaniu, było też tam mnóstwo jej śmieci. Na jednej kartce chyba tłumaczyła komuś za pomocą koślawych rysunków działanie poduchy-pierdziuchy, na innym kawałku pergaminu nabazgroliła marną karykaturę Merlina, na następnym papierze zobaczyłam wreszcie pierwsze zdanie jej pracy ale tylko pierwsze, bo pod spodem nagryzmoliła już tylko takie bezsensowne napisy jak "CZECHO LECHO" i tym podobne. Gdy w końcu znalazłam jej wypracowanie zorientowałam się, że jest ono napisane pismem Paris Lowendby. Pomyślałam sobie, że muszę uświadomić Paris aby lepiej uważała, którym pierwszakom pomaga.
  Poza tym, praca Bacy była tylko jedną wielką stratą pergaminu.
  O tej porze w sobotę mało osób znajduje czas na siedzenie w bibliotece, oczywiście poza Julią McDuck (czasami także w towarzystwie Paris). Na początku, czyli w pierwszych dniach mojego szlabanu, Julia odnosiła się do mojej kary raczej potępiająco i w czasie gdy ja pracowałam, ona chowała się ze swoimi książkami i nie chciała się do mnie nawet przyznać. Jednak po trzech dniach w końcu się przełamała i zaczęła sprzątać ze mną, co było bardzo pomocne jeżeli chodzi o jej zaangażowanie. Tak, Julia McDuck idealnie pasuje do klimatów biblioteki i bardzo chętnie pomagała mi porządkować książki, rozpoznając swoje ulubione tytuły i rozwlekle mi o nich opowiadając. Szkoda tylko, że trwało to tylko przez dwa dni, bo kiedy pani Pince skapnęła, że Julia mi pomaga - wpadła w szał. Zaczęła wrzeszczeć nie tylko na mnie ale i na Julię, co dla tej ostatniej było oczywiście ogromnym szokiem. A kiedy pani Pince zagroziła, że wyrzuci ją z biblioteki, to Julię tak strach obleciał, że powróciła do swojej poprzedniej postawy. Co jak co, ale nawet jeśli przyjemnie jej pomagać mi przy książkach, to nigdy nie może zostać wyrzucona z biblioteki na zawsze.
   Teraz Julii nigdzie nie było widać, ale byłam prawie pewna, że schowała się w Dziale Niewidzialności. Często się tam teraz chowa ze swoimi książkami, odkąd pani Pince wywrzeszczała jej to kazanie.
   Kiedy już ogarnęłam śmieci Bacy, drzwi otworzyły się i zgodnie z zapowiedzią pani Pince, do biblioteki wszedł Filch dzierżący w ręku wielki pędzel, a za nim Dominique, taszcząca spory kubeł brązowej farby.
  A ja już się martwiłam, że przez dwie godziny będę skazana na Filcha i panią Pince! Zapomniałam jednak, że Dominique ma swój szlaban u tego zgreda i że będzie mu pomagać w malowaniu.
   Dominique wyszczerzyła się do mnie i zrobiła minę za plecami woźnego. Pomyślałam, że na jej miejscu już dawno cisnęłabym Leviosą w ten kubeł farby, ale przypomniałam sobie, że oni przecież jeszcze tego nie przerabiali, co wydało mi się dziwnie zabawne.
   Przez chwilę Filch i pani Pince stoją przed Działem Ksiąg Zakazanych, lustrując drzwi wzrokiem i wygłaszając między sobą opinie typu "Jak ci uczniowie paskudnie odrapali te drzwi"! W tym czasie Dominique stawia kubeł farby na ziemi i przedrzeźnia ich na migi. Podeszłam do niej.
  - Fajną będziesz mieć robotę - mruknęłam - A ja tu muszę się męczyć ze śmieciami twojej koleżanki...
Domie znów wyszczerzyła do mnie zęby.
- Której?
- Czecho Lecho - odpowiedziałam tylko posępnie, na co ona parsknęła śmiechem.
W tym momencie Filch i pani Pince odwracają się.
- Nie śmiać mi się tu! - warczy pani Pince - To jest biblioteka, nie cyrk!
-  Byłaś kiedyś w cyrku? - szepcze do mnie Dominique, pochylając się po pędzel.
- Czarodziejów?
- Glam, wydaje mi się, że masz swoją robotę?!
- Tak pani Pince - westchnęłam. - Cześć - powiedziałam do Di. - Muszę posprzątać bajzel Orelli.
   Podczas sprzątania zastanawiam się czy w jeszcze jakiś sposób mogę się zetknąć z resztą dziewczyn na szlabanie u starej Pince. Fiffie ma szlaban u Flitwicka, który polega chyba po prostu na przepisywaniu zdań, w każdym razie może mogłaby tu przylecieć po jakąś książkę o zaklęciach, która byłaby potrzebna Flitwickowi. Ale w jaki sposób mam zetknąć się na karze z Victoire, która ma szlaban w skrzydle szpitalnym? Może gdyby pani Pomfrey potrzebowała jakiejś książki magomedycznej, posłałaby tu Victoire. Ale ona chyba ma wszystko czego jej trzeba w swoim gabinecie, a poza tym jest obstukana z magomedycyny...
   Biedna Victoire. Pewnie teraz musi szorować nocniki w skrzydle szpitalnym bez użycia czarów.
   Na moim szlabanie pozwolono mi używać zaklęć, głównie dlatego, że w bibliotece jest mnóstwo roboty i muszę się szybko uwijać. W skrzydle szpitalnym, Victa w zasadzie tylko asystuje, albo lata po jakieś rzeczy, więc "ci z góry" uznali, że niepotrzebna jej będzie różdżka. Dominique może czarować, ale wszyscy i tak wiedzą, że pierwszy miesiąc w szkole to niewiele i ona jeszcze w zasadzie nie potrafi rzucić żadnego skutecznego zaklęcia, tak samo Fiffie. Ja wprawdzie posiadałam umiejętność wyczyszczenia blatu w atramencie za pomocą czarów, mogłam lewitować książki na półki i odkurzyć, ale nic poza tym.
   Plama na okładce książki Orellii okazała się być jedynie małą plamką, co i tak w przekonaniu pani Pince było zbrodnią. Natomiast prawdziwym kłopotem był blat. Atrament na nim już wysechł do reszty, trochę więc mi zajęło oczyszczanie go różdżką, zwłaszcza że jeszcze nie do końca opanowałam to zaklęcie... Potem podeszłam do stołu, na którym nie było ani jednego wolnego kawałka blatu - wszędzie walały się porozwalane stosy ksiąg.
   Już wiedziałam - ta wredna starucha specjalnie dała mi tę robotę, bym nie mogła gadać z Dominique! Zaczęłam szybko szperać w mojej pamięci w poszukiwaniu jakiegoś pomocnego zaklęcia, ale na nic się to zdało; nie znałam żadnych czarów, którymi mogłabym posegregować te tomiszcza w szybkim tempie. Było oczywiste, że na półki powędrują za pomocą Leviosy, ale najpierw musiałam je poukładać zgodnie z porządkiem alfabetycznym... Mogłabym użyć zaklęcia przywołującego, ale Accio przerabia się dopiero w 4 klasie, tak samo z takimi fajnymi zaklęciami jak Drętwota i tego spowalniającego akcję... Gdy przywołałam w pamięci panią Pince, która po prostu macha różdżką, a wszystkie książki od razu lecą na swoje miejsca, tylko pogorszyło to sytuację. Kiedy mogłabym się nauczyć tej zmyślnej sztuczki? Na pewno nie tu. Na pewno nie teraz.
   Układanie i segregowanie książek zajęło mi tyle czasu, że przez chwilę bałam się iż moja godzina już minęła i dostanę opieprz za to, że nie zdążyłam zrobić większości prac. Jednak zegary w bibliotece były chyba zaczarowane; zostało mi jeszcze półtorej godziny.
   Praca mugolskimi sposobami zaowocowała jednak wspaniałym uczuciem ulgi, gdy w końcu mogłam zawołać Wingardium Leviosa, zrobić obrót i trach, a potem już tylko z zadowoleniem odprowadzać stosy na kolejne półki.
   Poszłam do Działu Niewidzialności, gdzie kilka książek spadło jakiemuś grubasowi. Nie zobaczyłam tam Julii, ale w końcu to był Dział Niewidzialności, a w nim nigdy nic nie wiadomo.
   Potem już poukładałam tylko krzesła, bo wyszczerbionego blatu nie umiałam naprawić, podniosłam książkę, która "znowu znalazła się na podłodze!", odstawiłam ją na miejsce, po czym mogłam zając się czyszczeniem wszystkich górnych półek.
   Zaczęłam od działu sąsiadującego z Działem Ksiąg Zakazanych. W czasie gdy ja, stojąc chwiejnie na szczycie drabiny, odkurzałam różdżką górne półki, na dole Dominique prztykała się z Filchem.
   - Maluj równo! - mówił właśnie Filch.
- Maluję równiej od pana! - odparła Dominique z werwą, energicznie machając pędzlem przy drzwiach.
- Wszyscy smarkacze, tak samo bezczelni...! - mruczał Filch ze złością. - Gdyby tylko znali dawne sposoby karania... Gdyby one nadal były dozwolone...
- Najwidoczniej  nadal dozwolone - mówi głośno Di. - Bo szlaban u pana to rzeczywiście najgorsza kara! Dziwne, że przez te stulecia, przetrwało to aż do dziś...
Filch pozezował na nią z wściekłością.
- Gdybyś musiała wisieć pod sufitem w lochu przywiązana na łańcuchach za nadgarstki, tak jak wielu innych przed tobą, to byś inaczej śpiewała! - wycharczał. - A jakie skuteczne kary miała pani profesor Umbridge...!
   O Dolores Umbridge wiedziałam tylko jedno: że razem z Fineasem Nigellusem Blackiem była najmniej lubianym dyrektorem Hogwartu, a potem skończyła w Azkabanie. Jednak Domie urodziła się w rodzinie czarodziejów, którzy wielokrotnie musieli obsmarowywać Umbridge podczas wspólnych kolacyjek, bo Dominique okazała się dobrze obeznana w temacie.
   - Uważa pan, że zarzynanie komuś ręki to rzeczywiście dostateczna kara za pyskowanie na lekcji? - ironizuje teraz Di. - A może pochwala pan sposoby karania za czasów Drugiej Wojny Czarodziejów?
  Filch na chwilę wytrzeszczył oczy tak, że aż zaszły mu one łzami.
- Powinno się ciebie wygnać do Zakazanego Lasu na pożarcie przez wilkołaki! - parsknął. - Dominique Weasley, ruda i tak samo bezczelna jak jej wujowie...
- Po pierwsze: nie jestem ruda - wilowata duma Domie została wyraźnie urażona. - A po drugie: o jakich wujach pan mówi, bo chyba nie o moim wujku Percy'm?
   Filch rzucił jej wściekłe spojrzenie.
- Fred i George Weasley'owie, rok 1989 - włamanie do mojego gabinetu, rok 1990 - wpuszczenie trzech zębatych frisbee do łazienki prefektów, rok 1991 - wysadzenie sedesu i zanieczyszczenie fekaliami całego korytarza na pierwszym piętrze...
- Wysadzenie sedesu? - Dominique chichocze.
- A teraz na co wyrośli? - wścieka się Filch. - Obaj na takich samych błaznów, prowadzą jakiś dziecinkowaty sklep z dureństwami dla dzikusów ich pokroju, a gdzie oni właściwie doszli...
Dominique nagle spoważniała.
- Wujek Fred nie żyje... Nie wiedział pan?
Filch wybałuszył na nią oczy.
- Jak to? Nie żyje? - wybełkotał. - Ale, kiedy...?
- W Bitwie o Hogwart, podczas Drugiej Wojny.
- Co?! - woła Filch. - Przecie ja tam był!!
  Ale Dominique już nic nie mówi tylko odwraca głowę, dalej malując swoją część drzwi, jakby dalsza rozmowa z woźnym była poniżej jej godności. Filch, wciąż jeszcze w wielkim szoku, zabiera się za swój pędzel.
   Właśnie wytarłam ostatnią półkę, kiedy usłyszałam całą serię dźwięków: huk, ucieszny pisk Dominique, głośne przekleństwo Filcha, jeszcze większy rumor, wrzask woźnego i oczywiście krzyki pani Pince.
   Szybko zeskoczyłam z drabiny i pobiegłam na miejsce zamieszania. Moim oczom ukazał się straszny widok: Filch leżał w plamie rozlanej farby obok drabiny, naokoło niego krążyła rozhisteryzowana pani Pince, a Dominique stała nieco z tyłu; najwyraźniej to ona przewróciła kubeł z farbą, na co Filch, który malował górną partię drzwi, spadł z drabiny.
   Filch kulił się na podłodze boleśnie pojękując. Pani Pince sama poleciała po panią Pomfrey. Głupio nam trochę było stać z Dominique nad kulącym się przed nami Filchem, bo zanim któraś z nas w końcu zdecydowała się do niego podejść, już przyszła bibliotekarka, prowadząca panią Pomfrey razem z Victoire. Victoire! No to teraz jeszcze tylko Fiffie do szczęścia potrzeba.
   - Argusie! - zawołała pani Pomfrey, a Victoire zrobiła coś, na co żadna z nas nie mogła się zdobyć: kucnęła przy Filchu w kałuży farby. Pani Pomfrey przysiadła obok niej.
- Spadł z drabiny! - pani Pince załamała ręce w tragicznym geście.
Pani Pomfrey wymruczała jakieś oględne medyczne stwierdzenia oglądając Filcha, po czym powiedziała:
- No tak. Do skrzydła szpitalnego!
Pani Pince dyszała ciężko z emocji.
- A-ale... Można mu pomóc? - spytała.
- Naturalnie, że poskładam pana Filcha w przeciągu sekundy - odparła pielęgniarka z ledwo dostrzegalną nutką zniecierpliwienia. - wyczarowała nosze, po czym zwróciła się do Victoire: - Ty pobiegnij przed nami, trzeba przygotować posłanie dla pana Filcha.
   Victoire wstała, pomachała do nas i szybko pobiegła korytarzem. Ja i Dominique pomogłyśmy pani Pince i pani Pomfrey wciągnąć Filcha na nosze.
   Bibliotekarka jeszcze przez chwilę rozmawiała z pielęgniarką za drzwiami, przez co mogłam wymienić parę komentarzy zdarzenia z Dominique.
- Może przez ten upadek przyspieszą mu emeryturę? - wyraziła swoje nadzieje Di.
- Przynajmniej na najbliższe dni możesz się pożegnać ze swoim szlabanem - zauważyłam.
- Już ci dyrektorka coś wymyśli, ty się nie martw! - wróciła pani Pince. - A teraz za karę sprzątać mi tu ale już!
   Już nie zajęłam się kartoteką tego wieczoru. Razem z Dominique do późna szorowałyśmy z farby podłogę. Bez użycia czarów.



_________________________________________________

Jeden komunikat: Trochę bez sensu publikować coś, skoro prawie nie ma odzewu... Ktoś tu w ogóle jest? ;-;

~ Tita Pocky








niedziela, 1 marca 2015

6. Oszołomy kontra oszołomy

   27. 09. 2012 r. CZWARTEK

   - Tak sobie właśnie pomyślałam - mówię - że w Ravenclaw są albo sami ułożeni kujoni, albo nierozgarnięte oszołomy.
   - Hmmm? - ten nierozgarnięty oszołom Victoire jak zwykle mnie nie usłyszała. Właśnie pochyla się nad książką, więc może raczej zalicza się bardziej do ułożonych kujonów...?
- Mówiłam, że w Ravenclaw są albo sami kujoni, albo nierozgarnięte oszołomy.
- Nom? - podnosi głowę znad księgi. No wreszcie! - Przecież w Ravenclaw płonie lampa wiedzy - Vi cytuje pierwsze miejsce z listy przebojów Tiary Przydziału sprzed jakichś pięciuset lat. - Kujoństwo jest chyba charakterystyczne dla naszego domu. Tak samo jak wredota dla ślizgonów, bufoństwo dla gryfonów i obijarstwo dla puchonów.
- Pocieszające - wzdycham. - Mówić o innych domach tak, aby przyćmić naszą beznadziejność. Choć oczywiście to co powiedziałaś jest czystą prawdą... - dodaję po ułamku sekundy znikomego namysłu.
- A widzisz - Victoire uśmiecha się pogodnie w odpowiedzi.
- W takim razie jak wyjaśnisz to, że w naszym kujonowatym domostwie występuje osobnik pokroju niejakiej Brendy Pussycat? - zadaję podstępne pytanie.
- Może Ravenclaw ma ją czegoś nauczyć? - aż podskakujemy, kiedy tuż za nami rozlega się sepleniący głos profesora Longbottoma.
   Właśnie siedzimy na jednym z jedenastu małych wewnętrznych dziedzińców Zamku. Victoire patrzy na mnie z rozbawieniem, kiedy robię minę za plecami oddalającego się już profesora Długozada.
- Żeby tak podsłuchiwać niewinne uczennice, to już zakrawa o pedofilstwo... - mruczę pod nosem. - Puchowyzad...
- On tylko jest opiekunem Hufflepuffu, ale tak naprawdę był w Gryffindorze - Victoire jak zwykle ma jakąś małą, wkurzającą uwagę, która tym razem rujnuje cały mój znakomity pomysł na pseudonim dla Longbottoma.
- No to Gryfońskizad... - poprawiam się, lecz niestety, nowa wersja na ksywę wiele traci na efektowności. Zwłaszcza, że nieopodal nas siedzi Spell Wood, w otoczeniu swojego fanklubu z Gryffindoru, więc muszę uważać aby całkiem przypadkowo sobie nie pomyśleli, że to o ich tyłkach nie rozmawiamy.
- Ty nie należysz przypadkiem do grupy krukonów, którzy są oszołomami? - zagaduje Victoire lekko.
- W takim razie podlegam dyktaturze Brendy... - mówię smętnie. - Bo to ona jest hersztem.
   Victoire parska nad książką, a ja poddaję się wrażeniu, jakby mój mózg został potraktowany zaklęciem brzmiącym jak Depresja.
- Ale: kujoństwo! - wołam bolejącym głosem. - Dlaczego kujoństwo, dlaczego akurat to musiało mnie spotkać?!
   Victoire patrzy na mnie spod przymkniętych powiek z wyraźną urazą.
- Mnie to mówisz? Serio? Osobie o nazwisku Weasley, która nie trafiła do Gryffindoru?
- Myślałam, że nie masz kompleksów z tego powodu.
- Oczywiście, że mam! - obruszyła się, odgarniając w porywie srebrzyste włosy gestem iście nienasiąkniętym nawet mililitrem kompleksów. - Oczywiście, że wolałam być w Gryffindorze...
- Jak twoja rodzina? - wpadam jej w słowo.
- ... z Teddy'm Lupinem - Chyba w ogóle mnie nie usłyszała, a ja zaczynam rozważać, czy aby dokładnie przemyślała swoją wypowiedź. Vika ciągnie dalej: - Ale to było w pierwszej klasie. Teraz cieszę się tylko, że mogę mieć Dominique pod stałą obserwacją... A ona nadaje się akurat do Gryffindoru bardziej niż z tysiąc mnie razem wziętych.
- Taaaaa... - uśmiecham się pod nosem na myśl o Dominique machającej różdżką i o stosach słojów Booracka, które zwaliły się na nią w chwilę później. Viki zdaje się być kompletnie nieświadoma moich rozmyślań. Mówi coś jeszcze, ale moja zdolność kojarzenia rzeczywistości zdaje się właśnie wpadła w stan wstrzymania... Powoli przydzielam poszczególne osoby do grup oszołomów i kujonów. Oczywiście Julia McDuck znalazła swoje miejsce w tej ostatniej.
   - A ty w której grupie jesteś? - pyta mnie znienacka Vi, a ja czuję jakby właśnie zdjęła czaszkową pokrywkę z mojej głowy i zaglądała wprost do środka. Zdaje mi się, że nawet słyszę świszczący wiatr w pustym wnętrzu czaszki. Szybko odganiam od siebie ponure myśli o braku mózgu i skupiam się na twarzy Victoire - jak zwykle jasnej i spokojnej.
- Chyba w grupie oszołomów - odpowiadam to, czego chyba każdy przeciętnie i gorzej inteligentny człowiek bez trudu mógłby się domyślić.
- A ja w zasadzie nie wiem - mówi Victoire powoli. Prawdę mówiąc, ja też nie mogę określić, w której grupie Victa się znajduje. Chyba w tej pierwszej. Albo drugiej. Nie wiem.
 - A ty co sądzisz? - Victoire tym pytaniem uprzedza plątające się "cześć" Petera, który właśnie do nas podchodzi. - Jestem w grupie oszołomów, czy kujonów? - pyta go.
   Może Victoire nie zdaje sobie z tego sprawy, ale ja wyraźnie widzę, że postawiła Petera w bardzo niepewnym położeniu. I Peter też chyba to rozumie, bo robi się nagle tak czerwony na twarzy jak Boorack, kiedy komuś przez przypadek uda się zasłużyć na więcej niż jeden marny punkt dodatkowy na eliksirach.
   Tyle że Peter jest bardziej zmieszany, niż wściekły.
- Ee. - wyjąkuje - Ee-e-emmm... No eeyyy, nie wiem... - przełyka ślinę tak głośno, że nawet ja to słyszę, chociaż ten stoi jak najbliżej Victoire. - Bo ty... yymm... Jesteś pilna, ale-ale nie jesteś kujonem... Właściwie w ogóle nie jesteś walnięta... Znaczy, nie chcę powiedzieć przez to, że jesteś nudna... No nie ważne - Peter robi się brunatny i odchodzi, wybąkując coś w stylu wymówki kujonów o lekcjach. "To po co do nas podchodził?" myślę sobie, ale nie mówię tego na głos - Peter i tak samodzielnie dostatecznie się ośmieszył. Tak w zasadzie to dotychczas tylko po plotkach Brendy mogłam wnioskować że Peter kocha się w Vi, a teraz jego żałosne zachowanie niestety potwierdzało tę teorię.
   Z westchnieniem w głębi duszy zmuszam się do zakodowania sobie w myślach pierdyliardowego chłopala na kilometrowej liście wielbicieli Victoire Weasley.
   Po chwili podchodzi do nas jednak chłopak, który pod tym względem wciąż pozostaje dla mnie zagadką. Teddy Lupin najwyraźniej czuje się zainteresowany powodem, dla którego Peter odszedł od nas z twarzą płonącą jak po spotkaniu z rogogonem węgierskim.
- Za bardzo boi się Victy - odpowiadam, zanim ta zdąży jakkolwiek zaoponować. - Od razu stąd zwiał.
   Viki patrzy na mnie marszcząc czoło, a Teddy wyraźnie stara się ukryć uśmieszek.
- A ty co sądzisz, jestem oszołomem czy kujonem? - ciekawi się Vika.
- Ty jesteś... wilą. I na tym poprzestańmy - Ted szybko ucina temat, ponieważ podbiega do nas zdyszana i zaaferowana Brenda Pussycat. Wtedy Teddy wycofuje się z obronnym gestem, a ja patrzę na niego z oburzeniem równym z paniką, że pozostawia nas same na pastwę rozregulowanej katarynki. Ale po chwili moje uszy już puchną od fal elektro dźwiękowych rozprzestrzenianych wciąż przez Brendę, podekscytowaną do granic możliwości ludzkich. 
- Słyszałaś, słyszałaś Victoire, jeju, jaka sensacja, po prostu sensacja, właśnie Sandra mi powtórzyła, yay yay, nie masz pojęcia, (O, cześć) - W połowie zdanie raczyła mnie zauważyć - ja nie mogę, co za historia, nie uwierzysz, ale Sandra...
- Brenda, albo się zamknij, albo gadaj! - przerywam jej ze zniecierpliwieniem. Już wiem co usłyszę w odpowiedzi: Avada Kedavra Pocky, ja to mówię do Viki tylko, no! Lecz tym razem jednak sprawa musi być poważniejsza, a na pewno o wiele bardziej "sensacyjna", skoro Brenda nie traci czasu na zwykłe upomnienia, tylko ograniczając się do obrażonego spojrzenia w moją stronę, już trajkocze dalej:
- Wiesz przecież, że ten twój niby-przyjaciel Ted Lupin włamał się do starego Booracka? Sandra mi mówiła, hahah, wiesz co, ci piątoklasiści, wiesz...
- Sherry Power i Mark Tower? -wtrącam, mając na myśli prefekcinę-postrach z naszego domu i jej nieodłącznego chłopaka. Jednakże Brenda znów mnie ignoruje.
-... ci puchoni, wiesz, ten seksiak Crister, ten prefekt, ruda i reszta, Sandra słyszała wszystko, wszystko mi powtórzyła! Ale wiesz, że ten Crister...
- Brenda, MÓW! - wołamy chórem, bo obie mamy już trzeci rok serdecznie dosyć jej wiecznej paplaniny.
Brenda aż nie może ustać, więc z podnieceniem wierci chudym zadkiem przebierając nogami w miejscu, gdy konspiracyjnie pochyla się nad uchem Victy.
- Bo wiesz - mówi głośnym szeptem. - Sandra wszystko słyszała! I powtórzyła mi! Bo wiesz, to moja najlepsza kumpela... Zaraz po tobie Viki oczywiście - dodaje łaskawie. - Bo oni stali tuż przy kiblu, a Sandra akurat wychodziła i usłyszała wszystko! Oni chcą zlać dupsko Tedowi Lupinowi, bo...
- Co? - Victoire patrzy na Brendę tak, jakby nie bardzo wiedziała, czy to żart, czy nie.
-... bo przez niego mają przebooraczone! To jest - Brenda uśmiecha się wyrozumiale - mają u Booracka przechlap. No bo wiecie, Boorack ich nienawidzi, po prostu nienawidzi!
A puchoni z 5 klasy nienawidzą go wzajemnie, o czym wszyscy doskonale wiedzą, tak samo jak o tym, że wszyscy oni tworzą doskonale zgraną paczkę antytalentów eliksirowych i najpewniej całkowicie zawalą SUMy z tego przedmiotu, chociażby tylko na złość samemu Boorackowi. A ja jestem tego szczególnie świadoma o tyle, że moja starsza siostra Nickie jak się składa, należy do niezmiennego składu Paczki Puchonów już od przeszło pięciu lat. Tylko dlaczego Paczka miałaby skopać Teda Lupina za zdemolowanie gabinetu Booracka? Powinna być mu raczej wdzięczna po wsze czasy...
- No bo Boorack myśli, że skoro oni się tak nie cierpią i odwalają coś ciągle na jego lekcjach i w ogóle rozdrażniają Booracka Juniora, no wiecie, tego jego bezmógiego synalowatego czubka, no to Boorack myśli, że to puchoni zrobili mu tę demolkę! A to przecież Ted Lupin, ten, ten... agresywny typ, Sandra mi mówiła, że Spell Wood...
- Brenda, odbiegasz od tematu - mówię zniecierpliwiona. Brenda milknie i na moment pozostaje z lekko wpółotwartymi ustami, najwyraźniej zdziwiona tak bardzo jak ja sama. Tym, że od trzech lat po raz pierwszy słucham, naprawdę słucham Brendzinej paplaniny.
- No więc - podejmuje Bren, odchrząkując lekko - Oni chcą skopać Teda Lupina, Sandra twierdzi, że zrobią to jeszcze dzisiaj, bo wiecie, Sandra...
- Brenda... - mówi Vi, aby dać jej delikatnie do zrozumienia, że nie chcemy słuchać o Sandrze i jej domysłach, ale Brenda ją ignoruje.
-... Sandra kocha się na zabój w Peterze, a przecież Ted Lupin tak jakby no wiecie, ma z nim jakieś tam przyjacielskie stosunki chyba nie, bo inaczej Sandra nie bałaby się...
Naprawdę uczucia Sandry obchodzą mnie tyle co placek hipogryfa, ale słucham cierpliwie - jakiekolwiek przerywanie i doprowadzanie Brendy do sedna sprawy jest już i tak bezsensowne.
-...Sandra nie bałaby się, że jak oni skopią Lupina, to Petera może to zranić...
- Tsaaaaaaa - w tym momencie pozwalam aby spłynęło na mnie całe poirytowanie żenującą żałosnością przedstawionej mi sytuacji - Ja to akurat wiem, co o wiele bardziej zraniłoby Petera... Wystarczyłoby, żeby Vika mu powiedziała, że nie uszczęśliwia jej widok jego czerwonej twarzy...
- Tak tak, to bardzo możliwe - mówi Brenda nieuważnie. Najwyraźniej w tej chwili interesuje ją tylko i wyłącznie to, co ona sama ma do powiedzenia. - Ale Sandra jest przerażona - Bren na nowo się ożywia. - Ostatnio nawet jeszcze bardziej zarywała do Petera, żeby przygotować go emocjonalnie na ten straszliwy cios...
- Ale - Victa przerywa jej relacjonowanie tych niesamowitych wieści. - Wiesz, co oni konkretnie chcą zrobić?
- Oni? - Brenda na moment zatacza oczami, jakby za naszymi plecami wisiała gdzieś niewidzialna odpowiedź. - Jacy... Aaaa, ten Crister, prefekt i reszta! No, eeem, no... - na chwilę urywa, poruszając ustami jak rybka wypuszczająca bąbelki w akwarium. - Noooo, Sandra mi nie mówiła... - wydobywa z siebie wreszcie. Mówi z wyraźnym wstydem, ponieważ zawsze szczyci się znajomością wszystkich plotek i plotkar. Nabiera oddechu - Ale mogę się spytać!
- Taaaaa... - Ja i Victa patrzymy na siebie znacząco, w czasie gdy Brenda startuje z kopyta i znika nam z pola widzenia. Ted Lupin już dawno temu gdzieś zniknął, podobnie jak wcześniej Peter Caldwell. Spell Wood siedzi wciąż po środku swego haremu i flirtuje z Rosalie Newman z Hufflepuffu, jedną z członkiń Paczki, podejrzanej o spisek przeciwko młodemu Lupinowi. Stukam Victoire w ramię, gdy przez dziedziniec przebiegają nagle "ten Crister, prefekt i reszta" i łącznie z moją siostrą Nickie wspólnymi siłami odciągają Rosalie od grupki chłopaków. Wkrótce i oni znikają - ja i Victoire też zbieramy się do odejścia.
- Kolacja - mówi Victoire. No to idziemy na kolację!
   Na kolacji jest gwar  i teraz przez stół Ravenclawu przelatują rozmowy o uaktywnieniu się dawnych śmierciożerców, o imprezce u Hagrida z okazji meczu quidditcha, o Sherry Power, która wylądowała w skrzydle szpitalnym po zjedzeniu całego pudełka mieszanki bombonierek Lesera, o Filchu, któremu za trzy lata zapowiedziano emeryturę, o zaklęciu Proteusza i (oczywiście!) o demolce w gabinecie Booracka. My z Victoire nic nie mówimy, tylko bacznie obserwujemy Teddy'ego Lupina, jakbyśmy się spodziewały, że dojrzymy mikroskopijną bombę wielkiego rażenia na jego talerzu. Obok nas, Julia McDuck wygłasza właśnie potępiające kazanie do wszystkich, którzy siedzą naokoło.
- I myślę - kończy - że te dwa wypadki są ze sobą powiązane. Może powinniśmy się zastanowić, kto stoi i za zbezczeszczeniem gabinetu profesora Booracka, i za podrzuceniem Sherry Power mieszanki Lesera w opakowaniu po kociołkach z whiskey!
- A ja dalej nie rozumiem, o co chodzi - mówi Lisa Ackerley, która w noc demolki zaspała i ostatnia przybiegła na miejsce zbrodni. Teraz z zakłopotaniem mruga powiekami.
- Przecież już po paru godzinach od tej zbrodni cały Zamek huczał od plotek! - Julia zwraca się do Lisy, ale wyraźnie patrzy na Brendę, jakby wysuwała oskarżenie.
- I właśnie dlatego mi się wszystko pomieszało - wyjaśnia Lisa. - To w końcu kto włamał się do Booracka, Ted Lupin, czy ten prefekt...
   Wszyscy gapią się na Lisę wytrzeszczając oczy.
- Jaki prefekt?! - parska Julia, ale zanim dopowiada coś więcej, przerywa jej Seth, chłopak z naszej klasy:
- Jakiś prefekt byłby do tego w ogóle zdolny??
   W naszym domu (jako jedynym) prefektura jest równana z zaszczytem a nie hańbą, lecz Seth nie podziela tego zdania. Julia patrzy na niego pogardliwie, ale mówi:
- Tak, nie byłby zdolny, bo to prefekt! I jeśli to był prefekt z naszego domu...
- Naszym prefektem jest przecież Sherry Power! - przypomina Lisa.
- No a drugi prefekt?
   Lisa leciutko unosi brwi.
- Mark Tower! Zresztą, chodziło mi o prefekta z Hufflepuffu.
   Przez nasz kawałek stołu przechodzi zbiorowe "uuuuuuuuuuuuuuu". Ravenclaw zawsze uważał puchonów za leniów i nierobów, a co dopiero tegorocznych piątoklasistów.
- Kto tam w ogóle jest prefektem? - pyta Julia tonem jasno dającym do zrozumienia, że ktokolwiek to nie jest, i tak na pewno nie zasłuży sobie na jej poparcie.
- Sean Larieson - mówi Lisa, która tak samo jak ja ma w Paczce Puchonów siostrę i wszystkich zna.
- Ten oszołom...? - dziwi się Julia, jakby mimochodem. - A ta jego dziewczyna... też jest prefektem? Jak ona w ogóle się nazywa?
   Victoire kopie mnie pod stołem, ale ja nie wykrztuszam z siebie nawet słowa. Osobiście podzielam zdanie Setha o prefektach więc na początku nie chcę się przyznawać do tego, że moja siostra chodzi z jednym z nich, dopóki nie przypominam sobie że dla krukonów przecież prefektura jest chwałą, ale właściwie i tak uważają Seana za oszołoma i zanim zdążam się zdecydować, uprzedza mnie Lisa:
   - Nickie Glam.
- Ale Sean Larieson wcale nie jest już prefektem! - mówię szybko. - Załatwił to sobie u McGonagalli.
   Julia głośno wciąga powietrze jakby nagle zabrakło jej tlenu i z początku nie za bardzo orientuję się co nią tak wstrząsnęło; to, że można zrzec się prefektury a tym samym praw do prefekciej łaźni, czy to jak karygodnie nazwałam dyrektorkę. Lisa jak najszybciej zmienia temat:
- To w końcu kto się włamał?
- Ted Lupin - odpowiada Julia, ale wydaje mi się, że już bez dawnego przekonania. - W końcu to była jego peleryna.
- Chyba że ją komuś pożyczył - podsuwam.
- Albo Spell Wood się pomylił - dodaje Victoire.
- No to jak Spell Wood się pomylił, to już tylko dyrekcja może osądzić jego grzechy - kwituje Julia.
Po czym kolacja w Wielkiej Sali dobiega końca a ja i Vika wychodzimy do sali wejściowej, gdzie ponownie napada nas podjarana Brenda.
   - Ejej, Viki, widziałyście ich, właśnie tędy przeszli, oni idą tam, po schodach, właśnie Sandra...
- Brenda, uspokój się! - Victoire przekrzykuje ją - Kto szedł?
- No ten prefekt, Crister i ta cała reszta, Sandra mi powiedziała, że idą do DYRY!
   Ja i Victoire patrzymy po sobie.
- Po co?
- No jak to... Na pewno po to, żeby oczernić Booracka, bo to wszystko przez Lupina...
   Z tymi niejasnymi słowami, Brenda zaczyna się od nas oddalać.

                                                                                 *

   Jesteśmy z Fi i Di w bibliotece, kiedy oni na nas napadają: "ten przystojniak", jego była dziewczyna, prefekt, blond myszka, zakolczykowana, okularnica, siostra Lisy Ackerley i moja siostra, w skrócie: Crister, Rosalie, Sean, Scarlett, Florence, Laura, Carrie i Nickie. Crister wywala kałamarz na moje wypracowanie, a Sean rzuca się na nas z kłami.
- To byłyście WY! - drze się Crister i w tym momencie spomiędzy półek wraz ze złowieszczym skrzypnięciem buta wyłania się pani Pince.
- Krzyki, wrzaski! - jak zwykle zaczyna od tej samej gadki. - Tu jest biblioteka, nie ma tu miejsca dla nieucywilizowanych małpiszonów, jeszcze pożałujecie puchoni... A, i znowu siostry Glam! Wynocha stąd!!
- Ale... my wszyscy, czy tylko siostry Glam? - pyta Crister nonszalancko.
   Pani Pince przybiera formę rozwścieczonego żmijoptaka.
- Precz!
- Spadamy - mruczy Crister i cała Paczka Puchonów opuszcza bibliotekę. Usuwam różdżką atrament z mojego wypracowania, Domie i Fiffy pomagają zebrać nam książki, po czym my także wychodzimy.
   Na korytarzu nie ma już puchonów, ale i tak nie możemy czuć się bezpiecznie. Oni już wiedzą... Najpewniej właśnie po to udali się do McGonagall po kolacji. Bo jedynym sposobem na odczepienie się od nich Booracka, jest dla nich wydanie nas...
   Jak zwykle praktyczna Dominique oblicza nasze szanse w tym starciu.
- Ich jest ośmiu, nas jest czwórka... Każda z nas ma przeciwko sobie dwójkę uzbrojonych i wyszkolonych do SUMów agresywnych niepoczytalnych piątoklasistów.
   Ja już nic nie mówię, ale myślę sobie, że zanosi się na niezłą walkę oszołomów.



___________________________________________________


Rozdział praktycznie składający się z samych dialogów, mam tylko nadzieję,  że paplanina Brendy nikogo nie zmęczyła, o ile w ogóle to możliwe...

Ach, no i nie będę od tej pory pisać w czasie teraźniejszym. Jedynie ta notka powstała w tym stylu więc nie zmieniałam jej już na potrzeby spójności dziennika, gdyż za dużo byłoby z tym zachodu.

Ponieważ pojawiła się Paczka Puchonów... Jest to aż ósemka osób na raz, także jeżeli ktoś ma kłopoty z ogarnięciem ich wszystkich (zwłaszcza, że Brenda mówiła o nich dosyć chaotycznie), opisy poszczególnych członków Paczki znajdują się w zakładce "Peskipiksi Pesternomi". Zapraszam!

Dziękuję za przeczytanie! I liczę na komentarze oczywiście... Do następnego!

Nox.

~Tita Pocky


sobota, 7 lutego 2015

5. Jak bez winy, to nie Weasley

   21. 09. 2012 r. PIĄTEK

   Tej nocy już nie zasnęłyśmy.
   Tak samo zresztą jak wszyscy uczniowie z każdego domu, opiekunowie i nauczyciele, dyrektorka, woźny, jego kot i Ted Lupin.
   Duchy latały po Hogwarcie, szepcząc między sobą, a skrzaty domowe biegały od gabinetu do gabinetu, przy okazji przekazując sobie druzgocącą wieść: Jeden z uczniów włamał się i zdemolował całe miejsce pracy Mistrza Eliksirów.
   Pomyśleć, że profesor Boorack potrafi wywołać takie zamieszanie wokół swojej osoby.
   Teraz siedział u pani Pomfrey, która podawała mu stopniowo Eliksir Spokoju. Najwyraźniej bał się wrócić do swojego gabinetu, spodziewając się kolejnego ataku eksplodujących słojów. Tymczasem w pokoju wspólnym domu Ravenclawu zebrały się wszystkie klasy krukonów, omawiające całe zdarzenie, jednak Victoire, Dominique, Fiffy i Pocky nie uczestniczyły w całej dyskusji. Stałyśmy pod gabinetem dyrektorki (Di i Fiffy jakimś dziwnym sposobem znały hasło) i podsłuchiwałyśmy.
   Nie chciałam tego robić... Byłam bardzo zmęczona, a robienie jeszcze jednej rzeczy sprzecznej z prawem, było naprawdę ponad moje siły. Aczkolwiek w końcu Victoire i Dominique przekonały mnie, bym jednak poszła. "Co jak co, ale nie możemy pozostawić Teddy'ego Lupina w takiej sytuacji", powiedziała Domie i miała rację.
   Tak więc nie pozostawiłyśmy i jak aniołowie stróże tkwiłyśmy pod drzwiami z kołatką na kształt gryfona.
- Opuszczenie Wieży Gryffindoru podczas godzin nocnych! Nocne wałęsanie się po szkole! Włamanie do gabinetu członka ciała pedagogicznego! Wreszcie zniszczenie szkolnego mienia! Zakłócenie ciszy nocnej! To pięć złamanych punktów regulaminu szkolnego - usłyszałyśmy głos Minerwy McGonagall. - Doprawdy, kto by pomyślał - jej słowa nabrały zjadliwego tonu. - Prędzej spodziewałabym się zbrojnej napaści rozszalałych hipogryfów, niż czegoś takiego po tobie, Lupin! Nawet Fred i George Weasley'owie... No nawet twój ojciec...! - za drzwiami rozległ się huk, najwyraźniej Ted niechcący przewrócił jakiś przedmiot. Minerwcia chyba nie zwróciła na to uwagi, bo powiedziała w końcu tak, jakby wyrwała się z zastanowienia: - Nie, nie, to chyba nie było najlepsze porównanie... Ale na czym to ja...? - No tak, po zerwaniu się z łóżka o tak późnej porze i takich emocjach, starą McGonagallę dopada skleroza... - Aha! Nie myśl sobie, że Twoi opiekunowie się o tym nie dowiedzą! - Teddy tylko wymamrotał coś niezrozumiałego. - Oczywiście! Sama nigdy bym nie uwierzyła, że to mogłeś być ty! Ale to byłeś ty! Więc się nie usprawiedliwiaj! - zaczęła wrzeszczeć. - Coś takiego! Za mojej kadencji!! W całej mojej nauczycielskiej karierze...! I to jeszcze Lupin! A tę pelerynę niewidkę konfiskuję, takie przedmioty są zakazane! O, i kolejny punkt regulaminu! Gryffindor traci 50 punktów, a ty Lupin spodziewaj się szlabanu, jak amen w pacierzu! - w tym momencie całkiem zachrypła i zaczęła pokasływać. - Nie rozumiem co to miało być? Akt buntu? Masz jakieś problemy? - wychrypiała. - To już doprawdy nie na mój wiek... No idź już Lupin i nawet nie waż się wychylać nosa poza dormitorium Gryffindoru.
   Po drugiej stronie drzwi rozległy się szybkie kroki, po czym skrzydła wejścia otworzyły się z hukiem na oścież, ukazując Teda z twarzą białą jak papier. Nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak musiał się czuć w tej chwili. Nie dość, że był wstrząśnięty gwałtownymi oskarżeniami, w których kompletnie nie wiedział o co chodzi, mimo iż znał ich podstawy, śmiertelnie obrażony na nas i z pewnością rozczarowany, to jeszcze wystraszony konsekwencjami czegoś, czego nie zrobił, wydany przez chłopaka z dormitorium, ledwo uniknięty wywalenia ze szkoły i na dodatek wyprowadzony z równowagi wzmianką McGonagall o jego ojcu.
   Kiedy wyszedł z gabinetu, Victoire poruszyła się, najwyraźniej chcąc do niego podejść. Znając ją, pewnie najchętniej rzuciłaby mu się teraz na szyję i błagała o przebaczenie. Jednak Teddy minął nas, nie obdarzając nawet spojrzeniem, choć musiał nas zauważyć! Victoire zagryzła wargi aby powstrzymać łzy, na twarz Dominique buchnął rumieniec wstydu, a Fiffy spojrzała na ,mnie z przejęciem, ale i z niepokojem. Spuściłam oczy, by móc się opanować.
   - Chodźmy - szepnęłam.
   Wyszłyśmy na opustoszały korytarz i zaczęłyśmy kierować się w stronę pokoju wspólnego krukonów. Kiedy przechodziłyśmy obok pokoju nauczycielskiego, dwa kamienne posągi obróciły za nami głowy.
- ... i wtedy zobaczyłem tą pelerynę, leżała... - usłyszałyśmy rozemocjonowany głos Booracka i siorbanie gorącej herbatki przez zasłuchanych w niego, przejętych nauczycieli. Szybko oddaliłyśmy się, nie wymieniając pomiędzy sobą żadnego komentarza.
   - Co było pierwsze, magia czy różdżka? - spytała nas kołatka od drzwi naszego pokoju wspólnego, kiedy doszłyśmy do Wieży Ravenclawu. Myślicie, że w tym momencie zachowałyśmy jasność umysłu? Victoire okazała się jednak zawsze trzeźwa, nawet w tak kryzysowej sytuacji, jak ta.
- To różdżka zbudziła magię do życia.
- Gratuluję rozsądku! - pochwaliła ją kołatka, ale Victa już jej nie słuchała.
   W pokoju wspólnym siedział cały Ravenclaw.
- ... że to było skandaliczne - przemawiała właśnie Sara Croft z 4 klasy, nazywana przez nas dziewczyną od kota.
   Stała na stołku, oczywiście trzymając w ramionach swego kota. Najwyraźniej bardzo natrudziła się, by móc zabrać głos, ponieważ  jedną dyskusję prowadziło tu siedemdziesiąt osób, pomijając wystraszone pierwszaki. Gdzie nie spojrzeć, na krzesłach, stolikach, fotelach, czy na dywanie - wszędzie siedzieli ludzie.
   Po przemowie Sary zapadła chwila ogólnego milczenia.
- Czyli że... - odezwała się nagle Nannah Stone z 1 klasy, dziewczynka wystylizowana na Violettę - tego przystojnego chłopaka wyrzucą ze szkoły??
- Oczywiście, że tak! - prychnęła Sherry Power, prefekcina z naszego domu i postrach wszystkich, naturalnie siedząc na kolanach swojego chłopaka Marka Towera. - Za to co zrobił...
- W ogóle dlaczego on to zrobił?? - zapytała głośno, niezwykle ożywiona Brenda.
   Od razu podniosła się wrzawa głosów, chcących wyrazić swoje teorie.
- Może chciał doprowadzić do zawału Booracka? - podsunął jakiś szóstoklasista.
- Może waży potajemnie zakazany eliksir? - wyraził swoje obawy ktoś z 4 klasy.
- Może chciał wysadzić Hogwart w powietrze? - zapiszczały jakieś rozchichotane drugoklasistki, przekrzykując się jedna przez drugą. - I chciał zacząć od fundamentów?
- To najidiotyczniejszy pomysł na świecie - mruknęła Julia McDuck, która siedziała tuż obok nas na dywanie, ale podniesione głosy ją zagłuszyły.
   A jednak okazały się idiotyczniejsze pomysły.
- Chciał otruć swoją teściową!
- Chciał zabić kogoś, na kim się zawiódł...
   Reszty już nie usłyszałam, bo wypowiedziane przypuszczenia wymieszały się ze sobą w jeden wielki wrzask.
   Nagle ktoś zerwał się z miejsca obok mnie i stanął na pierwszym wolnym stołku.
- ZAMKNIJCIE SIĘ! - wrzasnęła Dominique Weasley.
   Wszyscy umilkli i spojrzeli ze zdziwieniem na pierwszoroczniaczkę, ciskającą na nich pioruny z roziskrzonych oczu.
- Dom, w którym lampa wiedzy płonie! Trzymajcie mnie, bo pęknę ze śmiechu! Ktoś wam przestawił mózgi na tryb pięciolatka? Jestem tu najmłodsza, a czuję się jak w przedszkolu! - zgromiła wszystkich wzrokiem, zamaszyście odgarniając gestem wili połyskliwe włosy. - Ale coś wam powiem, tak się złożyło, że nie spałam tej nocy i - wzięła głęboki oddech - znam winowajcę. I nie jest nim Ted Lupin.
   Od razu wszyscy zaczęli mówić, kilka osób zerwało się z krzesła, ale Dominique Weasley nie dała sobie przerwać.
- Nie powiem wam, kto nim jest! - krzyknęła.
- W takim razie kłamiesz, smarkulo! - wrzasnął ktoś.
   Dominique spojrzała na niego wyniośle.
- Moja siostra jest świadkiem! - oznajmiła wysokim, doniosłym głosem.
   Ci, co znali Victoire Weasley (a była to większość domu) spojrzeli na nią, a ona zarumieniła się pod ich wzrokiem. Rozległy się syki dziewcząt, podobne do rozjuszonych kocic, natomiast chłopcy gapili się na nią bezwiednie kiwając głowami, jakby ich zdaniem to miało sens. Znowu podniósł się hałas, ale Dominique go uciszyła. Starsi uczniowie od razu spojrzeli na nią z respektem, jaki okazuje się świadkowi wydarzeń.
- No więc nie był to Ted Lupin - podjęła Domie. - To mój przyjaciel, więc jestem pewna, że to nie on. - podniosła głos. - I nie wydalą go ze szkoły! Bo ja wam tak mówię!
   I gdy wypowiedziała ostatnie słowo, do pokoju wspólnego wparował profesor Flitwick.
- No, dosyć już tych dyskusji! W całym Zamku słychać wasze pogaduszki! Do łóżek!
                                                                     
                                                                               *

   - Chodź! - zawołała Caroline Glam, zwana Fiffy.
   Była 5.00 rano. Fiffy pociągnęła za rękaw Petera Caldwella, gryfona z klasy mojej i Vi, którego od niedawna zaczęłam podejrzewać o wstąpienie do rzeszy jej wielbicieli. Peter wyrwał się mojej siostrze.
- No chodź! - krzyknęła. - Ty jesteś jedynym dowodem na to, że Ted jest niewinny!
- No przecież idę! - zdenerwował się Peter. - Ale naprawdę... Nie musisz mnie chyba prowadzić za rączkę.
   Fiffy przewróciła oczami. Zatrzymałam się. Byłam już parę metrów przed nimi.
- Pospieszcie się! - zniecierpliwiłam się.
   Szybko pobiegliśmy w stronę schodów do Wieży Gryffindoru. Akurat gdy zatrzymaliśmy się pod portretem Grubej Damy, z pokoju wspólnego gryfonów wyszły Dominique i Victoire.
- Nie ma go tam! - jęknęła zrozpaczona Victoire.
- To chodźcie! - zawołałam.
- Wiesz, gdzie jest?
- Nie, działam na wyczucie... - odparłam, a oni mimowolnie podążyli za mną.
   Zbiegliśmy schodami do sali wejściowej. Wielka Sala odpada, błonia... Wybiegłam z Zamku. Był tam! Właśnie kierował się w stronę szkoły, ale kiedy zobaczył mnie, dziewczyny i Petera, od razu zakręcił i zawrócił z powrotem ku jezioru. Zanim jednak ja, Fiffy czy Peter zdążyliśmy cokolwiek zrobić, siostry Weasley pobiegły błoniami w jego stronę, a wiatr rozwiewał ich jasne włosy. Peter i Fiffy zrobili równocześnie taki ruch, jakby chcieli podążyć ich śladami, ale powstrzymałam ich. Może lepiej, aby Dominique i Victoire, stare przyjaciółki Teddy'ego z dzieciństwa, przekonały go do współpracy. Zmieniłam jednak zdanie, gdy gadali ze sobą ciągle i nadal nie nadchodzili. Podbiegliśmy do nich.
- Najpierw robicie ze mnie idiotę, a potem błagacie o przebaczenie... - mówił właśnie Ted.
   Dominique podeszła do nas.
- Moglibyście wyjaśnić temu kretynowi, że to wszystko to jedno, wielkie nieporozumienie?! - była wściekła.
   Teddy spojrzał na nią chłodno.
- Właśnie chcemy to wszystko odkręcić! - wykrzyknęła Fiffy z niedowierzaniem.
- Już mu to mówiłam, ale on oczywiście... - zaczęła Dominique.
Świetnie! - zawołała Fiffy.
- No, świetnie! - Teddy podniósł głos. - Tylko że przez was muszę pakować manatki do domu!
   Victoire roztrąciła  Fiffy i Domie, złapała Teda za ramiona i pchnęła lekko, jakby chciała wypchnąć z niego wszystkie głupoty, które właśnie wygadywał. Teddy zachwiał się.
- Obudź się! - krzyknęła. - Wcale nie musisz pakować manatków do domu...
- Taaaa? - przerwał jej. - A skąd to wiesz?
- Tylko nie udawaj, że nas nie widziałeś pod jej gabinetem! Wszystko słyszałyśmy i... McGonagall wcale nie mówiła, że cię wyrzuca.
- No właśnie - odezwałam się. - Odjęła ci tylko 50 punktów...
- Co?! - zawołał Peter.
- ...i wlepiła szlaban...
- Ale nie wyrzuciła cię. - dokończyła za mnie Victoire. - Więc nie wszystko jeszcze stracone... Możesz udowodnić, że to nie byłeś ty.
   Patrzył na nią bez zmrużenia oka, a ja niemal słyszałam obracające się trybiki w jego głowie.
- A teraz chodź wreszcie! - rozkazała Victoire i pociągnęła go za rękaw.
   I Teddy wreszcie uległ.
   Ruszyliśmy w stronę Zamku.
- Puszki Pigmejskie! - zawołała Fiffy (co było raczej zabawne w tak dramatycznej sytuacji), kiedy stanęliśmy przed chimerą. Posąg odskoczył w bok, a my rzuciliśmy się na kamienne stopnie, po czym załomotaliśmy w drzwi gabinetu i, nie czekając już na zaproszenie, wpadliśmy do środka.
- Pani profesor, Ted Lupin jest niewinny, on wtedy był w pokoju wspólnym...!! - wrzasnęła już od progu Dominique.
- A to co, kolejny napad? - Minerwa McGonagall zachichotała.
   Aż zaniemówiliśmy z wrażenia.
Widząc naszą reakcję na jej żartobliwe zachowanie, dyrektorka natychmiast ściągnęła usta i nastroszyła brwi surowo.
- No więc panno Weasley, o ile się nie mylę, wywrzeszczałaś właśnie, że Ted Lupin jest niewinny? - bardzo szybko powróciła do swojego zwykłego, zasadniczego tonu.
   Dominique spłoniła się cała.
- To prawda, pani profesor - odezwał się Peter. - On był wtedy w pokoju wspólnym i coś tam czytał... Widziałem go, bo do późna pisałem wypracowanie z obrony przed czarną magią.
- W takim razie może posiadasz również cenną wiedzę na temat tego, kto naprawdę to zrobił.
   Zapadła chwila ciszy.
- Nie wiadomo kto... - mruknął w końcu Peter, ale w tym samym momencie Victoire wystąpiła do przodu:
- Ja to zrobiłam!
   Chyba nikt nie uwierzył własnym uszom.
   Victoire stała z podniesioną głową. Nagle jakby uleciała z niej wrażliwa, nieśmiała dziewczyna, którą była na co dzień, ustępując miejsca chłodnemu opanowaniu wili z krwi i kości. Ale... jeśli zamierzała wziąć na siebie winę nas wszystkich, to chyba nie myślała, że ktokolwiek jej uwierzy! Rozejrzałam się po twarzach wszystkich; Teddy patrzył na nią z niedowierzaniem, Peter - z bezgranicznym uwielbieniem, a McGonagall z osłupieniem na twarzy.
- Weasley, Ty?! - ta najnowsza rewelacja przerosła chyba nawet absurdalność oskarżeń względem Teda Lupina.
- My też! - zawołałyśmy równocześnie ja, Fiffy i Domie.
   Takiego zdumienia na twarzy Minerwy McGonagall jeszcze nigdy nie widziałam.
- Nie podoba mi się ten żart - powiedziała w końcu ostro. Lecz wiedziała, że mówiłyśmy całkiem poważnie.
   Zerknęłam na Petera; wyglądał na zaszokowanego. Natomiast Teddy uśmiechał się lekko pod nosem.

                                                                             **

   Już od rana w całym Hogwarcie panował niezły szum. Cały Zamek aż huczał od plotek i uczniowskich opowieści.
   O tym, co zaszło w gabinecie dyrektorki nikt się nie dowiedział. Między poszczególnymi domami krążyły pogłoski o tym, że Gryffindorowi odjęto dwieście punktów, tysiąc, czy tam dziesięć tysięcy, dokładnie nie było wiadomo... Na przerwach rozprawiało się o Tedzie Lupinie i o tym co zrobił i z jakiej przyczyny, tylko uczniowie Ravenclawu nie byli pewni co do sprawcy zdarzenia... Ku rozbawieniu innych, wianuszek starszych krukonów otaczał wciąż jakąś jedenastoletnią dziewczynkę o złotych włosach, wypytując ją o prawdziwego winowajcę. Jednak Dominique Weasley nie puściła pary z ust.
   Już po śniadaniu Brenda Pussycat latała od jednego stołu od drugiego i roznosiła plotki. Za to na obiedzie pojawił się Spell Wood, którego uszy dopiero co zostały odczarowane przez panią Pomfrey z postaci dwóch dorodnych porów. Mało kto podejrzewał, że Victoire Weasley i jej siostra mogły być zamieszane w tę sprawę, a tym bardziej siostry Glam. Tylko dyrektorka i opiekun domu Ravenclaw wiedzieli, że cztery krukonki mają szlaban do końca semestru.
   I w końcu nawet profesor Boorack się pogubił, kto zdemolował mu gabinet, a kto nie.




  


____________________________________________________

No cóż... Nie powiem, że nie zniechęciłam się do prowadzenia tego bloga. Widzę liczbę wejść, ale niestety, mało komu chce się pozostawić swoją opinię... A szkoda, bo nie gryzę przecież :(

W każdym razie od tego rozdziału, mam nadzieję, dalsze będą już chyba krótsze. Chociaż jeszcze różnie będzie z tym bywało, ponieważ niektóre z nich liczą sobie wiele stron A4 pisanych ręcznie drobnym maczkiem, ale postaram się je poucinać i opracować w miarę możliwości i najlepszych chęci.

Mam nadzieję, że rozdział się podobał! I oczywiście zapraszam do dalszego czytania i komentowania. Byłoby to dla mnie bardzo cenną motywacją...

Nox!

~ Tita Pocky



czwartek, 25 grudnia 2014

2. Morderczy pniak, dzicz, busz i dżungla - czyli kłopotów ciąg dalszy

  03. 09. 2012 r. PONIEDZIAŁEK

    I tak oto znalazłyśmy się w liściastej paszczy najdzikszej dziczy, jaka kiedykolwiek istniała.
- Ej, chyba coś widzę! - zawołała Fiffy, a echo poniosło jej głos gdzieś pomiędzy zasnute mgłą drzewa.
  Ja i Victoire podskoczyłyśmy jak piłeczki pingpongowe.
-  Ćśśśśśśśśśś! - syknęłam. - Nie wrzeszcz tak!
- Niby dlaczego? - zdziwiła się moja siostra.
- Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z powagi sytuacji... - zaczęła Victoire.
-...i wagi konsekwencji...- dodałam.
- ...ale nasze położenie nie jest zbyt komfortowe...
-...także zamknij paszczęki, bo to jest Zakazany Las do cholery!
   I rzeczywiście, chociaż zapewne wciąż nie możecie w to uwierzyć, moi wyimaginowani czytelnicy, jak to możliwe by w Ravenclaw były trzy takie idiotki, które wlazły w poszukiwaniu czwartej idiotki i jej kota idioty do Zakazanego Lasu - ale tak właśnie było! Stałyśmy właśnie na wąziutkiej, krętej ścieżynie, wokół drzewa, drzewa, drzewa, i jeszcze dalej drzewa, i gdzie nasz wzrok nie sięgał - zgadnijcie - drzewa! Na świecie poza tymi drzewami najpewniej już się ściemniało (była pora letnia, aczkolwiek wieczorna), jednakże nie dało się tego jednoznacznie stwierdzić, ponieważ do Zakazanego Lasu najwyraźniej nie dociera żadne światło przez to szalone zalesienie. Na razie ja, Victoire i Fiffy nie napotkałyśmy niczego na swojej drodze, nie wyskoczył na nas z buszu żaden pedofil, gwałciciel, morderca, psychopata, lecz mimo to ja i Vika bałyśmy się jak pufki pigmejskie, dosłownie wszystkiego, włącznie z każdym pojedynczym drzewem. Nie można było tego samego powiedzieć o mojej młodszej siostrze, która nie słuchała przemówienia McGonagalli, i przez to była nieświadoma jak niemowlę jakiegokolwiek zagrożenia...
   Teraz patrzyła na mnie z miną typową dla młodszej siostry.
- Chciałam tylko powiedzieć, że dostrzegłam ślad, który być może jest jedyną szansą na odnalezienie Dominique, uratowanie jej kota, wyjście z tego buszu i ocalenie ludzkości... Ale skoro nie chcecie wiedzieć, to nie. - wszystko to powiedziała obrażonym półszeptem, żeby nie narażać się ponownie na niedelikatne sugestie co do zamknięcia paszczy z naszej strony.
- No to mów! - jęknęłyśmy, bo umierałyśmy już obie ze strachu, stojąc wciąż w miejscu na skrawczynce udeptanej drożynki wśród mrocznych krzaczorów, z których w każdej chwili mogło wyskoczyć... no właśnie, co? Wilkołak? Wampir? Voldemort??
- Ponoć miałam nie wrzeszczeć. - w tym momencie Fiffy wrzasnęła, i poderwała się z pniaka na którym właśnie przysiadła, trzymając się za tylne części, które wredny pniak z niewiadomych przyczyn, atakował właśnie... długimi, kolczastymi mackami?! Chcąc oddalić się na odległość przynajmniej tysiąca kilometrów od pniaka-terrorysty, Fiffy poruszając się tyłem, wpadła na Victoire, ta wpadła na mnie i w ten zmyślny sposób, jak domino powpadałyśmy jedna na drugą w sam środek gąszczu chlaszczących nas łysymi gałązkami krzaczorzysk. Z trudem wydostałyśmy się z nich, znajdując się już na jakiejś zupełnie innej polance... Nie, niewinne słowo polanka, to z pewnością nie jest dobre określenie! To była... mroczna, tajemnicza, straszna, wzbudzająca dreszcze, podejrzana, sprawiająca wrażenie czyjejś obecności, pełna złej magii i nieczystych sił... polanka. Ja i Victoire natychmiast objęłyśmy się ramionami ze strachu i zaczęłyśmy się trząść. Fiffy wciąż jeszcze była w szoku po swojej przygodzie z ośmiornicowatym pniakiem.
- Co. To. W ogóle. Było?! - wydusiła, cała obszarpana, podrapana, zadrapana, przydrapana i czerwona na twarzy. - Żeby pniak miał większe szanse w walce niż... niż ja?! - w tym momencie spojrzała na nas, również całych podrapanych, obszarpanych i na dodatek przerażonych, mimo że obejmowałyśmy się i kiwałyśmy jak dwa pingwiny. - A wam co, zimno?
- Nie - Victoire zaszczękała zębami. - Myślimy tylko, że w ten sposób wypędzimy z tej polany dusze nieczyste.
- Jaaaasne, i tak wiem, że sikacie ze strachu... - odparła Fiffy z politowaniem. - A właśnie! Zgubiłam tamten ślad, który miał nas ocalić! - nagle się zmartwiła.
- To może w końcu nam powiesz, co to był za ślad?
- No nie wiem... - Fiffy wyglądała na zmieszaną. - Wyglądało to jak... jak kocia łapka odbita w ziemi...
- Kocia...
-... łapka? - Victa wytrzeszczyła oczy. Po chwili zdołała się opanować - Bien, zastanów się teraz... Czy to była taka kocia-kocia mała łapka? Czy może raczej średnio-kocia mała łapka? A może dużo-kocia średnia łapka, albo wielka nie-kocia duża łapa?
- Sugerujesz że... że to mógł być ślad czego innego? - zapytała Fiffy z niezadowoleniem. - No chyba wiem jak wygląda koci ślad.
- Ale nawet jeśli, to skąd pewność, że to ten kot - włączyłam się. - Tamten pniak też wydawał się być zupełnie zwyczajnym pniakiem, kiedy narażałaś swoje tyły, chcąc na nim usiąść jak na... jakimś zwyczajnym pniaku.
- A więc w tym lesie są też koty z mackami?!
- Cicho! - przerwała jej Victoire. - Przestańmy ględzić, nie jesteśmy na herbatce u Hagrida, tylko tu! W lesie! I nie wiem czy zauważyłyście, ale tak zupełnie przy okazji powiem wam, że zgubiłyśmy też ścieżkę.
- No i co teraz?! - Fiffy uruchomiła tryb histerii. - Zostaniemy tu na zawsze, umrzemy z głodu, albo zginiemy z rąk, tfu, macek tych krwiożerczych pieńków, potem dobiją nas jeszcze te umackowione koty, a nasze ciała rozszarpią dzikie zwierzęta, które przez kolejne dziesięciolecia będą ogryzać nasze kości...!!! Muszę chronić moje dziecko. - wręcz odczepiła swojego pufka pigmejskiego z głowy, ponieważ ze strachu chyba zapuścił w jej włosach korzonki, po czym przytuliła go do policzka.
- Cieszę się, że wreszcie zdałaś sobie sprawę z naszego położenia - westchnęła Vi. - A teraz chodźmy...
- Tylko gdzie...?
- Wiem, że jestem tylko małym głupim pierwszoroczniakiem, że wy jesteście super mądre i że moje zdanie gunwo znaczy, ale... - Fiffy zawiesiła głos. - Chyba najrozsądniej będzie się wycofać. Dominique pewnie już dawno siedzi sobie z Mrukotem przed kominkiem!
- Przemówiła mądrość Ravenclaw - z uznaniem dotknęłam jej ramienia. - No to teraz znajdź drogę z powrotem.
Fiffy strząsnęła moją rękę.
- Czy ja coś mówiłam, że będę jakąś waszą przewodniczką po tej dżungli?! - obruszyła się. - To wy jesteście starsze... A ja jestem głodna, chcę do domu, chcę do mamy i chcę siku.
- Chyba sobie żartujesz - powiedziała Viki z niedowierzaniem. - To idź w krzaki i przy okazji podlej jagody, może się nadadzą... na nasz ostatni posiłek w życiu.
- Może... spróbujmy wyjść z tej polanki tak, jak się tu znalazłyśmy? - wysunęłam propozycję, raczej bez większego przekonania.
- Czyli... Mój tyłek znów ma się narażać pniakowi-ośmiornicy? - Fiffy przekrzywiła głowę.
- Ech... Czy my przypadkiem nie wyznaczyłyśmy drogi przez te krzaczory...?
Victoire i moja młodsza siostra odruchowo spojrzały po sobie; we włosach miały pełno gałązek, na twarzy zadrapania, siniaki, pozostałości po bliskim spotkaniu z runem leśnym... Nagle Victoire syknęła z rozpaczą:
- Och, nie... Oczko mi poszło.
- Rzeczywiście. To w tej chwili jest dla nas priorytetowy problem - sarknęłam. - Wiecie co... Bufoni-gryfoni dawno by już poszli dalej... A Kujoni-krukoni już dawno odkryliby drogę powrotną. Tak więc idziemy i koniec mazgajenia!
- Pocky... - Fiffy patrzyła na mnie tak, jakbym nagle zwariowała. - Nie poznaję cię. Zawsze byłaś taka zdechła...
- Ale tu chodzi o nasze życie! - odparłam dobitnie, po czym  zaczęłam przedzierać się przez krzaczory w miejscu, gdzie wydawało mi się, iż utorowałyśmy sobie drogę już wcześniej. Oczywiście wywiodło mnie w jeszcze zupełnie inne miejsce, tym razem porośnięte gęsto jakimiś podejrzanymi muchomorami, i z jakimiś dziwnymi, srebrzystymi pasmami pozostawionymi na gałęziach... Babie lato, czy co?
- No i brawo za ten twój sposób drogi powrotnej - rzekła Fiffy, ironicznie-lakonicznie-flegmatycznie robiąc mi "klap-klap-klap".
- Tak. Bo mój plan miał na celu natychmiastową teleportację do szkoły - żachnęłam się. - No chyba wiadomo, że trzeba tam dojść...
- Fajnie tylko, że to nie ta droga... - odparła Fiffy, rozproszona lekko podejrzliwym zerkaniem na muchomory, jakby one również miały ją zaatakować. - Pewnie trwa już kolacja... - nagle westchnęła tęsknie, wciąż nie odrywając wzroku od grzybów.
- Chyba nie masz zamiaru... jeść tych... pieczarek? - zapytała Vika ostrożnie, jak do dziecka, którym mogłaby wstrząsnąć informacja, że smakowite "pieczarki" to tak naprawdę śmierdzące, obrzydliwe i najpewniej zabójcze muchomory.
- Pieczarki? - Fiffy błyskawicznie odwróciła się. - Gdzie?
   Szczerze mówiąc chciałam już powiedzieć coś zgryźliwego, ale w tym momencie ja sama poczułam pewne wariacje żołądkowe... I wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że sytuacja jest naprawdę poważna. Po pierwsze: dlatego, że nie zdążymy na kolację. Po drugie: po raz pierwszy miałam ochotę ślinić się na myśl o... pieczarkach!
- Chyba tam? - powiedziałam, wcale tak nie myśląc, ale po prostu musiałam zacząć iść, przed siebie, gdziekolwiek - ale przynajmniej iść, bo wtedy ma się największe szanse na to, że się gdzieś dojdzie! To chyba całkiem logiczne, prawda?
   Nagle usłyszałam ciche plaśnięcie.
- Aagh! - dziewczyny za mną aż podskoczyły. - Co to było...?!
   Spojrzałam pod nogi. Okazało się, że stąpnęłam na kałużę czegoś... srebrzysto-niebieskawo-połyskującego.
- Co to jest? - zdziwiła się Victoire. - Wygląda jak rozlana farba.
- Uhm. Ale za to nie wygląda, żeby ktoś malował tu parkowe ławki - zauważyłam, podnosząc lekko nogę, bo na czubku buta wciąż miałam lśniącą substancję.
- Patrzcie, tam jest tego więcej... - odezwała się Fiffy. -  I jeszcze jakieś nitki.
- Nitki...? - Victoire skierowała wzrok na srebrne nitki błyskające słabo na pobliskim krzaku i gwałtownie wciągnęła powietrze. - Chodźmy! Szybko!
- Ale... gdzie...?
- Po tych śladach!
- Nie miałyśmy przypadkiem szukać drogi powrotnej z tego lasu...?
- Och, nieważne...
- Nieważne?! - ja i Fiffy spojrzałyśmy na nią ze zgrozą.
   Ale Victoire już sama wyminęła nas i zaczęła iść wzdłuż drogi wyznaczonej coraz częściej występującymi srebrnymi plamami. Ja i Fiffy, wciąż z tym samym wyrazem zgrozy na twarzy, tym razem spojrzałyśmy po sobie - jednakże nie wyjaśniłyśmy w ten sposób tajemnicy nagłego działania Victoire... Zachciało jej się zabawy w Sherlocka! A co z Dominique? Mrukotem? Naszym życiem? Kolacją?
   Wytarłam buta o jakąś kępkę mchu i pociągnęłam za sobą swoją oniemiałą siostrę - jeszcze by tego brakowało, żebyśmy zgubiły kolejną wilę w tym gąszczu.
   Szłyśmy tak chyba z piętnaście minut, jak nagle usłyszałam szum wody rozbijającej się o kamienie.
   - Chyba gdzieś niedaleko jest strumień - rzuciłam w stronę pleców idącej z przodu blondynki.
- No to świetnie, on na pewno wpada do jeziora na błoniach! - ożywiła się z tyłu Fiffy, rozjaśniona nową nadzieją na szczęśliwe zakończenie tej historii. - Wystarczy tylko iść wzdłuż niego...
   Lecz Victa nie zwracała na nas uwagi, wciąż uparcie prując przez dzicz i dżunglę, po srebrnym szlaku rzekomej "farby". W końcu zatrzymała się przy jakichś krzaczorach, odgarnęła w miarę możliwości kłujące gałązki, stanęła lekko na palcach, troszkę się zachwiała żeby coś dojrzeć, ponownie wzięła głęboki oddech, opadła pietami na ziemię, puściła krzaczory, których badyle odskoczyły z powrotem na swoje miejsce, odwróciła się do nas; jej twarz była pobladła i jakby strasznie czymś przejęta.
- Eeyyyyyy... no i... Co tam jest? - zapytała Fiffy z głupią miną, być może dlatego, że tak jak ja, kompletnie nie wiedziała czego ma się spodziewać. - Zagryziony Mrukot? Zakrwawiona Domie? Możemy już wracać do Zamku i usiąść z nimi przed kominkiem, przy którym siedzą już od przeszło pół godziny...?
Ale Victoire nie zwróciła na nią uwagi.
- Same zobaczcie - powiedziała tylko.
Ja i Fiffy rzuciłyśmy się na przepychanki w stronę krzaków i odsunęłyśmy na bok ostre łodygi. Po czym... szczęki nam opadły.
   Patrzyłyśmy na otoczone tymi że chaszczami małe poletko wolnej ziemi. Na tym poletku, zbroczony plamami połyskliwej substancji, leżał najprawdziwszy jednorożec. Cały srebrny, z rogiem i w ogóle. Natomiast źródłem błyszczącej posoki była jego zraniona noga, na której widok równocześnie syknęłyśmy.
- No to... - powiedziałam powoli - idziemy do Hagrida...?
Odwróciłyśmy się do Viki. Fiffy patrzyła to na mnie, to na nią.
- Zakładając, że stąd wyjdziemy... - zaczęła Victa - a jeśli nam się uda, to że będziemy żywe... nie sądzę, byśmy mogły to zrobić. Przecież nie możemy powiedzieć Hagridowi, że same włóczyłyśmy się po Zakazanym Lesie... A nawet jeśli on się nie wkurzy, to... Przecież sam często powtarza, że ma "długi jęzor".
- To może po prostu nic nie róbmy i idźmy na kolację - zaproponowała Fiffy ale bez większej pewności co do swojej oferty.
- Tego nie możecie zrobić - odezwał się nagle jakiś dziwny głos.
Ja, Victoire i Fiffy równocześnie podskoczyłyśmy i zebrałyśmy się w ciasną kupkę, rozglądając się z przerażeniem na wszystkie strony, czytaj: na wszystkie drzewa, mordercze pniaki, podejrzane krzaki, zgniłe grzyby, trujące mchy, jednorożczą krew i wszystko, co mogło w tym lesie wariatów wydać z siebie ludzki dźwięk. Jednak źródło tego głosu szybko zostało przez nas zlokalizowane, kiedy z zarośli wybiegła do nas... Dominique, we własnej, wilowatej i całkiem (co zadziwiające)  żywej osobie. Po tym całym czasie, który spędziłyśmy same w Zakazanym Lesie, wydała się być tak nierealna jak... to, co wyszło za nią z gąszczu w chwilę później. A był to centaur.
   Poczekał, aż w końcu przestaniemy się ściskać i sprawdzać, czy Domie aby na pewno należy do świata żywych, po czym przemówił:
- Ten, kto obojętnie minie niewinne stworzenie, będzie przeklęty na wieki.
- Tak, powtarzał mi to cały czas, kiedy się naradzałyście... - westchnęła zgryźliwie Di.
- To wy... byliście tu przez cały czas?! - niedowierzała Vika.
- Nie, tylko... Szłam sobie przez lasek w poszukiwaniu mego zaginionego kocięcia - podjęła Dominique zdawkowym tonem swoją opowieść. - Nie znalazłam go jednak, więc pomyślałam, że pewnie zdrajca liże już sobie łapki w Zamku przed kominkiem... Więc postanowiłam wrócić. Ale wtedy natknęłam się na to ociekające brokatem w kleju "biedne niewinne stworzenie"... Ach, no i Klarensjo mi powiedział, ze jeśli mu nie pomogę...
- Zaraz zaraz - przerwałam jej szybko. - Zgubiłam ten moment, w którym mówisz kto to jest Klarensjo i jak go spotkałaś.
- Klarensjo to moje imię - odezwał się centaur z godnością. - I skoro już was spotkałem, ludzkie źrebięta, mogę wam wyznać, że planety nie były przychylne dla jednorożców tej nocy... Nieunikniona jest interwencja rasy ludzkiej.
- Co on mówi...? - wyszeptała Fiffy.
- Chyba, że tylko my możemy pomóc coś temu jednorożcu - wywnioskowałam. - Ale dlaczego my? Czy... czy centaury nie mają jakichś własnych sposobów na wyleczenie tego jednorożca? W końcu... jesteście stworzeniami z tego samego lasu.
Do tej pory całkowicie spokojna i wyprana z emocji twarz Klarensja, stała się nagle obrażona, co sprawiło, że opadła z niej cała natchniona aura.
- Gwiazdy dały przecież jasno do zrozumienia, że pomoc ludzkiej rasy jest konieczna. Chcecie sprzeciwiać się wyrokom niebios?! - natychmiast pokręciłyśmy głowami. - No. To teraz zatamujcie to paskudne krwawienie swoimi ludzkimi sposobami, a potem odprowadzę was do waszej szkoły.
- A czy te wyroki niebios wiedziały, że kolacja jest o 20:00? - zapytała Fiffy z nadzieją.
Klarensjo prześwidrował ją wzrokiem zimnej ryby.
- No tak. Właściwie... mogłem się tego spodziewać... - zaczął złowróżbnie dreptać przednimi kopytami w runie leśnym. - Wiadome jest, że ludzie ponad wszystko przekładają zaspokojenie swoich marnych, prymitywnych, przyziemnych i egoistycznych pragnień ponad wartości wyższe, takie jak pomoc biednemu stworzeniu. Chcę tylko powiedzieć - dodał, jakby łagodniej, widząc nasze oburzone miny - że nie tak łatwo jest zranić jednorożca... To coś, co dopuściło się tej zbrodni musiało posiadać wielką magiczną moc, z pewnością ludzkie źrebaki nie miałyby szans w...
- Dobrze, rozumiemy - przerwała mu Dominique, która najwyraźniej słuchała tej przemowy nie po raz pierwszy. Klarensjo wydawał się być urażony jej impertynencją, ale zamilkł. Domie z godnością strzepnęła jakiś pyłek ze swojej szaty. - Zajmiemy się tym jednorożcem, a ty wyprowadzisz nas w zamian z Zakazanego Lasu. Umowa stoi?
   Centaur ponownie zadreptał w miejscu kopytami.
- Chyba się nie zrozumieliśmy... - wyraził obawę, w sposób w stosunku do nas raczej pobłażliwy. - Macie się nim zajmować dopóki nie wróci do całkowitego zdrowia.
- Ach, tak? - poinformowała się uprzejmie Victa. - Hagrid z pewnością zrobi to lepiej od nas. Obiecujemy, że mu o tym powiemy, jak wyprowadzisz nas z lasu.
   Klarensjo zarżał ze zniecierpliwieniem.
- Rasa ludzka...! Wyroki niebios! Gwiazdy! Planety! Układy, księżyce, ciała niebieskie!
Spojrzałyśmy na niego, nie wiedząc o co chodzi.
- Niebo mówi wyraźnie o gatunku ludzi! A Hagrid... nie jest do końca ludzki... Nie można sprzeciwiać się zrządzeniom przyszłości.
- A więc... Mamy przychodzić tutaj, dopóki ten jednorożec nie stanie na nogi? - powiedziałam z niedowierzaniem. - To niemożliwe, nie możemy tu przychodzić... Uczniowie Hogwartu mają zakaz przychodzenia tutaj...
- A więc w takim razie co robicie w naszej puszczy? - zastrzelił nas pytaniem centaur.
Ogłupiałyśmy.
- A jeśli się nim nie zajmiemy, to co wtedy? - zapytała Fiffy.
- Nie wyprowadzę was do waszej szkoły. Dopóki nie zajmiecie się tym biednym stworzeniem i nie złożycie magicznej przysięgi, że tu wrócicie, by się nim zajmować...
- Magicznej przysięgi... Ale chyba nie Wieczystej?! - przestraszyła się Di.
- My centaury mamy swoje sposoby dotrzymywania obietnic - uspokoił nas nieskutecznie Klarensjo. - A teraz spełnijcie wolę niebios. Tutaj rośnie pełno torfowca. Wystarczy na zatamowanie krwi.
- Skoro znasz się na tym zielsku, to wobec tego sam możesz... - zaczęła Domie, ale Klarensjo jej przerwał:
- Rasa ludzka!!!...
W tym jednak momencie jednorożec zarżał cicho acz boleśnie. Ten jeden odgłos żałości okazał się mieć większą siłę sugestii niż wszystkie uczone centaurze przemowy Klarensja o wyrokach niebios i tak dalej. W jednej chwili Victoire przystąpiła do jednorożca uspokajając go cicho, Dominique i Fiffy zaczęły zbierać mech torfowy, ja zaklęciem ususzałam to, co one nazbierały... nasza złowroga wyprawa do mrocznego Zakazanego Lasu pełnego upiornych zwierzaków, zamieniła się nagle w milusie grzybobranie krasnali i królewny Śnieżki. Temu wszystkiemu Klarensjo przyglądał się z wyraźnym zadowoleniem, mówiącym "od początku wiedziałem, że tak będzie, a to wszystko dzięki wyrokom niebios". W końcu zatamowałyśmy krew, zrobiłyśmy okład, założyłyśmy bandaż, lada chwila a zabierałybyśmy się za masaże...
   I tak, przyznam ci się czarnomagiczny notesie, że złożyłyśmy od biedy tę jakąś centaurzą przysięgę... Tak tak, spełniłyśmy wyroki losu... Obiecałyśmy się zajmować jednorożcem... W zamian zostałyśmy wyprowadzone z lasu... Na kolację nie zdążyłyśmy... Teddy Lupin dziwił się, dlaczego jesteśmy poszarpane, odrapane, całe w liściach i ziemi... Nikt niczego się nie dowiedział... Wszystko pięknie, cudownie i świetnie... I właściwie był tylko jeden, mały, drobny, nieznaczny szczegół...
  Mrukot leżał sobie w pokoju wspólnym Ravenclawu na kanapie przed płonącym kominkiem, objedzony po uszy i smacznie sobie kimał.


~ Tita Pocky