poniedziałek, 9 stycznia 2017

2.2 Podręcznik Przykładnego Prefekta

Ted Remus Lupin


  Życie jest dziwne, a już zwłaszcza w czarodziejskiej rzeczywistości.


  Najpierw zsyła na twoją drogę wilkołaka, a potem mianuje cię na prefekta szkoły.


  Chociaż w sumie w świecie magii nic nie jest przecież normalne – nawet ci, którym zaklęcia przetrąciły psychikę, są uznawani za autorytatywnych ekspertów w dziedzinie nauki i filozofii. Taki Merlin na przykład, albo Albus Dumbledore. Równie dobrze więc ja mogę być niezrównoważonym psychicznie prefektem, któremu Zakazany Las pomieszał w głowie.


   — Teddy…!


   Zawisłem na pierwszym stopniu prowadzącym do wagonu wciąż trzymając za uchwyt, po czym odwróciłem się do tyłu.


   Andromeda Tonks w honorowej asyście mojego ojca chrzestnego, nawet w tłumie zaaferowanych rodziców wyglądała dziwnie imponująco – choć tiara całkiem mocno przekrzywiła się na jej brązowo-szarej plątaninie włosów. Jej spódnica, długa aż do ziemi, z mnóstwem tych małych zakładaczek, co zawsze zapominam, jak się nazywają, była lekko przykurzona, aczkolwiek poza tymi drobnymi mankamentami, moja babcia prezentowała się jak najbardziej dystyngowanie. Była wysoka, szczupła i jak na złość bardzo podobna do swej siostry Bellatriks, choć jej oczy były dużo większe i łagodniejsze. Teraz mrużyła je patrząc na mnie, jak zwykle, kiedy próbowała ukryć prawdziwe odczucia.


   — Masz wszystko? – zapytała, wprawdzie bez przesadnie ckliwej troskliwości, aczkolwiek i tak w całkiem babciny sposób. – Niczego nie zapomniałeś…? A kufer masz dobrze dopięty…? Cały czas mu powtarzam, że powinien sobie sprawić na Pokątnej nowy kufer – zagderała w stronę Harry’ego – ale on nie może się rozstać z tym starym, połatanym tobołem…


— To tobół mojego ojca – odpaliłem, nie bez lekko wyzywającej nuty. – A poza tym jeszcze świetnie się trzyma…


— Uważa, że to jego rodowe dziedzictwo – stwierdziła kwaśno moja babcia.


   Harry’emu tylko drgnął kącik ust.


— Ale chyba z odznaki prefekta jesteś zadowolona…? – rzucił, po czym podszedł do mnie i uścisnął mocno moje przedramię. – No to… trzymaj się, Ted.


   O mało co nie syknąłem, tylko wykonałem jakiś krzywy uśmiech i czym prędzej wskoczyłem na drugi próg schodków.


   Przez całe wakacje wsmarowywałem w siebie tony lekarstwa, które Larieson ukradł tamtej nocy ze Skrzydła Szpitalnego – i starałem się to robić tak dobrze, jak Victoire – jednak wilkołacze zadrapanie wciąż mnie bolało. Mimo wszystko i tak byłem z siebie dumny. Udało mi się ukryć je i przed Harry’m i przed Andromedą, choć w sumie nie było to aż tak trudne, zważywszy na to, że wystarczyło przez dwa miesiące po prostu nie wychodzić z pokoju.


   Co prawda na początku babcię dziwiło moje tajemnicze zachowanie, dała jednak spokój, kiedy pewnego dnia oświadczyłem jej, że nauczyciele zadali nam na wakacje tony pracy domowej, ze względu na to, że w tym roku mam zdobywać Sumy. Zresztą, mógłbym się założyć, że zrzuciła winę za moje poczynania na jakiś śmieszny, młodzieńczy kryzys. W końcu i tak przestała się mną interesować, kiedy gdzieś w połowie wakacji dotarła do nas wiadomość, że jej siostra Narcyza jest ciężko chora – a ponieważ obie nie utrzymywały kontaktu od lat, sądzę, że Andromeda miała większe zmartwienia na głowie, niż podtykanie mi obiadków pod nos.


   Co do Harry’ego, nieczęsto miałem okazję widzieć go w te wakacje. Tłumaczył się tym, że miał straszny nawał pracy w ministerstwie.


   — Oczywiście odprowadzę cię na pociąg – wydyszał, kiedy wczorajszego wieczoru wpadł nagle do nas na pięć minut przed końcem kolacji. – Ale zaraz potem muszę lecieć do ministerstwa…


— W porządku… – wzruszyłem ramionami. – W końcu już wtedy odjadę, więc równie dobrze możesz wybrać się na poszukiwania chrapaków krętorogich, a nie zrobi mi to różnicy.


   Na szczęście jakkolwiek była to dość kwaśna uwaga, Harry zbyt szybko rzucił się na popisy kulinarne mojej babci, by zaprzątać tym sobie głowę. Głodzą go w tym ministerstwie, czy co…? Wtedy potwierdziłaby się teza, że praca odbiera szczęście… Bo w końcu to jedzenie jest największym szczęściem.


   Teraz Harry uśmiechał się i chyba nawet nie myślał o kłopotach w Biurze Aurorów. Zawsze wydawało mi się, że mój ojciec chrzestny patrzy na mnie w dziwnie zagadkowy sposób, ale może było tak po prostu dlatego, że znał moich rodziców, więc doskonale potrafił rozszyfrowywać objawiające się we mnie ich geny, o których ja nie miałem pojęcia…


   Taaak, całą końcówkę lata wysłuchiwałem tego, jakim to podobnież wspaniałym prefektem był mój ojciec.


   Pociąg ruszył, a ja jeszcze przez chwilę patrzyłem przez otwarte okno na moich machających rękami wspaniałych opiekunów. Nie uchodziło mojej uwadze to, że ludzie wokół gapili się na nich bardziej, niż na własne dzieci odjeżdżające w dal – jedni szemrali z podnieceniem, wskazując sobie palcami Harry’ego Pottera – inni rzucali dziwne spojrzenia w stronę mojej babci, tak podobnej do swojej fatalnej siostry.


   Ona jednak kompletnie nie zwracała na to uwagi, wpatrując się we mnie swoimi wielkimi, łagodnymi oczyma. Zawsze uważałem, że te oczy do niej trochę nie pasują, ale lubiłem je, zwłaszcza gdy błyszczała w nich taka duma jak teraz – a przynajmniej tak było do tej pory, bo gdy mój wzrok zetknął się z jej jasnym spojrzeniem, bolesne mrowienie w moim przedramieniu otworzyło mi umysł na nową, niemiłą prawdę: ona nie powinna być ze mnie dumna.


   Ja nie byłem z siebie dumny.


   Uśmiechnąłem się do niej lekko i uniosłem rękę w geście pożegnania.


   Podobno niegdyś moja babcia była inna, ale mało kto pamięta te czasy. Kiedyś jej łagodne oczy pasowały do jej sposobu bycia. Raz przez przypadek usłyszałem, jak dziadkowie Weasley’owie określili Andromedę „zgorzkniałą”. Nie rozumiałem wówczas zbytnio co to znaczy, aczkolwiek w jakiś sposób utrwaliło się to w mojej pamięci – i teraz odżyło nagle w pełnym rozumieniu tego słowa, kiedy w końcu dorosłem i sam zacząłem dostrzegać, że to prawda.


   Ekspres Hogwart rozpędzał się na szynach, coraz bardziej przybliżając mnie do nauki, Sumów i nowych, prefekcich obowiązków. Harry i Andromeda zniknęli za zakrętem, a ja opuściłem rękę i bezmyślnie znów zacząłem rozmasowywać przedramię.


   Nienawidziłem pożegnań. Nigdy nie wiedziałem, co powiedzieć, ani jak się zachować. Kiedyś po prostu przytuliłbym serdecznie moją babcię, ale przecież nie jestem już dzieckiem! Nie należy przesadzać zbytnio z wylewnością.


   A skoro już przy tym jesteśmy: chyba bardziej kulawo nie potrafiłeś się pożegnać!


— No to… Idę do przodu, tam jest przedział dla… To… do zobaczenia.


   Za wiele wielokropków. Powtarzam: za wiele!


   Victoire wyglądała na równie niemile zaskoczoną tą nową sytuacją jak ja, jednak nic nie powiedziała. No właśnie... Co to była za dziwna, pozornie błaha rozmowa…? Zupełnie jakbyśmy próbowali udawać, że nic się nie stało.


   A przecież się stało, pomyślałem, bezwiednie dotykając ręką przedramienia, na którym pod rękawem wciąż czerwieniały blizny. Najpierw ja o mało co nie wyleciałem ze szkoły, potem ona, a jeszcze potem omal oboje nie zginęliśmy...


   — Auaaa…!


   Zatrzymałem się gwałtownie w środku korytarza, instynktownie odskakując od osoby na którą bezmyślnie wpadłem.


   A niestety, nie był to byle kto. Kaitlyn Gwendolyn Jackson, największa dresiara na moim roku w Gryffindorze, o włosach tak ciemno-rudych, że aż czerwonych, zazwyczaj pod postacią jednego wielkiego kołtuna związanego na samym czubku głowy, w który bezsensownie wtykała swoją różdżkę – i teraz również nie było inaczej. Do tego była tak wysoka, że zawsze musiałem się przy niej podwyższać kiedy nie patrzyła, co potem okazywało się nieco problematyczne, gdy następnie spotykałem się z niziutką Pocky Glam…


   — Czego…? – powiedziała chyba niezbyt przytomnie, po czym natychmiast zmarszczyła brwi gdy zorientowała się z kim ma do czynienia. – Lupin! – burknęła, po czym już bez żadnego skrępowania przyłożyła do ust coś, czym mógł być tylko mugolski papieros i dmuchnęła szarą, nikotynową chmurą przez otwarte okno pociągu. – Mógłbyś się tak nie tarabanić przez ten tyci korytarzyk z tym swoim prefekcim tyłkiem…? W tym pociągu są też inni ludzie poza tobą i twoją odznaką.


— Można wiedzieć, co robisz w wagonie dla prefektów…? – zapytałem, siląc się na uprzejmy ton.


— Chciałeś chyba powiedzieć NASZYM wagonie – poprawiła mnie beznamiętnie, a ja aż wytrzeszczyłem oczy.


   To był chyba jakiś żart.


   Kaitlyn Jackson nie mogła być prefektem!


   Więc albo McGonagall zwariowała, albo maczał w tym palce George Weasley na spółkę z Irytkiem, albo jakimś innym Grindelwaldem! Chociaż w sumie, czego ja się spodziewałem…? W każdym domu wybierana jest dwójka prefektów, chłopak i dziewczyna – a poza Kaitlyn, wśród gryfonek raczej nie było zbyt wielu lepszych kandydatek na stanowisko mojej prefekciej partnerki. Wprawdzie jedna z bliźniaczek Corner może mogłaby się nadać, ale z pewnością spowodowałoby to zazdrość tej drugiej, co mogłoby się skończyć zrównaniem Wieży Gryffindoru z ziemią… A Sophie Lynch… to w końcu Sophie. Ona nie nadaje się do niczego poza snuciem planów o założeniu w przyszłości hodowli hipogryfów skrzyżowanych z jednorożcami.


   — Co – rzekł teraz złowróżbnie mój koszmar, który stał się rzeczywistością. – Coś się nie podoba?


— Czy mi się coś nie podoba…?! – spojrzałem na nią z niedowierzaniem, na chwilę zapominając o zasadach dobrego wychowania.


    Kaitlyn ponownie zaciągnęła się mugolskim papierosem.


— Ty to jednak masz tupet, Lupin – stwierdziła, lustrując mnie leniwie wzrokiem i dmuchając szarym dymem prosto we mnie. – Już od razu wskoczyłeś w swoje szatki… – Sama miała na sobie powyciągany szary dres, który, jestem tego pewien, służył jej chyba również za piżamę.


   Bez słowa wyjąłem jej papierosa z ręki, cisnąłem go za okno, po czym ze stoickim spokojem skierowałem się w stronę przedziału prefekta naczelnego, zanim Kaitlyn zdążyła choćby wyciągnąć różdżkę ze swojego koka i rzucić na mnie swoje mistrzowskie Zaklęcie Zabójczej Łaskotki. Jakbym nie miał przed sobą dosyć użerania się z pierwszoroczniakami… Nie, oczywiście! Teraz będę musiał znosić cholerną Jackson, która nadawała się na prefekta tak, jak Boorack Junior na primabalerinę, a to tylko dlatego, że przy jej jawnej nienawiści do nauki i lenistwie, jakimś cudem udawało jej się zgarniać wysokie stopnie!


   W liście, w którym otrzymałem odznakę prefekta, wydano instrukcje, według których pierwszą godzinę podróży miałem spędzić w przedziale prefekta naczelnego, który miał nas zapoznać z nowymi obowiązkami, wyjaśnić, na czym polegają, wytłumaczyć jaki mają cel i dlaczego są takie ważne, wyłuszczyć nam tysiącletnią tradycję naszej funkcji, wpoić w nas poczucie dumy i odpowiedzialności, a przede wszystkim gadać, gadać, gadać, dopóki każdy ze słuchaczy nie wpadnie w trans podobny do stanu półżywej rośliny. Prefektem naczelnym okazał się być pewien nadęty ślizgon, niejaki Credence Paddington, który wsmarowywał w swoje starannie zaczesane włosy więcej żelu niż Hagrid w swoją brodę na spotkanie z Madame Maxime. Koleś miał najlepsze stopnie wśród siódmych klas, choć uważam, nie grzeszył zbytnio inteligencją – śmiem podejrzewać, że jego sukces polegał po prostu na bezmyślnym wkuwaniu podręczników na pamięć. Swoje stanowisko potraktował jednak bardzo poważnie, bo przed finalnym przejściem do rzeczy, postanowił widocznie wyłuszczyć nam całą historię Hogwartu i szczytną rolę prefektów w jej tysiącletnich dziejach, których tak nawiasem mówiąc, pewnie również wyuczył się na blachę z książki. Dziękowałem jednak Merlinowi za to, że nową prefekciną Slytherinu nie została Gigi Bulstrode, ponieważ byłoby to chyba jeszcze gorsze od perspektywy dzielenia obowiązków z Jackson… Było jednak coś, co wprawiło mnie w jeszcze większe niedowierzanie niż widok jej szarego, workowatego dresu w wagonie prefektów. Tuż naprzeciwko mnie siedział Boorack Junior, który wyglądał tak, jakby starał się rzucić na siebie samego Zaklęcie Kameleona.


   I wcale mu się nie dziwię. On w ogóle nie powinien tutaj być!


   Cholerny Sean Larieson. Gdyby w zeszłym roku nie zrzekł się funkcji prefekta Hufflepuffu, to on siedziałby tu teraz zamiast Booracka Juniora, ale oczywiście. Bogu niech będą dzięki, przynajmniej Bulstrode, mimo swojej inteligencji, ma tak beznadziejne oceny, że nie trafiła do tego przedziału! Gdybym musiał siedzieć tu z nią, Boorackiem Juniorem i Kaitlyn, która ziewała bez ustanku, chyba musieliby zatrzymać pociąg i odwieźć mnie na izolatkę do Świętego Munga.


   Z jednego przynajmniej mogłem mieć satysfakcję – odebrałem prefekcie stanowisko Spellowi Woodowi, który od zawsze miał ambicje do zostania naczelnym prymusem szkoły. Ten idiota chciał być najlepszy we wszystkim – najlepszy w nauce, najlepszy w quidditchu, najlepszy w zarywaniu do dziewczyn… Słyszałem, że w tym roku otrzymał mianowanie na kapitana drużyny, ale i tak pewnie będzie zwijał się z zazdrości, że to nie on ma prawo do odejmowania punktów, przydzielania szlabanów i wydawania poleceń… A niech się drze na swoim głupim boisku!


   Harry, który swego czasu był świetnym szukającym, uparcie utrzymywał, że ja również mógłbym grać w quidditcha. Może i tak, nie byłem ostatnią ciamajdą, ale zbytnią zwinnością też nie grzeszyłem. Wprawdzie wszystko nie wylatuje mi z rąk tak często jak donice profesorowi Longbottomowi na zielarstwie, aczkolwiek zdarzają mi się głupie rzeczy, na przykład rąbek szaty, który plącze mi się pod nogami, mimo że u Madame Malkin był idealnej długości, albo jakiś głupi fałszywy stopień, który za każdym razem zdaje się być w innym miejscu schodów… Latać na miotle potrafię, ale gdyby miała się na mnie gapić cała szkoła?... Jestem pewien, że zamiast wyminąć tłuczka, po prostu zleciałbym z miotły.


   Chociaż dzisiaj to akurat nie ja wykazałem się niezdarnością. Na całe szczęście udało mi się zatrzymać wózek Victoire, zanim zdążyło pod niego wpaść kolejne zwierzę. Taaak, przynajmniej tyle mogłem dla niej zrobić… Za to, co ona zrobiła dla mnie, i za to, że olałem jej listy…


   Nie, te wakacje zdecydowanie nie były najlepszym czasem w moim życiu.


   Pomijając to, że prawie w ogóle nie wychodziłem z pokoju, do którego okno zaryglowałem tak szczelnie, że ledwo co przepuszczało światło, całe dwa miesiące przeleżałem na łóżku, nie zważając na coraz większy syf na podłodze i zastanawiałem się, co właściwie się stało.


   Pierwsze, co pamiętam po wyjściu z Zakazanego Lasu, to Victoire, która siedziała na skraju mojego łóżka. Wyglądała okropnie, a w ręku trzymała mokrą ściereczkę, którą zapewne ocierała mi twarz. Ostatni raz rozmawiałem z nią szczerze wtedy na schodach. A dzisiejsza rozmowa… Nie, nie była raczej zbyt szczera.


   Ale w końcu przez cały rok nie byliśmy ze sobą zbyt szczerzy. Ona ukrywała przede mną swoje kłopoty, a ja ukrywałem przed nią to, że o nich wiem.


   Wbiłem wzrok w szybę, za którą migały zielone pola i jakieś mugolskie, białe domki. Na horyzoncie rysowała się ciemna linia lasu.


   Przez całe lato śniło mi się to samo. To, co słyszałem, gdy w lesie zaatakował nas dementor – jakieś krzyki i huki, które toczyły się echem jakby pod wysokim sklepieniem, zwielokrotniając się coraz głośniej i głośniej. Widziałem błysk zielonego światła, a kiedy znikał, znów byłem tam, w Zakazanym Lesie. U moich stóp leżał okrutnie poraniony wilkołak, a ja stałem nad nim z uniesioną różdżką.


   Czy naprawdę musiałem to wtedy zrobić…?


   — Lupin… e, Lupin!


   Jackson szturchała mnie w ramię chyba już od jakiegoś czasu, bo kiedy ocknąłem się z rozmyślań i spojrzałem na nią ze zdziwieniem, wyglądała na wyraźnie rozdrażnioną.


— Co…? – zapytałem z lekka nieprzytomnie, odrywając głowę od szyby i marszcząc brwi.


— Zrób coś z tymi cholernymi włosami…! – syknęła w moją stronę, równocześnie zerkając na Paddingtona, który wspinał się właśnie na wyżyny oratorstwa. – Bo zaraz ten debil to zauważy i nie wyjdziemy stąd przez kolejne dwie godziny!


   Bezmyślnie poderwałem rękę do swoich włosów, zupełnie jakbym przez dotyk mógł rozpoznać, jaki mają teraz kolor.


— A jakie są? – szepnąłem w jej stronę, zastanawiając się, jakie były dziś rano. Zdaje mi się, że chyba ciemne. Jak wyszedłem na słońce, zrobiły się brązowe.


   Jackson wywróciła oczyma.


— Są niebieskie, kretynie.


   Szybko potrząsnąłem głową, zmieniając włosy z powrotem na poprzedni kolor.


   No tak. Zawsze ten sam problem. W zeszłym roku zostałem określony przez Accio Plotę jako „znany ze swoich oszałamiających outfitów”. Prawda jest taka, że moje włosy same zmieniają ciągle kolor. I sam nigdy nie wiem, co będę miał na głowie, kiedy obudzę się rano.


   Jestem metamorfomagiem po mojej mamie, ale Andromeda zawsze utrzymywała, że Nimfadora całkowicie świadomie doprowadzała do zmian w swoim wyglądzie. Tylko kiedy była małą dziewczynką, nie kontrolowała swoich przemian, ale podobnież to całkiem normalne dla metamorfomaga w wieku dziecięcym. Tak więc albo nadal jestem bachorem, albo coś jest ze mną nie tak, skoro do dzisiaj nie potrafię utrzymać jednego koloru włosów dłużej, niż przez tydzień. I gdybym nie był metamorfomagiem, byłbym zapewne mistrzem kamiennej twarzy, ale oczywiście nie, bo za każdym razem włosy muszą zmieniać mi się na czerwono!


   Moja mama miała podobnież najwyższą ocenę z maskowania się podczas egzaminów na aurora. Nie zdziwiłbym się, gdybym z takimi samymi umiejętnościami jak ona, zarobił podczas takich testów na najniższy stopień. Zwłaszcza, że teraz noszę na sobie ślad, po którym można mnie rozpoznać. Ślad, którego kłujący ból budził mnie za każdym razem, gdy stałem we śnie nad wilkołakiem, celując w niego różdżką, albo gdy słyszałem, jak moja mama umiera.


   Pamiętam, jaki byłem zaszokowany wtedy w lesie, kiedy po raz pierwszy usłyszałem głosy moich rodziców. Gdybym wiedział, że będę słuchał ich przedśmiertnych krzyków co noc…


   A teraz po tym wszystkim, muszę wrócić do szkolnego życia, korytarzy pełnych beztroskich ludzi, żartów podczas posiłków w Wielkiej Sali, nauczycieli mających nas za osobniki kompletnie nieobeznanie z życiem – i do spojrzenia Victoire, jakim uraczyła mnie na peronie 9 i ¾ – czyli takim, jakbym był poważnie chory.


   Głos prefekta naczelnego wdarł się do mojej świadomości w samą porę, abym usłyszał to, co tak naprawdę było w tej chwili najważniejsze: czyli nasze aktualne zadania.


   — Co jakiś czas należy patrolować cały pociąg i sprawdzać, czy wszystko jest w porządku... – urwał, po czym zmierzył nas podejrzliwym spojrzeniem, jakby się spodziewał, że ktoś się temu sprzeciwi, wszyscy jednak siedzieli cicho. Paddington poprawił zielono-srebrny krawat i przybrał ważną minę na swojej papierowej twarzy. – Radzę raczej unikać odejmowania punktów, z racji tego, że rok szkolny nie rozpoczął się jeszcze oficjalnie…


   Kaitlyn ponownie ziewnęła szeroko, a ja mimowolnie odczułem chęć, aby uczynić to samo.


   Oczywiście, zamierzałem dostosować się do zaleceń. Ale gdyby Spell Wood zdążył mi podpaść już w pociągu, to czy rok szkolny rozpoczyna się wraz z ucztą, czy wraz z wyruszeniem Ekspresu Hogwart, nie będzie to stanowić dla mnie zbyt wielkiej różnicy…


   Cholera. Czy w Podręczniku Przykładnego Prefekta, który nadesłał mi Percy Weasley, nie było przypadkiem czegoś o nadużywaniu swojej funkcji...?


        A zresztą, nie ważne. Najważniejsze było to, że prefekt naczelny skończył już mówić i w końcu można było wyjść.


        Powoli szkolna prefekcia elita zaczęła wytaczać się z przedziału, wyglądając na równie wycieńczoną psychicznie jak po lekcji historii magii. Kaitlyn jako pierwsza zniknęła w korytarzu, idąc tak szybko i zdecydowanie, jakby rzeczywiście miała zamiar wlepić komuś krwawy szlaban. Już miałem podążyć jej śladami, kiedy drogę ni stąd ni zowąd, zastąpił mi Boorack Junior, blokując swoją okrągłą postacią całą przestrzeń wąskiego korytarzyka.


   — Ty... – powiedział z wyraźnym wysiłkiem, chyba spowodowanym tym, iż równocześnie z wypowiedzeniem tego jakże skomplikowanego słowa, wskazał we mnie paluchem, co było szczytem jego gestykulacji, w której celu musiał uruchomić drugą półkulę mózgową. – Ty... idziesz do Pauline Glam?...


   Uniosłem brwi, na szczęście w samą porę powstrzymując się od parsknięcia śmiechem. Nie żeby jakoś specjalnie zależało mi na uczuciach Booracka Juniora... ale mimo wszystko moja pozycja wymagała ode mnie jakiegoś stopnia uprzejmości, rzecz jasna w celach autorytatywnych. Co z tego, że Boorack Junior też był prefektem. Ja sam na to zarobiłem, a temu debilowi załatwił to ojciec.


   — Tak, coś przekazać? – zapytałem, delikatnie sugerując, że nie mam ochoty, by Boorack Junior przywlókł się za mną do przedziału Pocky.


— Eeee... – powiedział tylko Boorack Junior. – Eeeyyyy…


   Uznałem, że na tym mogę zakończyć tę konwersację. Wyminąłem Booracka Juniora, zanim ten zdążył poukładać sobie w głowie kolejne zdanie, w duchu kręcąc głową nad tegoroczną kadrą prefektów. Jackson, która miała wszelkie zasady w głębokim poważaniu, Boorack Junior o mózgu wielkości fasolki o smaku gluta, jeszcze ta krukońsko–kujońska psychopatka Sherry Power, a nimi wszystkimi miał zarządzać Paddington... Zapowiada się wesoły rok, nie ma co!


   Idąc pociągiem, skrupulatnie zaglądałem do wszystkich przedziałów, jednak wcale nie dlatego, że szczególnie gorliwie wypełniałem swoje obowiązki. Gdyby tak było, musiałbym wejść do przedziału Paczki Puchonów i odebrać Cristerowi Welchowi wielkie pudło łajnobomb, a szczerze mówiąc, niezbyt mi się to uśmiechało, skoro mogło mi wybuchnąć prosto w twarz. Może w tym roku rzeczywiście to oni planowali wysadzenie gabinetu Booracka w powietrze, któż mógł to wiedzieć...? Minąłem ich drzwi, po czym zajrzałem do kolejnego przedziału – i jak najszybciej ruszyłem dalej korytarzem, było już jednak za późno – rozsuwane drzwi otworzyły się i Gigi Bulstrode wychyliła zza nich swoją złotą głowę.


   — Ted!...


   Zatrzymałem się w pół kroku, przymknąłem powieki, odliczyłem w myślach do trzech, po czym otworzyłem oczy i odwróciłem się powoli w jej kierunku.


   Ale mój trud był daremny. Kiedy Gigi do mnie podeszła, dziwnym trafem doznałem wrażenia, iż trzęsąca się podłoga pędzącego pociągu usuwa mi się właśnie spod nóg.


   Gigi Bulstrode była bardzo ładna. I niestety, łatwo można było zapomnieć, że jest to jej jedyna pozytywna cecha.


— Co to ma być za mina? – zaszczebiotała teraz, czego szczerze nienawidziłem, a o czym ona doskonale wiedziała. – Uciekasz przede mną...?


— Ginger, wyłącz proszę tryb rozmiękłej kluchy – rzuciłem tylko, marszcząc brwi.


   Dlaczego ona zawsze musiała to robić...? Niech przed resztą szkoły udaje słodziuchną dzidzię, ale przy mnie musi przyzwyczaić się do tego, że w życiu się na to nie nabiorę. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że Bulstrode tak naprawdę jest twarda jak kamień i w niczym nie przypomina pluszowego pufka pigmejskiego, za którego chce być uważana. A przede wszystkim, była na to o wiele za inteligentna.


   Wiele osób dziwiło się, dlaczego w ogóle się z nią zadaję, bo nawet gdy mrugała rzęskami, każdy na kilometr potrafił wyczuć jej niebezpieczną naturę i uciekał przed nią gdzie skrzeloziele rośnie. Szczerze mówiąc, sam często zadawałem sobie pytanie, jak to się stało, że nagle stałem się jedyną osobą w szkole, która wie o niej tak dużo. Na przykład tylko ja wiem o tym, że Gigi od lat jest na wychowaniu swojej ciotki Milicenty, którą widziałem tylko raz, i która przypomina z wyglądu rasową wiedźmę z mugolskich książek dla dzieci, albo o tym, że Gigi to nie jest jej prawdziwe imię, o czym była święcie przekonana cała reszta szkoły. Naprawdę nazywała się Genevive, ale ciotka przemianowała ją złośliwie na Ginger, co ja skrupulatnie wykorzystywałem. Chyba nawet ślizgonki z jej dormitorium nie miały zielonego pojęcia, że złote loki Bulstrode to tak naprawdę tylko parę machnięć różdżką przed lustrem co rano... W rzeczywistości była ruda, płomienno ruda, jak diabeł.


   Co, szczerze mówiąc, o wiele bardziej do niej pasowało niż ten niewinny blond.


   Teraz uniosła brwi, po czym jak gdyby nigdy nic chwyciła mnie za krawat. Chyba chciała mi urwać głowę, bo chyba raczej nie przyciągnąć do siebie!...


— Pod koniec tamtego roku nie byłeś takim grzecznym chłopcem... – wyszemrała głosem ociekającym lepką, klejącą się słodyczą, spoglądając mi przy tym bezczelnie prosto w oczy.


   Znieruchomiałem, kamienując ją wzrokiem.


   Czy ja się przypadkiem nie przesłyszałem, czy ona naprawdę to powiedziała?!


   Po pierwsze, odsuń się ode mnie Ginger na gacie Merlina, a po drugie przestań gadać o tym co mogło się stać, ale się nie stało!


  To ona po uczcie pożegnalnej zaczęła mnie molestować żebym przyznał się skąd mam tę świeżą ranę, którą nie wiem jakim cudem wyniuchała tym swoim ślizgońskim nosem! A omal jej nie pocałowałem tylko po to – podkreślam TYLKO ale i wyłącznie po to – żeby w końcu się zamknęła!


   Coś mi się widzi, że w tym roku drogo zapłacę za tamtą chwilę słabości. Chwyciłem ją mocno za rękę, po czym odczepiłem jej palce od mojego krawata, jeden po drugim.


   — Wracaj do przedziału, Bulstrode – powiedziałem chłodno, ale ona tylko zaśmiała się w głos. Nie był to jednak perlisty śmiech, zarezerwowany dla reszty szkoły, tylko ten prawdziwy, ostry i szorstki, jak ocierające się o siebie kamyki.


— Bo co, wlepisz mi szlaban? – parsknęła. – Odejmiesz mi pięć punktów?


— Mogę ci odjąć kończyny, jeżeli jeszcze raz tkniesz mój krawat.


   Gigi obrzuciła mnie pogardliwym spojrzeniem, po czym odwróciła się na pięcie, zamiatając swoimi złotymi lokami w powietrzu i zniknęła w przedziale zajętym przez jej ślizgoński harem. Mimowolnie wzruszyłem ramionami, po czym ruszyłem dalej korytarzem. Ta scena nie była zbyt przyjemna, ale znając to jak ja i Bulstrode się zazwyczaj żarliśmy, mogło być gorzej...


   Tak. Mogło być o wiele gorzej.


   Victoire i Pauline znalazłem w ostatnim wagonie pociągu – czyli dokładnie tam, gdzie je zostawiłem. Vicky siedziała nad jakąś książką, chyba podręcznikiem od zaklęć i uroków dla czwartej klasy i mimo, że rok szkolny nawet jeszcze się nie rozpoczął, była już w połowie lektury grubego tomiszcza. Pocky siedziała gapiąc się gdzieś w przestrzeń i bezmyślnie nakręcając kosmyk włosów na palec, zupełnie jakby na coś czekała.


   Kiedy otworzyłem drzwi przedziału, obie omal nie podskoczyły pod sufit.


   — Ted! – Pauline spojrzała na mnie z wyrzutem. – Myślałyśmy, że to Brenda…!


— A gdzie ona jest?


— Roznosi Accio Ploty, a co innego mogłaby robić? Chyba tylko iść do kibla, żeby tam czatować na Quirke’a.


   Opadłem na miejsce obok Pauline, dopiero teraz naprawdę czując jak dawka wiedzy zaserwowana nam przez prefekta naczelnego wycieńczyła mój stan umysłowy. Victoire dopiero po chwili zatrzasnęła książkę, po czym spojrzała na mnie i powiedziała:


— O…! To ty.


   Jej głos był dziwnie zdawkowy, graniczący niemal z obojętnością. Znałem to jednak na wylot. Coś było nie tak, jednak moją obserwację tego faktu rozproszyło nagle silne kopnięcie wymierzone przez kogoś w drzwi przedziału, które rozsunęły się z hukiem i do środka wparował Larieson, nie wiedzieć czemu cały podrapany, obsypany piórkami i wściekły niczym trójgłowy pies, który omal nas nie pożarł parę tygodni temu.


   Na mnie i na Victę ledwo co spojrzał. Od razu stanął przed Pocky i podstawił jej pięść przed nos.


— Zabierz to ode mnie i zamknij w jakimś obłożonym zaklęciami słoju! – krzyknął, a ja zorientowałem się, że dłoń zaciska na malutkiej sówce Pocky, Kłębopiórce. – Chciałaś mnie zadrapać na śmierć, to sama mogłaś się pofatygować, w ciebie przynajmniej da się wycelować różdżką!


— Uważasz za nienormalne, że wysyła się sowy do osób, które chce się wezwać? – zapytała Pauline poirytowanym tonem, jakby zupełnie nie obruszył jej ten wybuch. – Myślisz, że chciało nam się szukać cię po całym pociągu?


   Larieson nic nie odpowiedział, tylko cisnął pierzastą kulką na kolana Pauline, co jednak nie miało zbytnio sensu, bo prawie natychmiast sówka wzbiła się w powietrze i zaczęła krążyć pod sufitem, ćwierkając z entuzjazmem. Walnął się na miejsce koło Vicky, otrzepując się z piórek i patrząc na Pocky spode łba.


   — A więc z jakiegoż to powodu zakłócacie komfort mojej podróży…?


   Victoire odłożyła książkę na bok, po czym splotła ze sobą ręce, ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, drzwi ponownie rozsunęły się z trzaskiem.


   Do przedziału wkroczyła dostojnie Dominique, w ramionach dzierżąc swojego kota. Za nią pojawiła się Fiffie, która zasunęła z powrotem drzwi, równocześnie chowając szybko przed wzrokiem ogółu jakiś jadowicie kolorowy rulon. Dopiero po chwili domyśliłem się, iż musiała być to Accio Plota zawinięta w trąbkę i już chciałem po raz pierwszy użyć swojej prefekciej władzy i ją skonfiskować, kiedy w sekundę się zreflektowałem. Po pierwsze: Fiffie może i miała tylko niecałe dwanaście lat, ale była twardą zawodniczką i nie dałaby sobie odebrać niczego, na co wydała pieniądze, a po drugie: chyba wolałem, by znienawidzony szkolny szmatławiec nie ukazał się już nigdy więcej moim oczom. Fiffie i Di zajęły miejsca i wtedy Mrukot uwolnił się z ramion tej ostatniej i wskoczył wprost na mnie, wbijając mi w kolana ostre pazury.


   Ja to chyba mam jakiegoś pecha do zwierząt.


— Macie jakieś żarcie? – zapytała bez ogródek Dominique, jakby był to zupełnie normalny zwrot na powitanie.


— Tak, ale nie zatykajcie sobie nim twarzy, bo to ograniczy waszą zdatność do rozmowy – odparła Victa, jak zwykle ze stoickim spokojem.


— A ja nie chcę nic mówić, ale wózek z żarciem nie zajechał do przedziału prefektów… – wtrąciłem ostrożnie, próbując równocześnie zrzucić z siebie cholernego kota Dominique. Victoire wywróciła oczami. – Próbuję tylko zwrócić uwagę na to, że niektórzy tu konają z głodu.


   Vi pogrzebała w słodyczach porozrzucanych po siedzeniu i rzuciła we mnie czekoladową żabą, co skończyło się raczej żałośnie, zważywszy na to, że przez kota-terrorystę nie mogłem jej nawet złapać.


— Nie możecie jakoś ogarnąć tych swoich zwierząt? – Larieson zmarszczył brwi, co wystarczyło, aby zmotywować mnie do ostatecznego wywalenia kocura z mojej przestrzeni osobistej.


   Mrukot prychnął gniewnie, po czym otarł się o nogi Dominique.


— No dobra – podjęła Fiffie, bezceremonialnie biorąc sobie dyniowego pasztecika spośród licznych przysmaków (które zapewne Brenda kupiła na swoją pociągową imprezę, bo przecież ani Pocky, ani Vicky nie wydałyby tylu pieniędzy na samo jedzenie). – Zebrała się tu cała leśna gromadka… O co chodzi, chyba nie zdążyliśmy jeszcze niczego wysadzić…?


— Ale wciąż możemy… – odparła Domie, a w jej oku niepokojąco zaświecił znajomy, szatański błysk. – Wiemy jak dostać się do tajnego laboratorium Booracka. Jaskinia jak jakiegoś Gargamela… Fajnie byłoby tam zrobić małe BUM.


— Wybuchające eliksiry… – powiedział Larieson w zadumie, a oczy zamgliły mu się, jakby już widziały piękno tego dzieła zniszczenia. – To nie brzmi tak źle.


— Ale… – zaczęła Victoire, lecz Dominique nieopatrznie jej przerwała:


— Słuchajcie, w zeszłym roku udało nam się nieco pokrzyżować niecne plany Booracka… – Rozsiadła się po turecku na siedzeniu, już całkiem poddając się swojemu ożywieniu. – Uniemożliwiliśmy mu zdobycie krwi jednorożca…


— Skąd wiesz, może zdobył ją w inny sposób – rzekła Vi ponurym tonem.


— Ale jedno jest pewne, pozbawiliśmy go jego krwiożerczej bestyjki…!


   Czekoladowa żaba omal nie stanęła mi w gardle.


   Cholera, cholera, cholera.


— Bestyjki…?! – powtórzyła Pocky z niedowierzaniem, a jej oczy zrobiły się okrągłe.


   Bestyjka. To znaczy wilkołak. Ten, który zafundował mi tych kilka szram, za co ja go załatwiłem do reszty.


   Przecież mogłem się spodziewać, że gdy wszyscy się zbierzemy, ten temat wypłynie prędzej czy później. Ale mimo wszystko nie byłem, a może nie chciałem być na to przygotowany.


   Chyba nikt nie zauważył, że cała krew omal nie odpłynęła mi z twarzy. Dominique wciąż paplała beztrosko z roziskrzonymi oczyma.


— No, Złowrogiego Zwierzaka! Przecież go rozwaliliście, nie…?


— A nie pomyślałyście, że warto byłoby się dowiedzieć, co on tam właściwie robi? – zapytałem chyba odrobinę za głośno, bo wszyscy aż się wzdrygnęli. – W sensie… w tej pracowni? Zanim ją wybuchniecie?


   Tak, całkiem nieźle, brawo. Niewinna, subtelna zmiana tematu. Jesteś największym geniuszem zła, jakiego znam, Lupin, nie ma co. Drąż sprawę laboratorium, nie dopuść do mowy o Zakazanym Lesie.


— Na pewno ma to jakiś związek z mugolakami – stwierdziła Pauline. – Nie zdziwiłabym się, gdyby Boorack był zamieszany w ten cały spisek z porwaniami…


   I w tym momencie palnąłem się kartą z czekoladowej żaby prosto w czoło. Wszyscy spojrzeli na mnie, zaskoczeni.


— Znaleziono pierwszą porwaną! – wykrzyknąłem. – Słyszałem, jak Harry gadał o tym z moją babcią!


   Victoire, Di, Fiffie, Pocky, a nawet Larieson, wytrzeszczyli na mnie oczy jeszcze bardziej.


— Harry… Harry Potter?! – wydyszał Larieson, zupełnie jakby to było w tej chwili najważniejsze.


— Kiedy to słyszałeś?! – wyrzuciła z siebie Vi, aż odbijając się od oparcia siedzenia i nachylając się w moją stronę.


— Wczoraj wieczorem, Harry wpadł do nas po pracy! – Cisnąłem zgniecionym opakowaniem po żabie w stos słodyczy. – Powiedział, że jakiś patrol znalazł Winnifredę Broomstick…


— To ta, o której pisali w marcu! – zawołała Victa, unosząc brwi z niedowierzania. – I co z nią? Gdzie była? Wiadomo, kto za tym stoi?


   Zastanowiłem się, przypominając sobie szczegóły z wczorajszego wieczoru. Andromeda i Harry rozmawiali o tym między sobą, myśląc, że już dawno zaryglowałem się w swoim pokoju i nie wiedząc, że cały czas stoję na schodach.


— Chyba umieścili ją w Świętym Mungu…


— Nic dziwnego – skomentowała Fiffie.


— …a znaleźli ją chyba w czajniku…


   Ich zdziwienie nie byłoby chyba większe, gdybym nagle oznajmił, że postanawiam rzucić szkołę na rzecz studiów nad psychologią gumochłonów. Fiffie i Pocky parsknęły śmiechem, Domie miała taką minę, jakby oberwała tłuczkiem w głowę i jeszcze nie do końca rozumiała co się stało, oczy Vicky były okrągłe jak talerze i tylko Larieson miał sceptyczny wyraz twarzy.


— Lupin… – powiedział bardzo powoli, jakby zwracał się do oszołomionego trolla. – Jesteś pewien, że twoja babcia po prostu nie proponowała mu herbatki…?


— Wszyscy już byli po herbatce – uniosłem do góry brwi. – Nie ma mowy o pomyłce.


— Ale kto to zrobił? – zapytała Dominique głośnym szeptem, jakby bała się, że jak powie to na głos, to eksploduje ze zniecierpliwienia.


— Nie wiadomo – wzruszyłem ramionami. – Ale myślę, że może to mieć związek z dawnymi śmierciożercami. No wiecie, w końcu Zakon aktywował się z jakiegoś powodu. Gdyby chodziło o zwykłych porywaczy, nie wyszłoby to poza Biuro Aurorów.


   Dominique wypuściła głośno powietrze z płuc, po czym opadła bezwładnie na swoje oparcie, pozwalając, by Mrukot wskoczył na jej kolana przy użyciu pazurów.


— No to tym bardziej musimy działać! – powiedziała, patrząc po nas wszystkich, tak jak uprzednio prefekt naczelny, czyli jakby spodziewała się wyzwania.


   Ale w przeciwieństwie do Paddingtona, Dominique to wyzwanie otrzymała.


— Niekoniecznie – oznajmiła dobitnie Victoire, na co Di aż wytrzeszczyła oczy.


— Że co?! – wykrztusiła, pochylając się w jej stronę tak gwałtownie, że aż strąciła Mrukota ze swoich kolan. – Mugolaki znikają, nikt nie wie, kto za tym stoi, aurorzy i Zakon są w kropce, być może my jako jedyni mamy jakiś trop, a ty mi mówisz, że nie musimy działać?! – Ponownie odchyliła się do tyłu, jakby rozbolała ją od tego wszystkiego głowa. – Ty chyba zwariowałaś!


— Twoim zdaniem to, że znaleźliśmy parę świstków w jego rzeczach, jest jakimś wielkim materiałem dowodowym? – poirytowała się Victoire. – Nie mówię, że Boorack nie ma nic na sumieniu, ale nie jest psychopatą, tylko po prostu…


…psychopatą? – wpadł jej w słowo Larieson.


— Nie, jest po prostu wrednym nauczycielem, który ma swoje dziwactwa!


— Czyli sądzisz, że ta cała obłożona zaklęciami jaskinia nie stanowi żadnego materiału dowodowego? – do ataku dołączyła się Fiffie. – Dziwne hobby ma ten Boorack, nie ma co! Zaczarowuje wejście, w środku zmienia wszystko na syf, żeby nikt się nie połapał, co on tam robi, ma wielką, zaczarowaną księgę z ukrytymi przepisami, zbiera wycinki z gazet o porwaniach i krew jednorożca, a, i byłabym zapomniała o tym wielkim, obrzydliwym kotle, w którym spalają się nawet pióra feniksa, o trupich główkach, karaluchach i…


— Dobra! – krzyknęła Victa. Fiffie zamilkła, patrząc na nią buntowniczo. – Przecież wiem, że to wszystko jest podejrzane. Ale niby co mamy z tym zrobić?


   Fiffie i Pocky spojrzały po sobie.


— Iść do McGonagall?... – podsunęła Pocky, ale bez przesadnego przekonania.


— Tak, a wtedy ona wezwie do siebie Booracka, spyta go co to wszystko znaczy, on się wszystkiego wyprze i będzie koniec sprawy – ucięła Victoire. – Zresztą, przecież dlatego Boorack chciał nas wywalić ze szkoły, bo już wcześniej myślał, że Malva-Loreine wszystko nam powiedziała.


— Ale nie powiedziała – Fiffie zmarszczyła brwi.


— To nie ważne, grunt że Boorack myślał, że my wiemy… I nadal tak myśli… Zresztą, tak czy siak my już rzeczywiście to wiemy… Więc generalnie rzecz biorąc, Boorack wie, że my wiemy – zakończyła dość kulawo Victa.


   Zaległa cisza, podczas której słychać było tylko stukot pociągu. Kłębopiórka, która dotychczas fruwała w kółko pod sufitem, wylądowała na głowie Pauline i zahukała w sposób wyrażający pełnię szczęścia, jakby nieświadoma ciężkości atmosfery.


   — Wiesz co, Victoire – odezwała się nagle Dominique, dziwnie jak na nią spokojnym głosem. – Prawda jest taka, że ty zawsze wszystko wiesz najlepiej.


   Powoli zwróciła się w stronę Vi. Ta spojrzała na nią z zaskoczeniem.


— Po prostu nie chcę znowu pakować się w kłopoty!


— Ale tu chodzi o mugolaki! – zawołała Pauline, również patrząc na Victę z wyraźnym niedowierzaniem. – A wiecie co to znaczy? Tu chodzi o mnie, o Fiffie, Nickie… Nie możemy ignorować czegoś, co może nam zagrażać! To dopiero byłoby głupie z naszej strony!


— Jeżeli mogę się wtrącić… – Larieson podniósł palec do góry. – Weasley, nie zgrywaj przesadnej ostrożności, bo w zeszłym roku jakoś nieszczególnie się nią wykazywałaś.


— Zawsze się wymądrzasz i masz mnóstwo do powiedzenia, ale boisz się cokolwiek zrobić – dodała Dominique, patrząc na Vi twardo. – Uważasz, że jesteś wielce rozsądna, ale jesteś po prostu nudna.


  Wszyscy równocześnie spojrzeli na mnie, jakby oczekując, że ja również coś dodam. Jedyną osobą, która na mnie nie patrzyła, była sama Victoire. Gapiła się gdzieś w dół, zaciskając ręce na swoich ogrodniczkach, ale wyprostowana i z kamienną twarzą. Mimo to widziałem przecież doskonale, że te wszystkie ataki wymierzone w jej stronę dotknęły ją do żywego. W duchu nie mogłem się nie zgadzać z resztą. Ale kiedy tak wszyscy zarzucali jej hipokryzję i tchórzostwo, w mojej głowie zaczynało powoli świtać, co tak naprawdę mogło być powodem poddania się Victoire.


   Nie wierzyłem bowiem w to, by Victa była tchórzem. W zeszłym roku udowodniła zresztą, że jest o wiele odważniejsza niż sama sądzi – i może właśnie to ją teraz tak spłoszyło…


   W zeszłym roku, to ona wpadła na szalony pomysł pójścia do Zakazanego Lasu w nocy, wbrew temu, że mogliśmy zginąć tam tysiąc razy, a szanse na odnalezienie tego jednorożca były niemalże na minusie. To ona po tych wszystkich przygodach z pająkami, dementorami i trójgłowymi psami nie chciała jeszcze wracać do szkoły i upierała się przy dalszym szukaniu Cristal. To ona naraziła nas wszystkich i to właśnie dlatego teraz tak bardzo nie chciała do tego dopuścić.


   Ale jej ścisły umysł, który nigdy nie dowierzał we wróżby, przeznaczenie i przypadek, nie chciał przyjąć do siebie jednego: jeżeli kłopoty będą tego chciały, same nas znajdą, czy Victoire tego chce czy nie. Nikt nie ma na to najmniejszego wpływu.


   — Oni mają rację – stwierdziłem poważnie, daremnie próbując złapać z nią kontakt wzrokowy. – Nie możemy po prostu zatkać sobie uszy, zamknąć oczy i udawać, że nic nie wiemy.


— No widzisz? – rzuciła natychmiast Domie w stronę Vi, jakby moje słowo przypieczętowało całą jej argumentację.


   Victoire tylko ponownie skrzyżowała ręce i bez słowa wbiła wzrok w okno.


– Nawet sobie nie wyobrażaj, że jak coś się wydarzy, to będę siedzieć bezczynnie. –  Dominique wstała, zgarnęła Mrukota na ręce, po czym opuściła przedział, a Fiffie za nią.


   Victa wciąż się nie odzywała.


   Larieson westchnął przeciągle, po czym również podźwignął się na nogi.


— No to… do zobaczenia na uczcie – rzucił, z typową dla siebie beznamiętnością. Po chwili i za nim zasunęły się drzwi i w przedziale zostałem tylko ja, Pauline i Victoire.


   Vi cały czas siedziała ze skrzyżowanymi rękoma, przygryzając mocno wargi i gapiąc się w okno. Przez głowę przemknęła mi myśl, że już całkiem obraziła się na mnie za to, że nie stanąłem po jej stronie, ale przecież wiedziała, że mam rację, nawet jeżeli nie chciała tego przyznać.


   Ekspres Hogwart pędził po szynach, a w przedziale milczenie przeciągało się boleśnie z sekund na minuty. Pauline również siedziała cicho, spoglądając ponuro na swoje kolana i kompletnie nie zwracając uwagi na zachowanie swojej sówki, która znów zaczęła latać między półkami na bagaże. Zbliżał się jednak czas mojego patrolu, więc w końcu i ja musiałem wstać. Nim wyszedłem, zwróciłem się w stronę Victoire:


   — Wiem, o co ci chodzi. Ale to ci się i tak nie uda.


   Zmierzyła mnie wzrokiem zimnej ryby, po czym ponownie wgapiła się w okno. Rozsunąłem drzwi i w ostatniej chwili odwróciłem się do Pocky:


— A, i byłbym zapomniał! Boorack Junior cię szukał.


   Po czym, pozostawiając ją z miną pełną osłupienia, opuściłem przedział.


   Za oknem migały teraz krajobrazy dziksze i o wiele mniej zagospodarowane niż na początku podróży, co mogło oznaczać tylko jedno – jesteśmy już bardzo blisko celu. Musiałem teraz z aury knowań i spiskowania wskoczyć w rolę stróża prawa, przy czym towarzyszyła mi myśl, czy przez cały ten rok będę musiał dzielić swoją codzienność na te dwie rzeczy. Nie, jeżeli Victoire rzeczywiście zamierzała do niczego się nie mieszać. Poprawiłem krawat, który po spotkaniu z Bulstrode wydawał mi się dziwnie luźny, zupełnie niepotrzebnie otrzepałem szatę i ruszyłem na podbój zaaferowanych pierwszaków, które po raz pierwszy miały się przebrać w szkolne szaty i robiły przy tym masę zamieszania. Zupełnie jakby było z czego. No ale w końcu napięcie w ich przedziałach rosło z każdą chwilą zbliżania się do Hogwartu – a byliśmy już naprawdę blisko.


   I w końcu Ekspres Hogwart zatrzymał się z piskiem na stacji Hogsmeade. Fala uczniów w czarnych szatach wylała się na ciemny peron, ginąc w mroku i kłębach pary jak we mgle i tylko Hagrid wyraźnie górował nad tłumem, roznosząc wokół chybocące światło, niby latarnia morska.


— TEDDY LUPIN! – ryknął, torując sobie drogę w moją stronę jak lodowy łamacz. – No, no, prefekt, niech skonam! Gratulacje chłopie! – I zanim zdążyłem się choćby na to przygotować, rąbnął mnie w ramię swoją wielką dłonią, o mało co nie zwalając mnie przy tym z nóg.


— Dzięki, Hagridzie – wyszczerzyłem do niego zęby, równocześnie zaciskając je z bólu. Czarne jak żuki oczy Hagrida jakby zwilgotniały, a broda mu się zatrzęsła i chyba już wiedziałem, co zaraz powie:


— Twój tata to byłby dumny, nie ma co! Z niego też był taki porządny gość jak ty. Ale tobie to będzie letko, ty nie będziesz miał chyba żadnych Huncwotów na głowie, co? – puścił do mnie oko, uśmiechając się szeroko. – No, jedziemy teraz na tym samym wózku, cholibka! Musimy się zajmować tymi młodziakami… – Uniósł latarnię do góry i zawołał donośnym głosem: – PIIIRSZOROCZNI! PIRSZOROCZNI DO MNIE!


   To był dopiero prawdziwy zew Hogwartu.


   Pożegnałem się z Hagridem i rad, że przejął on pałeczkę w kwestii dalszej opieki nad maluchami, zacząłem przeciskać się w stronę powozów, konstatując przy tym, iż jest to dziwnie łatwiejsze dzięki odznace prefekta przypiętej do szaty. Przy jednym z pojazdów dostrzegłem Warwicka Pickeringa – mojego jedynego kolegę z dormitorium, który nie trzymał ze Spellem Woodem. Korzystając z mocy odznaki, całkiem szybko dostałem się w jego stronę.


   — No nie! Ty to teraz jesteś władza! – zawołał na mój widok, a oczy aż zaświeciły mu się jak żaróweczki. – Twoja odznaka, mój intelekt i już nikt w całym zamku nam nie podskoczy!


— Wood ma miotłę, zapomniałeś? – uniosłem brwi. – Może na niej skakać bardzo wysoko.


   Warwick tylko prychnął, machając lekceważąco ręką.


— Na miotle się nie skacze, tylko lata. Ze swoją władzą możesz wykopać go teraz na tej jego miotełce poza nasz system planetarny.


   Tylko parsknąłem śmiechem, po czym wsiadłem wraz z nim do powozu.


   Warwick był to niski, okrągły chłopak, z okrągłą, piegowatą twarzą i z jasnymi włosami, które przypominały sprężyny. W trzeciej klasie lubiłem żartować, że idealnie nadawałby się do walentynkowego wystroju kawiarni pani Puddifoot, gdyby tylko przyprawić mu skrzydełka i wręczyć łuk do ręki – i oczywiście szybko się nauczyłem, by w jego obecności zbyt często nie nadużywać tego stwierdzenia, choć rzecz jasna, moje zdanie na ten temat niewiele się zmieniło od tamtego czasu. Poza tym Warwick niekiedy miewał nawet przebłyski inteligentnego humoru, choć miał też pewną zasadniczą wadę – należał do tysiąca tych kolesi, którzy jedno spojrzenie Victoire w ich stronę, choćby wyrażające skrajną pogardę, od razu odnotowywali w swoim dzienniczku jako osiągnięcie kolejnego poziomu w ich relacji. Dlatego też gdy tylko spotykałem Vicky gdzieś w szkole, Warwick od razu milknął jak zaklęty, albo po prostu znikał, a potem żalił mi się, że to oczywiście moja wina, że jego związek z Victoire nie rozkwita tak jak należy.


   — Ty po prostu niszczysz całą atmosferę! – skarżył się. – Gdyby nie ty, ja i Vickes mielibyśmy już gromadkę pięknych, pulchnych dzieci.


   No właśnie. I to nazywanie jej „Vickes”. Skąd on wpadł na taki durnowaty pomysł?!


   Ale w jego głowie zazwyczaj roją się same głupie pomysły.


   Na przykład takie jak ten, że skoro przyjaźnię się z Vi, to sam już dawno mógłbym zdobyć jej serce. No chyba go coś do cholery boli.


   Przynajmniej mogę pochwalić się tym, że jestem jedynym chłopakiem w całej szkole, który kiedykolwiek pocałował Victoire Weasley. I kit, że oboje mieliśmy po siedem lat, przy czym otaczał nas cały tłumek bachorów Weasley’ów i Potterów, skandujący piskliwie „BUZI, BUZI”! To się nie liczyło!


   Ale ponieważ wizja szczęśliwego pożycia z Victoire nie była obsesją Warwicka, która równała się z jego jakże oryginalnym kręćkiem na punkcie quidditcha, nie było z nim jeszcze tak źle jak z niejakim Peterem Caldwellem.


   Tak więc przez całą drogę do zamku, Warwick narzekał na to, że Wood został nowym kapitanem drużyny i na pewno będzie dążył do tego by wyeliminować go z reprezentacji Gryffindoru, bo będzie chciał stworzyć skład marzeń, do którego nie będą zaliczać się okrągli pałkarze, i że on, Warwick Pickering, upokorzony i poniżony na oczach całej szkoły, z zaprzepaszczonymi szansami na małżeństwo z „Vickes”, dołoży wtedy wszelkich starań, by pozbawić Wooda jego ukochanej miotły, a najlepiej z jego ukochanym tyłkiem. I tak też dotarliśmy w końcu do Hogwartu.


   Wielka Sala jak zwykle wyglądała wspaniale.


   Tysiące świec unosiło się ponad stołami, rozświetlając sklepienie, które ukazywało nocne niebo nad szkołą. Na długich, błyszczących czterech stołach lśniły czystością złote puchary, talerze i półmiski, na widok których zgodnie zaburczało nam w brzuchach. Ja i Warwick zajęliśmy miejsca przy stole Gryffindoru, mając dobry widok zarówno na stół nauczycielski, jak i na inne stoły, przy których zasiadali uczniowie. Ludzie z Paczki Puchonów zaczęli machać do mnie jak szaleni, równocześnie wskazując palcami na swoje piersi i robiąc obrzydzone miny, ale ja tylko złośliwie wystawiłem swoją odznakę na działanie światła, aby jeszcze bardziej zakłuć nią ich oczy. Za nimi dostrzegłem jeszcze czyjeś jasne włosy, ale zanim zdążyłem przyjrzeć się im dokładniej, huknęły wrota i do Wielkiej Sali wkroczył profesor Flitwick, w jednej ręce niosąc Tiarę Przydziału, a drugą dzierżąc różdżkę, którą lewitował przed sobą kulawy stołek. Za nim do środka wlał się strumień pierwszoroczniaków.


   Wyglądali jak jakieś ogrodowe gnomy. Mógłbym przysiąc, że kiedy Domie i Fiffie rok temu przybyły do Hogwartu, nie były aż tak małe. Wszystkie te dzieci rozglądały się wokoło, wyraźnie zachwycone i przerażone równocześnie. Flitwick jednym ruchem różdżki ustawił stołek na środku przed stołem nauczycielskim, drugim smagnięciem lewitował na niego Tiarę – po czym cała sala zamarła, oczekując aż stary kapelusz się poruszy.


   I omal wszyscy nie podskoczyli, kiedy nagle Tiara nabrała głęboko powietrza (a przynajmniej tak to wyglądało, bo przecież kapelusze nie oddychają), po czym ryknęła ochryple na całą Wielką Salę:




Przed wielu laty i dłużej


Dawniej niż w głowie się mieści


Byłam ja tylko kapeluszem


Nakryciem bez myśli i treści


Lecz było czworo czarodziejów


Co chciało magię wciąż krzewić


Wiedzę swą przekazywać


I swymi talentami się dzielić


Wzięli więc mnie, nową tiarę,


Bo wszak dawno temu to było


I każde z nich swój talent


W mą gestię powierzyło


Jam więc jest Tiara Losu


Przede mną nic się nie skryje


Ja widzę pod strzechą włosów


Co jest w umysłu głębinie


Ja więc was poprowadzę


Ja wskażę wam wasz dom


I gdy mnie na głowę włożysz


Powiem ci, czy to on:


Gryffindor śmiały i dzielny


gdzie kwitnie męstwa cnota,


Hufflepuff dobra i słodka


 gdzie do prawości ochota,


Ravenclaw piękna i mądra


docenia  nad wyraz bystrość


oraz Slytherin przebiegły


gdzie się szanuje krwi czystość


Wiele tych domów łączy


Wiele je także dzieli


Tak jak bywało w przeszłości


Też wśród ich założycieli


Lecz razem Hogwart stanowią


Więc jedność najlepszą bronią


Bo gdy za murami cień wroga


Niech siłę wspólną da zgoda


Na głowy więc mnie wkładajcie


Lecz o tym nie zapominajcie.




   Tiara skończyła śpiewać.


   Cała Wielka Sala rozbrzmiała oklaskami i gromkimi okrzykami, a stary kapelusz skłonił się po kolei wszystkim czterem stołom i ponownie znieruchomiał. Warwick szturchnął mnie w ramię.


   — Cień wroga za murami…? O czym pieprzy ta czapka?


   Pomyślałem o porwaniach, o dziwnych doniesieniach z Biura Aurorów i cichych naradach Zakonu Feniksa, które w zeszłym roku docierały do mnie w strzępkach, po czym wzruszyłem ramionami i pokręciłem głową.


   — Kiedy wyczytam czyjeś nazwisko i imię, proszę o podejście do stołka i założenie Tiary Przydziału – obwieścił profesor Flitwick głosem tak przenikliwym, że paru pierwszoroczniaków aż podskoczyło. – Turpin, Sally!


   Po kolei pierwszaki podchodziły na drżących nogach do stołka, zakładały Tiarę, która opadała im aż na oczy, po czym pobladłe, poczerwieniałe lub pozieleniałe na twarzy, czekały na werdykt i z ulgą kierowały się do wyznaczonych im stołów. W tym roku przyglądałem się temu procesowi o wiele dokładniej, bacznie śledząc wzrokiem młodych nowicjuszy Gryffindoru. Każde z nich jawiło mi się w tym momencie jako mały lew do okiełznania – wprawdzie młode i niedoświadczone, ale jednak trudne do poskromienia. No ale w końcu sam jestem gryfonem. Jakoś dam sobie z tym wszystkim radę.


   Kiedy ja byłem przydzielany do domu, Tiara Przydziału przetrzymała mnie na stołku chyba przez pół roku szkolnego, zanim zdecydowała się, gdzie mnie umiejscowić. Z początku napomknęła coś o Ravenclawie, lecz szybko zaniechała tego pomysłu, przez całe kilka minut rozważając wszystkie aspekty mojego charakteru przemawiające za Hufflepuffem i kiedy już prawie na sto procent myślałem, że zostanę puchonem, ona wywrzeszczała na całą salę: „GRYFFINDOR”!


   Dlatego też często się zastanawiam, czy rzeczywiście zasługuję na miano gryfona. Teraz dodatkowo zostałem prefektem, więc pewnie będę się nad tym zastanawiał dwa razy częściej.


    W końcu Ceremonia Przydziału dobiegła końca i ze złotego tronu powstała profesor McGonagall.


   — Witam was wszystkich w nowym roku szkolnym! – Jej głos był bardziej zachrypnięty niż zazwyczaj, a ona sama również wyglądała jakoś inaczej. Jednak co było nie tak, zorientowałem się dopiero wtedy, kiedy McGonagall już usiadła, a złote półmiski napełniły się potrawami.


   Jej włosy były całkowicie i niezaprzeczalnie białe. A przecież przed wakacjami były tylko przyprószone siwizną.


   Jak można tak szybko osiwieć, nie będąc metamorfomagiem? W całej Wielkiej Sali jaśniej od jej włosów świeciły tylko perłowo białe duchy, płynące wśród świec ponad stołami.


   Wzruszyłem ramionami do samego siebie, po czym zabrałem się za złociste nóżki w miodzie, ponieważ czekoladowa żaba należała już do przeszłości dalszej niż czasy założycieli Hogwartu, o których śpiewała Tiara Przydziału. I w chwili, gdy sięgnąłem po dzban z sokiem dyniowym, w jego miejscu pojawiła się głowa Prawie Bezgłowego Nicka.


   — Ted Lupin, nowy prefekt Gryffindoru! – zagrzmiała głowa, przez co o mało co nie wypuściłem dzbana z rąk. Duch wypłynął ze stołu, ukazując się wszystkim w całej okazałości. – Moje najszczersze gratulacje! Doprawdy, ta nominacja nie mogła trafić w ręce bardziej zacnego gryfona, jakem żywy!


— Lupin może i jest zacny, ale za to ty na pewno nie jesteś żywy – stwierdził Warwick, nakładając sobie pokaźną porcję pieczeni, na co Prawie Bezgłowy Nick zrobił oburzoną minę.


— Za to ty młodzianie, poplamiłeś sobie szatę jedzeniem. Wstydź się!


— Po prostu zazdrości mi jedzenia – stwierdził Warwick obrażonym tonem, kiedy Nick obrócił się tak raptownie, że głowa mu zachybotała i odleciał w stronę pierwszoroczniaków.


   Następnie pojawiły się desery. Całe stoły wypełniły się blokami lodów we wszystkich smakach, przyprószonych kolorowymi posypkami i wiórkami czekoladowymi, gorące szarlotki z jabłkami posypanymi cynamonem, ciastka z owocami polane syropem, czekoladowe eklerki, tysiące rodzajów pączków, biszkopty z kremem, całe stosy truskawek i nie wiedzieć czemu, budyń waniliowy. Starałem się jednak ograniczyć w szaleństwie jedzenia, ponieważ wolałem, żeby szata nie pękła mi na samym początku roku szkolnego.


   Aż w końcu uczta dobiegła końca, talerze i półmiski zalśniły czystością, i ponownie powstała profesor McGonagall.


   — Witam wszystkich nowych uczniów w Hogwarcie, a starszych witam ponownie. Cieszę się, że wszyscy jesteście wypoczęci i gotowi do dalszej ciężkiej i wymagającej pracy w nadchodzącym roku szkolnym.


   No cóż, sami uczniowie wyglądali na raczej mniej ucieszonych z tego powodu. McGonagall ciągnęła dalej:


   — Jak zwykle przypominam o całkowitym zakazie wstępu obejmującym Zakazany Las. – Automatycznie odnalazłem wzrokiem Victoire i Pauline przy stole Ravenclawu, które właśnie spoglądały po sobie z uniesieniem brwi. – Pragnę również nadmienić, że pan Filch, nasz woźny, wyraźnie prosił mnie, abym uściśliła zakaz używania wszelakich Magicznych Dowcipów Weasley’ów. – Tym razem to Victoire odszukała mnie wzrokiem, a ja wyszczerzyłem do niej zęby. – Nabór do drużyn quidditcha rozpoczyna się pod koniec września, zainteresowanych proszę do zgłaszania się do opiekunów domów, bądź kapitanów drużyn. – Przy naszym stole Spell Wood obejrzał się wokół siebie, aby przekonać się ile dziewczyn na niego patrzy, po czym uśmiechnął się olśniewająco. Odczułem przemożną ochotę ku temu, aby wyciągnąć różdżkę i posłać pusty półmisek prosto w jego pyszałkowatą twarz. – Chcę również nadmienić, że w najbliższych dniach będzie przeprowadzona w szkole ankieta wśród uczniów pochodzenia mugolskiego, zlecona nam przez Ministerstwo. Wszelkie szczegóły zawisną w gablotach z informacjami w waszych domach. – Spojrzałem na Pauline, która gapiła się na dyrektorkę z ogłupiałą miną. – Mam jeszcze jeden, ważny komunikat – oznajmiła profesor McGonagall doniosłym głosem. – Muszę was poinformować, że w tym roku wszystkich obowiązuje ścisły zakaz wchodzenia do lochów, zwłaszcza tych nieużywanych. Na lekcje eliksirów będzie was odprowadzać nauczyciel. Tylko korytarz prowadzący do pokoju wspólnego Slytherinu będzie dostępny.


   Prawie natychmiast w Wielkiej Sali podniósł się szmer, a ja i Warwick wymieniliśmy zdziwione spojrzenia. Zakaz wchodzenia do lochów? Niby dlaczego? Wychyliłem się lekko z miejsca i spojrzałem w kąt stołu nauczycielskiego – Boorack siedział za blatem niczym pasza, spoglądając na uczniów władczym wzrokiem świńskich oczek. No świetnie. Victoire miała rację! Boorack wiedział, że my wiemy, a teraz skutecznie udaremniał nam prowadzenie dalszego śledztwa. Teraz samo wejście do Starych Lochów naprawdę mogło skutkować wydaleniem nas ze szkoły.


   McGonagall uniosła rękę, aby uciszyć salę. Trudno było nie zauważyć, że jej dłoń delikatnie drży na tle chybotliwego blasku świec.


   — Pragnę również oznajmić, że w tym roku mamy zaszczyt powitać nowego członka grona pedagogicznego, panią… – odchrząknęła lekko, po czym zmarszczyła brwi – …panią profesor Lunę Lovegood-Scamander – wyrzuciła z siebie na jednym wydechu, po czym zmierzyła wszystkich groźnym spojrzeniem, jakby się spodziewała, że ktoś się temu sprzeciwi.


   Ale tym razem nikt nie odezwał się nawet słowem.


   Cała szkoła zamarła i wytrzeszczyła oczy – i chyba tylko ja omal nie roześmiałem się w głos.


   Czy Minerwa naprawdę zrobiła z Pomyluny profesorkę…?


   Z Luny Lovegood?!


   To już się nie dziwię, czemu Kaitlyn Jackson i Boorack Junior tak łatwo dostali się do kadry prefektów! Widocznie to jakiś rok beznadziejnych wyborów dla McGonagall. Kto normalny pozwoliłby Lunie Lovegood uczyć w szkole?! I niech zgadnę jakiego przedmiotu…


— Profesor Lovegood-Scamander będzie dzielić obowiązki nauczyciela opieki nad magicznymi stworzeniami razem z Rubeusem Hagridem – oświadczyła sucho McGonagall. – Ale chyba nie zdążyła jeszcze dotrzeć do szkoły…


   W tym jednak momencie, drzwi Wielkiej Sali otworzyły się z rozmachem i pojawiła się w nich najdziwniejsza postać, jaką widział Hogwart.


   Szczerze mówiąc, Luna wyglądała jak żeński Albus Dumbledore, z tym drobiazgiem, że była jeszcze dziwaczniejsza.


   W uszach dyndały jej nieodłączne, pomarańczowe rzodkiewki, jej szyję zdobił odwieczny naszyjnik z kapsli po piwie kremowym, na sobie miała długą, ciemnogranatową szatę, którą najwyraźniej sama wyszyła w srebrne gwiazdy i księżyce, ale najdziwniejszy był stroik, osadzony na jej jasnych, spływających aż do pasa, mysich włosach.


   Nie była to bowiem zwyczajna tiara, taka jaką nosiła McGonagall, albo moja babcia. Była to słynna rekonstrukcja diademu Roweny Ravenclaw, stworzona przez starego Ksenia Lovegooda. Przy uszach sterczały jej dwie małe, złote trąbki, na opasce wokół czubka głowy skrzyły się maleńkie, niebieskie skrzydełka, a przez czoło przebiegał jej pasek, po środku którego również umieszczona była pomarańczowa rzodkiewka. Czy Luna zamierzała nosić to cudactwo na głowie podczas każdej przeprowadzanej lekcji…? Nowa pani profesor zaczęła iść w stronę McGonagall, uśmiechając się delikatnie i oglądając się na uczniów lekko rozkojarzonym wzrokiem wielkich oczu, zupełnie jakby dziwiło ją to, że jest ich aż tak dużo.


   Za to uczniowie gapili się na nią z otwartymi otworami gębowymi.


   A tymczasem ona jak gdyby nigdy nic przeszła przez całą długość sali i usiadła obok Hagrida, który podsunął jej widocznie specjalnie dla niej zostawioną miskę budyniu…


   Ten budyń.


   Od początku mogłem się domyślić!


   McGonagall odchrząknęła znacząco wśród głuchej ciszy.


— Eee… powitajmy nową panią profesor oklaskami.


   Rozległy się niemrawe oklaski. Wszyscy byli w zbyt wielkim szoku, żeby mieć siłę na nadwyrężanie rąk. Luna jednak kompletnie nie zwracała uwagi na to raczej chłodne powitanie, gapiąc się na lewitujące świece i zajadając się budyniem.


   Po chwili znowu wybuchł gwar, kiedy McGonagall oznajmiła koniec rozpoczęcia roku szkolnego. Wszyscy powstawali z miejsc i tłumnie zaczęli kierować się w stronę wyjścia, rozprawiając między sobą o nowych zarządzeniach, a przede wszystkim – o nowej nauczycielce. Zanim jednak zdążyłem choćby powstać z miejsca, znikąd pojawiła się przy mnie Kaitlyn, zupełnie jakby się aportowała. Pozbyła się już swojego dresu, ale szkolna szata i tak wisiała na niej luźno – mogłem się tylko domyślać, iż Kaitlyn specjalnie dla swojej wygody zamawiała u Madame Malkin dwa razy za szeroki rozmiar.


   — Wiesz co, Lupin – powiedziała teraz, wprawdzie nie paląc już papierosa, ale za to żując gumę, którą mlaskała raz po raz. – Tak się składa, że jestem cholernie zmęczona i chyba sobie pójdę, także dzięki, że zgodziłeś się sam odprowadzić gówniarzy do wieży. – Wyjęła gumę z ust, po czym przykleiła ją do mojej odznaki. – Siema.


   Ale ja wyciągnąłem różdżkę.


Waddiwasi!


   Guma wystrzeliła w powietrze i trafiła Kaitlyn prosto w czoło, zanim ta zdążyła się uchylić. Wycelowałem różdżkę w swoją odznakę, mruknąłem „Tergeo” i już miałem odejść, kiedy Jackson wydobyła różdżkę ze swojego koka – ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, pojawiła się przy nas profesor Lovegood-Scamander.


   Przez chwilę gapiła się na nas w milczeniu, aż w końcu spojrzała na mnie.


— Ty jesteś Ted Lupin – bardziej stwierdziła, niż zapytała. Jej głos był równie rozkojarzony jak jej spojrzenie.


— Eee… no tak… – powiedziałem ostrożnie, zastanawiając się, czego Luna może ode mnie chcieć.


   Wciąż gapiła się na mnie wzrokiem tak nieruchomym, jakby jej oczy były tylko kulkami ze szkła.


— Byłeś trochę mniejszy, jak cię ostatni raz widziałam.


— Taaak… to możliwe…


— Twój ojciec też był prefektem – zagadnęła nagle. – Wiedziałeś o tym?


   Tylko kiwnąłem głową, czując się coraz bardziej dziwnie. Wielka Sala pustoszała z każdą sekundą, wokół kręciły się pierwszoroczniaki, nie wiedzące, co ze sobą zrobić, Jackson wciąż celowała we mnie różdżką z gumą przyklejoną do czoła, równocześnie lampiąc się na nową nauczycielkę jak rażona piorunem. Luna natomiast przyglądała mi się wciąż z wyraźnym zainteresowaniem.


— Twój ojciec uczył kiedyś tu w szkole. Uważam, że był bardzo dobrym nauczycielem.


— Eee… dzięki…? – wyjąkałem, mając kompletną pustkę w głowie, co mógłbym powiedzieć w tej sytuacji.


— Szkoda, że umarł – stwierdziła Luna, wciąż mówiąc tym samym rozmarzonym tonem. – Ogólnie rzecz biorąc, gdyby nie wojna, miałbyś naprawdę fajnych rodziców.


   Po czym odeszła, pozostawiając mnie w gorszym stanie psychicznym, niż byłem przez całe to lato.


   No tak. Mój ojciec był prefektem. Mój ojciec był świetnym nauczycielem i wspaniałym człowiekiem. Takie rzeczy słyszałem przez całe życie.


   Ale żeby ktoś tak otwarcie uświadomił mi, co naprawdę straciłem?


   I to w przeciągu pięciominutowej, beztroskiej pogawędki…?!


   O mamie znałem mnóstwo opowieści. Wprawdzie Andromeda nie rozmawiała o niej ze mną zbyt często, domyślam się dlaczego. Jednak wszyscy inni, którzy ją znali, bardzo chętnie opowiadali o tym, jaka była. Mówili, że okropna z niej była niezdara, że potrafiła wyłożyć się na prostej drodze i prawie zawsze wszystko wylatywało jej z rąk. Że nienawidziła imienia Nimfadora, które nadała jej Andromeda i dlatego wszystkim kazała mówić do siebie „Tonks”. Że była beznadziejna w zaklęciach gospodarskich, w przeciwieństwie do mojej babci, uwielbiała „Fatalne Jędze”, była najmłodszym aurorem w Ministerstwie, a jej mentorem był sam Alastor „Szalonooki” Moody. Że była dowcipna, zabawna, miła i odważna.


   O moim ojcu miałem bez porównania mniej informacji.


   Był prefektem. Był świetnym nauczycielem i wspaniałym człowiekiem. Wszyscy jak mantrę powtarzali w kółko tylko te trzy frazesy – tylko dlaczego właściwie Remus Lupin był takim wspaniałym człowiekiem? Nikt jakoś nie kwapił się zbytnio, żeby mi to powiedzieć.


   Ze zdjęciami mamy miałem całe albumy. Zdjęć taty miałem tylko kilka, i to wszystkie zrobione tego samego dnia.


   Coś mi się widziało, że niezbyt polubię panią profesor Lovegood-Scamander.


— Lupin…?


   Kaitlyn już nie celowała we mnie różdżką. Wpatrywała się we mnie zdezorientowana, wciąż z gumą na czole, którą własnoręcznie tam przykleiłem.


— Odprowadźmy pierwszaki i miejmy już to z głowy.


   Tylko kiwnąłem głową w milczeniu, po czym schowałem różdżkę do kieszeni szaty. I już miałem ruszyć w stronę wyjścia, kiedy nagle otrzymałem mocnego szturchańca w bok.


— I zmień te włosy, do cholery! Znowu są niebieskie!


Na koniec krótko:
Wytłumaczcie mi, jakim cudem doszło niemal 1000 nowych wyświetleń, a poprzedni rozdział skomentowała tylko jedna osoba.
Proszę Was tylko o to.
A dedykację tego rozdziału otrzymuje Nez - chyba z wiadomych przyczyn.

Nox/*

Rozgoryczona, zniechęcona i zdemotywowana brakiem komentarzy ~ Tita



  




11 komentarzy:

  1. — Pragnę również oznajmić, że w tym roku mamy zaszczyt powitać nowego członka grona pedagogicznego, panią… – odchrząknęła lekko, po czym zmarszczyła lekko brwi – …panią profesor Lunę Lovegood-Scamander – wyrzuciła z siebie na jednym wydechu, po czym zmierzyła wszystkich groźnym spojrzeniem, jakby się spodziewała, że ktoś się temu sprzeciwi.

    LUNA W AKCJI
    Umarłam
    LUDZIE KOMENTuJCIe
    JA CHCe NAsTepny RoZDZIaŁ!
    (niedziałający caps, polecam)
    Tita, podbijesz mi kartę stałego czytelnika?
    TEDDY MA SWOJĄ NARIACJĘ
    umarłam po raz drugi, gdy Simon wbił do przedziału z sową Pocky :')
    Ogólnie bardzo trafnie oddajesz charakter postaci z kanonu, szanuję i zazdroszczę!
    'Zew Hogwartu" <- Trafne określenie!
    - Nez

    PS. DAWAJCIe Z KOMenTArZAMI! JA CHCe WIĘĘĘĘĘĘCEJ!

    Nez

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A MÓWIŁAM, ŻE NOWE POSTACI CI SIĘ SPODOBAJĄ? :D
      Kurczę, ja po prostu nie mogłam dedykować tego rozdziału nikomu innemu, nawet gdybyś nie skomentowała ostatniego rozdziału jako jedyna - wejście smoka-Luny należy Ci się bezapelacyjnie!

      A co do tej słabej aktywności, przyjmuję tylko dwa wytłumaczenia: Albo wszyscy mają naprawdę długotrwałego kaca po Sylwestrze (a trzeba było nie pić tyle Ognistej!), albo po prostu wystawianie ocen wyczerpuje Wasze siły. W każdym razie ja cały czas cierpliwie czekam na odzew :)

      Pozdrawiam luniaście i budyniaście. A swoją drogą, ten Harry to ma pomysły...
      ~ Tita

      Usuń
  2. Przeczytane, nadrobione. Że jestem frajerem, nie skleję sensownego komentarza pewnie przez długi czas (problemy ze sobą, zawsze wtedy znikam z większej części intetnetów), ale wiedz, że doceniam to, co robisz. #niejedzcie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No w końcu ktoś się odezwał! Bo już zaczynałam wpadać w depresję i gubić sens życia. No ale cóż, to się przecież każdemu zdarza.
      Moje pytanie brzmi: kac, szkoła? A zresztą, nieważne. Ważniejsze pytanie to: czego konkretnie mamy nie jeść? Bo jeżeli chodzi o całe świąteczne żarcie, to niestety za późno [*]
      Dziękuję za docenienie. Przydałoby się parę słów na temat treści rozdziałów, to chyba niezbyt wiele, zważywszy na to, ile słów ja przekazuję Wam w jednym rozdziale. Ja tu się rozpisuję, a z drugiej strony nic!
      Najwyraźniej muszę się jeszcze bardziej postarać, skoro zawartość rozdziału sama w sobie nie zachęca do opinii.
      Przede wszystkim koniec z naprzemiennym terrorem i błaganiem o komentarze... Znużyło mnie to nieco po tych dwóch latach.
      Dziękuję bardzo za komentarz i ogółem znak życia ~ Tita

      Usuń
  3. Sorry że nie dodaje komentarzy , ale przez te wszystkie poprawy nie wyrabiam . xdddd Ogolnie rozdzial epicki , podoba mi sie narracja Teda i Victorie , i ciesze sie ze teraz bedziemy mogli zobaczyc jeszcze dormitorium gryffu , w sensie jak sie tam zyje i wgl .
    I zgadzam sie z Nez ze to wejscie Simona do przedziału bylo epickie , sie usmiechnelam az !
    I chce zobaczyc ten formularz dla mugolakow i w ogole bedzie jeszcze narracja Pocky nie ? Bo bez niej to juz nie bedzie to samo !
    Cała w poprawach Kaja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja właśnie dzisiaj miałam wystawienie ocen, w piątek trzynastego, hehe. Cieszę się, że mimo popraw skomentowałaś, zaczynam odzyskiwać utraconą wiarę w ludzkość xD
      Taaak, w tej częsci będzie dużo takich wejść Simona!
      Jak na razie macie więc malutki zarys Tedoire i muciupeńki zarys Pockemona. Więcej już nic nie zdradzę!
      Pozdrawiam i życzę rychłego wytchnienia od szkoły, zarówno jak i sobie! ~ Tita

      Usuń
  4. Hej!
    Zaprzepaściłam tak długi komentarz. Skasował mi się. Sorki ale nie chce mi się go pisać ponownie. Ogólnie w całym komentarzu chodziło o moje uwielbienia dla tego rozdziału i opowiadania. Postaram sie pisać komentarze regularnie, choć nie wiem jak mi to wyjdzie. No! Ale postaram sie.
    Pozdrawiam
    Gwen

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście ten komentarz również w pełni zaspokaja moją próżność xD
      Dziękuję za miłe słowa!
      Miałam nie wywierać presji na czytelnikach :') Ale i tak życzę Ci powodzenia w sklejaniu komentarzy - to dla mnie naprawdę duża motywacja, dzięki nim nie tylko czuję się, ale i piszę lepiej, a tak przynajmniej jest w moim mniemaniu.
      Jeszcze raz dziękuję bardzo i pozdrawiam! ~ Tita

      Usuń
  5. https://docs.google.com/document/d/1NPT7KCwwzM0XHFmnh3vtNmfu0aaIOj--hoZN8eT3SmE/edit
    Tak tylko zarzucę (wejdź, to nie reklama...tylko...coś...dziwnego...
    Boże, co ja robię)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O Jezu... To jest świetne xD. Teraz mam ferie więc no, postaram sie XD.
      Gwen

      Usuń
  6. By nie zapomnieć skomentować, zapisałam sobie karteczkę, którą oczywiście zgubiłam... Ale znalazłam wolną chwilkę, więc komentuję :-D.
    Tylko po tym czasie już nie pamiętam, co chciałam w komentarzu napisać. A więc ogólnie: rozdział jak zwykle świetny.
    A teraz lecę czytać kolejny ;-).

    OdpowiedzUsuń

Jeżeli sądzisz, że w dobie komputerów sztuka komentowania zanikła... (zwłaszcza wśród czytelników), to niezawodny znak, że jesteś
MUGOLEM❣