wtorek, 17 stycznia 2017

2.3 Wila, Metamorfomag i Goblin

Pauline Mary Glam

   — Świetnie. – Rąbnęłam na swój talerz kolejnego naleśnika skazanego na karę śmierci za nadużycie dżemu i słodkiego twarogu. – Godzina zielarstwa, a potem jeszcze eliksiry. Najpierw babranie się w nawozie, a potem wyciskanie soku z robali…

— Ja tu próbuję jeść – rzuciła tylko Victoire, jednak widać było, że wcale nie myśli o jedzeniu.

   Właśnie z uwagą analizowała swój plan lekcji, przed chwilą wręczony jej przez profesora Filtwicka, który uprzednio zagroził nam palcem, abyśmy w tym roku nie wysadziły przypadkiem jego gabinetu. W Wielkiej Sali panował zwyczajny poranny gwar przed sowią pocztą. Sklepienie, na podobieństwo nieba za oknami, było jasne i pogodne, świece z wczorajszej uczty zdążyły już zniknąć, tak samo zresztą jak uczucie zaspokojenia głodu.

   — Wczoraj była uczta! – Victa podniosła w końcu wzrok znad swojego rozkładu zajęć, spoglądając z niedowierzaniem na moje śniadanie. – A ty już jesteś głodna…?

   Bezwiednie spojrzałam na jej talerz, na którym spoczywało jajko sadzone w towarzystwie jednego trójkącika grzanki, a potem na swój. Na moim leżało już chyba z pięć naleśników.

   Wzruszyłam tylko ramionami, chwytając za widelec i rozglądając się po Wielkiej Sali. Przy stole nauczycielskim nie dostrzegłam nigdzie dziwacznego stroika, ani żadnej pomarańczowej rzodkiewki, podobnie jak tiary profesora Longbottoma przypominającej raczej brązową bulwę jakiejś rośliny niż nakrycie głowy, a także aksamitnej kamizelki Booracka, opinającej jego zazwyczaj dumnie wypięty brzuch – przez co stół prezydialny, po wczorajszym przepychu szat nauczycieli, wydawał się dziwnie pusty i ubogi. Przy stole Ravenclawu brakowało Brendy i Julii, które pierwszy poranek w Hogwarcie postanowiły spożytkować w bardzo wrzaskliwy sposób w naszym dormitorium, natomiast gdy mój wzrok padł na stół Hufflepuffu, Paczka Puchonów zerwała się właśnie z miejsc, wrzeszcząc i wymachując swoimi widelcami:

   — PREFEKT! PREFEKT!

   Zwiastowało to przybycie Teda Lupina do Wielkiej Sali.

   Jeżeli wczoraj wyglądał źle, to dzisiaj było jeszcze gorzej. Teddy powlókł się do stołu Gryffindoru, machając tylko z rezygnacją ręką w stronę puchonów, którzy i tak zaraz zostali uciszeni przez profesora Longbottoma. Sądząc z tego, że zanim zdążył usiąść na miejscu, zaraz podbiegła do niego cała zgraja gryfońskich pierwszaków, otaczając go ze wszystkich stron, widocznie wczorajszego wieczoru albo musiał odnieść wychowawczy sukces, albo sromotną porażkę, jedno z dwojga.

   Vicky wciąż skubała swojego suchego tosta, kompletnie nie zwracając uwagi na to co się dzieje w Wielkiej Sali.

   — Nadal jesteś obrażona – stwierdziłam, nakłuwając naleśnika na widelec. Victa natychmiast zrobiła minę, jakby kompletnie nie wiedziała, o co mi chodzi.

— Po prostu jem grzankę – odparła niewinnie, choć oczywiście nie była to prawda. Jej żałosne śniadanie wciąż pozostawało prawie nietknięte.

— Victoire, chyba nawet ty nie możesz ignorować wszystkich zaistniałych poszlak.

   Tym razem spojrzała na mnie z autentycznym zdziwieniem.

— Niby jakich? – parsknęła, po czym w końcu chrupnęła tosta. – Wysnułaś jakieś nowe podejrzenia z tego, co Boorack zjadł wczoraj na deser? Znalazłaś jakieś dowody w układzie świec, albo w sposobie ułożenia zastawy?

— Dobrze wiesz, o czym mówię – odparłam urażonym tonem. – Nie jesteś taka głupia, choć widocznie próbujesz być.

   Victoire tylko chwyciła za sztućce i zaczęła zabijać jajko sadzone na swoim talerzu.

— Za to ty nie próbuj być sprytniejsza, niż jesteś – rzekła spokojnym tonem, dziwnie kontrastującym z kłującymi ciosami, jakie zadawała swojemu śniadaniu. – W zeszłym roku wplątałyśmy się w te wszystkie kłopoty na własne życzenie, a teraz wy chcecie to koniecznie powtórzyć.

   Zanim jednak zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, naszą rozmowę przerwał nagły szum, zwiastujący przybycie sowiej poczty.

   Setki sów wleciały do Wielkiej Sali, rzucając uczniom na głowy ich listy i paczki. Do stołu Slytherinu przybył ogromny puchacz z pakunkiem wielkości małej walizki, po czym wylądował przed Gigi Bulstrode, która ostentacyjnie odpakowała największą kosmetyczkę, jaką widziałam w życiu. Mimowolnie pomyślałam, że na jej miejscu nie obnosiłabym się z tym aż tak dumnie – to, że ma się tyle środków do utrzymania dobrego wyglądu, że aż nie można ich ze sobą upchnąć w jednym kufrze, raczej nie powinno być niczym chwalebnym. Przed Vi wylądowało natomiast kilka szkolnych płomykówek, z kwiatkami i liścikami życzącymi dobrego roku szkolnego od jej wielbicieli, a także sowa brunatna, dzierżąca w dziobie Proroka Codziennego. Victoire wrzuciła do woreczka na nóżce sowy kilka knutów, rozwinęła gazetę, po czym schowała się za nią, co definitywnie zakończyło naszą wymianę zdań.

   Już od wczoraj, odkąd plan „nie wplątywania się w kłopoty” autorstwa Vicky spotkał się ze stanowczym sprzeciwem całej reszty grupy, wyraz jej twarzy prawie wcale nie odbiegał od chłodnej obojętności i ze zdystansowaną uprzejmością negowała wszystko to, co ja, Dominique i Fiffie próbowałyśmy jej przekazać po wczorajszej uczcie. Nawet Teda ignorowała, choć wprawdzie od czasu rozmowy w pociągu, nie miałyśmy jeszcze okazji do tego, by z nim podyskutować. Teraz jednak ostentacyjnie udawała, że nie widzi, iż Teddy wpatruje się od dłużej chwili w pierwszą stronę Proroka zasłaniającą jej twarz, zupełnie tak jakby zastanawiał się, czy Vi go nie zabije, jeżeli podejdzie do naszego stołu.

   W końcu jednak śniadanie się skończyło i musiałyśmy zwinąć manatki, aby udać się na zielarstwo. Wrześniowy poranek był słoneczny, ale dość chłodny, okraszający niezmąconą na razie żadnymi innymi barwami zieleń Zakazanego Lasu niebieskawą mgiełką. Mimowolnie dreszcz przebiegł mi po plecach.

   — POCKY!

   Ja i Victoire byłyśmy już na szczycie kamiennej dróżki prowadzącej w dół zbocza, kiedy na horyzoncie pojawiła się zadyszana Brenda. Wyglądała dosłownie jak po przetrwaniu huraganu – jej szata założona była na lewą stronę, koszulę miała krzywo zapiętą, jedna jej kolanówka znajdowała się wyżej od drugiej, a granatowy krawat Ravenclawu byle jak przewieszał się przez jej ramiona. Najdziwniejsze było jednak to, że zamiast Vi, wołała mnie. A ponieważ zawsze, gdy tak się działo, wiązało się to dla mnie z jakimiś niemiłymi konsekwencjami, mimowolnie zaczęłam mieć nadzieję, że podczas porannej kłótni z Julią, Brenda oberwała czymś w głowę i pomieszały jej się wszystkie imiona – co jednak straciło na prawdopodobieństwie, kiedy w końcu do nas dotarła, rzężąc i trzymając się za bok.

   — Przebiegłam… chyba… z pół…

— …zamku? – wyręczyłam ją, na co ona pokiwała głową ze zbolałą miną. – Niepotrzebnie, przecież Longbottom sam zawsze się spóźnia…

   Brenda przez moment stała na ścieżce zgięta w pół, po czym wyciągnęła z zanadrza egzemplarz Accio Ploty, którym zaczęła się wachlować.

— Pocky…! Widziałam… u nas, w gablocie… – nabrała głęboko tchu, po czym wystrzeliła jak z narowistej różdżki: – Wywiesili listę wszystkich, którzy mają się zgłosić do tej ankiety! Będą ją robić każdemu legalnie-indywidualnie, u opiekuna domu, obowiązkowo, bo ministerstwo prowadzi jakieś durnowate badania nad socjalizacją i adaptacją mugolaków wśród czarodziejów, czy jakieś takie bzdety, a to znaczy, że nam będzie ją przeprowadzał Flitwick, czyli koleś od zaklęć, czaisz Pocky, od zaklęć i uroków, a to przecież najmniej mugolski przedmiot w całym Hogwarcie i… – znów błyskawicznie nabrała powietrza – co jeśli każe nam coś wyczarować i na tym będzie polegała ta cała ankieta, bo jeżeli się nie adaptujemy w szkole magii, to znaczy, że nie umiemy magii, czyli będą nas odsyłać do domu i CO MY WTEDY ZROBIMY DO JASNEJ ANIELKI?!

   Brenda skończyła, a jej dramatyczny okrzyk zwieńczający cały jej tok myślenia, poniósł się echem po błoniach i odbił od linii Zakazanego Lasu.

   Victoire miała rozbawioną minę.

— Przecież nie będą was wyrzucać ze szkoły…!

   Ale Brenda – o zgrozo! – zignorowała ją całkowicie, chwytając mnie kurczowo za ramię i schodząc ze mną ze wzniesienia po kamieniach ścieżki, wciąż trajkocząc jak najęta:

   — Nigdy jeszcze nie było takiej ankiety, więc niby czemu nagle z tyłka trolla wpadli na ten pomysł! To chyba oczywiste, chodzi o selekcję naturalną. Jesteśmy na końcu łańcucha pokarmowego, Pocky…! – jej głos załamał się, a ja bezwiednie sięgnęłam po różdżkę i wyczarowałam jej chusteczkę, którą ona przyłożyła teatralnie do czoła. – Albo będą od nas chcieli, żebyśmy wyzbyli się swoich mugolskich korzeni, zapomnieli o telefonach, prądzie i pralkach… Będą chcieli wyprać nam mózgi! – Odjęła chusteczkę od twarzy, nagle poczerwieniałej pod wpływem złości. – Co za dekle! Narażają nas na taki stres na samym początku roku szkolnego, kiedy powinniśmy się skupić na pierwszych lekcjach…! Och, dlaczego ja się nie uczyłam tej transmutacji… No chyba, że powiem, że przetransmutowałam się w głupie prosię, którym przecież jestem, to wtedy Flitwick pozwoli mi zostać w szkole!...

   I tak nadawała przez całą drogę do cieplarni, poświęcając tyle uwagi nie Vicky, ale mojej osobie, chyba po raz pierwszy w życiu.

   Cała reszta czwartoklasistów z Ravenclawu i Slytherinu stała już przed furtką do ogródka. Nikt jednak nie wchodził jeszcze do szklarni i dopiero, kiedy byłyśmy już całkiem na miejscu, przekonałyśmy się, dlaczego.

   Profesor Longbottom opierał się o płotek porośnięty wdzięcznymi młodymi pędami, za którym stała Luna Lovegood – oboje byli pogrążeni w rozmowie i kompletnie niezwracający przy tym uwagi na czekających u wejścia uczniów, z których każdy gapił się na Lunę, wytrzeszczając gały.

   Nie, nie miała już na sobie wymyślnej szaty, ani nawet tego śmiesznego stroika na głowie. Najwyraźniej to był odświętny strój, jednak jej roboczy przyodziewek również odstawał od normalności, nawet jak na czarodziejskie realia.

   Profesor Longbottom miał na sobie małą, bulwiastą tiarę i brązowy fartuch utytłany ziemią, z którego kieszeni wystawały rękawice ze smoczej skóry – i to było całkiem normalne.

   Natomiast profesor Lovegood-Scamander odziana była w szatę tak pstrokatą i bijącą po oczach, że składała się chyba z samych łat, z czego każda była w innym kolorze i wzorze. Wyposażona była przy tym w obszerne kieszenie po bokach, obie po brzegi wypchane wielkimi, zielonymi cebulami, w uszach dyndały jej jaskrawe, pomarańczowe rzodkiewki, a jej głowę zdobiły psychodeliczne okulary. Różdżkę miała zatkniętą za ucho. I była boso.

   —…ale chyba nikt nie ukradł ci butów, co? – mówił właśnie profesor Longbottom z dość zaniepokojoną miną, kiedy ja, Brenda i Victoire zbliżyłyśmy się do ogrodzenia.

— Nie, choć dziwnie jest być w Hogwarcie, w którym nikt nie kradnie ci butów – stwierdziła beztrosko Luna, na co Neville uśmiechnął się z zakłopotaniem, ale równocześnie dziwnie sentymentalnie.

   Brenda zmarszczyła nos, jakby już wyczuła w powietrzu zapach jego nawozu.

— Oni się znają? – zapytała przenikliwym szeptem, który byłby w stanie usłyszeć nawet nieśmiałek ukryty na czubku drzewa w głębi Zakazanego Lasu.

— Tak, jeszcze z czasów szkolnych – wyjaśniła Victoire.

   Tymczasem profesor Longbottom wskazał rękawicą ze smoczej skóry na kieszenie Luny, z których cebule nie wysypywały się chyba tylko z powodu czarów.

— Widzę, że nadal bronisz się przed… eee…

— …plumpkami – wpadła mu w słowo pogodnie, spoglądając na niebo nad Zakazanym Lasem zupełnie tak, jakby widziała tam jakieś niewidzialne, latające stworzenia. – Zaraz będę mieć moją pierwszą lekcję z piątoklasistami – wyjaśniła rozmarzonym tonem. – Postanowiłam nauczyć ich wytwarzania naparu z tykwobulwy – mówiąc to, wzięła do ręki jedną zieloną cebulę. – To będzie wprowadzenie do tematu o plumpkach.

   Profesor Longbottom tylko pokiwał głową, jednak nie mogę powiedzieć, by uczynił to z jakimś większym zrozumieniem.

— No to powodzenia! – Wyprostował się, po czym dopiero teraz zauważył stojącą u wrót ogródka klasę. – Och, już jesteście… Dzień dobry…

   Wpuścił nas do środka, jak zwykle machając różdżką trochę nieuważnie, przez co furtka otwierając się, rąbnęła z trzaskiem o płot.

— O, widzę, że masz lekcję z krukonami! – Luna wyglądała na wyraźnie uradowaną. – Sama kiedyś byłam w tym domu!

   Po czym założyła na oczy swoje psychodeliczne okulary i zaczęła gapić się na każdego przechodzącego wzdłuż płotu ucznia z osobna, jakby była kolorową, zwariowaną sową. W końcu wszyscy wtoczyli się do cieplarni, z takimi minami, jakby właśnie poddano ich promieniom roentgena. Neville zamknął za nami drzwi.

   — Ona była w Ravenclawie? – Brenda miała teraz tak zdziwioną minę jak Luna, tyle że u tej ostatniej widocznie był to normalny wyraz twarzy. – Jeżeli mam w przyszłości żywić się tymi cebulami, to proszę o nową Ceremonię Przydziału!

   Jeżeli jednak istniało coś obrzydliwszego od perspektywy picia naparu z tykwobulwy, to były to rośliny, które profesor Longbottom pokazał nam w chwilę później.

   — To czyrakobulwy – oznajmił, bez najmniejszego wzdrygnięcia stawiając na stole donice z czymś, co wyglądało jak ogromne, czarne ślimaki wyłażące pionowo z ziemi, pokryte bladożółtymi, błyszczącymi bąblami. – Będziemy wyciskać z nich ropę…

Co?! – wrzasnęła Brenda.

   Victoire cofnęła się chyba na odległość półtora metra od swojej czyrakobulwy, z taką miną, jakby zaraz miała zemdleć.

   — Jak już mówiłem… – zmieszał się profesor Longbottom, który wyraźnie z trudem znosił nieprzychylną reakcję klasy na jego ukochane roślinki. – Ropa czyrakobulwy jest niezwykle cenna, a przede wszystkim – zawiesił uroczyście głos, po czym zrobił ważną minę – to najlepszy środek na ziemi, jeżeli chcecie się pozbyć trądziku.

— To już wiemy, co było w tej wielkiej kosmetyczce Gigi Bulstrode – mruknęłam w stronę Victoire, na co ona parsknęła wymuszonym śmiechem.

    Profesor Longbottom nakazał nam założenie rękawic ze smoczej skóry, po czym przez całą resztę lekcji wyciskaliśmy czyrakobulwy, co przebiło nawet siekanie dżdżownic na eliksirach w moim rankingu obrzydliwych czynności. Mało było przy tym rozmów, bo każdy był zbyt skupiony na obrzydzaniu się podczas naciskania na żółte bąble, aby pękły i wydobyły z siebie silnie pachnącą naftą, żółtozieloną substancję, którą zbieraliśmy do wskazanych przez Neville’a butelek. W końcu ze szkoły dotarł do nas odległy odgłos gongu, po czym wszyscy jak najszybciej opuścili czyrakobulwową rzeźnię. Victoire wciąż była zielona na twarzy, a i ja głęboko żałowałam tego, że podczas śniadania pochłonęłam tyle naleśników.

   Z błoni ku niebu snuła się wielka chmura dymu. To profesor Lovegood-Scamander, wraz ze swoją klasą, rozpaliła wielki ogień pod kotłem na wolnym powietrzu, do którego uczniowie raz po raz dosypywali zielonych cebul, zwanych tykwobulwami. Czwartoklasiści jak najszybciej uciekli w bezpieczne od tych obrzydliwości mury zamku, przy czym my, krukoni, zostaliśmy w sali wejściowej, gdzie mieliśmy czekać na Booracka, który miał nas odprowadzić na eliksiry z puchonami.

   Myśli, przez całą godzinę pochłonięte czynnością pozyskiwania ropy, teraz krążyły mi wciąż po głowie, głównie wokół pogawędki Longbottoma z Lovegood, której byłam świadkiem.

   Neville i Luna się znają i to jeszcze z czasów szkolnych. A przecież każdy wie, że profesor Longbottom był na jednym roku z Harrym Potterem. Czy to przypadek, że akurat dwoje znajomych Harry’ego Pottera uczy teraz razem w szkole…?

   I wtedy coś sobie przypomniałam.

   Grafitti! Te które kiedyś Teddy pokazał nam na tyłach szkoły! To oni je zrobili, Luna Lovegood, Neville Longbottom i Ginny Weasley…

   Nie, to nie może być zbieg okoliczności, że Luna zaczęła tu pracować.

   Postanowiłam natychmiast to zbadać. Odwróciłam się w stronę Victoire, która stała oparta o ścianę, najwyraźniej wciąż próbując powstrzymać mdłości.

   — A ta cała Luna – zagadnęłam beztrosko. – Była w tym całym GD, prawda? Dlatego ona i Longbottom tak dobrze się znają?

   Victoire tylko kiwnęła głową, trzymając się za brzuch.

— A większość GD jest teraz w Zakonie Feniksa – drążyłam. – Prawda?

   Ponowne kiwnięcie srebrnymi włosami.

— A ty dobrze znasz tę Lunę?

   Vika wyprostowała się, najwyraźniej powoli odzyskując utracone samopoczucie.

— Niezbyt – rzekła powoli. – Ukrywała się przez pewien czas podczas wojny u moich rodziców. Ale raczej nie jest ich bardzo bliską znajomą – zmarszczyła brwi. – Właściwie, odwiedza nas tylko na święta. I to też chyba tylko z powodu grobu Zgredka.

   Na moment przestałam skubać kosmyk włosów.

   Grób Zgredka. Kolejna zagadkowa sprawa, która z czasem zakopała się w odmętach mojej pamięci!

— Zgredka? – zapytałam, zapominając na chwilę nawet o Lunie i moich domysłach. – Co to jest właściwie za Zgredek?

   Ale w tym momencie w sali wejściowej pojawił się Boorack, który zaczął głośno machać dzwonkiem, niby ponura parodia świętego Mikołaja – no i byłyśmy zmuszone obie się zamknąć, bo mistrz eliksirów wyraźnie nie życzył sobie żadnych rozmów podczas drogi do klasy.

   No właśnie, kolejny znak zapytania.

   Co było nie tak z tymi lochami?

   — Witam w nowym roku szkolnym! – Boorack postawił na biurku swoją podejrzaną, czarną teczuszkę, po czym obrzucił klasę spojrzeniem zapowiadającym, jaką rzeź urządzi nam na eliksirach w tym roku. Jego wzrok zatrzymał się na ławce mojej i Victoire. – A to co ma być?

   Ja i Vi spojrzałyśmy po sobie, udając, że kompletnie nie wiemy, o co chodzi.

— Weasley, Glam… Przypomnijcie mi, kiedy pozwoliłem siedzieć wam w jednej ławce na moich zajęciach…?

— W pierwszej klasie…? – podsunęłam ostrożnie.

— Otóż nigdy – skwitował Boorack, całkowicie mnie ignorując. – I pozwolę wam na to tylko wtedy, kiedy zechcę, by ktoś wysadził zamek u jego podstaw.

   Reszta krukonów i puchonów nie mogła wiedzieć o co chodzi, ale my, chcąc nie chcąc, byłyśmy złączone z Boorackiem tą tajemnicą. No, może poza jeszcze jedną osobą w tej sali…

   Nagle chwyciłam mocno za brzeg ławki.

   Boorack spoglądał nam świńskimi oczkami prosto w oczy. Po chwili na jego czerwonej facjacie rozlał się – po raz pierwszy i, mam nadzieję, ostatni w tym roku – aż za dobrze nam znany okropny wyraz satysfakcji.

— Weasley, ty chyba siedzisz z Sorensem, prawda? – rzucił, wciąż z tym obleśnym uśmiechem, w jego mniemaniu zapewne uprzejmym. – A ty Glam – zwrócił się do mnie, równocześnie tracąc na wszelkich pozorach. Chyba nawet troll skonstatowałby, że była to po prostu nienawistna uciecha. – Ty pilnowałaś, aby Larieson nie zalał całych lochów swoimi popłuczynami.

   Moje palce zaciskały się teraz na blacie tak mocno, że aż pobielały mi knykcie.

— Proszę się natychmiast rozsiąść i nie marnować więcej mojego czasu.

   Sam marnujesz sobie czas!

   Nie będę siedzieć z Simonem. Już nigdy!

— Słyszałaś Glam, czy podczas uczty nakapało ci w uszy wosku?... – zapiał Boorack, po czym zachichotał, wyraźnie zadowolony z własnego dowcipu.

   W milczeniu wstałam, flegmatycznie wzięłam swoją torbę, po czym bardzo powoli poczłapałam na sam tył klasy.

   Boorack rozpoczął lekcję (czytaj: męczarnię), a ja usiadłam na samym skraweczku ławy, jak najdalej od Simona, nie wiedzieć czemu, uśmiechającego się lekko pod nosem. Jeżeli istniało jakieś gorsze rozpoczęcie roku szkolnego niż wyciskanie pryszczy wielkim ślimakom, to było to właśnie to. Jak bardzo byłam głupia sądząc, że w tym roku uda mi się uniknąć jego gapienia się na mnie i wynikających z tego, niezależnych ode mnie, a na pewno upokarzających reakcji z mojej strony…? Przecież nawet teraz, siedzę jak głupia, starając się zachować jak największy dystans i drżąc cała od stóp do głów, żeby tylko na niego przypadkiem nie spojrzeć! Czemu nie mogłam być taka jak Victoire? W jej przypadku wystarczyło jedno wyniosłe spojrzenie, żeby natrętnie przyglądający się jej koleś, taki Seth na przykład, natychmiast się odczepił. Ja jednak nie posiadałam takich umiejętności.

   A Simon jak to Simon. Oczywiście się na mnie gapił.

   — Aż tak mnie nie lubisz? – zapytał nagle cicho, jak zwykle z tym swoim niewinnym, uprzejmym zainteresowaniem, a ja omal nie podskoczyłam na ławce i prawie natychmiast oblałam się falą gorąca.

   Mimo wszystko, ostatkiem silnej woli udałam, że całkowicie pochłania mnie wykładanie na stół swoich składników.

— Nie lubię ludzi.

— To tak samo jak ja.

   Spojrzałam na niego, nie mogąc już się dłużej powstrzymać, tak samo zresztą, jak od ironicznego uśmieszku.

— W takim razie czemu jesteś taki zadowolony?

   Simon również uśmiechnął się szeroko.

— Przecież ty nie jesteś człowiekiem! Nie masz w sobie niczego, co nazwałbym ludzkim.

— A niby czym twoim zdaniem jestem? – zapytałam urażonym tonem. – Tylko nie mów, że goblinem…?

   Zrobił minę pełną głębokiego zastanowienia.

— Nie, chociaż fakt, bywasz równie złośliwa… ale pasujesz mi raczej bardziej do czegoś w rodzaju… skrzata domowego…? Albo może jesteś jakimś gnomem, bahanką, albo chochlikiem kornwalijskim… – zmierzył mnie taksującym spojrzeniem. – Tak, w końcu ze skrzatów jest jakiś pożytek. Chochliki są po prostu wkurzające.

   Zanim jednak zdążyłam kopnąć go pod stołem, Boorack klasnął swoimi pulchnymi łapskami.

   — Rozpoczynamy mieszanie składników!

   Nie zważając już na Simona, zajęłam się swoim eliksirem.

   Przez całą resztę tych dwóch godzin, już więcej nie odezwaliśmy się do siebie. Powzięłam za to w duchu bardzo poważne postanowienie na całą resztę roku: zachowuj się jak góra lodowa. Chłodna, majestatyczna i niebezpieczna. Imponująca i piękna w blasku słońca. Przygotowywałam więc ze stoickim spokojem swój idealny eliksir, podczas gdy Simon podpalał wciąż kociołek, z czym usłużnie pozwoliłam mu się męczyć. W zeszłym roku jeszcze byłam skłonna coś mu czasem podpowiedzieć, jakoś naprowadzić na prawidłowy tor pracy, chociaż rzecz jasna nie podejmowałam z nim rozmowy. Ale w tym roku tak nie będzie. Choćby miał wysadzić swój kociołek na tysiąc kawałków, w moim sercu nie będzie miejsca na litość.

    Boorack tymczasem spacerował jak zwykle między ławkami, łajając i dręcząc uczniów jeszcze bardziej niż zwykle, co świadczyło o tym, iż musiał być w wyśmienitym nastroju. Zapewne było tak z powodu tych całych rozporządzeń.

   — Panie profesorze… – Gdzieś w środku lekcji, Quirke w końcu odważył się grzecznie podnieść rękę. Boorack spojrzał na niego w taki sposób, jakby najchętniej amputował wyciągnięte ramię Quirke’a.

— Tak, Simpson? – warknął.

— Jeżeli można spytać… – Quirke zawiesił teatralnie głos. – Z jakiego powodu nie możemy samodzielnie wchodzić do lochów?

   Cała klasa zamarła nagle nad swoimi kociołkami.

   Boorack podszedł powoli do ławki Quirke’a, który wglądał na wyraźnie wystraszonego własną śmiałością.

— Powiedz mi, Simpson – powiedział Boorack, pozornie niedbałym tonem. – Czy pani dyrektor podała powód tego rozporządzenia na uczcie?

   Quirke niepewnie pokręcił głową.

— Nie powiedziała ci tego osobiście? Nie wystosowała specjalnego listu z wyjaśnieniami?

   Boorack pochylił się nad ławką Quirke’a, który instynktownie odchylił się do tyłu.

— Otóż, jeżeli pani dyrektor nie uznała za stosowne, aby poinformować o tym wielkiego pana Quirke’a Simpsona, to wielki pan Quirke Simpson nie powinien pytać o to tak prostego nauczyciela jak ja. Chyba że wielki pan Quirke Simpson życzy sobie wypatroszyć całą beczułkę rogatych ropuch bez użycia czarów, póki nie padłby na twarz ze zmęczenia. – Wyprostował się, po czym obrzucił klasę wściekłym spojrzeniem. – Pracować!

   Odwrócił się do swojego biurka, a za jego plecami Julia trzepnęła Quirke’a podręcznikiem po głowie. Pochyliłam się nad swoim kociołkiem, nie myślałam jednak wcale o sporządzaniu eliksiru.

   Boorack musiał być w naprawdę wyśmienitym humorze.

   Każdy z ulgą jak najspieszniej odszedł w swoją stronę, gdy tylko profesor wyprowadził nas z lochów.

   Po obiedzie krukoni z czwartej klasy mieli jeszcze lekcję zaklęć, na której profesor Flitwick już na wstępie kazał przeczytać nam trzy nadprogramowe pozycje, przygotowujące do tematu o zaklęciach przywołujących. Po zakończonych zajęciach, ja i Victoire udałyśmy się razem do biblioteki, rozstając się przy tym z Brendą, która, zielona na twarzy, miała zaraz odbyć indywidualną ankietę jako jedna z pierwszych, a także unikając Julii, która oczywiście również od razu po lekcjach wybierała się do przybytku z książkami.

   Szukając zadanych nam przez Flitwicka lektur, za pewnym regałem na samych tyłach biblioteki, natknęłyśmy się na Teda Lupina, który sprawiał dziwne wrażenie, jakby się przed kimś chował.

   — Och!... To wy – zawołał wymijająco, odkładając szybko na bok jakąś książkę.

   Victoire zerknęła na okładkę.

— Czytasz Podręcznik Czarodziejskiej Gospodyni Domowej?

   Teddy poczerwieniał lekko na twarzy.

— Pewnie, że nie! Chowam się za nim.

   Usiadłyśmy przy stoliku pod regałem, po czym spojrzałyśmy na niego wyczekująco. Teddy wyglądał jak skrzat domowy, który boryka się z wyjawieniem jakiegoś sekretu rodu, ale w końcu jednak wyraźnie się przełamał, bo usiadł raptownie koło nas i wybuchnął głośnym szeptem:

Te pierwszaki są jakieś nienormalne!

   Ja i Victoire spojrzałyśmy po sobie ze zdziwieniem.

Co? – Victa zmarszczyła brwi, ale kącik ust równocześnie zadrgał jej lekko. – Chowasz się przed jedenastoletnimi dziećmi…?

— To nie są dzieci! – wycedził Ted, równocześnie rzucając niespokojne spojrzenie na wylot między półkami. – To są potwory – przeliterował, niemalże bezgłośnie.

— I niby co te potwory ci zrobiły? – zapytałam bez przekonania.

— Przecież miałeś je tylko odprowadzić do wieży! – Victoire spojrzała na niego z zaciekawieniem, tym samym sprawiając, że Teddy poczerwieniał jeszcze bardziej.

— Tak, miałem je tylko odprowadzić do wieży! – przedrzeźnił ze złością jej beztroski ton. – Tylko tak się jakoś złożyło, że podczas tego odprowadzania ich do wieży, dziwnym trafem na samym wstępie zaprzepaściłem bezpowrotnie swój autorytet i pogrzebałem żywcem swoją ciężko wypracowaną reputację. – Spojrzałyśmy na niego pytająco, na co on spuścił wzrok i burknął pod nosem:

— Wpakowałem się w fałszywy stopień.

   Ja i Vicky parsknęłyśmy śmiechem, na co on obrzucił nas morderczym spojrzeniem.

— Czy ty przypadkiem nie chodzisz do tej szkoły już od pięciu lat? – wykrztusiła Victa, patrząc na niego takim wzrokiem, jakby jego nieporadność bawiła ją i rozczulała równocześnie.

— To wcale nie jest śmieszne! – Teddy zrobił zbuntowaną minę. – Prefekt powinien znać zamek na wylot, a nie wpadać w pierwsze lepsze fałszywe stopnie! A te dzieciary zamiast mi pomóc, to jeszcze zaczęły się drzeć: „Patrzcie, jego włosy są czerwone”! I zaczęły mnie pytać, jak ja to zrobiłem…!

— Jak wpadłeś w fałszywy stopień, czy jak zmieniłeś włosy? – Victoire widocznie nie mogła się powstrzymać od tego złośliwego pytania.

   Teddy spuścił wzrok, z bardzo ponurą miną.

— Byłem beznadziejny – podsumował z rezygnacją, a ramiona i włosy oklapły mu nieco.

   Victoire dotknęła lekko jego ramienia, wciąż z tą samą, rozrzewnioną miną.

— Wcale nie – zaprzeczyła. – Pewnie dzięki tobie te pierwszaki na zawsze zapamiętają już swój początek szkoły.

    Cóż, nie można było powiedzieć, by Teda bardzo pocieszyły te słowa.

— A drugi prefekt? – spytałam, bo nagle coś przyszło mi do głowy. – Nie mógł cię wyciągnąć z tych cholernych schodów?

— Drugi prefekt – wycedził Teddy przez zaciśnięte szczęki – stał i spokojnie się przyglądał, jak ze stopnia wyciąga mnie zgraja bachorów.

   Gdyby Ted Lupin wiedział, jak w tym momencie trudno było mnie i Victoire powstrzymać się od śmiechu, po stokroć bardziej doceniłby naszą przyjaźń.

   — A na domiar złego, opiekę nad magicznymi stworzeniami będę miał w tym roku z Pomyluną Lovegood – dodał, jakby to dopełniało cały obraz beznadziei jego życia. – Harry mówił mi, że ktoś znajomy zacznie pracować u nas w szkole, ale żeby to była ona…? – pokręcił z niedowierzaniem głową. – Dziś kazała nam robić napar z jakichś zielonych cebul, a potem jeszcze to wypić. Był czerwony i obrzydliwy.

   Ale mnie zainteresowała zgoła inna informacja, zwłaszcza, że po czyrakobulwach i eliksirach dosyć miałam obrzydliwych tematów.

— Harry ci powiedział…? – powtórzyłam powoli. – Chcesz mi powiedzieć, że… Harry Potter miał z tym coś wspólnego, tak?

   Teddy tylko wzruszył ramionami, patrząc na mnie z lekkim zdziwieniem.

— Może tak, nie wiem. Tylko po co miałby umieszczać w Hogwarcie Lunę Lovegood…?

— To chyba oczywiste! – Do tej pory cały czas szeptaliśmy, ale teraz jeszcze bardziej zniżyłam głos. – Żeby ktoś tu był i obserwował Booracka.

   Ich reakcja była natychmiastowa. Victoire jak na zawołanie zrzedła mina i tym razem to Teddy parsknął śmiechem.

— I niby tym kimś miałaby być Luna? – zadrwił.

— Przecież wiem, jak to brzmi! – zaperzyłam się. – Ale w końcu to znajoma Harry’ego Pottera. A przy tym jest tak dziwna, że pewnie mało kto bierze ją na poważnie… Moim zdaniem, to idealne rozwiązanie. Luna założy te swoje zwariowane okulary i będzie skrycie obserwować, co dzieje się w szkole, a nikt nawet nie będzie ją o to podejrzewał…

Widmokulary – poprawiła mnie automatycznie Victoire. – Tylko że w szkole nic się przecież nie dzieje.

   Ja i Teddy równocześnie spojrzeliśmy na nią tak, jakby to ona miała na sobie pomarańczowe rzodkiewki i wisior z kapsli po piwie.

   — Jak to nic się nie dzieje – powtórzył tępo Ted, natomiast ja wywróciłam oczami:

— Victoire, twoja ignorancja powoli przestaje być akceptowalna.

— Jest dopiero pierwszy dzień szkoły – powiedziała bardzo wyraźnie, zupełnie jakby bała się, że nie zrozumiem, jeżeli nie wypowie tego hiperpoprawnie. – Rozumiem, że Zakon mógł umieścić tu Lunę na wszelki wypadek, ale nawet nie wiadomo, czy w ogóle jest to potrzebne. Nic. Się. Jeszcze. Nie dzieje.

— A piosenka Tiary? – zaatakowałam. – A zakaz wchodzenia do lochów? A ta cała ankieta?

   I wtedy – jak za sprawą zaklęcia przywołującego – zza regału wyłoniła się Brenda, oczywiście zadyszana, zaczerwieniona i bardzo zaaferowana, choć to ostatnie raczej nie stanowiło większej osobliwości.

Tu jesteście! – zawrzasnęła głosem tak przenikliwym, że aż kurz posypał się z dawno zapomnianych półek, a my, wszyscy troje, machinalnie syknęliśmy przez zęby. – Wszędzie was szukałam…! – Brenda ściszyła głos, choć oczywiście nie można było powiedzieć, by jej głośny szept był jakąś specjalną melodią dla uszu. – Miałam przed chwilą tę debilowatą ankietę, Flitwick zadawał mi tysiące arcytrudnych pytań, ale w końcu od czego ma się ten krukoński łeb, chyba zdałam…!

— Brenda, ankiety się nie zdaje – rzekła sucho Victa. – Ankieta to nie egzamin.

— No tak, racja…! – Brenda machnęła ręką. – Ale tak czy siak nie odeślą mnie do domu, mogę uczyć się tu nadal…!

— Żebyś chociaż raz skorzystała z tego przywileju!

   Zza półek z księgami wysunęła się Julia, niby rudy sfinks, oczywiście lewitując za sobą cały stos lektur. Na jej widok, trójkątna twarz Brendy wyciągnęła się nagłym wyrazem niechęci.

— Oczywiście, że korzystam! Czy bez tego potrafiłabym udoskonalić Accio Plotę ruchomymi fotkami? A ty potrafisz robić ruchome fotki, co…?

— Wiedzę magiczną można wykorzystywać w bardziej ambitnych celach. – Julia zadarła nosa, poprawiając sobie okulary środkowym palcem, oczywiście czysto przypadkowo. – Jeżeli twoje umiejętności czarodziejskie ograniczają swoje wykorzystanie jedynie w redagowaniu tej pożałowania godnej gazety…

— Sama jesteś pożałowania go…!

   Ale my już zmyliśmy się z biblioteki, bo nie chcieliśmy się znaleźć w samym ośrodku awantury, mogącej skończyć się rzucaniem ksiąg, co zapowiadało się niezwykle krwawo, zważywszy na ilość amunicji w zasięgu wzroku.

   Przez kolejne dwa tygodnie ja i Victoire mogłyśmy się całkowicie przekonać, że w czwartej klasie czeka nas naprawdę ciężka orka.

   Wszyscy nauczyciele do znudzenia powtarzali wciąż paranoidalną gadkę o Sumach, które mieliśmy zdawać w przyszłym roku i zaczęłam się poważnie zastanawiać, jak Ted radzi sobie w piątej klasie, skoro nam już w czwartej nie dają żyć.

   Profesor Binns męczył nas parogodzinnymi wykładami na temat buntów goblinów (moich pobratymców, jak złośliwie zwał ich Simon Larieson), Boorack dręczył nas sporządzaniem antidotów na trucizny, nierzadko sugerując, że kogoś otruje, aby sprawdzić ich zdatność do użycia. Czyrakobulwy wciąż wydawały się obfitować w ropę, choć przecież wycisnęliśmy z ich bąbli kilkanaście litrów tego świństwa, Hagrid postanowił nauczyć nas wyprowadzania na spacer czegoś, co wyglądało jak skrzyżowanie żółwia z buchorożcem i tylko McGonagall zdawała się być bardziej zmęczoną tematem zamiany jeża w poduszeczkę do szpilek, niż my.

   Moja ankieta miała się odbyć w środę, w trzecim tygodniu września. Do tego czasu zdążyło się rozejść jeszcze więcej pogłosek wśród uczniów, którzy podobnie jak Brenda, twierdzili, że ankieta tak naprawdę jest sprawdzianem, którego oblanie skutkuje powrotem do domu. Wiedziałam wprawdzie gdzie biło źródło tych dramatycznych wieści, co mimo wszystko nie zmieniło faktu, że przed swoją ankietą byłam mocno stremowana. Teddy i Victa oczywiście dokładali wszelkich starań, aby podnieść mnie na duchu.

   — Po co ministerstwo wymyśliło tę ankietę! – jęczałam, kiedy przepychaliśmy się razem przez tłum uczniów wypełniający korytarz, idąc w stronę gabinetu Flitwicka. – Badanie poziomu socjalizacji uczniów mugolskiego pochodzenia…  Kogo obchodzą takie bzdety?!

— To na pewno nie jest nic poważnego – zapewniła mnie Victa, w tym celu używając swojego najbardziej uspokajającego tonu. – Flitwick zada ci parę pytań i będziesz mogła wrócić do domu. Mówiąc dom, miałam na myśli Ravenclaw – dodała pospiesznie, kiedy napotkała wzrokiem moją twarz, pobladłą jak papier.

   Przy drzwiach do gabinetu profesora Flitwicka tłum przerzedził się nieco, ale fala uczniów wciąż przepływała pod drzwiami, podążając na ostatnie lekcje. Po chwili spośród czarnych szat wyłonił się Simon, który podszedł do nas od razu, gdy tylko nas zobaczył.

   — No, no, wila, metamorfomag i goblin – rzekł beztrosko na powitanie, równocześnie obrzucając nas uważnym spojrzeniem. – Myślałem, że skończyliście już ze spiskami.

— A czy ty mógłbyś skończyć z tymi zwierzętami?... – poirytowałam się, obracając się raptownie w jego stronę.

   Brwi Simona błyskawicznie powędrowały do góry, co raczej nieszczególnie poprawiło stan mojego samopoczucia.

— Gobliny to nie zwierzęta – wyjaśnił wyrozumiale, a kąciki ust mu zadrgały. – Powiesz na tej ankiecie, że nie wiesz, co to gobliny, a odeślą cię do domu.

Ha-ha-ha – wycedziłam przez zęby.

— Powodzenia! – zawołał, salutując mi przy tym jak to miał w zwyczaju, po czym zniknął w korytarzu, zarzucając torbę na ramię.

   No tak. Nie ma to jak wsparcie.

   Victoire i Teddy również wyglądali tak, jakby Simon tymi kilkoma wyszukanymi zdaniami zaprzepaścił wszystkie ich życiowe dążenia.

— Chyba już musisz iść – powiedział Teddy niemrawo, spoglądając przy tym na swój zegarek.

   Westchnęłam, spojrzałam na nich żałośnie, po czym zaczęłam wspinać się po schodach.

   Gabinet profesora Filiusa Flitwicka znajdował się na siódmym piętrze, nieopodal Wieży Zachodniej – i wyglądał dokładnie tak, jak powinien wyglądać gabinet maleńkiego mistrza zaklęć i uroków.

   Wszędzie lewitowały stosy książek, bo w końcu po co są półki, skoro można użyć magii. Zresztą, opiekun naszego domu sam zawsze powtarzał, że nie widzi sensu w  ciągłym odkładaniu książek na miejsce, skoro przecież i tak stale z nich korzysta. Jednak poza wyraźnym brakiem mebli, jego miejsce urzędowania był to całkiem milutki pokoik, wyłożony przyjemnym dywanikiem, wyposażony w malutki, wesoło trzaskający ogniem kominek, oraz maleńkie biureczko, całe zawalone papierami i bibelotami. Wysoki, ostro sklepiony, gotycki sufit, podobnie jak w pokoju wspólnym Ravenclawu, był granatowy i pokryty plamkami gwiazdek, a przez ostrołukowe, wąskie okno wsączało się delikatne światło słońca.

   Flitwick siedział za biureczkiem na perkalowym foteliku.

   — Och, panna Glam! – zapiszczał na mój widok, równocześnie machając różdżką w stronę jakiegoś stosu papierów, z którego wierzchu poderwała się jedna karta i zawisła przed jego nosem. Profesor sprawdził coś na stronicy, poprawiając okrągłe okularki, po czym ponownie na mnie spojrzał: – Doskonale, wyśmienicie…

   Jedno machnięcie czarodziejskiej różdżki, a przede mną natychmiast wylądowało krzesło, również obite perkalem, na którym Flitwick polecił mi usiąść. Wykonałam posłusznie polecenie, równocześnie rozglądając się wciąż po gabinecie. Podobnież był to pokój otwarty dla wszystkich krukonów, jednak ja jeszcze nigdy nie byłam tu ze swoimi problemami. Prawdę powiedziawszy, w zeszłym roku to raczej ja sprawiałam problemy.

   Swoją drogą, krukoni już od pokoleń podejrzewają, że Flitwick jest w jakimś stopniu półelfem. Może będę pierwszą osobą, która się o tym przekona…?

   — No więc panno Glam, najpierw formalności. – Flitwick odchrząknął lekko, ponownie poprawiając okularki. – Status krwi?

   Spojrzałam na niego zaskoczona.

— To chyba oczywiste, skoro kazano mi się zgłosić do tej ankiety…? – powiedziałam powoli, na co mistrz zaklęć uśmiechnął się pod wąsem.

— Panno Glam, tę ankietę układało ministerstwo, ale… – mrugnął do mnie porozumiewawczo – nie jest ona raczej najwyższych lotów. Cieszę się jednak, że moi uczniowie zwracają na to uwagę…

   Kolejne machnięcie różdżki sprawiło, że papier wylądował na jego biurku, krótkie strzepnięcie ustawiło na nim pióro w gotowości do pisania.

— A więc tak… pochodzenie mugolskie…

   Pióro natychmiast zaczęło notować.

— Imiona rodziców?...

   Tak się to ciągnęło przez klika kolejnych minut. Flitwick zadawał mi coraz to nowe pytania na temat szczegółów mojego curriculum vitae, a ja coraz poważniej zaczęłam się zastanawiać nad celem tych pytań. Czy ankieta nie powinna być przeprowadzana anonimowo? Jeżeli chodzi tylko o to, jak mugolaki czują się w czarodziejskim świecie…

  — A teraz czas na kilka pytań natury psychologicznej!... – oznajmił profesor Flitwick, odwracając kartę na drugą stronę. – Proszę mi powiedzieć… jaka była pani reakcja na wieść, że jest pani czarownicą…? 

   Zmarszczyłam brwi, lekko zaskoczona tym pytaniem.

— Nie wiem… Moja starsza siostra była już w Hogwarcie, więc byłam na to raczej przygotowana.

— Tak, tak… Veronica Glam, jeżeli się nie mylę, Hufflepuff? – Flitwick sprawdził coś w poprzednio mu podanych przeze mnie informacjach. – Tak, zaiste, bardzo rzadko zdarzają się takie przypadki, by w mugolskiej rodzinie trafiło się magiczne rodzeństwo…

   Poczułam się jeszcze bardziej zaintrygowana – nigdy nie myślałam, by czarodziejstwo moje i moich sióstr mogło być czymś niezwykłym nawet w świecie czarodziejów.

— Czy były jakieś problemy w pierwszych dniach szkoły? – zapytał Flitwick. – Czy towarzyszyło im uczucie, że nie sprawdza się pani w magii tak jak inni?...

— Nie rozumiem, dlaczego miałabym się nie sprawdzać? – starałam się mówić jak najmniej urażonym tonem, ale chyba niezbyt mi to wyszło. – Panie profesorze… przecież ministerstwo zawsze utrzymywało, że mugolaki niczym się nie różnią od czarodziejów czystej krwi, więc dlaczego sugeruje teraz, że miałabym mieć jakieś większe kłopoty z powodu pochodzenia…?

   Uśmiech na twarzy Flitwicka nabrał zasmuconego wyrazu.

— Ostrzegałem panno Glam, iż czarodzieje, którzy układali tę ankietę, raczej nie wykazali się w niej zbytnim wyczuciem… szczerze powiedziawszy, robiły ją chyba jakieś bęcwały – po czym zachichotał z własnego dowcipu.

   Jednak w przypadku Flitwicka, a w przeciwieństwie do Booracka, wzbudzało to całkiem sympatyczne odczucia. Dlatego ja również uśmiechnęłam się słabo.


    — W moim mniemaniu, należy podejrzewać, iż chodzi zapewne o to, czy wcześniejsza nieświadomość istnienia czegoś takiego jak magia, przysporzyła więcej trudności w pierwszych dniach jej nauki... Ale skoro twoja siostra była już w Hogwarcie...

— Nie, nie miałam kłopotów, a przynajmniej nie większych niż inni – powiedziałam zdecydowanym tonem.

   Flitwick uśmiechał się wciąż z aprobatą.

— Czy aklimatyzacja w świecie magii, w pani odczuciu, zajęła pani długo, czy raczej krótko? – odczytał z karty, równocześnie marszcząc brwi nad debilnością tego pytania.

— W moim odczuciu zajęło to całkiem w sam raz – odparłam, czując się już całkiem pewnie. Zresztą, nie dało się czuć inaczej w tym przyjaznym gabinecie, kiedy Flitwick zadawał mi pytania, z których sam podśmiewał się pod nosem – i choć wcześniej byłam zawsze sceptycznie nastawiona do zwierzania się nauczycielom, teraz pomyślałam, że całkiem miło byłoby tu wpadać częściej. Zwłaszcza, że przecież profesor Flitwick jest świetnym nauczycielem i najlepszym na świecie opiekunem domu.
   Ankieta zawierała jeszcze z tuzin podobnych pytań, których znaczenie było właściwie takie samo, a jedynie poubierane w inne słowa. Przy każdym pytaniu Flitwick chichotał cicho pod nosem, jednak kompletnie mnie to nie deprymowało, wręcz przeciwnie – nagle sama wpadłam w dobry nastrój.

— Czy to już wszystkie pytania, panie profesorze? – zapytałam grzecznie.

— Tak… Tak, myślę, że możemy już dać sobie z tym spokój... Panno Glam, chciałbym jeszcze zamienić z panią parę słów prywatnie.

   Opadłam z powrotem na krzesło, równocześnie mając niemiłe wrażenie, że profesor nie zatrzymał mnie specjalnie tylko po to, by dalej sobie ze mną żartować. Karta z moją ankietą wylądowała z powrotem na pokaźnym już stosie, po czym Flitwick złożył ze sobą ręce, odchrząknął i widocznie już miał przechodzić do rzeczy, kiedy nagle podskoczył jak na sprężynie:

— Ach, byłbym zapomniał... Moje babeczki!

   Wytrzeszczyłam na niego oczy, zaskoczona tym dziwnym okrzykiem, zapominając na moment nawet o tym, po co Flitwick chciał mnie tu zatrzymać.
— Pana... pana co?
   Ale Flitwick nie odpowiedział, uśmiechnął się tylko tajemniczo, po czym machnął różdżką, a z szuflady jego biurka natychmiast wyfrunęła wielka, złota puszka, spod której wieka wyskoczyła znienacka malutka i najbardziej urocza babeczka, jaką widziałam w życiu. Spojrzałam na Flitwicka, nie kryjąc szczerego zdziwienia.

— Myślałam, że częstuje pan babeczkami tylko wtedy, kiedy ktoś jest mocno przygnębiony…!

— Powiedzmy, że nas oboje przygnębił poziom tej ankiety – Flitwick po raz drugi puścił do mnie oko. – Ale tańcem babeczek cię dziś nie uraczę, o nie…! Poczekam z tym, aż przyjdziesz tu z jakimś prawdziwym problemem.

   Uśmiechnęłam się tylko wdzięcznie, po czym raczyłam się malutką babeczką, która okazała się najlepszym ciastkiem, jakie kiedykolwiek jadłam. Opiekun mojego domu wyglądał na wyraźnie zadowolonego z tego, że jego wypieki mi smakują, ale zaraz potem wyraz jego twarzy znacznie spoważniał.

— Chciałbym zamienić z tobą kilka słówek na temat wydarzeń z tamtego roku…

   Splótł ze sobą ręce i przyjrzał mi się dokładniej znad okularków. A ja omal nie zakrztusiłam się babeczką.  

   Kiedy Flitwick rozdawał nam plany zajęć w pierwszy dzień szkoły i pogroził nam palcem, żebyśmy przypadkiem nie wysadziły w tym roku jego gabinetu, do głowy by mi nie przyszło, że będzie chciał o tym rozmawiać na poważnie!

   Profesor wciąż uważnie mi się przyglądał.

   — Otóż w poprzednim roku zostało ustalone, że do tej kradzieży zmusiła was pewna starsza uczennica, która notabene, postanowiła wkrótce potem uciec ze szkoły… – zaczął, podczas gdy ja przeżuwałam babeczkę coraz wolniej, gapiąc się na niego w osłupieniu. – W każdym razie, to wytłumaczenie przemówiło do pani dyrektor i profesora Booracka… ale do mnie niekoniecznie…

   Cholera jasna. CHOLERA JASNA!

   A więc jednak ktoś w tej szkole zasługuje na swoją reputację!

   Flitwick, jako opiekun Ravenclawu, nie dał się tak łatwo zwieść. Tylko czego teraz ode mnie oczekuje…?

— Nie wiem jak naprawdę wyglądała ta sprawa i jeżeli nie chcesz mi powiedzieć, nie będę nalegał… Chcę tylko powiedzieć, panno Glam… Jeżeli cokolwiek będziesz wiedziała, byłbym rad, gdybym został o tym poinformowany.

   Gdybym cokolwiek wiedziała…?
   Zaraz.

   Co właściwie miałam wiedzieć?


   Tylko kiwnęłam głową, w tym momencie raczej nie widząc innej możliwości na odpowiedź. Czy był sens pytać profesora, co podejrzewa i o jakie informacje mu właściwie chodzi…? Zanim do tego doszłam, nie dano mi jednak szansy na zadanie tych pytań, ponieważ Flitwick klasnął w małe łapki.


— No, to teraz zmykaj!


   Pożegnałam się i opuściłam gabinecik.


   Dziwne uczucie po tej dziwnej ankiecie nie opuściło mnie przez całą resztę dnia. A odnosiło się nie tylko do intrygującej prośby Flitwicka, ale i do samej kulawo skleconej ankiety, która wydawała się być dziwnie naiwna, jak na robotę ministerstwa.


   Biuro Aurorów odnalazło pierwszą porwaną, a w Proroku Codziennym pojawiła się o tym zaledwie wzmianka. Zakon Feniksa chciał z kolei infiltrować Hogwart przez widmokulary Luny Lovegood-Scamander, to nie uchodziło wątpliwości. Tiara Przydziału wprawdzie tylko wspomniała w swej piosence o cieniu wroga za murami, ale jednak nie da się ukryć, że stary kapelusz, spoczywający przez cały rok w gabinecie dyrektora, wiedział, albo przynajmniej podejrzewał, że coś wyraźnie wisi w powietrzu. Lochy z jakiegoś powodu pozostawały zamknięte i prawie na sto procent byłam przekonana, że to Boorack maczał w tym palce, choć nie wiem jakim cudem nakłonił do tego głupiego rozporządzenia McGonagall. A teraz na dodatek dochodzi kwestia tej dziwnej ankiety, która sprawiała takie wrażenie, jakby spełnianie swojej roli było paradoksalnie jej najmniej istotnym celem.


   Rzecz jasna, gdyby sytuacja była na miejscu, od razu po powrocie z gabinetu Flitwicka podzieliłabym się swoimi domysłami z Victoire, ona jednak wciąż nie chciała zachowywać się normalnie. Za to Teda na kolacji znów dopadła cała zgraja gryfońskich pierwszaków, jęcząc mu nad uchem i błagając o kolejne metamorfozy, które najwyraźniej wzbudzały wśród nich wielką sensację. Fiffie, która miała mieć swoją ankietę następnego dnia, nie dając się przekonać o bezsensowności swojego działania, zakopała się w książkach o historii magii, jakby to miało wzmóc jej czarodziejskość do jutrzejszego popołudnia, a Dominique do późna latała na miotle, co zresztą robiła co wieczór od początku tego roku szkolnego, odkąd McGonagall obwieściła termin naboru do drużyn.


   Nie mając więc do kogo się odezwać, powlokłam się do swojego dormitorium. Ale nawet kiedy Julia wróciła już z biblioteki (a wierzcie, że była to już bardzo późna pora wieczorna), ja nadal nie mogłam zasnąć. Myśli bezustannie bujały się pod baldachimem mojego łóżka, ulatując nade mną jak natrętny rój chochlików kornwalijskich… Płynęły leniwie od pomarańczowej rzodkiewki do zielonej tykwobulwy, od Accio Ploty do Proroka Codziennego, od widmokularów, do Magicznych Dowcipów Weasley’ów, od jednej półki w laboratorium Booracka do drugiej, przelatywały nad pulpitem z księgą, nad tym wielkim, prastarym kotłem… Wiedziałam, jak tam wejść, ale nie mogłam się tam dostać… Tajemniczy eliksir bulgotał mętnie…


   Zaklęłam cicho pod nosem. Ściana z napisem „Manny tu był” ani drgnęła, choć napierałam na nią ramieniem z całych sił. Wokół panowała ciemność, chciałam sięgnąć po różdżkę, ale dziwnym trafem nie miałam jej przy sobie.


   Odwróciłam się i oparłam o chłodną, oślizgłą ścianę, wdychając w płuca świeże, leśne powietrze. Jakieś światło zamajaczyło przede mną w ciemności.


   Czy to różdżka…?


   Moje palce zacisnęły się na kawałku drewna.


Lumos…


   Nic się nie wydarzyło.


   Strzepnęłam dłoń, jakbym próbowała pobudzić różdżkę.


Lumos!


   Kompletnie nic się nie stało.


   Nie rozumiem. Zawsze byłam dosyć dobra z zaklęć.


   Poświata majaczyła wciąż w oddali i pomiędzy drzewami mignął srebrzysty ogon.


   Oderwałam się od ściany lochu, powoli stąpając po ściółce leśnej. Kompletnie nie czułam stopami dotyku liści i ziemi, w ogóle nie słyszałam szelestu trącanych przeze mnie gałązek… Jednorożec przyspieszył, ja również zaczęłam iść szybciej… Rozległ się tętent kopyt… Zaczęłam biec…


   Ale kiedy wybiegłam na polanę, Cristal zniknęła. Polana nie była jednak pusta. Coś, dyszącego ciężko i zgarbionego, kuliło się po środku wolnej przestrzeni między jeżynami…


   Długi, wypełniony ostrymi zębami pysk. Marszczący się nos, ohydne szpony i ślepia, które błysnęły na mnie z ciemności. Uniosłam różdżkę, żeby się bronić, krzyknęłam zaklęcie…


   Nic się nie stało.


   Wrzasnęłam po raz drugi.


   Nic się nie stało.


   I wtedy wilkołak rzucił się na mnie, a ja zerwałam się z pościeli, omal nie zlatując przy tym z łóżka.


   Następnego ranka wyglądałam okropnie.


   Moje odbicie patrzyło na mnie podkrążonymi oczami, a samo lustro aż wrzasnęło na widok moich włosów. Jeżeli jednak coś przewyższało mój wygląd w okropności, to z całą pewnością był to humor – pyszna babeczka Flitwicka należała już do zamierzchłej przeszłości, a ja nie miałam ochoty nawet na śniadanie.


   Zresztą, i tak na nie zaspałam. Cały ten czas, podczas którego inni byli w Wielkiej Sali, ja spędziłam na doprowadzaniu się do stanu używalności.


   Pierwszą lekcją z samego rana była transmutacja i być może to dlatego spóźnienie się w tym dniu na zajęcia było arcypechem.


   — Glam! – Oczy profesor McGonagall błysnęły groźnie zza okularów. – Czy mam zadać ci na przyszłą lekcję transmutowanie kanarka w budzik?! Na Sumy też zamierzasz się spóźnić, czy chociaż wtedy wyjątkowo przyjdziesz punktualnie?


   Zaczerwieniłam się tylko po uszy, mamrocząc pod nosem jakieś "przepraszam". Już miałam usiąść koło Victoire, kiedy McGonagall zmarszczyła brwi z dezaprobatą, tak, że uczyniły na jej twarzy jedną, groźną linię.


— O nie, siadaj natychmiast do Lariesona. Dosyć tego gadania, więcej pracy. Naprawdę stać cię na więcej Glam, niż Nędzny z transmutacji, więc może chociaż zaczniesz w końcu uważać.


   To był chyba jakiś, do cholery, żart.


   To był żart!


   Myślałam, że nie może być gorzej…? Otóż mogło! Na eliksirach to ja błyszczałam, to ja miałam przewagę, to on babrał się w glutach! A teraz to ja będę musiała bezradnie patrzeć, jak on doskonale używa transmutacji, podczas gdy sama będę przy tym bezsensownie wymachiwać kijem!


   A najgorsze było to, że doskonale wiedziałam, co zobaczę, kiedy się odwrócę.


   I nie pomyliłam się.


   Kiedy podeszłam do ławki Simona, znajdującej się oczywiście na samych tyłach klasy, na jego twarzy widniał dokładnie taki sam uśmieszek jak na eliksirach, no może z tym szczegółem, że teraz był jeszcze szerszy.


   — Już wiem, czym jesteś… – szepnął, kiedy usiadłam, po czym nachylił się w moją stronę: – Nieśmiałkiem!
   Chyba dopiero teraz przeżywałam prawdziwy koszmar!





Wiecie, co Wam powiem?
Kiedy pod choinkę otrzymałam koszulkę z napisem "Pockemon", myślałam, że już nic mnie nie zdziwi.
Ale jednak zaistniało coś takiego.
Ten oto Hymn do Pockemona autorstwa Nez skradł moje serce.
Dosłownie śmiałam się przy nim do łez!
Dlatego też, droga Nez, specjalnie dla Ciebie dedykuję nie tylko scenę z Luną i Nevillem, ale także cały szip Pockemona xD
I w ogóle, dedykuję ten rozdział wszystkim moim czytelnikom, bo naprawdę od czasu tego Hymnu mam dziwnie wyśmienity humor!
Jeden komunikat: Obserwujcie Proroka Codziennego, którego umieściłam w lewej kolumnie bloga.
Będę tam umieszczać czasami informacje, którymi nie chcę zaśmiecać końca rozdziału.
Mam nadzieję, że ten rozdział czytało Wam się równie lekko, jak mnie pisało!
 
Nox/*


~ Tita




11 komentarzy:

  1. Jak zwykle pierwsza!
    I cieszę się, że Hymn ci się podobał!
    POCKY SIEDZI Z SIMONEM NA TRANSMUTACJIII I EEEELKACH
    Okej, dajcie znać, kiedy się pozabijają
    Ale jak się z nią droczy
    O matko boska, o matko boska, to jest piękne
    POCKEMON!
    O matko
    Awww, Luna! I nawet lekcja z Neville'm opisana!
    Intryguje mnie, czemu miała służyć ta kulawa ankieta...
    O matko, Flitwick taki genialny opiekun!
    I SIMON
    O BOŻE
    Biedny Teddy, no ale to wszystko przez geny :c XDDD
    Vi sfochana...ach, Victorie, A mon dieu...czy coś XDDD
    Ach, czuje się taka spełniona że jest nowy rozdział że aż szkoda gadać! <333

    Pierwsza do robienia zdjęcia POCKEMONowi i TEDOIRE,
    Anty-Nieśmiałek,
    Nez

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, macie w końcu swojego Pockemona, wy niewyżyte dzieci!
      Ty masz chyba jakiś fałszoskop, albo przypominajkę, przyznaj się. Co Ty robisz w życiu, że zawsze na czas komentujesz?!
      Oczywiście jak najbardziej to pochwalam!
      Hihi, przydaje się na coś te pottermore. Babeczki Flitwicka ❤
      A w Remusowym Teddym-prefekcie obudził się znienacka duch Tonks!
      Haha, też jestem spełniona tym, że udało mi się ten rozdział tak szybko napisać, mam nadzieję że uda mi się tak z całą tą częścią...
      Pozdrawiam ciepło, bo w Polsce zimno! ~ Tita

      Usuń
  2. Hej!
    Uwielbiam ten rozdział <3, tyle Simona xd. I jeszcze siedzą ze sobą na transmutacji i eliksirach, żyć nie umierać. Piona Pockemon! Też nie lubię większości ludzi. Victoire troszku mnie denerwuje tym niedopuszczaniem do siebie oczywistości , ale nie mam co krytykować bo sama pewnie próbowałabym w tej sytuacji być spokojna. Mój nauczyciel polskiego poprawia okulary środkowym palcem, jak Julia, chyba w ten sposób chce dać do zrozumienia mojej klasie co o niej sądzi. A Simon jakiś dobry humor ma XD. Flitwick rozwalił system xD. Ta ankieta sprawia że staje sie podejrzliwa, nie lubię tego stanu. To tak jak ktoś ci gada że musi z tobą pogadać ale nie mówi od razu o co chodzi ;(. Ale przy czytaniu już troche mniej mnie to denerwuje. Haha rozumiem cie Ted, jak pilnowałam dzieci kiedyś w kościele na roraty to mnie nie chciały słuchać i sie ze mnie śmiały. Nigdy więcej nie dam sie do tego namówić. Dzieci to zło. Neville <3.
    Pozdrawiam
    Gwen

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tu pozwolę sobie na pewną uwagę: narracja pierwszoosobowa ma to do siebie, że narrator nie jest wszechwiedzący i chcąc nie chcąc, narzuca czytelnikowi swoją subiektywną opinię i działania innych bohaterów również docierają do czytelnika przez punkt widzenia narratora. Victoire denerwuje Cię, bo denerwuje Pocky - ale jak to wygląda z perspektywy Vi? Nie dajcie się nabierać na takie haczyki!
      Mnie samej zdarza się poprawianie okularów środkowym palcem XD
      W zeszłej części to bohaterowie mieli tajemnice, które ukrywali. A teraz role się odwrócą: teraz to oni będą musieli odkrywać i się domyślać...
      Pozdrawiam i dziękuję za komentarz! ~ Tita

      Usuń
  3. Chyba wracam do żywych szybciej niż mi się wydawało.
    Ankieta mocno podejrzana i zastanawiam się kto za nią stoi. Niby ministerstwo, ale który departament i czy pracownicy-ministerstwa-będący-po-naszej-stronie są z nią powiązani?
    Rany, Flitwick był przerozkooszny, a ten jego malusi wzrost dodaje mu jeszcze więcej uroku i jego babeczki, i ten brak półek na książki. Jejkuu. <3
    Luna-nauczycielka to mocno abstrakcyjna wizja, ciekawe jak uczniowie zdadzą sumy, ale taki Hagrid też zbyt kompetentny nie jest (przesrane miały piąte i siódme klasy za czasów Lockharta - tak przy okazji).
    Simon i Pocky i końskie zaloty. Bo to przypomina mi trochę takie ciągnięcie za warkocze, pierwsze miłostki. Takie to łagodne i urocze, i młodzieńcze.
    Biedny Teddy-niezdara otoczony przez małe gnomy zafascynowane jego, nawet jak na czarodziejskie realia, wyjątkowymi zdolnościami. Niby fajnie jest móc być metamorfomagiem (nawet jeśli nie zawsze to kontrolujesz!), ale kiedy wyobrażam sobie, że miałaby mnie otaczać horda zafascynowanych tym dzieci... Aua.
    Jeszcze cofnę się na chwilę do perspektywy Victoire, chociaż to "trochę" nie ten rozdział, ale wcześniej wyleciało mi z głowy, żeby to napisać (ekhm, nie oszukujmy się, "żeby napisać cokolwiek"). Kocham to, że Victoire ma tę swoją wilowatą stronę, i niby drażnią ją tamte kuzynki, to ona i tak ma coś z nimi wspólnego choćby nie chciała. Fajne to, no...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, odżyłaś! Cieszy mnie to niezmiernie :) Przepraszam, jeżeli w poprzednim komentarzu wyraziłam mało zrozumienia dla Twojej niemocy, ale byłam po prostu mocno sfrustrowana brakiem komentarzy, więc musisz mi to wybaczyć.
      Tak, ostatnio często musiałam wymyślać aranżacje do gabinetów, które nie były opisane w książkach. Gabinet ministra, gabinet Flitwicka... Powiem Ci, że nawet całkiem nieźle się przy tym bawię, a jak przyjdzie czas na gabinet Luny... ojejku.
      No właśnie, Luna tak bardzo nie pasuje do roli nauczyciela, że aż pomyślałam: czemu właściwie nie? Uznałam, że to całkiem zabawna i magiczna wizja zarazem i postanowiłam zaryzykować stopnie uczniów Hogwartu i psychikę moich czytelniczek. Pytanie tylko, kto jest gorszy: Luna, czy Hagrid?
      Simon i Pocky wkroczyli na kolejny level w swojej relacji xD
      No właśnie. Postacie Teda i Vic mocno mi się rozbudowały. Oboje są pełni sprzeczności, dlatego myślę, że ich punkt widzenia może być całkiem ciekawy, również jeżeli chodzi o ich własną relację.
      Cieszę się, że jak na razie Ci się podoba, postaram się tego nie zepsuć!
      ~ Tita

      Usuń
  4. Witam! Wreszcie się odważyłam by skomentować twój blog. Tak więc jestem nim nie jako oczarowana ��. Kocham Pocky i Simona! Tak po prostu Pockemon rządzi! Co do notki- wspaniała. Tylko dlaczego ministerstwo zrobiło tą ankietę? Wrrr... Boorack. Ciekawi mnie również profesor Lovegood-Scamander ( kocham Lunę♥). Współczuję Teddy'emu. Banda dzieci śmiejąca się z ciebie to nic przyjemnego (wiem z własnego doświadczenia). Czekam na więcej.
    ~Skyler

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczarowana! Jakie ładne, magiczne słowo ❤ Czuję się zaszczycona tym, że użyłaś go odnośnie do mojego bloga!
      Dziękuję też za to, że odważyłaś się napisać komentarz, choć nie wiem, czemu wymaga to aż tyle odwagi. Patrząc na to w ten sposób, ja muszę być strasznie odważna, skoro publikuję całe strony zapisane w Wordzie!
      Tak więc pozostaje mi tylko życzyć Ci jeszcze więcej odwagi!
      ~ Tita, która stanowczo nadużywa wykrzykników, kiedy cieszy się z nowego czytelnika/komentarza!

      Usuń
    2. Ehh...No co ja poradzę, że jestem nieśmiała bardziej od Lisy. Co do oczarowania- to jest święta prawda! Tego bloga inaczej nie da się określić! I tak zdecydowanie masz nową czytelniczkę. Czekam cierpliwie i przesyłam Ci krem do rąk z wyciągiem z weny.
      ~ Skyler

      Usuń
  5. Dawno mnie tu nie było... nawet bardzo. Ale przekopałam kawałek internetu i znakazłam Twoje opowiadanie! Odżyły wspomnienia i chęć do czytania. Zdecydowanie shipuję Pocky i Simona!
    Z tą ankietą jest coś zdecydowanie nie tak, mam pewne podejrzenia, ale muszę się jeszcze upewnić w kilku kwestiach.
    Mnóstwa weny życzę
    ~MrocznaKosiarka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, cieszę się bardzo, że wróciłaś! To dla mnie wiele znaczy :)
      Grunt, że ten blog jest mimo wszystko znajdowalny w odmętach internetu!
      Dziękuję za komentarz, mam nadzieję, że nie zawiodę swojej starej czytelniczki ~ Tita

      Usuń

Jeżeli sądzisz, że w dobie komputerów sztuka komentowania zanikła... (zwłaszcza wśród czytelników), to niezawodny znak, że jesteś
MUGOLEM❣