Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sylwester. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sylwester. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 maja 2018

2.14 Pełnia księżyca

   Ted Remus Lupin

  Coś szumiało nieznośnie jak we wrzącym kociołku. Szum pulsował mi bólem w skroniach, niemal oślepiał. Wpatrywał się we mnie rząd nieruchomych twarzy, niby galeria mugolskich portretów.
   — Co to znaczy? — zapytał ktoś, kogo nie znałem.
   Andromeda Tonks, moja babka, wpatrywała się we mnie wielkimi brązowymi oczyma wystraszonej sarny.
— Teddy...?! — wyrzuciła z siebie ochrypłym szeptem.
  — Co to znaczy? — powtórzył obcy głos. — Dlaczego... moja mama miałaby urodzić wilkołaka?
    Zdawało mi się, że blizny na moim przedramieniu pieką mnie żywym ogniem, a równocześnie czułem się jakby nieświadomy tego bólu, a może po prostu zbyt oszołomiony by w pełni go odczuwać — zupełnie tak jak wtedy, tuż po wyjściu z Zakazanego Lasu.
   Dlaczego moja mama miałaby urodzić wilkołaka? Przecież go zabiłem.
Zabiłem go! A oni mówią... że to ja miałbym nim być...?
   — Ted... — To był głos mojego ojca chrzestnego. Dochodził do mnie jakby z oddali, jak z dna głębokiej studni. — Ted, ty... nie miałeś tego usłyszeć...
— Ale usłyszałem...! — Nagle zdałem sobie sprawę z tego, że słowa te wydobyły się z moich ust, zupełnie jakbym po raz pierwszy w życiu usłyszał brzmienie własnego głosu. Dlaczego wszyscy wyglądają na tak przerażonych? Spojrzałem w dół na swoje ręce — drżały lekko, tak jak wtedy w lesie, tuż przed tym —
— Chodzi mi tylko o to... — Harry odetchnął płytko. — Nie miałeś się tego dowiedzieć... w ten sposób...
— W ten sposób — powtórzyłem głucho, zaciskając zęby, czując jak szum wzmaga się, potęguje, staje się nie do zniesienia. — Nie miałem się tego dowiedzieć... w żaden sposób.
   Ludzie, których dotąd uważałem za rodzinę, milczeli — i nagle z całym niedowierzaniem zrozumiałem, że w milczeniu tym tkwi bolesne potwierdzenie prawdy.
   Szum powoli ustawał, zmieniał się w ustawiczny ból. W jednej chwili stałem otoczony ludźmi — w drugiej znajdowałem się sam, na ciemnej polanie w Zakazanym Lesie. Coś wiło się u moich stóp — ohydne cielsko z dziwacznie powykrzywianymi kończynami, długi pysk zbroczony ciemną krwią, cienkie kły błyszczące czerwienią. I oczy, błyszczące i zwierzęce, a jednak wpatrujące się we mnie z dziwnym żalem, błaganiem...
— Więc dlaczego... — zatknąłem się jak mały chłopiec, który zaraz miał się rozpłakać! Boleśnie przełknąłem kulę, która utkwiła w moim gardle. — Dlaczego... dlaczego nic mi nie powiedzieliście?!
   Harry i Andromeda wymienili szybkie spojrzenia.
— Ale o czym mieliśmy ci powiedzieć? — zapytała Andromeda nienaturalnie wysokim głosem, na co krew uderzyła mi do głowy tak nagłą falą niedowierzania i furii, jakby strzeliła we mnie błyskawica.
— O TYM, ŻE MÓJ OJCIEC BYŁ WILKOŁAKIEM!
   Chyba jeszcze nigdy oczy mojej babci nie były tak ogromne — i chyba jeszcze nigdy nic nie obudziło we mnie większej wściekłości niż to.
   Bo właśnie zdałem sobie z czegoś sprawę — a świadomość ta zaatakowała mnie jak ostry nóż, boleśnie i zimno. Ona oszukiwała mnie przez całe życie, a teraz... teraz nadal usiłowała to robić! I nagle zacząłem czuć przemożną nienawiść do tej kobiety, palące pragnienie sprawienia jej bólu, zmuszenia jej do powiedzenia prawdy...
   Jej twarz wciąż była mokra od łez, jednak Andromeda Tonks już nie płakała — siedziała sztywno w swoim kącie, zaciskając ręce i spoglądając na mnie z tym szczególnym blaskiem w oczach, za który gotów byłem ją udusić. Jak ona kiedykolwiek mogła sądzić, że wyświadcza mi przysługę ukrywając prawdę... jak mogła twierdzić, że miała na celu moje dobro...?
— PRZESTAŃ! — wrzasnąłem tak głośno, że aż wszyscy drgnęli na swoich miejscach. — Przestań... przestań tak na mnie patrzeć, przestań kłamać...!!!
— Robiłam to tylko po to, żeby cię...
— Tylko nie mów, że chciałaś mnie CHRONIĆ!
  Powstała, wciąż jeszcze wysoka, mimo iż w życiu przygniotło ją tyle trosk. Na jej twarzy odmalowywał się teraz drażniący upór.
— Zrobiłam wszystko, żeby zapewnić ci szczęśliwe dzieciństwo. Chroniłam cię przed mugolami, którzy nie zrozumieliby twoich zdolności... i chroniłam cię przed prawdą o twoim ojcu, abyś nie musiał z nią żyć.
— A może to mugoli chroniłaś przede mną? — parsknąłem gniewnie. — Może bałaś się, że pewnego dnia zamiast mnie zastaniesz włochatego potwora z kłami?
— Ted, zastanów się co ty w ogóle wygadujesz...! — odezwał się Harry, a ja zmusiłem się by na niego spojrzeć — i pożałowałem tego prawie natychmiast. Jeszcze nigdy nie widziałem, by patrzył na mnie aż tak poważnie. — Jasne, masz prawo się na nas wściekać! Ja... nigdy nie zgadzałem się z tym, żebyś... Nie chciałem, żeby do tego doszło...
— I dlatego nagadałeś mi, że mój ojciec był świetnym człowiekiem — przerwałem mu. — Rozumiem.
— Harry nic ci nie nagadał! — To wuj Ron nagle jakby obudził się z transu. Spojrzał po wszystkich nerwowo, chyba celowo unikając mojego wzroku. — Tak właściwie, to on jako jedyny mówił ci prawdę...
— PRAWDĘ! — Miałem ochotę się roześmiać, a z drugiej strony rzucić się na Rona. — Tak! Rzeczywiście, Remus Lupin był wspaniały! Najlepszy nauczyciel jakiego mieliście! Wspaniały uczeń, prefekt naczelny i te wszystkie inne bzdury! TO nazywacie prawdą? A jak nazwiecie fakt, że porzucił mnie i moją mamę? Że co miesiąc zamieniał się w krwiożerczą bestię, która w każdej chwili mogła zranić moją matkę? A może powiecie mi, jak to się stało, że oni w ogóle się pobrali? Zagroził jej kłami?
— To wcale nie było tak! — zaperzył się Ron. — To Tonks chciała za niego wyjść, a on się opierał!
— Jasne! Znam mnóstwo kobiet, które tylko marzą o małżeństwie z wilkołakiem! — zadrwiłem.
— Patrząc w twoi kategorie, to ja nie wyszłabym za Billa! — oburzyła się Fleur. — A wyszłam, bo go kochala! I Tonks też kochala Remusa Lupina!
— Skoro go tak kochała, to czemu nie pozwoliła mu wypruć mnie ze swojego brzucha?!
Teddy! — zawołała babcia Molly, ale ja już kompletnie nie myślałem nad tym co mówię ani co robię — chciałem tylko... rozerwać samego siebie na kawałki, żeby nie musieć już w ogóle nic czuć...
— No co? Co?! Nie żyłoby się wam wtedy lepiej?! Mój ojciec nie chciał mieć tego problemu, więc może wy też...!
   Babcia Molly wyglądała, jakby miała się zaraz rozpłakać.
— Ależ Teddy, kochanie... Proszę, postaraj się uspokoić... Wszyscy jesteśmy trochę poddenerwowani... doskonale wiemy, co czujesz...
— WY... WY NIC NIE WIECIE! WY TYLKO MYŚLICIE, ŻE WIECIE, WY...
— Jasne, że wiemy! — przerwał mi Harry. Zielone oczy mojego ojca chrzestnego zdawały się przenikać mnie na wylot, jakbym stanowił przezroczystą materię. — Myślisz, że nigdy nie byliśmy młodzi?! I każde z nas musiało zmierzyć się z jakąś prawdą i kłamstwem! Ja w wieku trzynastu lat byłem święcie przekonany, że mój ojciec chrzestny zdradził moich rodziców i uciekł z Azkabanu by mnie zabić...
— NIE OBCHODZI MNIE TO! — wrzasnąłem tak głośno, że aż zabolało mnie gardło. — Twój ojciec nie porzucił twojej...
— Nie, ale był za to nędznym smarkiem, który znęcał się nad słabszymi od siebie! I czułem się tak samo jak ty, kiedy się o tym dowiedziałem... Ja też żyłem w przeświadczeniu, że mój ojciec był ideałem, nie potrafiłem zrozumieć, że przede wszystkim był człowiekiem, niedoskonałym tak jak my wszyscy...
— I dlatego... postanowiłeś wmówić mi, że mój ojciec był idealny, chociaż był sto razy gorszy od twojego?! — zawołałem drżącym głosem. — To jest ta twoja prawda?! Kłamałeś tak samo jak wszyscy...!
— Nie kłamałem...
— TAK?! — krzyknąłem. — Więc powiedz! Czy to wszystko prawda? Mój ojciec był wilkołakiem? Porzucił moją matkę? Nie chciał, żebym się urodził...?
   Na moment zapadła cisza — i dostrzegłem wahanie na twarzy mojego ojca chrzestnego.
— Tak... — powiedział powoli. — Twój ojciec był wilkołakiem. I w pewnym momencie odszedł od Tonks, ale... musisz zrozumieć, że to była tylko chwila słabości... Po prostu bał się, że...
   Urwał niespodzianie, ale ja wiedziałem, co chciał powiedzieć.
   Bał się tego, co powtarzano mi przez całe życie... że będę taki jak on.
   W milczeniu podszedłem do choinki, odwracając się od nich plecami. Nie wiedziałem, czy w tym momencie wolałbym ich wszystkich zabić... czy może raczej uciec od nich, wyjść stąd i biec przed siebie, daleko, daleko stąd... Krew wciąż buzowała w moich żyłach sprawiając, że miałem ochotę krzyczeć, krzyczeć na całe gardło, tak głośno, że wytłukłbym wszystkie szyby... albo zacisnąć zęby i oczy... ale wtedy znów znalazłbym się w Zakazanym Lesie, znów patrzyłbym na wilkołaka, który... wyglądał dziwnie znajomo... Nie, dłużej tego nie zniosę, zrobię cokolwiek, żeby to się wreszcie skończyło...
   Chwyciłem za choinkę i szarpnąłem ją z całej siły.
   Rozległo się kilka okrzyków. Drzewko runęło. Przez moment zdało mi się, jakby runął z nim cały świat — aż zatrzęsły się szyby w oknach, ściany i sufit. Tysiące ozdób roztrzaskało się na podłodze, rozsyłając w najdalsze kąty nieskończone odłamki bombek i zaczarowanych sopli lodu, co wszystko razem rozbrzmiało jak wystrzał armatni.
   Lecz nawet to nie było dźwięczniejsze niż cisza, która nastała w chwilę później.
  Stałem nad swoim dziełem zniszczenia, wciąż ciężko dysząc. Powoli gniew opadał ze mnie jak dym z wypalonej świecy, aż nagle poczułem coś o wiele, wiele gorszego. Wstyd.
   Nie, przecież... jeżeli ktoś tutaj powinien się wstydzić... to na pewno nie ja...
   Lecz powoli coraz głębiej docierała do mnie świadomość, że tak... to ja jestem największym powodem do wstydu. I było tak zawsze. Byłem czymś tak wstydliwym, że własna babka ukrywała mnie przed światem i nie chciał mnie nawet wilkołak... nawet mój własny ojciec.
   Zdawało mi się, że minęły całe wieki, zanim w końcu ruszyłem się z miejsca. Harry próbował chyba jakoś mnie powstrzymać... ale zachowałem się tak, jakbym kompletnie go nie słyszał. W uszach wciąż dudniły mi jego dzisiejsze słowa... "nawet nie wiesz, jaki jesteś podobny do swojego ojca"... jak on mógł powiedzieć mi coś takiego? Ale zrozumienie tego w tej chwili było niemożliwe, ból rozsadzał mi czaszkę... Nie, nie chciałem tego zrozumieć!
   Jakaś niewidzialna siła odrzuciła Weasley'ów, kiedy pomiędzy nimi przeszedłem — a przecież nie użyłem żadnych czarów. Coś do mnie krzyczeli, ale było tak, jakbym ich nie słyszał. Jedyne co teraz słyszałem to głos Andromedy: "Zostawił ją... nie chciał jej, nigdy jej nie chciał...! I nie chciał Teddy'ego..."
   A więc ja też go już nie chcę. Nikogo nie chcę.
   Rzuciłem proszek Fiuu w płomienie, które natychmiast stały się zielone. Po chwili cały świat zawirował w garstce popiołu.
 
 ***

   Samotna bahanka brzęczała smętnie w poszarzałych zasłonach. Po krawędzi materaca łaziła pluskwa — za pomocą różdżki oszołomiłem ją i przygniotłem podeszwą. Drugi but walał się gdzieś pod oknem — padała na niego blada plama światła. Reszta obskurnego pokoju pozostawała w cieniu.
    Leżałem na łóżku i gapiłem się w sufit — przez parę godzin, może lat — i nie mogłem zasnąć. W końcu noc zamieniła się w dzień, a ja wciąż leżałem — czynność tę przerywało jedynie okazjonalne zabijanie pluskiew, jedynych istot, których życie wydawało mi się w tym momencie nędzniejsze od mojego. Blizny przebiegały wzdłuż mojego przedramienia od samego łokcia, znacząc się na nim brzydkimi rysami — sweter Weasley'ów cisnąłem w kąt i gapiłem się na nie, zupełnie jakbym do tej pory nie miał dość czasu, by w końcu je zaakceptować. O piątej rano w mojej głowie uformowało się odkrycie, że jeszcze moment, a pazury przeorałyby mi tętnicę. Głupia myśl, ale zarazem dziwnie satysfakcjonująca.
   Gospodę Pod Świńskim Łbem prowadził niejaki Mundungus Fletcher — stary pijaczyna, dla którego bar był jedynie przykrywką dla załatwiania nieco ciemniejszych interesów. Więcej raczej o nim nie wiedziałem i zresztą nie potrzebowałem wiedzieć nic poza tym, że jest starą, zapyziałą szumowiną, która skąpi pokoju nawet w tak opłakanym stanie jak ten, w którym się znajdowałem. Na całe szczęście Hogsmeade było tak blisko szkoły, że Namiar tracił tu swój zasięg i bez problemu mogłem go skonfundować — był więc święcie przekonany, że zapłaciłem ile się należało. Raczej nie byłby zadowolony gdyby się dowiedział, że opuściłem dom bez grosza przy duszy — ba, nawet bez szczoteczki do zębów.
   Rzecz jasna, do Hogwartu nie mogłem od tak się dostać. Kominki w Zamku nie były podłączone do sieci Fiuu na czas Świąt, a brama szkoły pozostawała dla mnie zamknięta i jakoś nieszczególnie chciało mi się nawoływać przez nią Hagrida, by mnie wpuścił. Zresztą, tego właśnie potrzebowałem. Leżenia na wyleniałym materacu. Zabijania pluskiew. Odcięcia się od świata. Złośliwego rozmyślania o tym, jak czuje się rodzina, której zniszczyłem całe Święta... I jeszcze rozwaliłem im choinkę! Pewnie złamałem im serca.
   O dziewiątej rano stwierdziłem, że nie chce mi się o nich myśleć. Ale kiedy nie myślałem o nich, myślałem o mojej mamie... i ojcu. Zdawało mi się, jakby ktoś wbijał mi w klatkę piersiową ostry kolec... Nie chciałem tego, ale równocześnie nie mogłem przestać o nich myśleć — jakbym nie mógł się powstrzymać przed rozdrapywaniem świeżej jeszcze rany...
   Bo gdybym nie myślał o nich, pozostałoby mi już jedynie wspominanie tego, co wydarzyło się w Zakazanym Lesie — a chyba jeszcze nigdy nic nie napawało mnie większym strachem, niż to.
  I pomyśleć, że miałem poprosić Harry'ego o nauczenie mnie Patronusa…! Aż prychnąłem głośno, chociaż poza pluskwami i bahanką, nikt nie mógł tego usłyszeć. Jeszcze nigdy ojciec chrzestny nie wydawał mi się tak odległy — nawet wtedy, kiedy wiecznie nie miał czasu przez pracę w ministerstwie. Bo to wszystko... to była jego wina... i nic nie było już w stanie tego zmienić!
   Zawsze miałem dwóch ojców. Tego, którego nie znałem, ale którym żyłem przez cały czas — i tego, który zawsze był przy mnie, choć nie był tym prawdziwym. Myśl o jednym czy o drugim zawsze dodawała mi otuchy, była dla mnie dumą i dawała inspirację do stania się kimś równie wartościowym — a teraz skompilowała się w moim umyśle w jedną wielką mieszankę rozżalenia i rozczarowania, niosła ze sobą najgłębszą gorycz, jaką kiedykolwiek dane mi było przeżyć. Zawsze na równi uważałem ich za bohaterów — teraz nie wiedziałem nawet kim rzeczywiście byli. Kim naprawdę był dla mnie Harry Potter, skoro okazało się, że nawet nigdy nie był ze mną szczery? Kim był Remus Lupin, który tak jak ja był kiedyś prefektem? Kim był mój ojciec, który nauczał Obrony Przed Czarną Magią, a potem zginął w walce ze śmierciożercami Voldemorta? Kim był człowiek, który był wilkołakiem? Który poślubił Nimfadorę Tonks… i zostawił ją, gdy była w ciąży...
   Bahanka brzęczała bez ustanku. Sufit zmieniał się przez te wszystkie godziny — najpierw ciemny, potem coraz jaśniejszy i jaśniejszy. Próbowałem zdecydować która wina mojego ojca była cięższa — to, że był tym, kim był, czy może to, że mnie nie chciał...? Dziwna rzecz, ale im dłużej tak leżałem, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że nie winię już Andromedy, że jej zachowanie było całkiem zrozumiałe i że to Harry jest wszystkiemu winien. Bo to on sprawił, że to wszystko jest tak bolesne, takie trudne...
   Plama światła padała teraz wprost na moją twarz. Przymknąłem lekko powieki... jestem taki zmęczony... tak jak to zimowe słońce, które świeci ostatkiem sił, a jednak okrasza moje oczy krwistą czerwienią...
   A potem nastała ciemność — ciemność nieprzenikniona, a jednak coś w niej tkwiło... wokół mnie ciemne pnie drzew... i te wpatrzone we mnie oczy...
   Cały rękaw zbroczony miałem świeżą krwią. Mimo to unosiłem obie dłonie, w których trzymałem kamień. Najzwyklejszy w świecie, podniesiony spod jakiegoś krzaka... Wiedziałem, w które miejsce uderzyć, ale wciąż stałem, nie mogąc tego zrobić.
   Najdziwniejsze było to, jak cała podręcznikowa wiedza momentalnie uleciała mi z głowy, jak zostałem tylko ja, mój strach, nienawiść, wilkołak — i kamień.
   I ten nikły przebłysk, ta myśl, z której istnienia zdałem sobie sprawę dopiero teraz, choć wiedziałem, że powstała ona właśnie tam, że istniała przez cały ten czas pod moją skórą, choć ja nie miałem o tym pojęcia... Jak pełnia księżyca, która wykształca się powoli z cienkiego nowiu...
   A więc... to musiał być człowiek.
A ja...
    Puk, puk, puk!
   Otworzyłem oczy i zmrużyłem je boleśnie pod wpływem światła.
   W powietrzu unosiły się drobiny kurzu. Leżałem całkowicie nieruchomo, odrętwiały, nasłuchując uważnie jak zwierzę ścigane w lesie przez większego drapieżnika.
   Czy rzeczywiście ktoś właśnie zapukał do drzwi...?
   Nawet jeśli... nich ten ktoś nawet nie marzy, że go tutaj wpuszczę.
   Puk, puk, puk!
— Idź sobie... — powiedziałem głośno w przestrzeń i zdziwiłem się, jak bardzo zachrypnięty może być mój głos.
— Ted Lupin...? — Głos zza drzwi był niepewny i niewątpliwie należał do mężczyzny z lekką wadą wymowy. Raptownie usiadłem na łóżku.
   Czego mógł tutaj chcieć profesor Longbottom…?!
— Jesteś tam? — zapytał głos. — Mam odprowadzić cię do Zamku... twoje rzeczy już tam czekają, więc...
   Szybko przyskoczyłem do drzwi.
— Ktoś tam z panem jest? — zapytałem trochę za ostrym tonem. Mgliście przypomniałem sobie to, co kompletnie wyleciało mi z głowy — to co usłyszeliśmy, zanim Harry i Andromeda wszczęli swoją kłótnię... Przecież dzisiaj miał tu być ktoś z Zakonu! A teraz, po mojej ucieczce... może nawet był tutaj Harry...?
— Nie, nikogo ze mną nie ma... — odpowiedział lekko zdziwiony Neville. — Czy mógłbyś... eee… otworzyć te drzwi?
   O ile pan nie kłamie, pomyślałem.
   Szybko rzuciłem się po swoje buty i sweter, który wciągnąłem na głowę tył naprzód, równocześnie otwierając drzwi. Sądząc z miny profesora Longbottoma kiedy mnie zobaczył, popełniłem chyba błąd, nie spoglądając wcześniej w lustro. Musiałem wyglądać okropnie — i niewykluczone, że miałem też jakiś dziwny kolor włosów, nie chciało mi się nawet zgadywać jaki. Równie dobrze mógł być to czarny jak dementor, a równie dobrze biały jak inferius — co w obu przypadkach w połączeniu z nieprzespaną nocą odbijającą się na mojej twarzy mogło wywoływać niezbyt korzystny efekt.
— Mam tu ze sobą twój płaszcz... — Jakimś tajemniczym sposobem Longbottom wiedział, że znalazłem się tu zupełnie bez niczego... Pytanie tylko, kto mu o tym powiedział? — Reszta twoich rzeczy jest już w Wieży Gryffindoru… jak już mówiłem.
— Przepraszam, ale... kto tutaj pana przysłał? — zapytałem, równocześnie zastanawiając się, czy nauczyciel powie mi prawdę.
— Był tutaj Ron Weasley… — Neville zawahał się. — Zakłada w Hogsmeade filię swojego sklepu, więc... miał trochę spraw do załatwienia... W każdym razie, to on mi powiedział, że tu jesteś.
   Jasne! Doskonała wymówka. Ciekawe o czym jeszcze rozmawiali sobie z Ronem... zapewne przy kremowym piwie...
   Szyld Gospody Pod Świńskim Łbem dyndał smętnie nad drzwiami. Niebo było białe, zwiastujące kolejną warstwę śniegu, która niebawem miała przykryć ulicę. Zazwyczaj przyzwyczajony byłem do całych tłumów ludzi, teraz jednak wioska sprawiała wrażenie całkowicie opustoszałej — jakiś zmarznięty bezpański pies był jedyną żywą duszą, którą napotkaliśmy na swojej drodze.
   To takie dziwne, że ostatni raz byłem tutaj, kiedy Victoire miała randkę z Woodem. Wydawało mi się, jakby od tamtego czasu minęły całe wieki... Czy naprawdę wtedy to było moim najpoważniejszym problemem...? Teraz to wszystko wydawało mi się tak obojętne...
   Milczałem uparcie, pokonując grudy śniegu na drodze — profesor Longbottom wyraźnie nie czuł się w obowiązku do zadawania mi pytań. Nagle uderzyła mnie dziwna myśl — skąd właściwie oni wiedzieli, że będę właśnie tutaj? Równie dobrze mogłem być Pod Dziurawym Kotłem na ulicy Pokątnej, daleko stąd. Albo w jakiejkolwiek czarodziejskiej miejscowości, niekoniecznie w Hogsmeade…!
— Panie profesorze?
   Neville spojrzał na mnie, równocześnie potykając się o jakąś szczególnie zmarzniętą grudę na drodze.
— Skąd pan właściwie wiedział, że jestem właśnie Pod Świńskim Łbem?
   Po raz pierwszy lekki uśmiech pojawił się na okrągłej twarzy profesora Longbottoma.
— Och...! Musisz wiedzieć, że mam rozległe kontakty w Hogsmeade… a zwłaszcza w Gospodzie Pod Świńskim Łbem. Podczas Drugiej Wojny przez Świński Łeb prowadziło jedyne tajemne przejście z Hogwartu niestrzeżone przez śmierciożerców — wyjaśnił, kiedy wytrzeszczyłem na niego oczy. — Często wymykaliśmy się tam, żeby zdobyć coś do żarcia... przepraszam, do jedzenia... kiedy już nie wypadało pokazywać się w Wielkiej Sali.
   Przez chwilę trawiłem tę informację, zastanawiając się, czy sam mogłem to odkryć, kiedy tam byłem — może wtedy dostałbym się do Zamku bez pomocy Longbottoma.
— Nikt też właściwie wtedy nie wiedział, że gospodę prowadził brat Dumbledore'a — ciągnął Neville. — Aberforth. Oczywiście po jego śmierci wszyscy się o tym dowiedzieli i Ab stał się sławny... tylko jego bar został taki, jaki był.
   No cóż, jeśli to był cały dorobek jego życia, to raczej nie miał się czym chwalić, zostawiłem jednak tę uwagę dla siebie.
— Ale może ty nie chcesz o tym słuchać? — zaskoczył mnie nagle Neville. — Druga Wojna... to dla wielu osób bardzo trudny temat...
   Nie odpowiedziałem. Odwróciłem wzrok od Longbottoma i bezwiednie spojrzałem w niebo — niekoniecznie po to, by kontemplować niewidzialną obecność wojennych ofiar. Nagle zdałem sobie sprawę z tego, jak dziwnie jestem pusty w środku. A może byłem po prostu zmęczony...
— Może nie powinienem poruszać tego tematu... ale chcę ci coś powiedzieć. Nigdy nie przetrwałbym tego, co działo się w Hogwarcie podczas Drugiej Wojny, gdybym wcześniej nie nauczył się pokonywać swojego strachu. A tego nauczył mnie twój tata.
   Poczułem się tak, jakby na dno żołądka opadło mi coś ołowianego. Wciąż uparcie milczałem.
— A resztę zrobił twój tata chrzestny. Kiedy stawiał się Umbridge… na pewno o niej słyszałeś... to nauczyło mnie później przeciwstawiać się śmierciożercom. Naprawdę... wiele im zawdzięczam. Obu.
   Kiedy potem znalazłem się w Wieży Gryffindoru, rzeczywiście w dormitorium czekał już na mnie mój kufer.
   Stara, wysłużona walizka, w wielu miejscach poprzecierana, z zepsutym zamkiem, obwiązana sznurkami. I podpisana: "Profesor R. J. Lupin".
   Rzuciłem się na łóżko i zacisnąłem oczy, starając się zignorować pieczenie pod powiekami.

***
 

— Jak się czujesz? 
   Pauline Mary Glam wyglądała jakby siedziała przy łóżku kogoś umierającego.
   Nawet ubrana była na czarno, a konkretniej w czarną sukienkę w srebrne gwiazdki — w sam raz na Nowy Rok i poprzedzającą go sylwestrową noc. Za oknem niebo ciemniało coraz bardziej, co jakiś czas rozjaśniał je jakiś samotny, przedwczesny fajerwerk. Trudno było oczekiwać nie wiadomo czego — zakończenie tego roku gwarantowało równie beznadziejny początek nowego. Po raz pierwszy czułem wobec tego taką obojętność.
   Być może odwiedziny Pocky powinny nieco przywrócić mnie do życia. Niestety jej widok psuł fakt, iż za jej plecami stał Larieson, opierający się o kolumienkę sąsiedniego łóżka z taką miną, jakby od dwóch godzin stał w jakiejś poczekalni. Siedziałem na swoim posłaniu, trzymając na kolanach książkę, którą zawsze zasłaniałem się, gdy ktokolwiek śmiał tu wejść, a z której w rzeczywistości nie przeczytałem jeszcze nic poza tytułem. A więc jednak Victoire coś napisała... problem w tym, że bynajmniej nie do mnie! Podejrzewałem, że moi obecni goście byli tu z powodu jakiegoś listu od niej, w którym zapewne polecała im zaopiekować się mną w obliczu mojego obecnego stanu psychicznego... Szkoda tylko, że w ciągu ostatnich dni sam w zupełności poradziłem sobie z wyzbyciem się wszelkich uczuć.
   I jedynym co zaprzeczało temu, że dementor wyssał ze mnie duszę było to, że tam gdzie brakowało mi wszystkich innych odczuć, tam stale trwało znużenie podszyte irytacją.
   Odczuwałem to również w tej chwili.
— Czuję się świetnie — powiedziałem zamiast tego, jednak Pocky nie wyglądała na zbyt przekonaną — wciąż spoglądała na mnie tak jakby bała się, że zaraz rzucę się jej na szyję wybuchając płaczem.
— Nie wyglądasz... — poważyła się na ostrożne stwierdzenie. — No chyba, że mówisz w imieniu jakiegoś inferiusa…!
— Może to przez oświetlenie... — rzuciłem wymijająco, na co ona uniosła brwi. — Zresztą, ty też nie wyglądasz najlepiej...!
— To dlaczego tak wcześnie wróciłeś ze Świąt? — zastrzeliła mnie celnym pytaniem, ignorując moją wcześniejszą uwagę. Spojrzała na mnie spod ciemnych rzęs — Pokłóciłeś się z kimś...?
— Nie, nie pokłóciłem się...
— To w takim razie... co się stało...?
— Victoire ci nie napisała?
   Pokręciła przecząco głową. Wzruszyłem ramionami.
— W takim razie nic się nie stało...
— Skoro tak, to dlaczego wróciłeś...
— Może zmieniłem zdanie.
— Nikt normalny nie ucieka z Wigilii, żeby iść do szkoły!
— A mogłabyś się tak z łaski swojej odwalić? — nie wytrzymałem, pocierając czoło dłonią aby jak najdobitniej okazać jej, jak bardzo jestem tym wszystkim zmęczony. — Jeżeli Victoire kazała ci tu przyjść, to oficjalnie cię z tego zwalniam...
— Ale ja... ja sama tutaj przyszłam...! — Jej ciemne oczy rozszerzyły się, pełne wyrzutu. — Może to głupie, ale jednak trochę się o ciebie martwię!
— Tylko czy ja cię o to prosiłem? — Spojrzałem na nią beznamiętnie. — A teraz Szczęśliwego Nowego Roku. I życzę dobrej zabawy.
   Przez moment myślałem, że się rozpłacze, albo rzuci we mnie jakimś zaklęciem — jednak nic z tego się nie wydarzyło.
   Pauline zacisnęła usta, odwróciła się na pięcie i wyszła z dormitorium, nie oglądając się ani na mnie, ani na Lariesona, który dopiero teraz przestał wyglądać, jakby był uczestnikiem jakiegoś śmiertelnie nudnego pogrzebu.
   Być może powinno mnie zaniepokoić to, że jej wyjście nie zrobiło na mnie prawie żadnego wrażenia.
   — Wiesz co, Lupin... — odezwał się Larieson. — Ty to jednak jesteś dupkiem.
   Nie zareagowałem. Zmarszczył czoło, jakby nagle coś mu się przypomniało.
— Pamiętasz tamtą noc, kiedy wyszliście z Zakazanego Lasu? Nie, nie pamiętasz... totalnie odleciałeś.
   Na chwilę zapomniałem o jawnej niechęci i spojrzałem na niego zaskoczony. Larieson uniósł lekko brwi na ten widok.
— No więc leżałeś wtedy jak jakaś glizda, na łóżku tak samo jak teraz. Na moim łóżku. I to ja polazłem po maść do Skrzydła Szpitalnego, żebyś przypadkiem nie zdechł. — Patrzył na mnie z góry, chłodno. — Nie zrobiłem tego, żebyś pomiatał Pauline Glam.
— Doprawdy? — wysiliłem się na ironiczny ton. — Od kiedy to jesteś takim wielkim przyjacielem Pauline? Myślałem, że to raczej ja nim jestem.
   Jego oczy zwęziły się w wyrazie odrazy.
— W takim razie czemu nie zachowujesz się tak, jakbyś nim był?
   Zamilkłem, nie znajdując na to odpowiedzi — i zresztą, Larieson wcale jej ode mnie nie oczekiwał. Na progu odwrócił się jeszcze w moją stronę.
— Szczęśliwego Nowego Roku... i życzę dobrej zabawy.
   Po chwili i za nim zamknęły się drzwi.
   Zacisnąłem oczy i wypuściłem głośno powietrze z płuc — książka ześlizgnęła się z moich kolan i huknęła o podłogę. Jeszcze przez moment gapiłem się w baldachim i zastanawiałem się nad tym, co właściwie takiego zrobiłem, że wszyscy się na mnie obrażają...? Przecież ja chcę tylko odrobiny spokoju, samotności i ciszy... nie żądam niczego więcej...!
   BUM!
   Omal nie podskoczyłem, kiedy do dormitorium wpadło coś, co ze spokojem raczej niewiele miało wspólnego.
   Stworzenie owo, dość okrągłe, owinięte było flagą Gryffindoru, w łapie dzierżyło płonący zimny ogień, na pucołowatej, piegowatej twarzy miało coś, co wyglądało jak Omnikulary Pomyluny obramowane cekinami, a na nasprężynowanej głowie czapeczkę, przypominającą nieodłączny element stroju Poltergeista Irytka. Z braku lepszego środka prewencyjnego, odruchowo sięgnąłem po swoją poduszkę i narzuciłem ją sobie na twarz — niestety nadaremnie, bo Warwick wyrwał mi ją prawie natychmiast.
   — A ty co tutaj jeszcze robisz?! — wydarł się, wywalając ją za siebie. — Impreza już się zaczęła, nawet Jackson pytała, gdzie jesteś...
— Ta...? — rzuciłem nieuważnie, bo właśnie schylałem się po wcześniej upuszczoną książkę, choć marne były szanse na to, by to właśnie ona miała mnie ocalić, skoro nawet poduszka zawiodła... Tymczasem Warwick również zanurkował pod moje łóżko.
— Gdzie ty masz te swoje super-zarąbiste fajerwery ze sklepu Weasley'ów…?
   W normalnych okolicznościach prędzej odciąłbym mu łapy, niż pozwolił mu tknąć moją najcenniejszą własność — teraz jednak spoglądałem obojętnie na to, tak samo jak wcześniej na wychodzącą Pocky, jak Pickering taszczy za sobą błyszczącą skrzynkę w stronę drzwi.
— A ty co się tak wylegujesz?! — wysapał. — Może byś tak ruszył ten swój tyłek i mi pomógł...!
— A może byś tak ruszył tym swoim zakutym łbem i użył czarów...?
   Warwick zatrzymał się tuż pod drzwiami, zdjął cekiniaste okulary i otarł pot z czoła.
— Tak czy siak, chyba musisz wstać! — parsknął. — No chyba nie zamierzasz tutaj zostać...
— A jeśli zamierzam, to co?
   Spojrzał na mnie, jak na jakiegoś totalnego czubka! A to przecież nie ja miałem na sobie kretyńską czapeczkę.
— Jaja sobie robisz?! — wydarł się z wyraźnym oburzeniem. — Jesteś prefektem! Musisz przecież pilnować porządku!
— Niech Jackson pilnuje porządku.
   Teraz Warwick nie był już nawet wzburzony — tylko po prostu zaniepokojony. Jego zimny ogień wypalił się w tej samej chwili, w której jego usta uformowały się w okrągłe "o" wyrażające taką grozę, jakbym nagle oświadczył, że Sylwestra chcę spędzić w towarzystwie Filcha i pani Pince.
— Co jest z tobą?! — wydukał. — Przecież ty się w ogóle nie ruszasz z tego zapierdzianego łóżka...
— Bo nie chcę.
— Nie chcesz?! — wykrzyknął takim tonem, jakby ziściły się wszystkie jego najgorsze obawy. — Ty po prostu za dużo zadajesz się z tymi cholernymi krukonami!
— A co to ma do rzeczy? — zdziwiłem się mimowolnie. Nagle znalazłem nazwę dla dziwnego pozornego braku emocji po wizycie Pocky i Lariesona — to był po prostu niesmak. Zakryłem twarz otwartą książką z myślą, że jednak wolałbym nie nazywać tego uczucia...
— Widziałem tych twoich krukońskich kolesi, jak stąd wychodzili! — zawołał Warwick oskarżycielsko. Zdjął mi książkę z twarzy i ją również wywalił za siebie — uderzyła o ziemię z głuchym tąpnięciem. — Zrobili ci wodę z mózgu...!
— Oni... oni nic mi nie zrobili, ja po prostu... — usiadłem na łóżku i spojrzałem na niego, znowu czując coś nowego: złość! — Ja po prostu mam to wszystko totalnie gdzieś, czaisz?! Mam w dupie Nowy Rok, tę zasraną imprezę i was wszystkich!
   Przez chwilę gapił się na mnie, najwyraźniej porażony tym wybuchem. A potem zacisnął usta i założył swoje wystrzałowe okulary na nos.
— Dobra... skoro tego chcesz.
   Wyciągnął różdżkę, w moim mniemaniu po to, by użyć jej wobec skrzynki z fajerwerkami — lecz kiedy zorientowałem się w sytuacji, było już za późno.
— LEVICORPUS! — Huknęło, błysnęło i nagle coś gwałtownie poderwało mnie w górę — i już po chwili wisiałem w powietrzu, zawieszony pod baldachimem za kostkę u nogi, dyndając do góry nogami jak jakiś zdechły nietoperz w chacie Hagrida…!
   Tymczasem Warwick jak gdyby nigdy nic uniósł skrzynkę z moimi fajerwerkami i odwrócił się w stronę drzwi.
— No to do zobaczenia w 2014 roku!
— C-co... — wydukałem, huśtając się w powietrzu jak totalny debil! — Czekaj! PICKERING!
— Tak? — Spojrzał na mnie, unosząc brwi z chłodną uprzejmością.
— Powaliło cię?! — wykrztusiłem, czując jak krew coraz bardziej napływa mi do twarzy. — Wypuść mnie...!
— Coś mówiłeś? — udał, że nie dosłyszał.
— NO DOBRA! — wydarłem się. — PÓJDĘ Z TOBĄ NA TĘ DURNĄ IMPREZĘ, TYLKO OPUŚĆ MNIE NA DÓŁ...!
— I oficjalnie zapoznasz mnie z Vickes?
— Vi... JEJ NAWET NIE MA W SZKOLE, KRETYNIE!
   Westchnął z rezygnacją, spoglądając ponuro na moje zmagania z niewidzialnymi pętami.
— Dobra... ale puszczę cię pod warunkiem, że wyrwiesz mi jakąś laskę...
— Sam... sobie wyrwij — wyrzuciłem z siebie, czując jak z każdą chwilą czynność oddychania staje się dla mnie coraz trudniejsza. — Masz przecież te swoje oksy zarąbistości...
— W takim razie obiecaj, że złamiesz przynajmniej trzy punkty regulaminu szkolnego...
— DOBRA! Dobra, zgadzam się na wszystko...!
   Ale dopiero w pokoju wspólnym dotarło do mnie, jak wielki popełniłem błąd.
   A mianowicie tak wielki, jak... pustka i cisza w tym pomieszczeniu, co najmniej jakby cały dom Gryffindoru wymarł z powodu epidemii smoczej ospy! Zdezorientowany, spojrzałem na Warwicka.
— To... niby gdzie jest ta cała impreza?
— No jak to gdzie... — żachnął się, najwyraźniej oburzony moją niewiedzą. — Na Wieży Astronomicznej, chyba cała szkoła to wie!
— Cała... cała szkoła?! — wykrztusiłem, a moja wyobraźnia już popędziła jak szalona, wyświetlając w mojej głowie szereg przerażających obrazów: całe tłumy pijanych i obściskujących się uczniaków, gwar, ścisk, pisk i wrzask, pierwszaki wypadające z wieży i lecące w dół...
— Nie no, całej szkoły tam nie ma! — uspokoił mnie Warwick,. — Tylko Gryffindor, Hufflepuff i pół Ravenclawu…
   Ledwie skończył, już odwróciłem się w z powrotem w stronę dormitorium — niestety zdążył złapać mnie za kołnierz i dość brutalnie przepchnął mnie przez dziurę pod portretem Grubej Damy, tak, że o mało co nie wybiłem o nią zębów.
— No, ej! Miałeś nie zmuszać mnie do przemocy...
   Uważaj tylko, żeby role się zaraz nie odwróciły...
— A gdzie... gdzie reszta? — zapytałem, kiedy byliśmy już na ruchomych schodach.
— Jaka reszta?
— Reszta krukonów i ślizgoni!
   Warwick zrobił pobłażliwą minę.
— A kogo to obchodzi? Pewnie na Wieży Północnej...
— Ale dlaczego nie jest tak jak zwykle?!
   Wzruszył ramionami, krzywiąc się lekko.
— A skąd mam wiedzieć? Ktoś to zorganizował... pewnie jakiś puchon, bo tych kujonów-krukonów to nie podejrzewam... Może ten cały Crister Welch i jego banda...? W końcu to w Hufflepuffie zawsze są najlepsze imprezy... A zresztą, co to za różnica, gdzie i z kim się nawalimy...
   Ale ja już go nie słuchałem, bo właśnie zacząłem się zastanawiać, na której wieży będą znajdować się Pocky z Lariesonem… Czy jest szansa, że na Wieży Północnej? Fiffie miała chyba jakiegoś kolesia ze Slytherinu, tylko czy mogło to mieć jakiś wpływ na to, gdzie siostry Glam będą świętować Nowy Rok...? Nie, na pewno będą na Wieży Astronomicznej, tam gdzie Paczka Puchonów… niech to szlag!
   Dziwna rzecz, ale jakoś wolałem unikać myśli, że spotkam je jeszcze w tym roku.
   I im bliżej celu się znajdowałem, tym bardziej przeklinałem siebie, że jednak nie zostałem w dormitorium, chociażby wisząc do góry nogami, chociażby przez całą noc! Już nawet to nie wydawało się takie złe w obliczu tego, co czekało mnie przez kilka kolejnych godzin...
   Udawanie, że wszystko jest w porządku i że świetnie się tam bawię!
    Wszystko to jednak momentalnie wywietrzało mi z głowy, kiedy w końcu znaleźliśmy się na schodach Wieży Astronomicznej.
   Pierwszym skojarzeniem była bardzo długa kolejka do toalety. Całe schody prowadzące do Wieży, jak długie i szerokie, zapełnione były uczniami.
   Z samej góry docierało do nas głośne dudnienie, od którego drżały wszystkie poręcze — jednak nikomu zdawało się to nie przeszkadzać. Kiedy ja i Warwick pokonywaliśmy drogę po kręconych stopniach, mijaliśmy wiele ładnych dziewczyn i po raz pierwszy od kilku dni zacząłem żałować, że sam nie zadbałem lepiej o swój wygląd. Większość ludzi tylko gadała, pewien procent obściskiwał się, sprawiając wrażenie obojętnych na to iż przebywają w miejscu bądź co bądź publicznym — a wszyscy bez wyjątku trzymali butelki kremowego piwa, lub szklanki z innymi kolorowymi napojami. Zdarzało się też, że na mój widok cichły głośne śmiechy i rozmowy. Spojrzałem na Warwicka.
— O co im chodzi...? — dyskretnie zasięgnąłem jego opinii, kiedy odkleiła się od siebie już druga mijana przez nas para. Powoli coraz bardziej zaczynałem się martwić, że naprawdę wyglądam jak jakieś straszydło, jednak mój towarzysz tylko parsknął pod nosem.
— To chyba jasne! Jesteś prefektem, boją się, że zafundujesz im Pocałunek Minerwy...
   Raptownie przystanąłem na stopniach.
— Pocałunek Minerwy?!
— Pocałunek Minerwy! — powtórzył, wyraźnie zdziwiony. — Pocałunek Dementora — Pocałunek Minerwy... Minerwa.... dementor… czaisz...?
   Ale ja już ruszyłem dalej, kręcąc głową nad głupotą tego żartu.
   I w końcu dotarliśmy na sam szczyt Wieży Astronomicznej — stanowiący również szczyt hałasu, ścisku i sylwestrowego szaleństwa. Całkiem oszołomiony, rozejrzałem się dookoła, nagle czując się jak totalny mugol.
   Widok był piorunujący. I jeżeli wcześniej miałem jakieś obawy, że spotkam tu kogoś znajomego, to rozwiały się one w ułamku sekundy — tłum był tutaj tak wielki, że kompletnie nikt nie zwracał na nas uwagi.
   Na błoniach śnieg zapewne iskrzył pięknie w blasku księżyca, jednak na Wieży Astronomicznej nie było chyba żadnej osoby, która miałaby ochotę na tego typu kontemplacje. Impreza trwała dopiero od dwudziestu minut, a wszyscy już szaleli jak dzikie małpy w gaju. Panowała tam całkowicie pokojowa temperatura, na co szczególnie wskazywały stroje większości dziewczyn. Muzykę musiano słyszeć chyba aż w Hogsmeade — tak samo jak zapewne doskonale widoczne były tam fajerwerki, które co jakiś czas rozpryskiwały się na ciemnym niebie tysiącem kolorowych iskier, następnie dryfując ponad całym Zamkiem — ogniste smoki, koła, rakiety... W powietrzu unosił się zaczarowany brokat — dopiero po chwili zorientowałem się, że jest to magiczna iluzja. Pośród uczniów dryfowały tace wypełnione jedzeniem i napojami, często całkiem wyskokowymi — był taki ścisk, że niosących je skrzatów domowych nawet nie było widać. A więc nie dość, że ktoś wydębił pozwolenie na imprezę w tym miejscu, to jeszcze załatwił z kuchni domowe skrzaty?! Ale przecież organizatorami tego Sylwestra nie mogli być prefekci... Boorack Junior nigdy nie sprzeciwiłby się tatuśkowi, a nawet Kaitlyn była po prostu zbyt leniwa, by urządzić wydarzenie na taką skalę...
   Z transu wybudziło mnie dopiero szturchnięcie Warwicka, wymierzone łokciem niezbyt umiejętnie w moje żebra.
   — Idziemy się nawalić — zakomenderował, odważnie wkraczając w niebezpieczny tłum. — Widzę stary, że tego potrzebujesz!
   I ledwie to powiedział, tuż przy nas pojawił się cherlawy chłopak, którego nigdy wcześniej nie widziałem na oczy.
— Jak chcecie po fajce, to po dwa galeony... — nagle ogarnął, do kogo mówi, po czym jego oczy rozszerzyły się. — Ups… sorry...
   I już miał się wycofać, kiedy chwyciłem go za kołnierz.
— Co to jest? — wyjąłem mu z ręki jednego ze skrętów. Chłopak wyglądał na wyraźnie przerażonego.
— To... nic! — wyrzucił z siebie. — Sproszkowane odchody bahanek i trociny! Sprzedaję to dla jaj!
— Ta? — uniosłem brwi. — A czy to przypadkiem nie są tęczowe fajki?
— Ale za to jakie zajebiste! — Chłopak szybko się poddał. — Podobno Dumbledore wypalał takich dziesięć razy dziennie...
   Cóż, Harry dużo czasu spędzał w gabinecie dyrektora i jakoś nigdy nie wspominał o tym, by Dumbledore miał palić jakieś tandetne fajki... Skrzywiłem się jednak na myśl o ojcu chrzestnym, szybko wyrzucając ją z głowy. Chłopal zachwalający skręty chyba odebrał to jako wyrok na siebie, bo zaczął się zaklinać:
— Przysięgam, że oddam ci pieniądze, tylko nie każ mi ich wyrzucać!
— Wyrzucać? — uniosłem brwi. — Po co miałbym marnować taki dobry towar, skoro mogę go skonfiskować?
— Co?! — Chłopak wytrzeszczył gały. — Ale to tylko gówno bahanek…!
— Lepiej ciesz się, że za to gówno bahanek nie odjąłem ci żadnych punktów! — oświadczyłem, wyjmując mu wszystko, co miał w rękach. — Szczęśliwego Nowego Roku!
   Po czym razem z wyraźnie zachwyconym Warwickiem zwinęliśmy się na bok, aby zbadać naszą zdobycz.
— I co? — zapytał. — Prawdziwe?
— Na to wygląda...
— No to dawaj! — Wyciągnął różdżkę, na co ja spojrzałem na niego jak na wariata.
— Zwariowałeś? Ja naprawdę to skonfiskowałem!
   Zmarszczył brwi, jakby nie zrozumiał.
— No tak... żeby zajarać, no nie?
   Spojrzałem na niego, zastanawiając się nad tym co powiedział. Potem mój wzrok spoczął na skrętach.
   Nie wyglądały szczególnie groźnie.
   Uniosłem głowę i znów zobaczyłem tłum ludzi. A w tym tłumie — całkiem nieoczekiwanie — multum zupełnie nowych możliwości. Mogłem zaprzeczać lub nie, ale prawda była taka, że właśnie użyłem swojej władzy by zdobyć całe naręcze fajek, z których aż wstyd było nie skorzystać. Bo właściwie, czemu nie? Skoro już wpadły w moje ręce...
   Od początku tego roku szkolnego byłem wzorowym prefektem. Ludzie wciąż powtarzali mi, że jestem prawdziwym synem swojego ojca, że podążam jego śladami. Ale co jeśli on nie chciał być moim ojcem? Pomyślałem, że ja również nie chcę już być jego synem.
   I podpalając skręta, poszedłem dalej — stwierdziłem, że w ogóle nie chcę już być Tedem Lupinem. Czy przynajmniej na czas tej nocy nie mogłem się stać kompletnie kimś innym? Kimś, kto po raz pierwszy w życiu nie przestrzega zasad, kto nie jest grzecznym prefektem i wzorowym uczniem? Kimś bezmyślnym, a dzięki temu wolnym i szczęśliwym...?
   Wybuch kaszlu, który nastąpił w chwilę później, nie był zbyt przyjemny. Oczy zaszły mi łzami od dymu, którym się zakrztusiłem, lecz po chwili kasłanie przerodziło się w śmiech. Jakie to jest głupie, że Jackson tyle razy proponowała mi szluga, a ja do tej pory nie nauczyłem się, jak to robić! A mogłem korzystać z lekcji, póki był na to czas!
   Kolejne zaciągnięcie się było już lepsze — i wtedy dostrzegłem, że dym snujący się z końca fajki rzeczywiście jest tęczowy. Znowu parsknąłem śmiechem i zwróciłem wzrok na Warwicka, który wytrzeszczał na mnie oczy.
   — Ziom, ja tylko żartowałem z tym jaraniem! — Gapił się na mnie, jakby mnie zobaczył po raz pierwszy w życiu. — Nie wierzę, że w końcu widzę na własne oczy, jak łamiesz szkolny regulamin!
   Złośliwie wypuściłem na niego tęczową chmurę dymu. Chwycił mnie za rękaw i pociągnął w stronę większego tłumu.
— Chyba aż muszę się napić. — Jakimś cudem wyhaczył wśród szalejących uczniaków wyraźnie zbłąkanego skrzata domowego, chyba nie do końca świadomego co spoczywa na niesionej przez niego tacy. — Ognista?! — Warwick skrzywił się. — Ja chciałem tylko kremowe piwo...
Kremowe piwo...! — powtórzyłem, jakby to była najśmieszniejsza rzecz, jaką dzisiaj usłyszałem. Szturchnąłem go łokciem w bok, tą ręką, w której trzymałem szluga. — Dawaj, tylko jeden toast za Nowy Rok! — Sięgnąłem do dryfującej w tłumie tacy i wyłowiłem z niej do połowy pełną butelkę.
   I kiedy łyk whisky zapiekł mnie w gardło, z prawdziwym zdumieniem odkryłem, iż z tęczowymi skrętami stanowi ono najlepsze połączenie w moim życiu. Tymczasem Pickering coraz bardziej wyglądał tak, jakby już żałował, że jednak mnie tu przyprowadził. W jednej ręce wciąż taszczył moją skrzynkę z fajerwerkami Weasley'ów i pomyślałem, że najwyższy czas, by zrobić z niej jakiś użytek.
   Z blanków Wieży Astronomicznej można było dojrzeć Wieżę Północną, na której całkiem widoczna była konkurencyjna impreza. Spojrzałem wzdłuż murów — stało przy nich wiele nietańczących acz flirtujących ludzi, lecz czynność wypuszczania w niebo sztucznych ogni, potencjalnie najniebezpieczniejsza, prawie całkowicie spoczywała na maluchach. Wywaliłem wypaloną fajkę za blanki i wydarłem się na cały głos:
   — PIERWSZOROCZNI! DO MNIE!
   Prawie natychmiast znalazło się przy mnie kilka bachorów z Gryffindoru. No proszę, jak je wytresowałem...!
   Ślizgoni z całą pewnością mieli o wiele mocniejszą grupę uderzeniową — już po chwili nad Wieżą Północną rozjarzył się ogromny fajerwerk, posyłając w niebo różnobarwne iskry. Był piękny. Wyciągnąłem palec w jego stronę.
— Widzieliście to?! — wrzasnąłem. — Chcą wojny, to będą ją mieli!
   Dzieciary wydały z siebie wojenne okrzyki. Mój wzrok padł na Warwicka — wpatrywał się we mnie jak w jakiegoś pomyleńca.
— Można wiedzieć, co ty odwalasz z tymi dzieciarami?!
— Prowadzę je na wojnę! — odparłem, mocując się ze skrzynką, na co mina Pickeringa nabrała jeszcze więcej niedowierzania.
— Dobra, chcesz się bawić w przedszkolankę, to nie przeszkadzam! Ja idę wyrwać jakąś laskę...
   I jak gdyby nigdy nic, zniknął w tłumie! Pożegnałem go z uśmieszkiem pełnym powątpiewania — już widziałem, jak on będzie "wyrywał laskę" w tych swoich kretyńskich okularach...
   Wypiłem jeszcze trochę whisky, tak na szczęście, i ku uciesze gówniarzy, wypuściłem w niebo pierwszego fajerwerka, który wybuchł, mieniąc się miliardem czerwonych i złotych iskier. Ślizgoni najwyraźniej przyjęli wyzwanie, bo już po chwili ku Wieży Astronomicznej dryfował wielki, zielono-srebrny wąż, który później zaczął okręcać się wokół niej. Następnie odpłynął ponad ciemny Zakazany Las i zasyczał na nas w powietrzu. Pierwszaki aż pootwierały buzie — gdybym chciał, mógłbym policzyć wszystkie ich plomby, a nawet by tego nie zauważyły.
   — Na co się gapicie! — krzyknąłem na nie, aż podskoczyły. — Bierzcie! — Wskazałem na skrzynkę z fajerwerkami. Dzieciarnia rzuciła się na nie ochoczo. — Na "trzy, czte i ry"...
   Wszyscy podrzuciliśmy swoje fajerwerki wysoko do góry.
   Połączyły się, wybuchając w powietrzu — i już po chwili ponad szkolnymi błoniami unosił się wielki złoty lew. Otoczył cały Zamek i zatrzymał się tuż przed Wieżą Północną — otworzył paszczę i zaryczał tak, że niemal wszyscy, którzy się tam znajdowali, poupadali na ziemię jak kręgle. Spojrzałem na swój oddział, zadowolony:
   — I właśnie tak się to, do cholery, robi! — Uniosłem butelkę z whisky, niczym trofeum. — Wasze zdrowie...!
   Prawie nikt nie zwrócił na mnie uwagi.
   Zostawiłem skrzynkę w ich rękach, a sam zanurkowałem w tłum ludzi. Upiłem jeszcze trochę whisky i stwierdziłem, że czuję się wcale a wcale świetnie. I kiedy zapaliłem kolejną tęczową fajkę, o mało co nie parząc sobie placów końcem różdżki, jednak na kogoś wpadłem — był to na moje nieszczęście Cal Collins, który natychmiast uśmiechnął się szyderczo, gdy tylko zobaczył, z kim ma do czynienia.
— Lupin, ty tutaj?! — Nagle zobaczył co trzymam w ręku i uśmiechnął się jeszcze szerzej. — Ależ prefekcie...! Bardziej pedalskiego zioła nie mogłeś wytrzasnąć, co?
— Smakuje truskawką — wzruszyłem ramionami i już miałem odejść, kiedy chwycił mnie za ramię i powiedział mi wprost do ucha:
— Chcesz skonfiskować coś lepszego?
   Zmarszczyłem brwi.
— Niby co?
— Słyszałem, że mają tutaj Kadzidło.
   Kadzidło... zaraz, zaraz! Czyżby chodziło o to coś z domieszką Amortencji, za które w zeszłym roku Vi i Pocky omal nie wyleciały ze szkoły...?
— I to ma być twoim zdaniem niby mniej pedalskie? — zadrwiłem, na co Collins puścił moje ramię.
— Ja ci tylko dobrze radzę, jeśli chcesz się ostro nawalić... a widzę, że chcesz.
   Po czym jak się pojawił, tak zniknął w tłumie.
   Wciąż marszcząc brwi przyłożyłem butelkę do ust, kiedy zorientowałem się, że jest już pusta. Ale... kiedy to się stało?! I od kiedy to Cal Collins czuł się w obowiązku do udzielania mi tak mądrych porad...
   Ale właściwie, czemu nie? Może warto się przekonać, czy rzeczywiście opłaca się wylecieć za to ze szkoły? W łokieć uderzyła mnie kolejna taca niesiona przez skrzata — nie było na niej whisky ani kremowego piwa, ale dziwny dzban z niebieskim płynem i cała misa bąbocuksów. Sięgnąłem po dziwny napój — był słodki, ale niewątpliwie zawierał jakiś tam alkohol. Wziąłem jednego bąbocuksa, ale po chwili namysłu zamiast go zjeść, rzuciłem go do jakiejś dziewczyny, która ledwo co go złapała. Puściłem do niej oko, co w tej chwili wydało mi się szalenie zawadiackie — ale ona tylko spojrzała na mnie jak na zdechłego karalucha i wróciła do tańczenia. Wzruszyłem ramionami.
   Nie wiadomo kiedy wypiłem jeszcze dwie szklanki niebieskiego płynu i jedną zielonego. Zacząłem rozglądać się za czymś, co jeszcze mógłbym wypić i zobaczyłem Cristera Welcha unoszonego na ramionach chyba dwudziestu osób. Pomyślałem, że to szalenie zabawne, ale wtedy ta jedyna znajoma postać zniknęła mi sprzed oczu i znów pozostałem sam — całkiem sam w wielkim tłumie obcych, groźnych stworzeń. I powoli zacząłem odczuwać, jak wciąga mnie ta czarna dziura, w której nie ma nikogo poza mną...
   Gdzie jest Victoire?!
   Przecież cała szkoła wróciła już ze Świąt! Dlaczego jeszcze jej nie ma?
   Wyszedłem z Wieży i wypadłem na schody — wciąż jeszcze było tam dużo ludzi. I wtedy to zobaczyłem. Jakaś dziewczyna o kręconych włosach trzymała w ręku flakonik.
— Jestem... prefektem! — Zanim zdążyła się zorientować, wyrwałem go jej z rąk. — Konfiskuję...!
   Dopiero po chwili zorientowałem się, że moje słowa ledwo co do niej dotarły — już była nawalona.
   Do flakonika przytwierdzona była mała rurka — podejrzewałem, że należy umieścić ją w dziurce od nosa. Wytarłem jej koniec rękawem. Oparłem się o ścianę drżącą pod wpływem dudnienia muzyki i przymknąłem oczy.
   Trudno mi opisać to, co nastąpiło później.
   A było to coś takiego, jakbym nagle znalazł się w zupełnie innym świecie.
   I zrozumiałem, że teraz już naprawdę mogę zapomnieć... zapomnieć o tym, kim jestem, co tu robię... Zapach wypełnił mnie całego, jak spływające do żołądka lekarstwo... Zapach pergaminu, starej skóry, morskiej wody... i czegoś słodkiego, a zarazem kwaśnego... może to jakiś kwiat, albo owoc...?
   Różowy grejpfrut.
   Otworzyłem oczy i pierwsze co zobaczyłem, to dziewczynę o kręconych włosach, której skonfiskowałem flakonik — zajęta była wymiotowaniem w kąt schodów. Chyba jeszcze nigdy żadna nieznana mi osoba nie wydała mi się aż tak piękna. Przez chwilę gapiłem się na jej kręcone, brązowe włosy, które zakrywały jej twarz, kiedy pochylała głowę. Naprawdę nigdy nie widziałem, żeby ktoś rzygał tak niesamowicie.
   A potem wróciłem na Wieżę Astronomiczną.
   Wydawało mi się, że kolory są jakby jaskrawsze niż zwykle. Fajerwerki wciąż dryfowały nad głowami ludzi, brokat mienił się na ich głowach. Kłębowisko ludzkich ciał wiło się w moich oczach leniwą falą... Och, gdybym mógł, objąłbym ich wszystkich! Objąłbym cały świat, bo jestem taki szczęśliwy, że mogę na nim być, właśnie z nimi...
   I wtedy ją dostrzegłem! To była Pocky, siedziała pod blankami, gapiąc się na ludzi z miną, jakby raczej niezbyt podzielała mój zachwyt. Przecisnąłem się do niej i porwałem ją w objęcia.
   — Pocky!!! Pocky… tak bardzo cię przepraszam! Przepraszam!
   Odsunęła się ode mnie i rozbawił mnie wyraz szoku na jej twarzy.
— Ted, ty... ty jesteś kompletnie nawalony!
Och...! Naprawdę?
— Naprawdę? Wcale... nie, może trochę...
— Co to jest?! — krzyknęła, wskazując na flakonik, który wciąż ściskałem w spoconej dłoni.
— To? — Postarałem się zrobić niewinną minę. — To tylko... taki... tonik na nerwy...
— Tonik na nerwy?! — Spojrzała na mnie z wyraźną złością. — Przecież to Amortencyjne Kadzidło!
— Nie, naprawdę? — udałem zdziwienie, co zniszczył nieco fakt, że mój głos drżał od tłumionego śmiechu. — To niemożliwe...
   Ale Pauline nie wyglądała, jakby również miała ochotę się śmiać. Jednym ruchem, który mnie wydał się błyskawiczny, wyrwała mi z ręki flakonik i już po chwili buteleczka mignęła za blankami. Momentalnie przestałem się uśmiechać.
— Pocky, co... coś ty zrobiła?!
— Jeszcze będziesz mi za to dziękować... — poklepała mnie po ramieniu z czymś, co mógłbym nazwać chyba tylko współczuciem... tylko że ja nie potrzebowałem współczucia, potrzebowałem z powrotem mojego flakonika..!. — I błagam cię, nie dotykaj już więcej tych świństw. Szczęśliwego Nowego Roku, Ted.
   Uśmiechnęła się smutno i odeszła. Wciąż stałem nieruchomo, jakbym oberwał obuchem w głowę.
   Jak ona mogła mi to zrobić?! Podzieliłbym się z nią! Od razu zaczęłaby się bawić lepiej... Dlaczego, dlaczego odebrała mi jedyne źródło szczęścia...?!
   Jak w ogóle mógł istnieć ktoś tak okrutny...!
   Oparłem się o zimny mur i odetchnąłem niematerialną chmurą brokatu.
   Dziwna rzecz, jak bardzo rozdarty może czuć się człowiek. Jakby był zrobiony z papieru... przymknąłem powieki i przypomniałem sobie cudowny zapach pergaminu... starej, skórzanej walizki po ojcu... pod palcami czułem kamień... kamień...
   Kamień drżał w moich uniesionych dłoniach.
   Krew kapała z rękawa na ziemię, krople uderzały o kałużę krwi tego drugiego... W ciszy lasu brzmiało to jak armatnie wystrzały. Głuchy warkot wydobył się z gardła wilkołaka... on już wiedział, że to zrobię... dlatego obnażył kły...
   Uderzyłem, tylko jeden raz. Ale to wystarczyło — kamień wypadł mi z rąk i potoczył się po ziemi.
   Kamień zbroczony ciemną krwią.
   Zrozumiałem, że płaczę. Stoję pod blanką, wokół mnie jest pełno ludzi, a mi z oczu ciekną łzy i spadają na koszulę. Czym prędzej wytarłem twarz rękawem, żeby nikt tego nie zobaczył — i postarałem się przypomnieć sobie pozostałe zapachy... morska woda... i ten ostatni... ten, na myśl o którym uderzała mnie tak wielka tęsknota, że odczuwałem ją niemal jako fizyczny ból...
   Och, do cholery jasnej, weź się w garść!
  Zacisnąłem usta i z poczuciem jakiegoś szczególnego znaczenia tego momentu, wkroczyłem pomiędzy bawiących się uczniów.
   Moje zmysły wariowały coraz bardziej. W jednej chwili od ostrości wzroku łzawiły mi oczy, w drugiej miałem wrażenie, że nie widzę nikogo ani niczego, że wokół mnie są tylko poruszające się, kolorowe plamy. Nogi plątały mi się — dziwiłem się, w jaki sposób wszyscy wokół tak dobrze trzymają się rytmu. Tłum napierał na mnie, ale mi przestało już to przeszkadzać. Chciałem odnaleźć Vi... ale równocześnie sam chciałem się zgubić. Nie... nie wiem już, czego chciałem.
   A może już nic nie mogło mi pomóc...?
   Może to był człowiek. Może zabiłem człowieka... Może jestem mordercą, którego również powinno się zabić. Mój ojciec był nim na pewno... Ale co jeśli nie będąc wilkołakiem, i tak jestem większym potworem niż on?
    I nagle wpadłem na kogoś z impetem — tak gwałtownie, że Kuchenna Sherry, którą ta osoba trzymała w ręce, chlusnęła wprost na moją koszulę. Chyba tylko cudem odzyskałem równowagę — i wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że patrzę na Gigi Bulstrode.
   — Ted...! — wyrzuciła z siebie zaskoczona, po czym słodki uśmiech tak błyskawicznie pojawił się na jej ustach, że omal nie poczułem się jak na kolejce w podziemiach Gringotta, zjeżdżającej ostro w dół... tylko co to ma właściwie ze sobą wspólnego...? Nie odpowiedziałem jej, tylko bezceremonialnie objechałem ją wzrokiem. Miała na sobie krótką i bardzo, bardzo obcisłą czarną sukienkę na cieniutkich ramiączkach, w wycięciu której widoczne były bardzo przyjemne dla oka rzeczy. Przez chwilę gapiłem się na nie jak jakiś totalny troll. Uniosła mój podbródek dłonią, zmuszając mnie, bym oderwał od nich wzrok — w jej migdałowych oczach igrało rozbawienie i dopiero wtedy do mojego otępiałego mózgu dotarło, że ona doskonale wie, co tak bardzo przykuło moją uwagę.
— Czy mi się zdaje, czy ty jesteś kompletnie naj**any...!  
   Skoro tak mówisz Gigi, to chyba rzeczywiście musi być prawda...
— Ja... wcale nie... — wybełkotałem zamiast tego, ale prawie natychmiast urwałem.
   Gigi była jakoś dziwnie blisko, bliżej niż kiedykolwiek. Tak blisko, że prawie odbierało mi dech.
   Za blisko.
   Coś stało się z dźwiękiem. Uszy jakby wypełniła mi woda — i jedyne, co teraz do mnie docierało stanowiło głuche dudnienie i słodki zapach jej włosów. Ledwo zauważyłem, kiedy jej ręce oplotły moją szyję... Zastanawiałem się tylko, dlaczego ta woń wydawała się tak dziwnie znajoma...? Chyba już ją gdzieś czułem... Zapach z Nory, może Muszelki...
   Tylko dlaczego Gigi miałaby pachnieć Muszelką...?
   Przytłoczony tym wszystkim, zamknąłem oczy.
   Ból wypełniający moją klatkę piersiową zniknął. Przez chwilę już całkiem nie wiedziałem, co się ze mną dzieje — aż nagle uderzył mnie całkiem realny dotyk jej warg na moich. To było takie dziwne... zupełnie jakby całe moje cierpienie z tych ostatnich dni było tylko dymem, mgłą, która momentalnie ulatywała na wietrze, kurczyła się, zanikała... to było lepsze niż jakikolwiek narkotyk... i całowałem ją, nie dbając już o to, że ociekam Kuchenną Sherry, że wokół jest pełno ludzi, nawet o to, że jeszcze nigdy tego nie robiłem... Skupiłem się tylko na swoich zmysłach i na tym, jak chłoną jej pocałunek, niczym balsam na ranę, czując jak robię się lekki, wolny, unoszę się bezwolnie wraz z nią...
   Jeszcze raz delikatnie pocałowałem jej usta i spojrzałem na Victoire.
   Kolorowy blask fajerwerków kładł się miękko na jej srebrzystych włosach. Jej wielkie, ciemnoniebieskie oczy wpatrywały się we mnie ze zdziwieniem.
   — Ted...? — Jej głos był cichy i niepewny, tak jak wtedy w śniegu, ale jednak jakoś inaczej... jakoś bliżej, bardziej intymnie...
   A ja wciąż patrzyłem na nią, nie mogąc wyrzec słowa.
To naprawdę była Victoire!
A ja właśnie ją pocałowałem.
Dlaczego to zrobiłem...?
— Victoire…
— Ted! 
   Szybko zamrugałem powiekami — i momentalnie poczułem się tak, jakby ktoś chlusnął we mnie lodowatą wodą.
   Srebrne włosy i niebieskie oczy Victoire zniknęły. Zamiast nich pojawiły się złote loki okalające twarz Gigi Bulstrode, która świdrowała mnie spojrzeniem zielonych oczu, wyraźnie wściekła. 
— Gi… Ginger…? — wyjąkałem, całkowicie zbity z tropu.
— Tak, to ja...  — wysyczała, wciąż patrząc na mnie wzrokiem bazyliszka pełnym żądzy mordu. — Zawiedziony...?
   W tym momencie całkiem trzeźwo pomyślałem, że wolałbym się chyba nigdy nie urodzić.
   Ginger wyglądała jak rozwścieczona samica rogogona — i jedyne co powstrzymywało ją od popełnienia na mnie krwawego morderstwa był brak umiejętności zionięcia ogniem. Jeżeli chodzi o pazury, to je akurat miała, jestem pewien, że swoim tipsami rozszarpałaby mi gardło bez trudu.
   Chyba oczekiwała jakichś wyjaśnień, od których zapewne zależało moje życie — jednak ja wciąż stałem, nie będąc w stanie wykrztusić ani słowa. Nie pocałowałem Victoire… Po prostu śliniłem się z Gigi Bulstrode! Ale... jak mogło do tego dojść...?
   To w ogóle nie powinno się wydarzyć!
   I zamiast zrobić cokolwiek innego, po prostu potrąciłem ją, rzucając się w tłum. Uciec od niej, uciec od tego tłumu, uciec jak najszybciej! I uciec od widma Victoire… z każdą chwilą stawało się coraz bardziej realne... To co się stało, było takie rzeczywiste! Ale przecież Vi była oddalona o tysiące mil, daleko stąd... To nie mogła być ona.
   I nagle poczułem dziwne pragnienie — aby ktoś uderzył mnie w twarz, bardzo mocno.
   Księżyc przyglądał mi się obojętnie, nic nie mówiąc.
 
 



 
No tak.
Jeżeli ten rozdział zrył Wam banię, to bądźcie pewne, że mi bardziej.
Wybaczcie! Tak jakoś w trakcie pisania umknęło mi to, że w sumie mogłabym ten rozdział podzielić... Ale w sumie i tak nie bardzo wiedziałabym jak.
Miałam wyjaśnić, czemu tak późno (jak zwykle).
Nie będę jakoś rozwlekle się na ten temat rozpisywać, a więc krótko:
Po pierwsze, miałam wernisaż swojej wystawy w szkole, a to wymagało ode mnie naprawdę wiele zaangażowania i niewiele miałam czasu na cokolwiek innego.
Po drugie: zgubiłam telefon. I nie byłaby to jakaś straszna tragedia, gdyby nie to, że miałam tam wszystkie notatki odnośnie tego bloga, łącznie z całym planem fabuły i wieloma już skończonymi scenami... których kopii oczywiście zapisanej nigdzie nie miałam, bo po co.
(O telefon się nie martwcie, był zepsuty i nie miał karty, więc był raczej bezwartościowy).
Myślałam, że się załamię... No, ale patrzmy na pozytywy, może od nowa napiszę to wszystko jeszcze lepiej...
Miejmy nadzieję.
Pozdrawiam serdecznie i życzę udanego weekendu!
 
Nox /*
 
~ Tita

piątek, 10 lipca 2015

18. Prawdziwa Trzynastka

31. 12. 2012 r. PONIEDZIAŁEK

   - Ależ absolutnie się nie zgadzam, nie, nie ma mowy! I proszę bez takiej miny, panno Glam! Dosyć, panno Pussycat! Nie zgodzę się, tak jak się nie zgodziłem w zeszłym roku i jak nie powinienem się zgodzić dwa lata temu! Właśnie tak! Myśleliście, że pozwolę na to po tym, co się stało? Uczniowie powinni siedzieć nad książkami, a nie! Już powiedziałem, panno Weasley! Tak Lupin, to moje ostatnie słowo!
   Po czym zamknął nam drzwi przed nosem.
- No świetnie - skomentował Teddy. - Po co my tu w ogóle przychodziliśmy, wiadomo, że Boorack już nigdy nam na to nie pozwoli.
   Wszyscy pokiwali głowami z ponurymi minami. Było oczywiste, że Teddy miał rację. Boorack już nigdy nie pozwoli nam pójść w Sylwestra na Wieżę Astronomiczną puszczać fajerwerki, mimo że to właśnie on jako jedyny z nauczycieli (chociaż raczej już mocno podchmielony Kuchenną Sherry) zezwolił nam na to dwa lata temu.
- Ale nie martwcie się! - Brenda jak zwykle była sfiksowaną optymistką. - Jest przecież jeszcze imprezka w pokoju wspólnym!
   Tak, tylko sęk w tym, że imprezka w zeszłym roku trochę nie wypaliła, w każdym razie nietrudno jest sobie wyobrazić stado rzygających nastolatków po wypiciu Starej Ognistej Whisky Ogdena, wykradzionej skrzatom z kuchni. Szybko odgoniłam wizję szalejącej prefekciny Sherry Power, wrzeszczącej, że nie jesteśmy godni miana krukonów, chociaż to wszystko przez tych debili z Hufflepuffu, którzy potajemnie dostarczali whisky wszystkim domom... Wprawdzie McGonagall kazała potem skrzatom rzucić zaklęcia ochronne na spiżarnię z trunkami, ale co jeśli jakimś zdemoralizowanym uczniakom uda się je obejść? (Tak nawiasem, to po co McGonagall ta cała spiżarnia z trunkami)?
   - Po co mamy sobie psuć Sylwestra? - paplała dalej Brenda. - Chodźcie dziewczyny, musimy się przygotować! Jest impreza, jest zabawa, co nas obchodzi Boorack i jego głupie zasady...
- Ćśśśśś - powiedziała natychmiast Vi. W końcu staliśmy tuż pod drzwiami gabinetu Booracka i nie wiadomo, czy właśnie nie podsłuchiwał pod nimi w celu sprawdzenia, czy przypadkiem go nie obgadujemy.
- Lepiej chodźmy - rzekł Teddy, rzucając ukradkowe spojrzenie na drzwi Booraczanego gabinetu.
   Powoli ruszyliśmy w stronę schodów do sali wejściowej. Za czterdzieści pięć minut miała się zacząć kolacja, aczkolwiek ani ja, ani Victoire i Brenda nie zamierzałyśmy na nią iść. Wciąż zrzędząc na Booracka, zaczęliśmy wspinać się do góry. Z Tedem rozstałyśmy się jak zwykle na siódmym piętrze w korytarzu Barnabasza Bzika, natomiast pod drzwiami do pokoju wspólnego Ravenclawu czekała już na nas grupka drugoklasistów.
   - Gdzie można znaleźć białego kruka? - zapytali, gdy tylko nas zobaczyli.
- Nie znacie odpowiedzi na pytanie? - domyśliła się Vi.
- Gratulujemy błyskotliwej dedukcji! - wyparskali ze zniecierpliwieniem. I jak tu być miłym dla tych zarozumiałych kujonków? Założę się, że połowa z nich nie ukończyła jeszcze dwunastu lat.
- Przepraszam... przepraszam... - Zaczęłam przepychać się przez nich w stronę kołatki.
   Zastukałam.
- Gdzie znajdziesz białego kruka? - zapytała melodyjnie.
- Tam, gdzie nikt nie będzie szukał - odpowiedziałam i gdy tylko to zrobiłam, ci idioci drugoroczniacy od razu przepchnęli się przez wejście, tak że wpadłam wprost na Sherry Power, która stała tuż za drzwiami.
   - STOP! - wrzasnęła, całkiem niepotrzebnie, bo wszyscy na jej widok zawsze zatrzymują się jak wryci ze strachu. - Przeszukać ich!
   Podeszło do nas dwoje chłopaków z szóstej klasy i zaczęli wodzić po nas różdżkami.
- To po to, żeby sprawdzić czy nie przemycacie whisky - wyjaśniła Sherry z obłudnym uśmieszkiem. - Dobra, ci są czyści, możecie wejść!
   W kącie salonu siedzieli wszyscy z czwartej klasy z minami winowajców, zbici w ciasną grupę, jakby się spodziewali, że zaraz ich zwiążą i zakneblują. To właśnie ta gromadka w zeszłym roku upiła się Ognistą Whisky, a teraz siedziała niczym stadko potulnych baranków pod czujnym okiem Sherry. Ja, Vika i Brenda przeszłyśmy obok nich i udałyśmy się do dormitorium.
   Julia i Lisa już tam były. Ta pierwsza leżała na swoim łóżku, pisząc długaśne wypracowanie na historię magii, natomiast druga siedziała przy swoim sekretarzyku, malując paznokcie wyciągiem z drzewa balsamowego.
- Też coś! - prychnęła Brenda, zwalając się na swoje łóżko. - Że niby my przemycamy whisky! Chyba im się coś w głowach przekręciło!
- Muszą przecież sprawdzać - odezwała się Julia, nawet nie przerywając pisania. - Po tym, co było w zeszłym roku to chyba oczywiste środki bezpieczeństwa.
- Przecież jesteśmy krukonami - przypomniałam. - My nie pijemy whisky.
- Ale jeśli ma się powiązania z puchonami... - No tak, to zapewne wszystko tłumaczyło...! Julia podrapała się piórem po nosie. - Poza tym, wiadomo że czwartoklasiści z Ravenclaw są czarnymi owcami.
   Cóż, z tym akurat musiałam się zgodzić. O ile kujonowaci są siódmoklasiści, szóstoklasiści i piątoklasiści, i o ile zarozumiali są ci niedoświadczeni uczniacy z pierwszej i drugiej klasy, o tyle czwarta klasa składała się z samych ludzi o intelekcie pufka pigmejskiego. No, może poza Pamellą Goldson i Sarą Croft, czyli dziewczyną od kota.
- Ale przecież McGonagall rzuciła jakieś czary mary na tę spiżarnię z whisky, co nie? - dąsała się Bren. - A oni i tak nas sprawdzają...
- Wiesz, ktoś mógłby kupić whisky w Hogsmeade. - Julia zaczęła nowy akapit.
- Tsa, bo by nam sprzedali... - burknęła Brenda.
- Mogli kupić jacyś siódmoroczniacy, a młodszym dać do przemycenia - wymyśliła Lisa.
- Niby po co? - rozjuszyła się Brenda. - Chyba stać ich na jakieś lepsze sposoby, mogliby zamienić whisky w pustą butelkę, a potem znowu odczarować, czy coś takiego...
- Dlatego właśnie wszyscy są sprawdzani...
- W każdym razie zanosi się na to, że będzie lepiej niż w zeszłym roku, co nie? - odezwała się Victa. - Przynajmniej McGonagall już nie będzie się o nic wściekać.
- Cóż, impreza pod kontrolą Sherry Power nie brzmi zbyt dobrze - zauważyłam.
- A jak delegacja u Booracka? - zagadnęła Lisa.
   Ja i Victoire spojrzałyśmy po sobie posępnie.
- Tak jak w zeszłym roku.
- Ou. - Lisę wyraźnie to rozczarowało. - Czyli że nie będzie żadnych fajerwerków?
- Nie.
- Czyli że jednak muszę iść na tę imprezę...
- A co, zamierzałaś nie iść?! - Brenda wybałuszyła oczy, jakby właśnie się dowiedziała, że Sandra nie buja się już w Peterze.
- Nie wiem - wyjęczała Lisa. - Nie chcę na nią iść.
- Dlaczego?! - wykrzyknęła Brenda, aż skacząc na swoim łóżku ze wzburzenia.
- To znaczy... - Lisa zagryzła wargę i już nic nie powiedziała.
- Ale idziesz...? - zapytała Brenda z obawą. - No przecież nie pójdziesz chyba spać!
- Chyba nie mam wyboru...
- No to na co jeszcze czekamy?? - Brenda klasnęła w dłonie. - Przygotowujemy się!
   Po czym zeskoczyła z łóżka i zaczęła wyjmować ze swojego kufra przeróżne stroje, a raczej wywalać je z niego na sam środek podłogi w dormitorium.
   Westchnęłam. Kiedy w pierwszej klasie dziewczyny wypindrzały się na Sylwestra, uważałam, że to idiotyczne, ale przecież nie jestem już takim dzieckiem! Otworzyłam kufer i wyjęłam z niego dwie sukienki, które już od tygodnia planowałam włożyć na tę okazję, ale jeszcze nie zdecydowałam, którą. Natomiast dziewczyny zaczęły krzątać się po dormitorium w szale przygotowań. Brenda jak zwykle poszukiwała opaski na włosy do pożyczenia, Lisa zaczęła tradycyjnie wyczerpywać zawartość flakonu z perfumami, a Vicky zaczęła układać sobie włosy na różnorakie sposoby i tylko Julia nie ruszyła się z miejsca, całkowicie pochłonięta pisaniem wypracowania, zupełnie jakby to było jej CV. W końcu wybrałam czarną sukienkę, akurat wtedy, kiedy Brenda pożyczała opaskę od Julii, Lisa dała sobie spokój z kadzidłami, a Victoire postanowiła w ogóle nie układać włosów, tylko iść w rozpuszczonych.
   Kiedy przebrałam się już w swoją sukienkę, pomalowałam usta i oczy. Brenda jak zwykle strasznie się wytapetowała i jak zwykle musiała to zmywać i zaczynać wszystko od początku. Vika wyglądała olśniewająco - założyła szaro-srebrną, lekką sukienkę i sypnęła odrobinę brokatu w srebrzyste włosy. Oczywiście z jej uszu dyndały muszelkowe kolczyki, tym razem zabarwione na srebro.
   Nagle zauważyłam, że Lisa gdzieś zniknęła. Rozejrzałam się po dormitorium, aż w końcu dostrzegałam ją ukrytą w ciemnym kącie przy jej łóżku. Podeszłam do niej.
   W ogóle nie była przebrana.
- Czemu się nie przebierasz? - zapytałam.
   Lisa tylko pociągnęła nosem.
   No tak... Już wiedziałam, dlaczego Lisa nie chciała iść na tę imprezę. Biedaczka... Zupełnie zapomniałam, że w zeszłym roku Lisa przesiedziała całego Sylwestra w kącie, bo nikt nie chciał z nią tańczyć. Teraz pewnie bała się, że historia się powtórzy.
- Nie chcę iść - odezwała się, tym samym potwierdzając wszystkie moje podejrzenia.
- Proszę, pójdź - powiedziałam. - Przecież nie możesz przespać Nowego Roku...
- No tak. - Lisie zwilgotniały oczy. - Ale co ja będę tam robić? - Spojrzała na mnie bezradnie.
- Jeśli będziesz podpierała ścianę, to przecież ja z tobą... - Może to nie było zbyt dobre posunięcie, bo kiedy w zeszłym roku podpierałam ścianę z Lisą to i tak potem ją zostawiłam, gdy Victoire i Teddy porwali mnie w tłum uczniaków. Lisa uśmiechnęła się smętnie.
- Tylko że ciebie na pewno ktoś zaprosi - powiedziała.
- Ale... - Zaczęłam szukać kolejnego argumentu. - Wyładniałaś od drugiej klasy... - To była prawda, ponieważ w drugiej klasie Lisa z całą pewnością nosiła trzy razy większy rozmiar niż teraz. - Na pewno teraz ktoś cię zaprosi.
- No dobrze... - zgodziła się w końcu. - Ale jeśli będę siedzieć sama do północy, to wracam do dormitorium...
- W porządku - powiedziałam.
   O ile każda z nas miała w miarę określony styl - Victoire przyodziewała się w ulubione błękity i muszelkową biżuterię, Brenda stroiła się w zwariowane wzory i dziwnie łączyła kolory, a Julia gustowała w grzecznych sweterkach i ołówkowych spódnicach - o tyle uważałam, że Lisa jest szara i bezstylowa. Jeśli nie nosiła szkolnej szaty, to zawsze ubierała się tak samo - w te same znoszone dżinsy i jakąś bluzę, których ma chyba ze trzy na krzyż. Zdziwiłam się więc, gdy okazało się, że Lisa ma mnóstwo fajnych ubrań w kufrze.
- Czemu nigdy nie założyłaś tej bluzki? - męczyła ją Vika, która dołączyła do przeglądu ubrań Lisy. - Dlaczego w ogóle nie nosisz tej koszuli?
    Doprawdy, jeżeli jesteś zakompleksioną Lisą Ackerley, to nie ma dla ciebie większego wsparcia niż u dowartościowanej w stu procentach wili.
    W końcu wybrałyśmy jej sukienkę w eleganckim ciemnogranatowym kolorze. Lisa wyglądała bardzo ładnie i było oczywiste, że ustawią się do niej w kolejce.
   Kiedy impreza miała się zacząć za kwadrans, my byłyśmy już gotowe. I dopiero kiedy miałyśmy już opuścić dormitorium, zauważyłyśmy to. W czasie gdy my się przebierałyśmy, malowałyśmy i czesałyśmy, Julia nawet na milimetr nie ruszyła się z miejsca, za to bardzo ruszyła się w swoim wypracowaniu, bo zdążyła już zapisać aż połowę drugiej rolki pergaminu.
- Julia, ty nie idziesz? - Brenda wytrzeszczyła na nią oczy ze zgrozą.
- Przecież widzisz, że piszę wypracowanie - odparła oschle Julia.
- Będziesz odrabiać pracę domową w Sylwestra?! - Brenda była tak przerażona, jakby Julia nagle stwierdziła, że postanowiła popełnić samobójstwo, dłubiąc sobie różdżką w uchu.
- Oczywiście - powiedziała Julia z irytacją. - A co mam robić? Przecież nie mogę zignorować tego wypracowania!
- Przecież możesz zrobić to jutro! - Brenda już prawie płakała.
- Oczywiście, że nie! - Julia była wyraźnie urażona. - Przecież gdybym poszła na tego Sylwestra, jutro byłabym niedysponowana z powodu niewyspania! A jak napiszę tę pracę teraz i pójdę spać jak normalny człowiek, to następnego dnia będę przynajmniej funkcjonalna, podczas gdy wy będziecie zaspane i skacowane, bo na pewno jacyś zdemoralizowani uczniacy przemycą whisky tuż pod nosem Sherry!
- No dobra - powiedziała Brenda obrażonym tonem. - W takim razie idziemy bez ciebie i na pewno będziemy się świetnie bawić!
   Po czym zeszłyśmy do pokoju wspólnego, gdzie już zaczynała się impreza.
   Usiadłyśmy na jednym z foteli pod posągiem Ravenclaw, a ponieważ nie było nas na kolacji, nałożyłyśmy sobie sałatki owocowej. Powoli środek salonu zaczął się zapełniać.
- Może sałatki? - Victoire podsunęła miskę Brendzie pod nos.
- No co ty, teraz?! - Brenda z podniecenia była na skraju histerii. - Jeszcze będę mieć wzdęcia i jak ja będę tańczyć?!
   Lisa westchnęła po mojej lewej stronie, po czym nałożyła sobie większą porcję sałatki. I nagle, na nasze nieszczęście, na jedzenie przy naszym stoliku rzuciła się Bacy Phellps! Na jej widok o mało co nie zakrztusiłam się kawałeczkiem kiwi. To było jeszcze gorsze niż wtedy, kiedy Bacy miała na sobie różową koszulinkę nocną z kaczuszką na piersi, którą dane było nam zobaczyć kiedy wtargnęłyśmy do dormitorium Fiffie i Domie podczas zażartej walki pierwszoklasistek na poduszki. Teraz, wyraźnie zadowolona z siebie Bacy miała na sobie różową błyszczącą miniówę i jakąś koszulkę modną prawdopodobnie dziesięć lat temu, kiedy pępki lubiły oglądać światło dzienne... Za nią stała drobna blondyneczka Lucy New, najwyraźniej kompletnie nie wiedząca, co ze sobą zrobić.
   - Ale genialne żarcie-zaparcie! - zawrzasnęła Bacy, przekrzykując głośną muzykę. - Ale będzie żrenie-zatwardzenie!
    Na te słowa Brenda wyraźnie poczuła mdłości, bo wstała i poszła sobie.
    I wcale się nie dziwię.
    Szybko poderwałyśmy z miejsc i dogoniłyśmy Brendę, która usiadła przy dalszym stoliku.
- To co robimy? - zapytała Lisa.
- Trzymamy się z dala od Bacy? - podsunęłam.
- Tak, to zdecydowanie dobry pomysł - zgodziła się Vicky. - Idziemy tańczyć?
- Dobra - powiedziała Brenda i rozsiadła się na fotelu. Spojrzałyśmy na nią. - No co? Czekam aż ktoś mnie zaprosi!
- No to sobie poczekasz - stwierdziłam. - Swoją drogą, dlaczego nikt jeszcze nie zaprosił Victoire? Impreza trwa już od pięciu minut.
- Pewnie dopiero jej szukają - mruknęła posępnie Lisa, po czym sięgnęła po butelkę piwa kremowego.
   Victoire puściła nasze docinki mimo uszu.
- Ale chodźcie zatańczyć! - nie ustępowała. - Chyba nie będziecie siedzieć przez całego Sylwestra!
- Ale my nie umiemy tańczyć! - powiedziałam i w tym momencie z tłumu wyłonił się Quirke. No ładnie, pierwszy startujący do Victy... Oczywiście przyciągnął ze sobą Iva, który i tak nie wiadomo co tu robił.
- Victoire Weasley! - zawołał Quirke. - Czy zechciałabyś mnie zaszczycić pierwszym tańcem...?
    Parsknęłam, rozbawiona tą kurtuazją. Lisa przejechała ręką po twarzy, jakby tego dokładnie się spodziewała. Vika już podchodziła do Quirke'a, kiedy z miejsca poderwała się Brenda.
- Nie możesz zatańczyć z Victoire, Quirke! - wypaliła. - Ona czeka tu na Teda Lupina, jak on zobaczy, że ty z nią tańczysz, to będzie chryja!
   Co ta Brenda bredzi? Victoire spojrzała na nią ze zdziwieniem.
- Brenda, co ty wygadujesz...?
   Quirke gapił się to na Vikę, to na Brendę.
- To jak? - spytał, najwyraźniej nieco zdezorientowany. - Tańczymy, czy nie...?
   Vicky wyprostowała się z godnością.
- Bien - zgodziła się.
- A ty jak chcesz, możesz zatańczyć z Ivem - rzucił Quirke w stronę Brendy , po czym on i Vi zniknęli.
   Brenda spojrzała za nimi z rozpaczą. Ivo przez chwilę milczał, jakby usilnie myśląc, po czym nagle chwycił Brendę za rękę i zaczął ją ciągnąć w stronę tańczących. Zaczęła się strasznie drzeć.
- Zostaw mnie, prostaku!
   Ale Ivo nie zamierzał chyba tak łatwo się poddać, bo szarpnął ją jeszcze bardziej, tak że o mało się nie wywaliła. Po chwili i oni znikli w tłumie.
   Ja i Lisa zostałyśmy same, a przed nami stała na stole pełna butelka.
- Zostałyśmy same - zauważyła odkrywczo Lisa. - To co robimy?
   Wiedziałam, że tak jak ja nie zechce tańczyć samotnie.
- Może napijemy się...? - zaproponowałam, nalewając jej kremowego piwa.
   Przez chwilę sączyłyśmy piwo kremowe w milczeniu. Właściwie oprócz nas nie siedział chyba nikt, poza struchlałymi czwartoklasistami i powoli zaczynałam czuć się dziwnie, widząc nawet najbardziej zatwardziałych kujonów z naszego domu, którzy wywijali teraz po środku pokoju wspólnego w szale sylwestrowej imprezy.
- Coś drętwa ta imprezka - odezwała się w końcu Lisa, po kilku niemiłosiernie długich minutach bezczynnego gapienia się przed siebie.
   Powoli pokiwałam głową.
- Nooo...
- Pamiętaj, że jeśli będę siedzieć do północy...
- Tak, tak, pamiętam.
- Albo do dwudziestej trzeciej - zmieniła nagle zdanie.
- Jak chcesz.
   Już nawet nie próbowałam jej przekonywać, żeby jednak została na dłużej. Sięgnęłam przez stół po bombowego karmelka i wsunęłam go do ust, obserwując tych wszystkich krukonów, których codziennie widywałam garbiących się nad książkami, a teraz świrujących pośrodku pokoju wspólnego. Po paru minutach milczenia podeszła do nas Lucy New, która najwyraźniej pozbyła się Bacy przy jakimś stoliku z większą ilością żarcia - i zaczęła coś do nas bardzo cicho mówić.
- Co?? - spytałyśmy.
- No bo czy wiecie jak zaprosić kogoś do tańca?! - krzyknęła.
- A czy my wyglądamy ci na osoby z doświadczeniem?
   Lucy tylko się zaczerwieniła i odeszła od nas.
- Przynajmniej ma zapał - westchnęła Lisa.
- Przynajmniej zaczęła działać! - powiedziałam. - A my tu mamy czekać aż jakiś palant łaskawie raczy nas zaprosić?
- A czy sama kogoś zaprosisz? - Lisa uniosła brwi. - Słuchaj, tamten chłopak ciągle się tu kręci, może chce zaprosić którąś z nas, ale się wstydzi?
- Chyba już prędzej szuka Victy, bo nie wie, że ona tańczy sobie w najlepsze z Quirkiem.
- Ale przecież tamta piosenka już się skończyła - zauważyła Lisa.
- To w takim razie ktoś inny ją zaprosił, zanim zdążyła do nas wrócić. - Wzruszyłam ramionami.
   I w tym momencie na fotel obok nas opadła zadyszana Brenda.
- I co?! - spytałyśmy ja i Lisa równocześnie.
- Taniec z Ivem... - wydyszała. - To była porażka! Próbował obślinić mi...
- Chciał cię...?! - ostatnie słowo nie przeszło Lisie przez gardło.
   Brenda spojrzała na nią, najwidoczniej roztrzęsiona i podjarana równocześnie, cała czerwona na twarzy z obrzydzenia wymieszanego z nieukrywanym zadowoleniem. Sprzeczne uczucia zawładnęły nią do tego stopnia, że przez chwilę zaczęła bełkotać coś niezrozumiałego, aż w końcu zawrzasnęła:
- ALE UDAŁO MI SIĘ ZATAŃCZYĆ Z QUIRKIEM!
- Super - skomentowałam.
- I co? - zapytała Lisa.
- Ciągle gadał tylko o Julii! - powiedziała Brenda obrażonym tonem. - Tak sobie myślę, że nawet dobrze, że została w dormitorium...
- A gdzie jest Quirke? - spytała Lisa, chyba bez szczerego zainteresowania.
- Poszedł po piwo... - odparła Brenda.
- Czyli że będzie jeszcze z tobą tańczył? - upewniłam się.
- Nie wiem. - Bredna zrobiła żałosną minę. - On chyba tak naprawdę wolałby zatańczyć z tą rudą maszyną do prac domowych, a nie ze mną.
   A więc to właśnie to zobaczyłam w filiżance Brendy na wróżbiarstwie w dniu bombardowania Iryta...! A więc to o to Brenda miała być zazdrosna... A raczej nie o to, tylko o kogo... Więc zdarza się, że przepowiednie Trelawney naprawdę się sprawdzają! Co za szok!
   I nagle ktoś przepchał się ku nam przez tłum, ale nie był to żaden chłopak. Była to Orellia Craig z Hufflepuffu, razem ze swoimi dwoma kumpelami - Claudią i Esme - tą dziewczyną, która chciała przefarbować włosy na różowo. Tyle że teraz tak się składało, że jej włosy naprawdę były różowe.
   Brenda aż otworzyła gębę.
- Szok, co nie? - zawołała na przywitanie jak zwykle rozchichotana Orellia.
- Kiedy wy to zrobiłyście?! - zapytałam, z wrażenia aż opuszczając butelkę z piwem kremowym.
- Przed chwilą! - Esme była rozpromieniona. - I jak?
- Różowo... - wyjąkała Lisa.
- Jak dla mnie bomba! - Brenda była zachwycona. - Myślicie, że dyra to przepuści?
- Szczerze? - Esme zastanowiła się przez moment. - Mam to gdzieś!
   Wszystkie dziewczyny się roześmiały.
- Dobra, chodźmy teraz do Paris i Sandry - powiedziała Claudia.
- Nie, musimy jeszcze pokazać chłopakom! - ożywiła się Esme, po czym ona, Claudia i Orellia oddaliły się, wciąż bez ustanku trajkocząc.
- No nieźle... - podsumowała Lisa.
   Trąciłam ją w bok, wskazując głową nadchodzącego w naszą stronę Quirke'a, dzierżącego dwie butelki piwa. Za nim podążała Victoire.
    No w końcu!
    Vicky usiadła obok mnie.
- No jesteś wreszcie! - zawołałam.
- Tańczyłaś z kimś? - spytała mnie Vi.
- Nie.
- Ouć.
- Widziałaś Esme Blythe?
- Tak.
- Zatańczysz? No nie daj się prosić.
   Odwróciłam się gwałtownie. Quirke stał przy nas ale na nas nie patrzył, bo mówił właśnie do... Julii?!
    Co ona tu robi na sto galopujących hipogryfów?!
    Victoire była chyba tak samo zdziwiona jak ja.
    Julia przez chwilę stała z zaciśniętymi ustami, jakby zastanawiała się, czy dopuścić się tej zbrodni, po czym nieznacznie kiwnęła głową i poszła za Quirkiem w tłum ludzi.
    Brenda fuknęła ze złością.
- Co ona na gatki Merlina tutaj robi! - wkurzyła się. - Przecież pisała wypracowanie!
- Może już skończyła - wymamrotała Lisa.
   No świetnie, to już nawet Julia i Brenda z kimś tańczyły, a ja nie!
- No chodźcie, zatańczymy we trójkę! - namawiała nas Vika, ale ja i Lisa byłyśmy nieugięte:
- Nigdy w życiu!
   Victoire wreszcie straciła cierpliwość.
- Jak siedzicie tu z ponurackimi minami, to nie dziwcie się, że nikt was nie zaprasza! - ofuknęła nas.
- Zobacz. - Wskazałam na miejsce, w którym na początku imprezki ślęczeli skupieni w ciasną grupę czwartoklasiści. Teraz siedzieli tam sami chłopcy; wszystkie dziewczyny zostały pozapraszane. - One miały bardziej ponurackie miny a widzisz, że wszystkie zostały zaproszone.
- Chyba raczej same się wymknęły, bo nie chciało im się ślęczeć w kącie. - Victoire machnęła ręką. - No chodźcie!
   Pociągnęła mnie i Lisę za ręce, tak że o mało nie przewróciłyśmy stolika.
- Co ty robisz?! - zawołała Lisa.
- Próbuję wciągnąć was w imprezę!
   Po czym wciągnęła nas w tłum.
   Szybko złapałam Lisę i Vikę za ramiona, żeby się nie zgubić. Wokół nas wszyscy tańczyli, skakali, śpiewali, fałszowali i wrzeszczeli. Nie wiadomo jak, w całym tym chaosie zobaczyłam Fiffie, która tańczyła z Jakiem Pattinsonem! No tak, przecież Nannah Stone była na imprezie gryfonów, żeby kokietować Spella Wooda. Właśnie, ciekawe kiedy Teddy zamierza zjawić się na naszej imprezie... I w tym momencie wpadłam na jakiegoś chłopaka z czwartej klasy, który chyba wymknął się Sherry Power razem z dziewczynami.
- Zatańczymy? - spytał się mnie.
    Co? Nawet go nie znam! Więc zanim zdążyłam się zastanowić, powiedziałam:
- Nie...
   Victa spojrzała na mnie jak na wariatkę.
- Pocky! - zawołała z wyrzutem.
- No co? - Zrobiłam niewinną minę. No bo w końcu miałam tańczyć z kimś, kto w zeszłym roku upił się whisky...?
- To był właśnie ten chłopak, który najmniej wypił! - powiedziała Vi, gdy jej to oświadczyłam.
- Ouć.
   I nagle jakichś dwóch chłopaków stanęło na przeciwko Lisy i jeden z nich zapytał się:
- Zatańczysz ze mną?
- Nie, to nie ona! - krzyknął jego kolega. - Przecież ta jest grubsza!
   Ten pierwszy palnął się w czoło, po czym oboje zwinęli się szybko z miejsca całego zajścia. Bałam się spojrzeć na minę Lisy w tym momencie, choć kątem oka można było dostrzec, że jej twarz przybrała barwę rozkwitłej piwonii, a usta zaczęły jej niebezpiecznie drżeć.
- Lisa! - krzyknęła za nią Vi, ale ta już odbiegła.
- Wyjdźmy z tego tłumu - powiedziałam.
   Zaczęłyśmy się przepychać i roztrącać ludzi. W końcu wyszłyśmy w kąt przy kominku, w którym  żarzyły się ostatnie węgielki. Miałam nadzieję, że Lisa, gdziekolwiek się nie wyrwała z tej kotłowiny ludzkiej, nie natrafiła przypadkiem na nóż do krojenia ciasta, bo prawdopodobnie właśnie teraz do reszty zawładnęły nią myśli samobójcze! Ale raczej pobiegła po prostu wypłakać się do dormitorium.
- Idziemy do niej? - Victoire spojrzała na mnie ze zmartwioną miną.
   Rozłożyłam ręce, tym samym unikając jednoznacznej odpowiedzi. Z jednej strony było mi szkoda Lisy z powodu głupoty tych dupków, zwłaszcza iż doskonale znałam poziom jej samooceny. Wiedziałam jednak, że gdybyśmy miały teraz pocieszać zapłakaną Lisę, zajęłoby nam to chyba dłużej, niż epoka wojen trolli. Wolałam więc nie podejmować w tej kwestii decyzji, przed czym ostatecznie uratował mnie...
- Teddy! - zawołała Victa, a zmartwienie Lisą zniknęło z jej twarzy momentalnie.
   Teddy Lupin wyłonił się ze zgrai wrzeszczących ludzi, w towarzystwie mojej młodszej siostry Fiffie. Stan jego granatowych włosów był taki, jakby Ted conajmniej wyrwał się właśnie z klatki pełnej milusich zwierzątek Hagrida. Fiffie natomiast uśmiechała pod nosem w jakiś dziwnie dla mnie podejrzany sposób, choć może to jedynie uprzedzenia starszej siostry...
- Nareszcie! - Teddy chyba się ucieszył na nasz widok. - Gdzie wy byłyście...
- Teddy, gdzie ty byłeś? - zapytała Vika.
- Cały czas tu! - odparł. - Tylko nie mogliśmy was znaleźć!
- A gdzie Domie? - spytałam się Fiffie, której uśmieszek stał się jeszcze bardziej zastanawiający niż wcześniej.
- A tańczy sobie z Matthew - odpowiedziała, przewracając oczami. - Chyba będę musiała iść ich przypilnować...
   Uniosła dłoń w geście pożegnania po czym wycofała się w tłum, zanim zdążyłam rzucić kąśliwą uwagą, że to raczej ja powinnam przypilnować ją i niejakiego Jake'a Pattinsona. Zaraz po jej odejściu zjawił się przy nas Seth Sorens z naszej klasy, który najwyraźniej chciał zaprosić Victę do tańca, ale widząc Teda, zwrócił się do mnie, a ponieważ jest nawet niczego sobie, zgodziłam się.
   Pozostawiłam więc Victę i Teddy'ego samym sobie. Właściwie było nawet fajnie, no może poza tym, że przez ułamek sekundy zdawało mi się, że widzę Bacy pokładającą się na stole.
- Pocky, a ty wiesz czy Victoire będzie cały czas z tym Lupinem? - spytał się mnie Seth, kiedy tańczyliśmy.
- Nie wiem, chyba tak.
- Aha... A ty nie będziesz z nim tańczyć?
- Nie wiem.
   Potem już tylko tańczyliśmy. A kiedy wracaliśmy, zobaczyłam Victoire tańczącą z Teddy'm, który nie wiadomo czemu zaśmiewał się z czegoś do rozpuku! Nawet kiedy piosenka się skończyła, oni nadal tańczyli póki nie zaczęła się kolejna.
   Pozbyłam się Setha przy musach-świstusach, po czym zaczęłam przepychać się przez uczniaków, szukając Lisy, ale nigdzie jej nie było. Za to zobaczyłam Lucy New, która siłą ciągnęła do tańca myszowatego chłopca z klasy Fiffie i Di, potem jednak całkowicie straciłam orientację. Pokój wspólny był zaciemniony, wszyscy wokoło byli wyżsi ode mnie, a nie dość, że skakali to jeszcze podnosili ręce do góry. Jakiś chłopak chyba nie zauważył, że drze mi się prosto do ucha, ktoś inny, którego płci w tym chaosie nawet nie rozróżniłam, boleśnie skoczył mi na stopę parę razy... I nagle, wśród wrzeszczącego tłumu ktoś na mnie wpadł. To był Spell Wood!
- Pauline! - powiedział na mój widok. Od kiedy to ja jestem z nim po imieniu? No ale dobra, niech mu będzie... - Wiesz, gdzie jest Victoire? - spytał się mnie. No jasne, tego właśnie się spodziewałam.
- Tańczy z Tedem Lupinem - odparłam, unosząc brwi.
   Spell wyglądał na skonsternowanego, najwidoczniej było mu głupio, że dziewczyna, którą chciał zaprosić, tańczy sobie właśnie z chłopakiem, którego wydał na pastwę dyrektorki, plotkujących uczniaków i krwiożerczego Booracka. Nagle przyjrzał mi się jakoś uważniej.
- Zatańczysz? - spytał.
- Co?! - krzyknęłam ze strachem.
- Zatańczysz? - powtórzył.
   W tym momencie pomyślałam, że chyba oczadział pod wpływem piwa kremowego. Właśnie zaczął się wolny! Wokół nas, chłopaki i dziewczyny zaczęli się obejmować i wolno obracać. Kiepsko by było, gdyby Spell Wood odbił teraz Victoire Tedowi...
   Lekko skinęłam głową.
   Spell objął mnie i zaczęliśmy się wolno obracać. To było... dziwne. Cały czas powtarzałam sobie w duchu: "Robię to dla Vicky, dla Vicky"... Miałam nadzieję, że Fiffie i Domie mnie nie widzą, bo nie dałyby mi żyć! Na dodatek ta piosenka była taka długa! A najdziwniejsze było to uczucie, że praktycznie każda dziewczyna w tej szkole byłaby w stanie mnie zabić, aby być teraz na moim miejscu, co właściwie oznaczało, że mogłam nie dożyć nawet końca tego wieczoru... Mimowolnie uśmiechnęłam się pod nosem, rozmyślając o tej ironii losu. Aczkolwiek i tak byłam rada, kiedy piosenka się skończyła.
   Zaczął się następny wolny kawałek. Ja i Spell (ale to idiotycznie brzmi) odnaleźliśmy Vicky, od której właśnie odchodził Seth. A więc dopiął swego i to właśnie z nim Vika teraz tańczyła! I po co ja się poświęcałam!
   Przy Vice ponownie pojawił się Teddy i widać było, że nie był zbytnio zadowolony. Nie zdążył jednak nawet wyrazić swojego sfrustrowania faktem iż Vic tańczyła wolnego z Sethem, gdyż zobaczył Spella Wooda - i jakby odrobinę go zatkało, po czym nagle wyrzucił z siebie w stronę Vicky na jednym wydechu:
- Vikatańczyszzemną?
- Co? - nie zrozumiała Vi.
- Zatańczysz ze mną? - powtórzył Teddy.
- Zatańczysz ze mną! - zaznaczył Spell.
    Teddy spojrzał na Spella jak na głupka. Wokół nas, pary wirowały w wolnym tańcu.
- Ee - wyjąkała Vika.
    Patrzyłam na nią z coraz większym niedowierzaniem. No chyba nie musi wybierać pomiędzy tymi dwoma!... Ale przecież gdyby Victoire wybrała Teda, znów musiałabym zostać sam na sam z Woodem... Pozostawiłam więc wybór Vicky.
   Victa westchnęła.
- Chodź, Spell - powiedziała w końcu, po czym posłała Teddy'emu przepraszające spojrzenie i zniknęła w tłumie. Ze Spellem Woodem oczywiście.
   Ted przez chwilę gapił się za nimi z niedowierzaniem, po czym odwrócił się w moją stronę; teraz jego twarz była kompletnie bez wyrazu.
- Widziałaś go? - spytał się mnie.
- No...
- Ja pierwszy poprosiłem Victoire!
- Ale ona już z tobą tańczyła.
- Ale nie wolnego!
   Zapadła chwila milczenia.
- Zatańczymy? - zapytał Teddy z rezygnacją.
- Okkk...
   No i zatańczyłam wolnego z Teddy'm Lupinem. To było o wiele lepsze od tańca ze Spellem, przynajmniej nie bałam się, że Di i Fiffie mnie widzą. Teddy chyba postanowił nic sobie nie robić ze Spella i Vicky i kiedy piosenka się skończyła, nie poszedł jej szukać.
   Znowu zaczął się szybszy kawałek i wszyscy zaczęli skakać i się drzeć. Ja i Teddy wyszliśmy z tłumu tuż przy drzwiach do pokoju wspólnego. Byli tam ci sami rośli szóstoklasiści pod prefekcimi rządami Sherry Power, którzy sprawdzali czy nie przemycamy whisky; teraz siedzieli ze znudzonymi minami, w czasie gdy Sherry tańczyła sobie w najlepsze z Markiem Towerem.
   Teddy podszedł do nich.
- Zmiana! - krzyknął. - Teraz my pilnujemy!
   Prawie że natychmiast zerwali się z miejsc i poszli sobie. I tym właśnie sposobem, wejście do pokoju pozostało bez ochrony.
   Przycupnęliśmy przy drzwiach, obserwując jak inni się bawią. Narazie chyba oboje mieliśmy dosyć tańców. Teddy patrzył na podskakujący tłum z kamienną twarzą, a ja byłam pewna,  że w środku aż się skręca ze złości na myśl, jak Vicky musi się teraz świetnie bawić z Woodem. Ja zastanawiałam się, co kierowało moją przyjaciółką wtedy, kiedy zamiast swojego przyjaciela, wybrała palanta, który specjalnie zatrzasnął się z nią w toalecie. Mało tego, palanta, który w noc napadu na gabinet Booracka, bez zająknienia oświadczył przed całą szkołą, do kogo należała peleryna niewidka.
   Naprawdę jej już nie wystarczy, że dziewczyny zazdroszczą jej krwi wili?... Teraz jeszcze musiała sobie przygruchać szkolne bożyszcze?
    - Tu jesteście! - Z tłumu wyłonił się przedmiot naszych wspólnych rozmyślań. - Wszędzie was szukałam!
- A, to ty - powiedział Teddy bez większego entuzjazmu. - Gdzie Spell?
   Victa spojrzała na niego z wyrzutem.
- Teddy, naprawdę przepraszam, że z tobą nie zatańczyłam.
- Nie ma sprawy.
- I tak zaraz Spella napadła ta Nannah!
- Doprawdy? Myślałem, że poszedł po piwo.
   Victoire spiorunowała go wzrokiem.
- Widziałaś chociaż Lisę? - przerwałam im pośpiesznie tę niebezpieczną wymianę zdań.
- Nie, nie widziałam - odparła Vi, po czym nieco pewniej uniosła głowę. - Byłam trochę zajęta.
   Teddy zacisnął szczęki.
- Porozmawiamy o tym później - powiedziałam szybko. - Teraz znajdźmy coś do picia.
   Wstałam i podeszłam do Vicky, jednak Teddy nie ruszył się z miejsca. Vic przewróciła oczyma.
- Teddy, mógłbyś już...
   Podniósł do góry rękę z palcem wskazującym, nakazując jej by była cicho. Ja i Vi spojrzałyśmy po sobie, zdziwione czego on mógł tak nagle nasłuchiwać w hałasie dudnień, wrzasków, śpiewów, fałszów, krzyków, muzyki i ogólnie imprezy. Teddy, widząc naszą dezorientację, bez słowa wskazał na drzwi od pokoju wspólnego.
   Ja i Victoire podeszłyśmy do zamkniętego wyjścia i razem z Teddy'm przyłożyliśmy głowy do drzwi.
- Kiedy różdżka sama iskry sypie? -usłyszeliśmy śpiewne pytanie kołatki.
- Nie wiem i gówno mnie to obchodzi! - odezwał się głos... Cristera! - A teraz wpuszczasz nas, czy nie?!
- Crister, przestaniesz się wreszcie zachowywać jak sklątka tylnowybuchowa pod wpływem Magicznych Detergentów Pani Skower? - Tym razem zza drzwi dotarły do nas słowa Laury. - Bo jeszcze te bubki pomyślą, że się naprałeś...
- No bo przecież się naprałem! - wrzasnął Crister.
- Chcesz, żeby Sherry Power zrobiła ci masakrę swoim magicznym patyczkiem? - odezwała się Carrie.
- A kogo ona obchodzi? - obruszyła się Laura. - Ona co najwyżej może wsadzić mu ten kijek w...
- ...oko - przerwała jej szybko Florence. - Bardziej bym się martwiła, do czego są zdolni ci kujoni krukoni!
   Ale w tej chwili ich wymianę zdań zagłuszyły wrzaski Cristera:
- OTWIERAJ, TY DURNA KOŁATKO!
   I zaczął walić i łomotać w drzwi, ale kołatka jak to kołatka, zapytała tylko:
- Kiedy różdżka sama iskry sypie?
- Można się było tego spodziewać - usłyszałam uwagę Seana.
- No, wiadomo, wszystko co jest związane z krukonami jest tak samo beznadziejne - wyparskała Rosalie. - Crister, uspokój się wreszcie! - dodała, kiedy Crister znowu zaczął walić w drzwi.
- Tylko zleję dupsko tej kołatce i wracamy...
   Ale w tym momencie Victoire otworzyła drzwi i powiedziała:
- Odpowiedź to Kiedy brak umiaru i równowagi!
- Nie mogłaś tak od razu?! - zawołali, a Scarlett mruknęła:
- Tak myślałam, że to coś takiego...
   Wpuściliśmy Paczkę Puchonów do pokoju wspólnego. Mimowolnie obejrzałam się za osiłkami, którym Teddy pozwolił opuścić wartę pod pozorem zamiany, potem rozejrzałam się za prefekciną Ravenclawu Sherry Power, która z pewnością obdarłaby nas ze skóry za to, że wpuściliśmy do salonu najbardziej znienawidzonych przez nią puchonów z (prawdopodobnie) nawalonym Cristerem na czele. Na szczęście jednak nie dostrzegłam jej nigdzie w pobliżu, natomiast nagle znikąd pojawiły się przy nas Fiffie i Di, a z nimi ci ich kolesie, czyli Matthew, Jake i jakiś ślizgon z drugiej klasy, którego kojarzyłam tylko z widzenia. Wyglądali na nieźle ubawionych.
- O, hej! - zawołała Domie. - A oni co tu robią?
- Przyszliśmy zobaczyć jak świętujecie i złożyć wam życzenia noworoczne - wyrecytowała Florence, jeszcze bardziej obwieszona kolczykami niż zwykle.
- A gdzie wasza kochaaaana prefekcina Sherry Power? - zainteresowała się Nickie.
- A pewnie tańczy gdzieś z Markiem Towerem... - wzruszyłam ramionami. - A co?
- Bo wiecie... - zaczęła przymilnie Rosalie.
- Skoro to ona utwierdziła naszego drogiego profesora Booraczka w tym, że to niby my rozwaliliśmy mu jego świątynię...
-...to pomyśleliśmy, że moglibyśmy odrobinę zlać jej dupsko! - dokończył Crister.
- Więc to nie wy podłożyliście jej mieszankę Lesera w październiku? - spytała Vi.
- Myślisz, że jesteśmy tacy prymitywni? - obraziła się Laura.
- A jak tam u was whisky w tym roku? - zapytała Fiffie.
- Crister kupił w Hogsmeade - wyznała Scarlett. - Ale dwie butelki na cały dom...
   Crister czknął.
- A jak tam fajerwerki? - spytała nas Nickie.
- A nic... - odparł Teddy. - Boorack nie pozwala.
- Ciota! - stwierdził Crister.
- No - odezwał się ten ślizgon z drugiej klasy, który przylazł tu z koleżkami Fiffie i Di. - Nie pozwolił nam robić Sylwestra i kazał ślizgonom iść spać!
- Co?!
- Jaki burak! - zawołała zaszokowana Flora.
- W każdym razie... - Crister odstawił na pobliski stolik butelkę po kremowym piwie, w której była whisky. - Wszystkiego najlepszego!
   Wyściskał wszystkich i gdy już mieli iść, chciał się napić ze swojej whisky, ale butelka była pusta! Mój wzrok padł na Fiffie, która dziwnie charczała i była cała czerwona... Ai wai! Fiffie przez przypadek wypiła whisky Cristera!
   Kiedy Paczka Puchonów z 5 kl. sobie poszła, znowu zaczęła się wolna piosenka. Fiffie i Di zniknęły gdzieś ze swoimi koleżkami, a Teddy spojrzał na Vicky.
- Victoire...
- Tak?
- Chodź.
   I poszli tańczyć wolnego.
   Ponieważ zostałam sama, postanowiłam jednak odnaleźć Lisę. Weszłam w tłum wolno obracających się par, ale nigdzie nie mogłam jej znaleźć. Zobaczyłam za to Brendę tańczącą w ramionach Quirke'a (musiała być tym zachwycona), oraz... Julię, która tańcząc z Sethem, po cichu się z nim kłóciła, dałabym głowę, że o system nauczania.
   Było jasne, że Lisa samotnie siedzi w dormitorium. Ja jednak wciąż krążyłam to tu to tam, rozglądając się po tańczących znajomych. Zwykle ostra i groźna prefekt Sherry Power chyba całkowicie się rozpłynęła w objęciach Marka Towera, bo wyglądała tak śpiąco, jakby zaraz miała zacząć chrapać na cały głos. Zastanawiałam się, gdzież to mogą się podziewać Teddy i Victoire, a także czy Spell Wood opuścił już pokój wspólny Ravenclawu. W końcu postanowiłam nie szukać już dalej Lisy, skoro ewidentnie jej tu nie było - możliwość tego, że jednak może gdzieś tutaj jest i z kimś tańczy, nie równała się nawet z prawdopodobieństwem iż zagłębia się właśnie w depresji w zaciszach dormitorium. Przeczesałam wzrokiem po raz ostatni tańczące pary, ale dostrzegłam jedynie Lucy New, która siłą wyrywała do tańca kolejnego chłopaka... Może powinnyśmy jej powiedzieć, że wystarczy poprosić...?
   I nagle wpadłam na kogoś z takim impetem, że stuknęliśmy się głowami.
   Odskoczyliśmy od siebie jak oparzeni.
- Przepraszam - powiedziałam i nagle poznałam go. To był Simon! Zdawał się być kompletnie niewzruszony tym, że o mało co nie rozwaliłam mu czaszką szczęki.
- Chcesz zatańczyć? - spytał się lekko.
   W jednej chwili serce mi przyspieszyło, a myślenie się zwolniło.
- Tak w zasadzie to... - wyjąkałam. - Szukam kogoś...
   Simon tylko spojrzał na mnie tak, jakby dokładnie wiedział, że to kłamstwo, po czym zniknął w tłumie.
   Ale przecież nie kłamałam!
   Lecz w duchu wiedziałam, że zaniechałam poszukiwań Lisy dobre parę minut temu.
   Kiedy wyszłam poza pary tańczących, byłam jeszcze zbyt oszołomiona aby zrozumieć, co właściwie przed chwilą zaszło i dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że mam ochotę się zabić! Co ja najlepszego zrobiłam? Co ja robię! Tańczę wolnego ze Spellem Woodem, a potem odmawiam tego samego Simonowi?! Po prostu nie rozumiałam, co się ze mną dzieje.
   Podeszłam do stolika i odstrzeliłam sobie butelkę piwa kremowego. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że koło mnie stoi Dominique i robi dokładnie to samo.
   Z jakiegoś nieznanego mi powodu wyglądała na niezwykle wkurzoną.
- Widziałaś Teda i Victoire? - spytała się mnie przez zęby, ale zanim zdążyłam odpowiedzieć, z tłumu wyłonił się Matthew Lion.
- Chodź Domie, Teodor wymyślił coś mega!
   I zniknęli wśród kłębowiska ludzkiego.
   Świetnie. Zostałam sama ze swoim problemem.
   Z tłumu obejmujących się par wyłonił się Peter Caldwell.
- Widziałaś Teda i Victoire? - zadał mi dokładnie to samo pytanie co przed chwilą Di.
- Tańczą - odparłam smętnie i upiłam łyk z butelki. Miałam już dosyć tych wszystkich ludziów, którzy gadali ze mną tylko po to, żeby dowiedzieć się gdzie jest Victoire. Ona chyba naprawdę podoba się wszystkim w tej szkole! Spostrzegłszy, że nie jestem w nastroju do rozmowy, Peter zniknął gdzieś między uczniakami, zapewne w celu znalezienia sposobu na zabicie Teda... No cóż, niech żałuje, że tak szybko się zwinął, bo piwo kremowe naprawdę było bardzo dobre.
   Odwróciłam się i wreszcie zobaczyłam ją: Lisa siedziała na pobliskim fotelu i cała zalewała się łzami! Podeszłam do niej.
- Dziesięć po dwudziestej trzeciej - wyszlochała na mój widok i to powiedziało mi wszystko.
   Ouououou. Ou.
- Proszę, nie idź jeszcze! - zawołałam. - Na pewno jeszcze z kimś zatańczysz!
- Lepiej nie kłam, Pauline Glam.
- Wcale nie kłamię - rzekłam to chyba bez większego przekonania.
- A ty z kimś tańczyłaś? - spytała się mnie zasmarkanym głosem.
   Nie wiem czemu akurat w tym momencie postanowiłam być szczera.
- Tak. Z Sethem, Spellem i Tedem.
- Ze Spellem? Spellem Woodem?
- Tak - wycedziłam. - Ale oni tańczyli ze mną tylko dlatego, że Victoire była zajęta.
- Jasne! - Lisa zaśmiała się przez łzy. - Za skromna jesteś, Pocky!
- Ale tak było! - krzyknęłam. - Seth tańczył ze mną, bo Victa była z Tedem, Spell bo Victa była z Tedem, Ted bo Victa była z... zajęta...
   Szybko urwałam wyliczanie tego łańcuszka, bo dopiero teraz zrobiło mi się naprawdę przykro. Czy ktoś w ogóle zaprosił mnie, bo naprawdę chciał ze mną zatańczyć? Tak. Simon. Tylko że ja z jakiegoś niewiadomego powodu musiałam odmówić!
   Zanim Lisa zdążyła mi odpowiedzieć, rozszlochała się jeszcze bardziej.
- Ja wracam do do-do-dormitorium! - I zaczęła mi szlochać w ramię.
   No dalej debile, zapraszajcie ją! powiedziałam sobie w duchu, wypatrując jakiegoś obiektu na horyzoncie, ale raczej nie zanosiło się na to by ktoś do nas podszedł. Kompletnie oszołomiona, rozejrzałam się wokół. Na brodę Merlina, dlaczego nikt tu nie przychodzi? Co się dzieje? Tymczasem Lisa moczyła mi łzami sukienkę coraz bardziej i bardziej.
   I nagle zobaczyłam zarys postaci, która zbliżała się do naszego fotela. No nareszcie! pomyślałam, ale natychmiast zmieniłam zdanie, kiedy okazało się, że to znowu Simon!
   Zmierzył mnie spojrzeniem. Przez chwilę gapiliśmy się na siebie, aż w końcu Simon powiedział, nadal nie odrywając ode mnie wzroku:
- Chodź zatańczyć.
   Jednak wiedziałam, że nie mówił tego do mnie.
   Lisa podniosła głowę.
- Ta-ak - zgodziła się ze zdziwieniem, wycierając policzki z łez.
   Wstała i razem poszli w stronę tańczących. Dopiero na odchodnym Simon odwrócił się i zasalutował mi z ironicznym wyrazem twarzy.
   Teraz to już nie miałam nawet ochoty się zabić. Teraz miałam po prostu ochotę wsadzić głowę w misę z kremem śmietankowym i pozostać tam do końca tej imprezki. Dlaczego pech przepowiedziany mi przez Trelawney tak fatalnie musi się sprawdzać! Z tłumu przede mną wyszła Vika w towarzystwie Teda.
   Czemu musieli być tak wkurzająco rozpromienieni!
- Pocky! - zawołała Vi. I oczywiście to pytanie! - Tańczyłaś z kimś?
- Nie - odparłam. - Ale... - Szybko ugryzłam się w język.
- Co? - spytała.
- Nic, nic...
- Za czterdzieści pięć minut północ - odezwał się Ted.
- Super - mruknęłam.
- Coś nie jesteś w zbyt rozrywkowym nastroju - zauważył Teddy.
- Nie.
   I nagle do moich nozdrzy dotarł silny odór potu. Zaraz zorientowałam się, co go wydziela - Bacy! Dlaczego ta dziewucha musi się przypałętać w najmniej odpowiednim momencie? No tak, przecież teraz leciała wolna piosenka, do której Bacy nie mogła tańczyć, bo nikt nie byłby w stanie objąć jej w pasie. Ale i tak najgorsze było to, co Bacy powiedziała w chwilę później:
- Pauline Glam, czy to prawda, że tańczyłaś wolnego ze Spellem Woodem?
   W tym momencie miałam ochotę ją zadusić!
- Co?! - wrzasnęli Vika i Teddy.
- Tańczyłaś... z... WOODEM?! - wydyszał Teddy. - Wolnego??!
- Ja chciałam tylko spytać - Bacy poklepała się z uciechą po brzuchu - czy całowaliście się zboczenicowo?
- Co?! - tym razem to ja wrzasnęłam. - Bacy, wynocha stąd, bo sama cię wykopię!
- Jasne, jasne! - rzekła Bacy. - Bo takie chucherko jak ty wykopałoby taki kawał dobrego mięcha jak ja!
   Kawał dobrego mięcha. Dobrze powiedziane!
- Bacy, na drugim końcu pokoju wspólnego rozdają ciacha, musisz tam iść! - powiedział Teddy.
- O! Ciacha? - I sobie poszła. Vicky i Teddy, jakby tylko na to czekali, przyklękli przy moim fotelu.
- Naprawdę tańczyłaś z Woodem, czy to tylko urojenia Bacy? - spytał natychmiast Teddy.
- A nawet jeśli, to co? - zapytałam z lekka wyzywającym tonem, czując jak pali mnie pod skórą ze wstydu.
- Z Woodem? Z Woodem? - powtarzał wciąż Teddy, nadal wstrząśnięty.
- Przecież Victa też tańczyła z Woodem i co? - parsknęłam.
- Ale Victa była pod jego presją!
- Pod presją was obu...
Odezwała się Vi:
- Teddy, jeżeli Spell podoba się Pocky, to...
- Nie! Nie! - krzyknęłam. - Już bardziej Boorack mi się podoba niż on!
  I wtedy podeszła do nas Lisa, cała rozpromieniona po tańcu z Simonem. Świetnie, kolejna będzie mi przypominać o drugim błędzie, który popełniłam tego wieczoru.
- Lisa! - wykrzyknęła Vic. - Z kim tańczyłaś?
   Już nie mogłam tego słuchać.
- Z Simonem. - Lisa była cała w rumieńcach, nawet śladu nie pozostało po jej szlochaniu. - Było tak cudownie...
- Serio? - wycedziłam przez zęby.
- To on w ogóle jest na imprezie? - zdziwiła się Vika.
- Oczywiście! A co się stało Pocky?
- Nic mi się nie stało - burknęłam.
- Właśnie widzę! - Lisa uniosła brwi. - Pokłóciłaś się z kimś?
- Nieee...
- No to chodźmy! - Wstała i pociągnęła nas w tłok drących się i wrzeszczących uczniaków.
    Znów ogłuszyły mnie zewsząd otaczające nas głośne śpiewania i dudnienie muzyki. Szczerze mówiąc, teraz to ja planowałam zrealizować pierwotny plan Lisy - czyli po północy od razu zawinąć się do dormitorium. Miałam wrażenie, że ten jeden wieczór bardziej nadwyrężył mnie psychicznie niż cały rok 2012, wiedziałam jednak, że teraz moi przyjaciele nie pozwolą mi odejść. Znajdując się w samym centrum hałasu i sylwestrowego szaleństwa na codzień kujonowatych krukonów, ciążyły mi bardzo mieszane uczucia co do ostatnich godzin - chciałam cieszyć się razem z Teddy'm i Victoire, ale z drugiej strony miałam wrażenie, iż oni cieszyli się moim kosztem... Zamknęłam oczy i pozwoliłam, by poniósł mnie skaczący tłum, po czym wszystkie uczucia ze mnie uleciały.
   I nawet się nie obejrzałam, kiedy zaczęło się odliczanie:
- Dziesięć, dziewięć, osiem... siedem, sześć, pięć... cztery, trzy, dwa...
- JEDEN!!!
   Wszyscy wyciągnęli różdżki i wystrzelili z nich iskry i mini-fajerwerki pod sufit. Ja także wystrzeliłam mini-fajerwerk, który poleciał w górę, robiąc spiralę.
   Zaczął się 2013 rok. Lat trzynaście ukończyłam wprawdzie w maju ubiegłego roku, ale chyba dopiero teraz zaczynała się dla mnie Prawdziwa Trzynastka.



___________________________________________________




 

Tak więc odpoczywamy od rewelacji o III Wojnie Czarodziejów i...
Witamy w świecie rozterek młodocianych miłości,
czyli
WALKA KTO Z KIM SZARPNIE DZIKIEGO DENSA NA SZKOLNEJ IMPREZCE.
Hope u like it.
A teraz...
✴ Fajerwerki Filibustera proszę ✴
DZIĘKUJĘ ZA PONAD 

5000 WYŚWIETLEŃ! 

Tak, jedną połowę nabiła mi garstka ludziów, którzy niecierpliwili się spóźnionymi rozdziałami, a drugą ja sama. Ale i tak Wam dziękuję xD 
Oczywiście jak zwykle zapraszam do korzystania ze wszystkich opcji przeznaczonych dla czytelników na tym blogu.
I to w sumie tyle.
(Tak, znów przeze mnie macie załatwioną wizytkę u okulisty xD)
Enjoy!

Nox /*

~ Tita Pocky